|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI ZŁODZIEJ Był chłopiec, który po powrocie ze szkoły dostawał smaczny obiad, miał ładne książki i zabawki, bo był ukochanym przez dobrych rodziców tak bardzo, jak wszyscy rodzice kochają swoje dzieci. Ale nikt nie zna liczby lat swego życia. Pewnego styczniowego dnia zmarł mu ojciec, a jego matka cztery miesiące później. Dwunastoletniemu trudno obronić się przed sąsiadami chciwymi jego rzeczy. Rozkradziono mu wszystko. Zamieszkał u niego bezdomny, który solennie obiecał mu pomagać, ale po trzech tygodniach wygnał go z domu, który był domem zbudowanym przez jego rodziców. Nie miał ani babci, ani dziadka. Jego krewni mieszkali daleko, 700 km, nigdy ich nie widział, a nie miał też pieniędzy na podróż. Nie miał wujka ani cioci, w których mógłby znaleźć obronę i schronienie. Nie widziano go więcej w szkole. Jego troską było już tylko zdobyć coś do jedzenia. Pukał do mieszkań, stawał przed sklepami, prosił, błagał, żebrał, szukał na śmietnikach. W biurze parafialnym dostał "kartę biedaka" i raz w tygodniu chodził po "danie": ryż z sosem i jarzynami. Raz w tygodniu jadł coś gorącego. I wciąż miał uczucie głodu. I ten głód skłonił go do szukania jedzenia za wszelką cenę. Zaczął kraść. Czyż było zbrodnią ratować swoje życie? Nauczył się kraść. Stał się ZŁODZIEJEM. Lata mijały. Jadł byle co, spać byle gdzie, ubierał się byle jak. I nikt już nie chciał mu zaufać, dać pracę, przyjąć do swego mieszkania. Nikt już nie pozwolił mu spać pod schodami swego domu. Prowadził życie bez celu, bo jaki cel może mieć wiecznie głodny młody złodziej? Tylko więzienie, gdyby został złapany. I raz ukraść mu się nie udało. Przyłapano go. Aresztowano. Przyprowadzono do sądu, który miał zadecydować, ile lat spędzi ten wyrzutek spoŁeczeństwa w więzieniu, które stanie się dla niego domem: jego koszmarnym domem po pięciu koszmarnych latach. Rozpoczęła się rozprawa. I sędzia go zapytał: - Jak się nazywasz? A on odpowiedział: - Na imię mi Jezus.
* * * W podobnej sytuacji znalazła się 14-letnia uczennica katolickiej szkoły. Przez tydzień spała na werandzie naszego domu. Potem zaopiekowała się nią pewna siostra zakonna, bezhabitowa, ale ta dziewczynka nie chciała mieszkać u sióstr (czy raczej razem z siostrami) i po kilkunastu godzinach uciekła. Noc spędziła na posterunku policji, rano została odprowadzona do sierocińca. Ona miała więcej szczęścia. Nie wszyscy zmieszczą się w domach dziecka. Nie spotkał dobrych ludzi ten, który stał się złodziejem i odbył karę. I tu mam problem dla Was. Kim jest naprawdę ten oskarżony: Jezusem, czy złodziejem? Czy należy go ukarać? Czy zwolnić go wiedząc, że będzie dalej kradł? Jak osądzilibyście tego młodzieńca, gdybyście Wy byli sędziami? Napiszcie mi, proszę. Szczęść Boże! O. Jan, OMI A jedną odpowiedź już otrzymałem: Nie pozwoliłabym, by ten chłopiec wrócił do złodziejstwa, więc w pewien niezbyt surowy sposób ukarałabym go (chociaż tak naprawdę, to nie jego wina) i zajęłabym się jego resocjalizacją, czyli poprawą, co jednak jest trudne. Chciałabym, by wrócił do godnego życia. |
|
|||||||