|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. I Tłumaczył
Był-żył kiedyś człowiek, który nazywał się Przebiegły i ten Przebiegły był naprawdę bardzo przebiegły w tamtych dniach. I była-żyła pewna staruszka, która nazywała się Staruszka. Ona miała klacz, jedną jedyną klacz... I nie miała konia. A król miał ogiera. Król wziął swego ogra i zaprowadził do staruszki, aby ona opiekowała się swoją klaczą i jego ogierem. Po pewnym czasie klacz i ogier mieli trzy źrebaczki, trzy małe koniki. Kiedy źrebaki podrosły, król przyszedł do Staruszki i powiedział: - Teraz podzielimy się źrebakami. To prawda, że twoja jest klacz, a ogier mój. Prawda też, że to ty opiekowałaś się nimi aż do dnia dzisiejszego, a teraz źrebaki stały się duże. Mamy trzy źrebaki, więc tak się podzielimy. Ponieważ mój jest ogier, ja wezmę dwa źrebaki, a tobie zostawię jednego. - Ale - odpowiedziała Staruszka - to nie może być tak. Bez mej klaczy nie byłoby źrebaków. - Ale - powiedział z kolei Przebiegły - bez mojego ogiera też by nie było źrebaków. Mój jest ogier. - A moja jest klacz - odpowiedziała Staruszka. Podzielmy się po równo, po jednym źrebaku, a trzeciego sprzedamy. - Tak być nie może. Ja wezmę dwa, ty weźmiesz jednego. Staruszka bała się króla i nic więcej nie powiedziała. Drogą przechodził mężczyzna, który nazywał się Sprawiedliwy. Młodzieniec przechodził, ponieważ szedł na modlitwy w piątek, bo był muzułmaninem. Zobaczyła go Staruszka. - Hej, Panie! Panie! Panie! - Co się stało? - Pozdrawiam ciebie. - Dziękuję. - Wejdź do mego domu. On wszedł. - Co nowego? - Och, nie ma nowości, ale ja cię szukałam. Miałam kobyłę, a król miał ogiera. My je hodowaliśmy i my się troszczyliśmy o te zwierzęta. I doczekaliśmy się trzech źrebaków. On wziął dwa, a mnie zostawił tylko jednego, chociaż ja miałam klacz, a ogier należał do niego. Wymyśl coś, abym ja otrzymała słuszną zapłatę, jeszcze jednego źrebaka. - I to jest twój problem. - Tak. - Jutro będziesz miała drugiego źrebaka. - Naprawdę? - Tak właśnie mówię. Tymczasem Przebiegły kazał zatrąbić w fanfary, aby zwołać zebranie. Zadudniły bębny. - Niech się wszyscy zbiorą! Zebranie jest u króla! Przybyli wszyscy, ale kiedy już wszyscy się zebrali, zauważono, że Sprawiedliwy nie przyszedł na zebranie. Był on szejkiem, wszyscy go znali, ponieważ był ważną osobistością w wiosce. Król zauważył także jego nieobecność. - He! Słudzy! - Tak. - Zawołajcie Sprawiedliwego! Poszli do niego, powiedzieli mu: - Król cię wzywa. - Powiedzcie królowi, że mój ojciec rodzi dziecko i ja nie mogę przybyć teraz, dopóki ojciec nie urodzi. Słudzy oddalili się, powrócili do króla i powiedzieli: - Panie Królu! Jego ojciec rodzi w tej chwili i Sprawiedliwy musi mu asystować! - Czyżby Sprawiedliwy postradał zmysły? Szejk wierzy, że mężczyźni... Gdzie to słyszano, aby mężczyźni rodzili? Mężczyźni nie rodzą dzieci. Idźcie i przyprowadźcie go! Poszli go zawołać. -Król kazał ci przyjść natychmiast. - Powiedzcie Przebiegłemu, że teraz nie mogę przyjść, bo mój ojciec porodził dziecko i ja muszę uprać pieluszki, zająć się kuchnią. Powiedzcie królowi, że ja nie mogę teraz przyjść, bo mój ojciec porodził dziecko. Słudzy powrócili do króla. - Królu, on nie może przyjść, bo jego ojciec właśnie porodził. - Idźcie, zwiążcie go sznurami i przyprowadźcie tutaj. Słudzy poszli, związali go sznurami i zaraz przynieśli do króla. - Co ty wygadujesz? Co masz? - Mój ojciec porodził dziecko. - Czy ty kiedykolwiek widziałeś, aby mężczyzna porodził dziecko? - Tak. Mężczyzna może rodzić, tak. - Mężczyzna, nie kobieta? - Nie. Moja matka nie rodzi, tylko mój ojciec nas zrodził. Sprawiedliwy dodał. - Królu, czy jesteś gotowy uznać za prawdę, że mężczyźni nie rodzą, że żadna istota płci męskiej nie rodzi? - Oczywiście! mężczyzna nie rodzi, także u zwierząt istota płci męskiej nie rodzi małych. - Dobrze. A więc, skoro mężczyzna nie rodzi, jeśli zwierzęce istoty męskie nie rodzą małych, dlaczego wziąłeś dla siebie dwa źrebaki, skoro klacz była staruszki, a twój ogier? Ona je wyhodowała, ona się troszczyła o te trzy źrebaki. Dlaczego tak podzieliłeś niesprawiedliwie, że zabrałeś dwa źrebaki dla siebie, a tylko jednego dałeś staruszce? Sprawiedliwy dodał: - Skoro zaświadczyłeś, że mężczyzna nie rodzi, że zwierzęce istoty męskie nie rodzą, to daj dwa źrebaki kobiecie, a dla siebie zatrzymaj jednego. Chyba że mężczyźni rodzą i zwierzęce istoty męskie rodzą, możesz zatrzymać dwa dla siebie. Król Przebiegły zdjął z głowy diadem królewski i włożył na głowę Sprawiedliwego mówiąc: - Od dziś ty będziesz naszym królem, będziesz królował i rządził, ponieważ ty umiesz mówić.
**** - Ktokolwiek zdoła wytrzymać od dzisiejszego piątku przez tydzień do piątku przyszłego zanurzony w mojej studni, poślubi moją córkę. - Poślubi księżniczkę? - Tak. Pewien człowiek wszedł do studni: za godzinę był martwy. I była staruszka, która miała tylko jednego wnuka, jedynego, byli oni bardzo biedni, tak bardzo biedni! Nie mieli nic, nie mieli nawet jednego pieniążka, nie mieli co jeść. Ona dała wnukowi swoje błogosławieństwo i on zanurzył się w wodzie po szyję. Wszedł do studni w piątek, przetrwał sobotę, niedzielę, poniedziałek, wtorek, środę, czwartek. W nocy z czwartku na piątek jego babcia podeszła do studni, aby przekonać się, czy jej wnuk jeszcze żyje. Zapaliła świeczkę, takie maleńkie światełko, aby przy nim oczekiwać piątkowego poranku. - Chcę wiedzieć, czy mój wnuk jest jeszcze żywy, czy zmarł. Zapaliła tę świeczkę o takim maluteńkim płomyku i grzała się, ponieważ było zimno. Staruszka grzeje się, a jej wnuk pozostaje tam, studni, w wodzie, aż do piątkowego wieczoru. Wszyscy ludzie są zadowoleni. - Udało się! Udało mu się! - krzyczano zewsząd. Młodzian wychodzi ze studni. Przybywa król i mówi. - Tak, to prawda, wytrzymałeś pozostając w studni przez tydzień od piątku do piątku. Ale jest jeden problem, pewna trudność. - Jaka trudność? -Dlaczego twoja babka zapaliła ogień obok studni? To cię rozgrzało, tam nisko, w studni. To dlatego ty wytrzymałeś. A więc, skoro dzięki temu ciepłu wytrwałeś, nie będziesz miał mej córki, ani połowy dóbr moich. Obok przechodził szejk. Wtedy Sprawiedliwy w sandałach i z laską przechadzał się tam. A kiedy szedł, skrzypiały jego nowe sandały i stukała laska. Po tym ludzie poznali, że zbliża się do nich Sprawiedliwy. Staruszka powiedziała do niego: - Pozdrawiam cię! Bądź pozdrowiony, Mistrzu. - Dziękuję, dobra kobieto. Co nowego? - Ach, nowości są naprawdę smutne. - A cóż to za smutne nowości? - Mój wnuk zawarł umowę z królem, że otrzyma jego córkę, jeśli przez tydzień wytrzyma w studni. On wytrzymał, ale ja zapaliłam ogień obok studni i król powiedział, że ten maleńki płomyczek ogrzał go wewnątrz studni, dlatego on mógł wytrwać. - Czy była woda w studni? - Tak, woda była. - Och, dlaczego król robi takie kaprysy? Jeśli tak było, poczekaj do piątku. Gdy zakończę moje modlitwy, otrzymasz połowę dóbr królewskich, do których masz prawo, a twój wnuk z pewnością poślubi królewską córkę. - Dobrze - powiedziała kobieta - Bardzo dobrze. Dzięki ci. Pokładam nadzieję w tobie. - Nie, nie we mnie pokładaj nadzieję, ale w Panu Bogu. W piątek ludzie przyszli modlić się. A po piątkowej modlitwie, w czasie której Sprawiedliwy był kaznodzieją i przewodnikiem, rzekł: - Pokój wszystkim. - I pokój tobie, Sprawiedliwy. - Ogłaszam wszystkim, że dzisiaj, w ten piątek, was wszystkich, którzy modliliście się razem ze mną, będziecie jedli u mnie o trzeciej godzinie. Niech nikt nie je obiadu u siebie! - Zrozumieliśmy, przyjdziemy. - Począwszy od króla, a skończywszy na kalekach, niewidomych, chorych, starcach, dzieciach: wszyscy będą jedli dziś u mnie! - Dzięki, dzięki ci, nasz mistrzu! Wszyscy poszli do swoich domów. A o godzinie trzeciej każdy przybywa do niego. Tam on... wziął wielki metalowy kanister, zrobił trzy dziury, przez które przeprowadził druty, za pomocą których zawiesił na drzewie mangowca. Następnie wziął trzy kamienie, jak to w kuchni malgaskiej widzimy, postawił na nich duży garnek, nalał wody, wsypał ryżu. Wtedy rozpalił ogień, ale wysoko, na kanistrze wiszącym nad garnkiem z ryżem, który był nisko. Ogień palił się wysoko na kanistrze, a tymczasem garnek z ryżem znajdował się nisko, na trzech kamieniach. O godzinie trzeciej przybyli zaproszeni. - Można wejść? - Wchodźcie, wchodźcie wszyscy! - Ryż jest już ugotowany? - Już zaczyna się gotować. Ludzie spoglądają ciekawie na kuchnię. - Ale gdzie jest ryż? - Tutaj! Patrzcie! Podnieśli przykrywkę i w garnku zobaczyli ryż w wodzie, ale tak zimnej, jakby spłynęła z lodowca. - I wkrótce będzie gotowy? - Naprawdę będzie ugotowany? - Oczywiście! A dlaczegóżby nie miał się ugotować? - Dlaczego? Ogień jest wysoko, garnek jest nisko. Jak więc ryż może się ugotować? - Zaraz się ugotuje. Dlaczegóżby nie? Czyżbyście nie znali mnie i mojej mądrości? Przybył król. Zobaczywszy wszystko powiedział: - O Sprawiedliwy, ty postradałeś zmysły! - Dlaczego? - Gotujesz obiad mając ogień w górze, a garnek na dole? - Oczywiście! Ryż zaraz się ugotuje. - Oj, pochwyćmy go i odetnijcie mu głowę, ponieważ postradał zmysły ten nasz kaznodzieja. - Ale zanim utniecie mi głowę, proszę ciebie, panie królu, abyś zaświadczył o tym. - Zgoda! Związano go sznurami, aby go zabić odcinając głowę. Sprawiedliwy powiedział: - To prawda, że po piątkowych modlitwach zaprosiłem was wszystkich na obiad u mnie. Tak, wy przyszliście i zobaczyliście ogień w górze, a garnek na dole. I wy mówicie, że w takiej pozycji ryż nigdy się nie ugotuje. Zapytuję cię więc, panie królu, czy ryż ugotuje się, czy też nie ugotuje się? - Właśnie to mówię, biedaczyno, że ryż nie ugotuje się nigdy. - Możesz zaświadczyć to, że się nie ugotuje? - Zaświadczam. - A więc, skoro zaświadczasz o prawdziwości tego, co mówisz, zaświadcz to swoim podpisem na piśmie. Napisano to i król się podpisał. - Dobrze więc, mój królu, oto są moje ostatnie słowa, nawet jeśli muszę umrzeć. Dlaczego więc nie chcesz dać córki za żonę i połowy swego majątku temu, który przez tydzień pozostał w twojej studni. Przecież to obiecałeś. Ostatniej nocy jego babcia zapaliła maleńki płomyk na krawędzi studni, u góry, a ty, królu, twierdzisz, że ten ogień go rozgrzał na dole, w studni? Jeśli twierdzisz, jak podpisałeś, że ogień nie może ugotować ryżu, który jest niżej, to daj tej staruszce połowę swoich dóbr, ponieważ ty, królu okazałeś się kłamcą. Król zdjął koronę ze swojej głowy i włożył na jego głowę. - Począwszy od dzisiaj, ty będziesz tu królował i rozkazywał, ponieważ ty potrafisz przemawiać - powiedział król - Ponieważ jest tak, jak słyszeliśmy, bądź naszym królem! Staruszka przyjęła połowę królewskiego majątku, a jej wnuk... ach, urządził wielkie wesele, piękne wesele w domu swej babci.
Była raz dziewczynka o imieniu Srebrna Moneta. Pewnego razu udawała się na święto za rzeką. Powrócił do zdrowia umierający. Ale trzeba było pokonać rzekę. Świętowano po drugiej stronie rzeki. Bardzo dużo ludzi opuściło wieś, aby brać udział w święcie. Zawołano więc Krokodyla-Króla. - O, Dziadku Krokodylu! - Tak - odpowiedział Krokodyl. - Przewieź nas, udajemy się świętować powrót do zdrowia naszego znajomego. - Wchodźcie! Tam woda była bardzo głęboka, więc oni nie mogli przejść, ponieważ bali się krokodyli. Pewnego razu, gdy Krokodyl-Król był daleko, przybyła Srebrna Moneta. Dziewczynka powiedziała cicho: - Krokodyl-Król paskudnie cuchnie. Ale mucha poleciała i powtórzyła to Krokodylowi. - Dziadku-Krokodylu! - Co takiego? - Srebrna Moneta powiedziała, że brzydko pachniesz. - Poczekaj - odpowiedział Krokodyl-Król - zapłaci mi za to, kiedy tu przybędzie. A ludzie świętowali. Pozostawali w wiosce świętując radośnie. A kiedy świętowanie skończyło się, zaczęli powracać do swoich domów. - O, Dziadku Krokodylu! - Tak - odpowiedział Krokodyl. - Przewieź nas, wracamy do naszych domów. I Krokodyl-Król ich przewoził. Oni wchodzili na niego i on ich przewodził. Ale kiedy na jego grzbiet chciała skoczyć Srebrna Moneta, powiedział: - Srebrna Moneto, ty przejedziesz na końcu. I po kolei wszystkich przewiózł przez rzekę na drugi brzeg. Na końcu wziął Srebrną Monetę. Ale kiedy ją zabrał, nie wziął jej z innymi. Wziął ją samą. Skierował się do swojej dziury. Ludzie mówili między sobą: - Patrzcie-no tam, przyjaciele! Krokodyl-Król ją zabiera. - Ale dlaczego? - Dlatego, że ona powiedziała: "Przyjaciele, Krokodyl-Król paskudnie cuchnie". Oto powód. Mucha mu to powtórzyła i on jest wściekły. Zabrał ją, aby ją pożreć. Coraz głębiej zanurzała się Srebrna Moneta. Stawała się coraz bardziej mokra. Oto, co śpiewała: "Oj, mokre stają się moje stopy, Krokodylu-Królu, Oj, mokre stają się moje stopy, Krokodylu-Królu!" - Gdy cię wiozłem, twoje stopy nigdy nie były wilgotne, teraz stają się mokre. To gubią cię słowa, które wypowiedziałaś - powiedział Krokodyl-Król. "Oj, mokre stają się moje kolana, Krokodylu-Królu, Oj, mokre stają się moje kolana, Krokodylu-Królu!" - Gdy cię wiozłem, twoje kolana nigdy nie były wilgotne, teraz stają się mokre. To gubią cię słowa, które wypowiedziałaś - powiedział Krokodyl-Król. "Oj, mokra staję się aż do pasa, Krokodylu-Królu, Oj, mokre staję się aż do pasa, Krokodylu-Królu!" - Ty nigdy nie zamoczyłaś się do pasa, teraz stajesz w wodzie aż do pasa. To gubią cię słowa, które wypowiedziałaś - powiedział Krokodyl-Król. "Oj, zanurzam się w wodzie aż po piersi, Krokodylu-Królu, Oj, zanurzam się w wodzie aż po piersi, Krokodylu-Królu!" - Ty nigdy nie zanurzyłaś się aż po piersi. To gubią cię słowa, które wypowiedziałaś - powiedział Krokodyl-Król. "Oj, woda mi sięga aż po szyję, Krokodylu-Królu, Oj, woda mi sięga aż po szyję, Krokodylu-Królu!" - Twoja szyja nigdy nie była wilgotna, teraz staje się mokrą. To gubią cię słowa, które wypowiedziałaś - powiedział Krokodyl-Król. Woda stawała się coraz głębsza, ona zanurzała się coraz głębiej i nie przestawała śpiewać. Wreszcie, Krokodyl-Król zaciągnął ja do swojej nory. Były tam dwa inne krokodyle, które były jakby jego stróżami. Krokodyl-Król powiedział: - Strzeżcie ją uważnie, ja pójdę po jedzenie dla nas i dla tej dziewczynki, która nazywa się Srebrną Monetą. Jak wiecie, krokodyle wyszukują takich miejsc, które mają tylko wejście w wodzie, ale w norze nie ma wody. A kruki rozdzierały się: "Kra, kra..." - Ach, to kruki - pomyślała Srebrna Moneta - A ja tu jestem w norze. I ostrożnie zaczęła robić dziurą nad swoją głową, aż zobaczyła niebo. Otwór nad jej głową był zrobiony. Ona zawołała: - To ty jesteś, wielki ojcze Kruku? - Tak, to ja jestem, moje dziecko - odparł kruk. - Idź więc, proszę, do mego domu i powiedz mojej matce i mojemu ojcu: "Srebrna Moneta jest tam, na zachodzie". - Ach, taaak - powiedział kruk - Kiedy chciałem zjeść kilka ziaren kukurydzy, to przepędzałaś mnie. Rzucaliście nawet siekierą. Ja u was nie mogłem zdobyć pożywienia. Czyż to nieprawda? W porze posiłku Srebrna Moneta usiadła na dnie nory. Zdawało się jej, że dwa krokodyle przygotowują się do jedzenia. Nadsłuchiwała. Usłyszała śpiew. To kania przelatywała. "Kiriri kiriri.." - Ach, to kania! - pomyślała Srebrna Moneta i zaraz zawołała: - Czy to ty, Wielka Matko Kanio? - Tak, to ja jestem, dziecko. - Idź więc, proszę, do mego domu i powiedz mojej matce i mojemu ojcu: "Srebrna Moneta jest tam, na zachodzie". - Ach, taaak - powiedziała kania - Kiedy wynoszę jednego z waszych kurczaczków, wyganiacie mnie, rzucacie we mnie kamieniami, drzewem, a nawet siekierą, mówicie, że ja nie mam prawa żyć. Czyż to nieprawda? - Ach, ja umieram - powiedziała do siebie Srebrna Moneta. Nadeszła noc. Usnęła. Rankiem malutki Ptaszek-Wybawca zaczął ćwierkać: - Tseeeu, tseeeu, tseeeu! - Ach, to Ptaszek-Wybawca! - pomyślała Srebrna Moneta i zaraz zawołała: - Czy to ty, Wielki Ojcze Wybawco? - Tak, to ja jestem, dziecko. - Idź więc, proszę, do mego domu i powiedz mojej matce i mojemu ojcu: "Srebrna Moneta jest tam, na zachodzie". - Już lecę - zaśpiewał Ptaszek-Wybawca. I Ptaszek-Wybawca odfrunął. Poleciał na ryżowiska, usiadł na tamaryszku. Kobiety pracujące przy ryżu usłyszały jego śpiew: - Tseeeu, tseeeu! kurki gdaczą, tseeeu! - Tseeeu! rzućcie im ziarnko, tseeeu! - Tseeeu! cielątka pobekują, tseeeu! - Tseeeu! odwiążcie je, tseeeu! - Tseeeu! niech znajdą swe matki, tseeeu! - Tseeeu! pieski wyją, tseeeu! - Tseeeu! rzućcie im kosteczkę, tseeeu! - Tseeeu! dzieci popłakują, tseeeu! - Tseeeu! weźcie je na swe plecy, tseeeu! - Tseeeu! ej, Srebrna Moneta jest tam, na zachodzie, tseeeu! - Tseeeu! Srebrna Moneta jest tam, na zachodzie, tseeeu! Ptaszek-Wybawca przestał śpiewać, zbliżył się do ludzi i opowiada... Ludzie uradzili: - Tak, sznurek będzie u twej nogi, Ptaszku-Wybawco, drugi jego koniec w naszych rękach... Kiedy poczujecie - powiedział Ptaszek-Wybawca - że sznurek się napręża, to będzie znaczyło, że ja jeszcze lecę do Srebrnej Monety. Ale kiedy sznurek zacznie zwisać, to będzie oznaczało, że ona chwyta za sznurek, ponieważ ja go położyłem na jej dłonie. I ja wtedy wylecę z jamy krokodyla. Wtedy ciągnijcie! - Dobrze, wyciągniemy ją - powiedzieli ludzie z jej wioski. A Ptaszek-Wybawca leci, leci, leci. A ludzie z wioski silnie trzymają koniec sznura. A kiedy Ptaszek-Wybawca jeszcze leciał, ludzie zabili wołu, poćwiartowali i kawałki powrzucali do rzeki. Przypłynęły krokodyle na żer. I wtedy Ptaszek-Wybawca wleciał do jamy krokodyla, dał koniec sznurka Srebrnej Monecie, ludzie zaczęli ciągnąć sznurek i wraz z ludźmi Ptaszek-Wybawca wyciągnął Srebrną Monetę na suchą ziemię. Oto historia Srebrnej Monety, która za dużo mówiła, która wyśmiewała się z Krokodyla Króla. A ten wpadł w złość, zaciągnął ją do swej nory, aby ją pożreć. A kiedy krokodyle powróciły, aby pożreć Srebrną Monetę, tej już nie było w kryjówce.
Był-żył raz człowiek. I nazywał się Biedny. Nie miał nic do jedzenia. Nie miał garnka, ani łyżki, ani garnuszka, ani skrzyni. Oni, mąż i żona, byli bardzo biedni. Biedny był rybakiem, ale nigdy nie udawało mu się złowić ryby, nawet jednej. Sąsiedzi przynosili do domu bogaty połów, pełną łódź, albo przynajmniej połowę, ale on nie przynosił nigdy nic, nawet jednej ryby. Pewnego dnia rzecze do niego żona: - Ach, mój mężu, my jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, ponieważ ty nic nie łowisz. wyjedź dziś na małe jezioro. - Dobrze, tam spróbuję - odpowiedział mąż. I Biedny tam się udał. Łowił na małym jeziorze. Ledwo zarzucił sieć, złapał złotą rybkę. Ta zapytała Biednego: - Czy chcesz dziś złowić dużo, czy mało ryb? - Ja - odparł Biedny - chcę złowić dużo. - Jeśli chcesz złowić dużo, wypuść mnie. I on ją wypuścił do wody. I tego dnia łowił. Jego łódź zapełniła się różnego rodzaju rybami. Zwinął wędki i skierował się ku brzegowi. Wtedy ukazał się potwór. - Salamaleko, panie - powiedział. Biedny nic nie odpowiedział. - Salamaleko, panie - powtórzył potwór. Biedny nic nie odpowiedział. Wtedy potwór pożarł wszystkie ryby. Nie pozostawił nawet jednej. Biedny wyciągnął łódź na brzeg i powrócił do wsi. Kiedy wszedł do domu, zapytała go żona: - Gdzie są ryby, które złowiłeś? - Ach, potwór pożarł mi je wszystkie, gdyż powiedział do mnie "Salamaleko, panie", a ja nie umiałem odpowiedzieć na jego pozdrowienie. - Skoro tak - powiedziała żona - to jesteś idiota, debil i dziś nie dostaniesz nic do jedzenia. Na szczęście, ktoś mi przyniósł kawałek ryby, ale tobie nie dam ani odrobiny! - A co ja będę jadł, skoro ty mi nic nie dasz? Żona Biednego jadła, ale część zostawiła dla męża. - Oto dla ciebie, jedz! Biedny zjadł, pomyślał i po chwili powiedział: - Idę poszukać Hindusów. I poszedł i spotkał Hindusa. - Salamaleko, Hindusie - pozdrowił go. - Lekomy salama - odpowiedział Hindus. "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama..." Wchodząc do domu Biedny wciąż powtarzał: "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko..." Jedząc powtarzał: "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko..." Rano spuszczając łódź na wodę, powtarzał: "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko..." I wiosłując powtarzał: "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko..." I łowiąc powtarzał: "Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko, Lekomy salama, Salamaleko..." Ledwo zarzucił sieć, złapał złotą rybkę: - Czy chcesz dziś złowić dużo, czy mało ryb? - Ja - odparł Biedny - chcę złowić dużo. - Jeśli chcesz złowić dużo, wypuść mnie. I on ją wypuścił do wody. I tego dnia łowił. Jego łódź szybko zapełniła się różnego rodzaju rybami. Gdy skierował się ku brzegowi, ukazał się potwór. - Salamaleko, panie - powiedział. Biedny odpowiedział: - Lekomy salama! - Salamaleko, panie. - Lekomy salama! Potwór zanurzył się w głębinie. Biedny jechał do brzegu wiosłując. A kiedy wreszcie wyszedł na brzeg, jego żona spojrzała z uśmiechem na udany połów. Co za szczęście! I sprzedawali te ryby, sprzedawali, sprzedawali. I mieli pieniądze. Mieli dużo pieniędzy. I wydawali je. Kupili łyżki. Kupili garnek. Kupili nożyczki. Kupili talerze. Kupili szaty... Kupili wszystko, czego nie posiadali. Ale, jak wiecie, ludzie, kiedy się pobiorą, rozmawiają nocą. Żona mówi do męża: - Przynieś mi, mężu, tę złotą rybkę, chciałabym ją zjeść. - Ach, czy my nie umrzemy, jeśli ci ją przyniosę? - Nie, na pewno nie umrzemy. Przynieś, ja chcę ją zjeść. - Dobrze - powiedział mąż. Rankiem, gdy zarzucił sieć, Złota Rybka była pierwszą zdobyczą. - Czy chcesz dziś złowić dużo, czy mało ryb? - spytała. - Ja - odpowiedział - nie chcę dziś ani dużo, ani mało. To moja żona chce, abym ciebie jej przyniósł. - Dobrze - powiedziała Złota Rybka - kiedy twoja żona będzie mnie jadła, powiedz jej, aby wrzuciła do morza moje wnętrzności i moje łuski i wszystko, co ze mnie zostanie. Do domu nie nieś mnie żywej, uśpij mnie, zabij mnie. A jeśli ktoś ofiaruje ci wielką sumę za mnie, strzeż się, abyś mnie nie sprzedał! Strzeż mnie, aby zjadła mnie twoja żona! - Dobrze - powiedział Biedny. Kiedy stanął na brzegu, otoczyli go ludzie. - Ojej! Ja ją kupuję za pięćdziesiąt tysięcy. - Ja ją kupuję za sto pięćdziesiąt tysięcy. - Ja daję dwieście pięćdziesiąt tysięcy... - Ja jej nie sprzedaję - odpowiedział Biedny - Jest zbyt droga, gdyż mi się ofiarowała. Ja ją zjem. I zabił ją. A kiedy ją oczyścił, zobaczył tylko tłuszcz. Ani jednej ości. I zaczął ją piec. Ale kiedy ją piekł, tłuszcz zalał ogień, tak dużo tłuszczu kapało. Jego żona zjadła Złotą Rybkę, zjadła tylko jeden kęs i więcej nie chciała. - Ach, daj resztę ludziom. - Nie - odpowiedział Biedny - Nie dam nic ludziom. - Daj resztę ludziom. - Nie dam nic ludziom. Wolę wrzucić do morza. I jej mąż wrzucił resztę ryby do morza. W bajkach wszystko dzieje się szybko. Oto kobieta poczęła i porodziła bliźnięta. Jeden został nazwany Wielki Szczęściarz, a drugi Mały Szczęściarz. A potem? Potem oni rośli. Pewnego dnia Wielki Szczęściarz powiedział: - Mamo, zasadziłem coś. Rzeczywiście, on zasadził pewną roślinę. - Mamo - powiedział Wielki Szczęściarz - oto, co zasadziłem. Ja idę szukać żony. Jeśli liście tej rośliny zwiędną, to będzie znak, że mnie zdarzyło się coś złego. Jeśli liście będą zielone, wiedz, że wiedzie mi się wszystko dobrze. - Dobrze, synu - powiedziała matka. Wielki Szczęściarz potrząsnął tamaryszkiem, który stał się koniem. I pojechał na koniu. A kiedy dojeżdżał do pewnej wioski, powiedział do konia: - Połknij mnie i wypluj, zmień mnie w postać upiora. Koń połknął go i wypluł. I chłopak stał się upiorem. Wszedł do wioski i zapytał dziewcząt: - Gdzie są panny w tej wsi? - Oto jedna panna, oto druga panna, oto jeszcze inna panna, a ja, która mówię z tobą, też jestem panną. - Ach, tak, jesteście pannami, ale wy mnie nie podobacie się. - A ty, czy ty myślisz, że ty nam się podobasz? - zapytała jedna z dziewcząt - Rodzaj trupa, upiora z ziemi. My oczekujemy pewnego kawalera. To Wielki Szczęściarz! - To ja jestem Wielkim Szczęściarzem - powiedział - ale wy mnie nie podobacie się. I odszedł, i szedł i szedł i szedł coraz dalej na wschód. I ujrzał córki królewskie, wysokie, powabne. - Połknij mnie i wypluj, zmień mnie w postać upiora. Koń połknął go i wypluł. I chłopak stał się upiorem. - Ach - powiedział król - zgromadźcie się wy wszyscy, żandarmi, hindusi, policjanci, urzędnicy, kreole! Oto moje córki stawiam jako tarcze, a każdy, kto rzutem je trafi, weźmie ją za żonę. - Doskonale - odpowiedzieli - a ile razy można próbować? - Tylko jeden raz rzucając cytryną. Rzucił pierwszy - cytryna przeleciała obok królewny. Rzucił drugi - obok! Żandarm rzucił i cytryna otarła się o najstarszą. Wzniosły się okrzyki! - Och, oto Najstarsza jest jego żoną! Rzuca następny: obok. Jeszcze jeden: obok. Rzuca Przybysz z Europy: cytryna musnęła drugą córkę króla. - Och, oto Młodsza jest jego żoną! Wzniosły się okrzyki! Rzuca następny: obok. Jeszcze jeden: obok. Rzuca Upiór. Trafił! Cytryna spadła na piersi najmłodszej księżniczki. Wzniosły się okrzyki! - Och! - jęknęły dwie jej siostry nasza Perełka staje się nieszczęśliwą, będzie żoną tego złego człowieka, Upiora. - Cóż zrobić, ponieważ on rzucił i jego cytryna w nią trafiła, musi zostać jego żoną, chociaż jest obrzydliwy. I król powiedział: - Wy wszyscy, moi zięciowie, zgromadźcie się, ponieważ wróg rozpoczyna wojnę. Przyszli zięciowie. Białemu dano konia i strzelbę, Żandarmowi dano konia i strzelbę, a Upiorowi dano przerdzewiałą strzelbę i konia kulawego. Pojechali. Wszystko wojsko już przybyło. Ale nie zdążył przybyć Upiór, ten na koniu kulawym. Wciąż jest w drodze. A bitwa już się rozpoczęła, kiedy on znalazł swojego konia, którego ukrył w zaroślach z dala od wioski. - Połknij mnie i wypluj, abym przybrał moją prawdziwą postać. Koń go połknął i wypluł, i Wielki Szczęściarz stał się mężczyzną jak bóstwo. Na swoim koniu przejechał przez pole bitwy, porwał chustę swego teścia. Bitwa ustała. - Ach, to bóg, który przybywa, bitwa jest skończona. I bitwa została zakończona, rozjechali się, każdy do siebie. Wielki Szczęściarz odnalazł swego konia. - Połknij mnie i wypluj, zmień mnie w postać upiora. Koń połknął go i wypluł. I stał się upiorem. Ach - powiedziała najmłodsza córka królewska - ojcze, gdzie jest mój mąż? - Ach, on nie powrócił, może zginął? Pozostawiliśmy go za nami. - Co? Mój mąż nie powrócił? - powiedziała. Ale rankiem Upiór przybył. Spał długo, całe przedpołudnie. Zanim południe nastało, Perełka zauważyła coś w kieszeni męża. - Ależ - powiedziała do siebie pani młoda - oto coś, co przypomina chustę mojego ojca? Włożyła rękę do kieszeni Wielkiego Szczęściarza, wyjęła chustę i poszła pokazać swemu ojcu. - Powiedz, ojcze, czy to nie jest twoje? - Ależ tak! Gdzie ją znalazłaś? - Mój mąż ją miał. - O la la! Odnieś mu ją. To bóg, to nadzwyczajne - powiedział - on jest bóstwem! I ona włożyła chustę królewską do kieszeni śpiącego męża. Późnym popołudniem Wielki Szczęściarz przyszedł do króla. - Królu mój i panie - powiedział - teraz już wracam do siebie, aby przygotować nasze uroczystości weselne. - Bardzo dobrze - odpowiedział król. I Upiór odszedł. Szedł i szedł, aż odnalazł swego konia. Powiedział do niego: - Połknij mnie i wypluj, abym przybrał moją prawdziwą postać. Koń go połknął, wypluł. I oto zjawił się znów praw-dziwy bóg! Pojechał na swoim koniu. I jechał długo, długo, aż odnalazł swoją żonę, z którą powrócił do wioski. Król i królowa, jego teściowie, omal nie uciekli z przerażenia. - Nie uciekajcie - powiedział - ja jestem Wielki Szczęściarz. Ty zaś, Żandarmie, wypierzesz bieliznę mojej żony, a ty, Biały, przyniesiesz wodę dla mojej żony! Ludzie ci nic nie odpowiedzieli. Wykonali jego polecenia, chociaż były tak poniżające. - Ojcze - powiedział Wielki Szczęściarz - teraz ja muszę odejść, czeka mnie długa droga, zanim tu wrócę. I poszedł, aby powrócić do swojej wioski. Ale obrał inną drogę, wszedł na drogę Diabłów. I szedł tą diabelską drogą. Ujrzał go diabeł i ucieszył się. Ach, chłopcze, zbliż się, zbliż się! - Och - powiedziała pewna staruszka - jesteś takim młodym chłopcem, czyż nie jest ci smutno maszerować po tej diabelskiej drodze? - Cóż ja poradzę, zabłądziłem. - Skoro już tam będziesz, zaproszą cię do gry w karty. Weź ten garnek ze szczurami, masz w drugim garnku jaszczurki. A kiedy nadejdzie moment, że już masz przegrać, rzuć je na ziemię, aby się zbiły. Szczury i jaszczurki rozbiegną się, ponieważ lampę będzie trzymał kot. - Dziękuję - odpowiedział. I oni grali w karty, długo grali w karty, wciąż grali. A kiedy Wielki Szczęściarz poczuł, że zasypia, rzucił garnek ze szczurami. Kot skoczył na nie, a lampa, którą trzymał, rozsypała się w kawałki. Odskoczył diabeł, w jednym momencie znalazł się w lesie, ale po chwili powrócił i zamknął Wielkiego Szczęściarza do jamy pełnej ludzkich czaszek. Oto, gdzie przebywał teraz! W tym czasie matka wyszła popatrzeć na krzew zasadzony przez starszego syna. Patrzy, a liście więdną. - Synu - krzyczy - twój brat jest w niebezpieczeństwie, coś mu się przytrafiło. Bliźniaczy brat Wielkiego Szczęściarza, który nazywał się po prostu Szczęściarz, poszedł. Szedł, szedł, aż doszedł do króla. - Panie i królu - powiedział - czy jest tu mój brat? - Twój brat? A kim jest twój brat? - Wielki Szczęściarz. - A ty nie jesteś Wielkim Szczęściarzem? - Nie, to nie ja. Jestem jego bratem. - Ależ wy jesteście podobni do siebie! - Ponieważ jesteśmy synami tych samych rodziców, jesteśmy bliźniakami. - Oto jego żona, zapytaj jej - powiedział król. I on zapytał swojej bratowej: - Czy jest tu mój brat? - Twój brat? A kim jest twój brat? - Wielki Szczęściarz. - A ty nie jesteś Wielkim Szczęściarzem? - Nie, to nie ja. Jestem jego bratem. - Ach, tak. On odszedł. Poszedł tą drogą. I szedł, szedł, szedł. - Oj - powiedział do siebie Diabeł - zbliżasz się, zbliżasz się. Oj, zbliż się jeszcze. - Ach - westchnęła stara kobieta, służąca Diabła - taki młodzieniec jak ty, idzie tą straszną drogą. Ale już ktoś bardzo podobny do ciebie przechodził tędy. Czyż on jeszcze jest wśród żyjących? -To mój brat - powiedział Szczęściarz. - Będziesz zaproszony do gry w karty. Kiedy będziesz przegrywał, rzuć ten garnek pełny szczurów, bo kot będzie trzymał twoją lampę. - Dzięki - powiedział Szczęściarz. I grał w karty, grał w karty z Diabłem, grali razem w karty, wciąż grali. A kiedy Szczęściarz stał się senny, rzucił garnek na ziemię, szczury rozbiegły się, a kot pognał za nimi. Lampa, którą trzymał kot, rozsypała się. Diabeł uciekł, pobiegł do lasu i już nigdy nie powrócił. Szczęściarz powiedział: - Słudzy Diabła, dajcie mi klucze do piwnicy. Słudzy dali mu klucze, otrzymał klucze do wszystkich komórek i jam. Szczęściarz otwierał po kolei wszystkie komórki i jamy. Otworzył też jamę, w której znajdował się Wielki Szczęściarz. Jego oczy stały się białe. Był na wpół umarły. - Wyjdź stąd, mój bracie! Żadnej odpowiedzi. - Wychodź stąd, stary! Nie ma odpowiedzi. - Słudzy diabelscy, wyprowadźcie do stąd! Wyniesiono Wielkiego Szczęściarz. Kiedy ukazał się Wielki Szczęściarz, brat powiedział: - Ugotujcie ryż! zróbcie bulion z ryżu, jak się przygotowuje dla chorych! Zagotowano ryż. Gotowano. Aż ugotowano, aż był ugotowany. I podano do jedzenia. Karmiono Wielkiego Szczęściarza. I on jadł, jadł, aż zjadł. - Wykąpcie go teraz - polecił Szczęściarz. - Kąpano go, kąpano, aż wykąpano. - Czy już odzyskał krew? Tak, teraz już odzyskał krew - Powiedział Szczęściarz. A teraz spójrzcie na niego i spójrzcie na mnie! Słudzy Diabła kąpali Wielkiego Szczęściarza, patrzyli na niego i patrzyli na Szczęściarza. I nie mogli ich odróżnić. - Słudzy Diabła, przynieście tu wszystko, co tylko jest w tym domu. I rozejdźcie się, idźcie do siebie, ponieważ już nie ma żadnego powodu, aby tutaj pozostawać. Słudzy Diabła rozebrali wszystkie rzeczy, zabrali ze sobą i wrócili do swoich domów. A kiedy wszyscy się rozeszli, dwaj bracia też ruszyli do domu swoich rodziców, do swojego domu. Kiedy już uszli nieco drogi, Szczęściarz powiedział: - Bracie mój, zrobiłeś błąd idąc tutaj. bo teraz już mogłeś być martwym, jak wiesz, ale ty mnie nie chciałeś słuchać, jak ci radziłem. - Ach, tak - odpowiedział mu Wielki Szczęściarz - Nie lubię takiej mowy. Zaraz ci wbiję w twoje ciało mój nóż. I Wielki Szczęściarz wbił nóż w ciało swego brata. I zabił go. - Hola! - powiedział do siebie - mój brat wypowiedział tylko jeden wyrzut, a ja go za to zabiłem. Tak być nie powinno. Muszę go wskrzesić. I zaśpiewał: Cząstko człowiecza, cząstko człowiecza, cząstko człowiecza! Połącz się w żywe! Połącz martwe. Cząstko człowiecza, cząstko człowiecza, cząstko człowiecza! Połącz się w żywe! Połącz martwe. I oto brat powrócił do życia. I razem weszli do domu. A kiedy powrócili do domu, długo i szeroko opowiadali, co im się przydarzyło. Wciąż opowiadali, co im się zdarzyło. Ale nadszedł czas, że Wielki Szczęściarz umarł. Zrobiono przygotowania, aby go pochować. Wtedy Szczęściarz też się zabił. Oto śmierć. I pochowano obu braci-bliźniaków razem.
Był-żył raz Bogacz i miał syna Bogacza. I był-żył Biedny i miał syna Biednego. A kiedy wyruszyli na poszukiwanie żon, Bogaty drwił z Biednego. Oto tak było. - Jeśli jest, jak jest - powiedział Bóg - idźcie razem. Jeśli jest wśród was ktoś, kto chce poślubić moje córki, niech idzie! Kto przyniesie rzecz zdolną mnie zadziwić, ten dostanie moją córkę! - Zrozumieliśmy, idziemy! I poszli, weszli na łodzie i poprowadzili swe łodzie daleko na zachód. Bogaty zbierał czaszki ludzkie. A kiedy dojechał do pewnej wyspy, niemal natychmiast zawrócił. Biedny zaś jechał jeszcze dalej na zachód, daleko, daleko, na zachód. Ujrzał ziemię. A kiedy zatrzymał swój okręt, zszedł na ziemię i znalazł się w wiosce. I zaśpiewał: Kto jest więc złotnikiem, Kto jest więc złotnikiem w tym mieście? Kto jest więc złotnikiem? - To ja jestem złotnikiem -To ja jestem złotnikiem, jeśli trzeba zrobić wołu! - To ja jestem złotnikiem. - To ja jestem złotnikiem. - To ja jestem złotnikiem, Złotnikiem, który zrobi złotego koguta! - To ja jestem złotnikiem" Wszedł do miasta. Zaczął tworzyć, robił, pracował, wyprodukował koguta. Ale kogut nie śpiewał. - Oto - wyśmieli go ludzie - złotnik, który nie zna swojego zawodu! Biedny odszedł i przybył do drugiego miasta. - Czy jest tu ktoś? - Tak. Witamy cię - odpowiedzieli ludzie tego miasteczka. I on zaśpiewał Kto jest więc złotnikiem, Kto jest więc złotnikiem w tym mieście? - Kto jest więc złotnikiem? - To ja jestem złotnikiem -To ja jestem złotnikiem, jeśli trzeba zrobić wołu! - To ja jestem złotnikiem. - To ja jestem złotnikiem. - To ja jestem złotnikiem, złotnikiem, który zrobi złotego koguta! - To ja jestem złotnikiem" Zaczął tworzyć, robił, pracował, wyprodukował koguta. Zrobił koguta ze złota. Spróbował, czy śpiewa. Zaśpiewał swoje Kukuryku bardzo głośno. Biedny zabrał koguta i odpłynął na wschód, daleko, daleko w kierunku wschodnim, aż przybył. I ludzie wykrzyknęli: - Ach, patrzcie, co on przywiózł. Jakaś maszyna, moi przyjaciele, czy coś podobnego, którą dostarczył tu Biedny. Obaj, Bogaty i Biedny, zostali zaprowadzeni do Boga. We wnętrzu koguta był chłopiec, który śpiewał. Bogaty zaprezentował czaszki. -Wyrzućcie tego - polecił Bóg - Ty przyniosłeś mi trupy ludzi, których ja musiałem uśmiercić! I odesłano go do jego wioski. Oto przybywa drugi. - Pokaż mi swoją zdobycz - powiedział Bóg. Biedny uderzył lekko w koguta, a kogut natychmiast zaśpiewał: Kukuryku!!! - Oto - powiedział Bóg - coś, czego ja jeszcze nigdy nie widziałem! - Ojcze - powiedziała córka królewska - pozwól mi zobaczyć. Pozwól, abym mogła też zatrzymać to u siebie. - Nie, ty nie będziesz mogła tego posiadać, jeszcze nie teraz. - Ależ tak, ojcze, niech to obejrzę, a jeśli chcesz, będę tego strzegła. I oto jej ojciec, Bóg, jej pozwolił. Dał jej tego koguta. Dał swojej córce. Niepostrzeżenie złotnik zajął miejsce chłopca w kogucie. I kogut zapytał ją, czy zgodzi się zostać jego żoną. Ona się zgodziła. Po pewnym czasie zeszli na ziemię. I ta córka Boga dała początek królom. Była matką królów. I to wszystko. Taka krótka bajka o tym, skąd są królowie.
Ta historia, którą opowiadam wam, jest o dzieciach. Był raz człowiek, wielki Muzułmanin. I był on bardzo bogaty. Słuchajcie mnie wszyscy! Czy mnie słyszycie? - Tak. Czy słyszycie, o czym was opowiadam? - Słuchamy cię! Dobrze. A więc, to było tak. Była pewna córka, była jego córką. A on hodował świnię, hodował krowę, trzymał kozę, miał psa. Mieli pięć zwierząt, wliczając w to konia. I miał żonę, która powiła mu dziewczynkę. Ona porodziła tylko jedno dziecko. I tej córeczce dali na imię po prostu Córeczka. To było imię ich dziecinki. A gdzie żyli i mieszkali, żyła i rosła ich Córeczka. A kiedy Córeczka stała się duża, kawalerowie zaczęli przysyłać swatów. Chłopcy pragnęli mieć ją za żonę. Weźmy na przykład młodzieńca z Czarnej Wody, który pierwszy posyła swego przyjaciela do Córeczki, aby w jego imieniu prosił rodziców o małżeństwo. Mówi mu: - Przyjacielu, chcę cię prosić, abyś zatroszczył się o to, by Bogaty, który jest tak bardzo bogaty, oddał mi swoją córkę Córeczkę. - Zgoda - odpowiedział przyjaciel. Kiedy przybył do Bogatego człowiek, który podjął się zadania swatów, usłyszał: - Tak jest, zgoda. Oto moje dziecko. Ale ja potrzebuję żaglówkę. Jeśli jest on zdolny ściąć drzewo, obrobić je i zbudować żaglówkę, Córeczka będzie jego żoną. Zalotnik przybył do bogatego. - Jestem cieślą. Bez problemów spełnię twój warunek. Człowiek z Czarnej Wody zabrał się do pracy. Ścinał drzewa, ściął wystarczającą ilość drzew. Rozpoczął pracę. Inny młodzieniec, z wioski zwanej Drzewem Szczęścia, także cieśla, pragnął poślubić Córeczkę. Obarczył zadaniem przedstawienia prośby o Córeczkę swego przyjaciela, starszego wiekiem, jak było w zwyczaju: - Idź, proś pana Bogatego o zgodę... I Bogaty odpowiedział: - Ja nie oczekuję żadnego posagu, ani żadnego daru, jak tylko tego, aby mi zbudował żaglówkę. Oto już są dwaj zalotnicy. Obaj przyłożyli się do pracy. Obaj pracują jeden obok drugiego nie pytając o zapłatę. O nic nie pytają. Wkrótce przybywa posłaniec od trzeciego zalotnika: - Ja nie żądam wiele. Niech zrobi dla mnie tylko żaglówkę. - On zgodził się już z góry, nawet nie muszę go pytać o zgodę. Potrafi zbudować, bo jest cieślą. Przybył też wkrótce wysłannik czwartego i piątego zalotnika. Wszyscy byli cieślami. Każdy zakochany w Córeczce, każdy pracował, nikt nikogo o nic nie pytał. Żaden nie pytał o zapłatę. A Bogaty miał tylko jedną córkę. Ona każdemu z pięciu się podobała. Pracowali. Starali się robić szybko i solidnie. Każdy z nich pracował nie pytając o zapłatę. Budowali żaglówkę. I zbudowali. Należało jeszcze spuścić na wodę, podnieść żagle. Wkrótce pójdą do Bogatego. I dopiero teraz zaczęli pytać jeden drugiego: - Jaka jest twoja zapłata za tę pracę? - Ach, wiesz, moją zapłatą jest jego córka. Zapytał inny z piątki: - A ty za co pracowałeś? - Ja pracowałem za jego córkę. - Oh! Tymczasem Bogaty świadomy problemu mówi do żony: - Moja żono! - Tak! - Żaglówka jest skończona. Kanał do wody jest już przekopany, praca ich jest zakończona. Wkrótce wypuszczą łódź na wodę. A my mamy tylko jedną córkę, a ich jest pięciu. Cóż więc my teraz uczynimy? - Nie wiem - odpowiedziała żona - to ty powinieneś wiedzieć. Mąż odpowiedział: - Ja jestem szejkiem i nie byłbym dobrym muzułmaninem, a tym bardziej szejkiem, gdybym nie położył całej mojej nadziei w Bogu. Więc dziś, w piątek, pozostanę tu, przy moich drzwiach, aby się modlić w tej sprawie. Po modlitwie powiedział do swoich pasterzy: - Co do zwierząt świni, krowy, kozy, psa... dziś nic im nie dajcie, pozostawcie ich tam, gdzie są. Zdziwili się, ale pozostawili w zagrodzie dla bydła te zwierzęta: świnię, krowę, kozę, sukę. Wszystkie stały opuszczone w zagrodzie, nikt się nimi nie zainteresował. A on się modlił, modlił, modlił... A kiedy przyszli kawalerowie, powiedział do nich: - Tak jest! Idźcie i wy wszyscy prosić Pana Boga o pomoc! Kawalerowie odeszli od Bogatego. Tejże zaś nocy wszystkie zwierzęta nagle zgrubiały. Ich brzuch stał się pełny. A nazajutrz rano, co się stało? Wszystkie zwierzęta wydały na świat swe potomstwo. Jakie? Małe dziewczynki! Wszystkie! Najpierw świnia wydała na świat: była to mała dziewczynka. Potem koza: była to mała dziewczynka. Następnie suka: była to mała dziewczynka. Wreszcie krowa: była to mała dziewczynka. Bogaty zabrał zwierzętom dziewczynki i ukrył w swoim domu, kiedy młodzieńcy byli zajęci spuszczaniem żaglówki na wodę. Bogaty powiedział do swojej żony, aby zaopiekowała się dziewczynkami: - Wychowaj je dobrze i nie pozwól nigdy żadnej wyjść z domu. To są przecież dziewczęta z dobrego domu. Szybko urosły troskliwie wychowywane panny stając się tak duże, jak Córeczka, którą widział każdy z pięciu kawalerów. Bogaty udał się na brzeg jeziora. - Oto twoja żaglówka - powiedzieli kawalerowie. Czyż Bogaty nie mógł być spokojny? Żaglówka skończona, w domu pięć panienek dla pięciu kawalerów. Ta piąta, to jego własna, prawdziwa. Kawalerowie zapytali: - Co teraz uczynimy? - Zepchnijcie żaglówkę na wodę. Szybko zepchnięto żaglówkę na wodę, rozciągnięto żagle. - Przyjdźcie w piątek - powiedział Bogaty - po wasze żony. - Zgoda - odpowiedzieli kawalerowie, ale między sobą zaczęli rozmawiać: - Czyż on nie ma tylko jednej córki? - Dla kogo ona jest? - Jest nas pięciu i każdy z nas pracował, aby poślubić tę samą. I rozeszli się. Praca skończona. Cieśle powrócili w piątek rano. Bogaty wprowadził ich do swego domu. Przedstawił im pięć panien: wszystkie podobne, wszystkie jednakowo ubrane, jednakowo uczesane, jednakowo piękne. Wszystkie siedziały spokojnie na macie rozłożonej na podłodze. Tak zastali je kawalerowie, którzy pracowali przy żaglówce. - Weźcie wasze żony - powiedział Bogaty - przecież taka była nasza umowa. Żaden nie wybierał. Każdy wziął pierwszą, która podeszła. Wszystkie przecież były jednakowe. Każdy wziął swoją. Pierwszy wziął jedną, drugi wziął jedną: ta jest moja! Ta jest moja! - Możecie już powrócić do siebie z waszymi żonami. Odeszli. Każdy do siebie, każdy ze swoją żoną. Każdy zamieszkał razem ze swoją wybraną, utworzyli pięć rodzin. Po pewnym czasie Bogaty powiedział do żony: - Teraz ja nie wiem, która z tych pięciu jest naszą prawdziwą córką. Może ona mieszka w Czarnej Wodzie? A może w Drzewie Szczęścia? Może U ujściu Wody? Ja naprawdę nie wiem, u którego jest nasza córka. - A więc, co chcesz zrobić? - Trzeba ich odwiedzić. Trzeba każdej złożyć wizytę, aby rozpoznać naszą Córeczkę - tak powiedział Bogaty. - Dobra myśl - odpowiedziała żona. Minęły już dwa miesiące od zaślubin. Bogaty wyszedł z domu i przybył do Czarnej Wody. Zatrzymał się przed domem pytając: - Czy jest tam ktoś? - Wejdźcie! - Ach, oto mój teść przybywa, oto mój dobry ojciec - odpowiedział mąż. Bogaty wszedł do domu. - Wejdź, ojcze, siadaj. Poczęstowano go śniadaniem. Bogaty jadł, jadł i obserwował. Potem zapytał zięcia: - Mój synu, jak się ma twoja żona? Jak ona żyje? - Ach, moja żona? Jest bardzo spokojna, wszystko idzie dobrze. - Wszystko idzie dobrze? - Wszystko idzie bardzo dobrze - odpowiedział zięć. - Dobrze więc - rzekł teść - dziś przyszedłem do ciebie z krótką wizytą, gdyż muszę iść jeszcze do Drzewa Szczęścia, aby i tam też złożyć krótką wizytę. Teść odszedł Szedł, szedł i przybył do wioski Drzewo Szczęścia. Przybywszy, zapytał zięcia: - Co nowego u ciebie? - Ach, mój ojcze, to ty przybywasz, mój ojcze! - Tak, mój synu. Jak się masz? - Och, wszystko idzie dobrze u mnie. - A twoja żona? Jak ona żyje? - Hm... jest dobrze, ale... moja żona, co ja u niej zauważyłem, gdy usiądzie, to muczy. - Ach tak ona jest córką krowy. To właśnie ta jest córką krowy - pomyślał Bogaty, a głośno dodał: - To normalne u niej. Bo kiedy była bardzo mała, bolała ją wciąż głowa. Ja nawet obawiałem się, że nie dożyje tego wieku. Oto, dlaczego jest taką. - Ach, tak, ojcze, skoro tak, to w porządku. Ona jest bardzo spokojna. - Do dobrze. Ja muszę już iść do trzeciej córki. I Bogaty wyszedł. I szedł, szedł, szedł, aż zaszedł do trzeciej wioski. Stanął przed domem córki: - Czy jest tam ktoś? - Wejdźcie! Wszedł, zobaczył swego zięcia. - Co dobrego słychać? - Wszystko idzie dobrze. Podano mu herbatę. Popijał i jadł owoce. - Mój synu, a twoja żona? Czy jest spokojna? - Ojcze, ona jest bardzo spokojna... Tylko, kiedy usiądzie, to tak warczy. Nieraz zapytuję siebie, co o tym myśleć. Tak, nieraz zastanawiam się, dlaczego wciąż słyszę to "sss". - To córka psa, to córka tego zwierzaka. Tak właśnie jest - pomyślał teść, a głośno dodał. - Cieszę się, że jesteś zadowolony. Ale ja muszę iść dalej. Przyszedłem dziś tylko z krótką wizytą. I odszedł. I doszedł do wioski Pod Fangą. - Jest tam kto? - Wejdźcie! - Ach, ojcze, witam. Bogaty usiadł. Przyniesiono mu posiłek, jak czyni się zawsze przyjmując teścia. Potem teść zapytał: - A jak się ma moja córka, a twoja żona, mój synu? - Ojcze, moja żona? wszystko jest dobrze... Ale jedna rzecz mnie dziwi w jej zachowaniu. Za każdym razem, kiedy usiądzie, to tak chrząka: kui, kui, kui. I to mnie dziwi. - Ach, to córka mojej maciory - pomyślał - To prosiątko także! Tak. Krótko mówiąc, to córka świni. Bogaty odszedł. Poszedł dalej. Szedł, szedł mówiąc do siebie: - Muszę jeszcze dojść do wioski Przy Wielkim Kamieniu. I doszedł. Wszedł do domu zięcia. Podano mu herbatę - Jak ci się wiedzie? - Bogaty zapytał zięcia. - Ach, mój ojcze! To ty przybywasz. Przyniesiono poczęstunek. Popijał herbatę i jadł, rozmawiając. - Jak ci się wiedzie? - zapytał jeszcze raz Bogaty - Ja przyszedłem dziś tylko z krótką wizytą, nie pozostanę długo. Jak się sprawuje twoja żona? - Ach, moja żona, ojcze, wszystko idzie dobrze, ale... ale coś mnie dziwi. Kiedy ona je, to pokarm bierze wargami i cicho pobekuje: bee, bee. Oto, co ona czyni. - Tak, to córka mojej kozy - pomyślał teść - moją córką jest tylko pierwsza. Tylko ta jedna w pierwszej wiosce jest moją córką prawdziwą. - Och, mój synu, ona była bardzo ciężko chora, jej usta były sparaliżowane, to była choroba w jej dzieciństwie. Nie wierzyliśmy, że przeżyje. Dlatego to jest normalne, że tak czyni. Bogaty powrócił do domu. A kiedy wszedł, powiedział do żony: - Nasza prawdziwa córka jest u zięcia w Czarnej Wodzie. Wszystkie pozostałe cztery córki w innych wioskach, to są zwierzaki. Tamte są córkami naszych zwierząt. Po chwili namysłu Bogaty powiedział: - Kiedy nasza córka i nasz zięć będą mieli dzieci, byłoby dobrze, gdyby pierwszym urodził się chłopiec, a drugą była dziewczynka. I my ich ożenimy. Wnuk i wnuczka staną się małżeństwem. To, co nazywa się małżeństwem z żoną-siostrą. I dziadkowie połączyli te dzieci ich prawdziwej córki, aby ich dzieci było potomstwem ludzkim. A inne dzieci, te z pozostałych czterech wiosek, nie miały prawa tworzenia małżeństw z potomkami ludzkimi. Mogły łączyć się pomiędzy sobą te dzieci, które były potomkami zwierząt. I tak się żenili i wychodziły za mąż, jak przed wiekami Bogaty postanowił. I po bardzo długim, długim czasie łatwo rozpoznać dzieci pochodzące z małżeństwa ludzi: te dzieci potrafią szanować starszych. Zaś potomstwo zwierząt nie ma szacunku, nie ma opanowania. I to mnie nie dziwi. Potomkowie zwierząt - te dzieci są zwierzętami. Jedno ośmiesza i poniża dziewczęta. Te są potomkami krowy. Inne bije swoją matkę. To dziecko świni! A kiedy dziecko staje się dorosłe, wciąż atakuje rodziców, popycha! Nie dziwcie się temu! To potomek kozy. Mała kózka też rogiem uderza swoją matkę. Tak, wszystkie dzieci tak czyniące są potomkami zwierząt. Niewiele jest potomków ludzkiej pary. Trudno ich znaleźć. Dzieci, które my widzimy, pochodzą od zwierząt Dawno temu były dzieci, które były potomkami ludzkimi. Ale, jak ja wam mówię, nie były liczne. Patrzcie dobrze: ludzie są nieliczni, zwierzęta rodzą się bardzo często. Dziś rodzą się jedne, jutro drugie, pojutrze jeszcze inne zwierzęta! To dla nas, dzisiejszego pokolenia, stanowi problem: pokolenie ludzkie znikło. Nasz nauczyciel w szkole nam mówił, że ludzi jest niewiele, może trzy, a może cztery osoby. Ale większość współczesnych dzieci, to potomkowie zwierząt. Zwierzęta, którym nie można zaufać.
Był-żył raz mężczyzna. Nazywał się Gospodarz. Był skąpcem. Miał siostrę i jej mąż mieszkał w jego domu. Mąż jego siostry nazywał się Szwagier. Pewnego razu razem poszli do lasu, Gospodarz i Szwagier. - Chodźmy do lasu upolować kuropatwę. - Zgoda! I kiedy doszli do lasu, rozdzielili się: jeden z nich szedł z jednego skraju, drugi z drugiego skraju lasu. - Jeśli ujrzysz kuropatwę, zawołaj mnie! - powiedział Gospodarz - Dobrze - odpowiedział Szwagier. Po pewnym czasie Szwagier zawołał swego towarzysza. Gdy ten przybył, ujrzał, że jego Szwagier upolował kota, dzikiego kota. - Oj, szwagrze, szwagrze! - Co? - Przecież to kot, a nie kuropatwa. Powiedz mi, czy ty znasz kuropatwę? Czy ją rozpoznasz? - Ja ją poznaję po piórach. - Po piórach? Takich jest dużo. - Naprawdę? Indyk ma pióra, a nie jest kuropatwą. Znasz tego ptaka? - Oczywiście! rozpoznam go po piórach, to pewne. I Szwagier odszedł. Po chwili Szwagier znów woła Gospodarza: - Mam kuropatwę, przybywaj! - Ach, to nie jest kuropatwa, to perliczka? - Co takiego? - Oczywiście! Kuropatwa nie tak wygląda. Chodźmy jeszcze raz. Ja pójdę tędy, ty idź z tamtej strony. Spróbujemy jeszcze raz. I jeszcze raz poszli. I idą, idą, idą, aż Szwagier krzyczy: - Mam kuropatwę! - Upolowałeś kuropatwę? Po czym ją rozpoznałeś? - Po kolorze piór. - Dużo innych ptaków ma podobny kolor, a nie są kuropatwami. - Naprawdę? - Oczywiście! - Gospodarz spojrzał na zdobycz - Ależ to jest żółw. - Co? - To nie kuropatwa. - Spróbujmy jeszcze raz. - A poznasz kuropatwę? - Oczywiście! Rozpoznam po piórach. - Tyle ptaków ma podobne pióra o podobnych kolorach. - Naprawdę? Jeszcze raz krzyknął Szwagier. Przybiegł Gospodarz. - Ależ to nie jest kuropatwa! To jeż. Co za człowiek z ciebie, szwagrze. - Ależ ja wiem, że pióra kuropatwy są takiego samego koloru, jak tego zwierzęcia. -Może i tak, ale to jest żółw, a nie kuropatwa! Idź dalej. I poszli dalej. Idą, idą, aż zaszli prawie do drugiej wsi, a tam stał wół. - Mam kuropatwę! - Co? - Widzę kuropatwę. - Jesteś pewny, że to kuropatwa? - To na pewno kuropatwa, tym razem nie mylę się. - Po czym rozpoznałeś, że to kuropatwa? - Po kolorze piór. - Człowieku, perliczka ma pióra, a nie jest kuropatwą. Wół ma kolor, ale nie jest kuropatwą. Jak rozpoznałeś kuropatwę. - Ja znam kuropatwę, przyjdź i zobacz! - zawołał Szwagier. - Mówisz nieprawdę, to są kłamstwa, bo się nie znasz na ptakach. - Nie, mówię prawdę - odpowiedział Szwagier. To nie są oszukaństwa, to jest naprawdę kuropatwa. Gospodarz podszedł, przygląda się i mówi: - Szwagrze drogi, to jest przecież wół! Co za rodzaj człowieka z ciebie? Poszli dalej. Szwagier znów się oddalił, aż doszedł do pewnego miejsca bardzo odległego. I tam zobaczył coś... Ujrzał kozę, która prowadzili przechodzący ludzie. Ta koza do nich należała. - Szwagrze! - Co?! - odkrzyknął Gospodarz. - Znalazłem kuropatwę! - Znalazłeś kuropatwę? - Tak, tym razem na pewno jest to kuropatwa. - Oj, szwagrze, widzę, że ty nigdy w życiu nie widziałeś kuropatwy. Bo koza jest tego samego koloru, ale nie jest kuropatwą.. - Widziałem już kuropatwę - powiedział Szwagier - Przybywaj prędko z dzidą i przebij tę kuropatwę! - Szwagrze, nie mów głupstw! - To nie są głupstwa. Widzę ją, szwagrze, to kuropatwa. I tym razem Gospodarz przybył na próżno. - Przecież to nie kuropatwa, szwagrze. Czyżbyś ty naprawdę nie widział nigdy kuropatwy? Z pewnością, kuropatwa ma podobny kolor, ale to jest koza. Koza też ma kolor, ale nie jest kuropatwą. Nie zabijaj jej, szwagrze, chodźmy dalej - powiedział Gospodarz I znów poszli. I szli, szli, aż doszli do innego miejsca. Kiedy tam się znaleźli, Gospodarz zobaczył kuropatwę. Woła Szwagra, aby przyszedł i poznał kuropatwę, bo dotychczas nie znał tego ptaka. - Szwagrze! Szwagrze! - Co takiego? - Przybywaj! - Po co mam przyjść? - Przecież ja znam kuropatwę. - Jeżeli naprawdę znasz kuropatwę, powiedz, jaki gatunek kuropatwy ty widziałeś? - Ja je rozpoznaję po piórach. Znam kolor ich piór. - Naprawdę? Perliczka ma też pióra kolorowe, a nie jest kuropatwą. Jak ty ją rozpoznasz. - Oczywiście, po kolorze. - Jest dużo ptaków o tym samym kolorze. - Czyżby? I poszli dalej. I szli, aż Szwagier usłyszał głos Gospodarza: - Oto kuropatwa. - Tak? - Kuropatwo - kuropatwo - zawołał Szwagier. Ale kuropatwa nie odpowiedziała. - Szwagrze, dlaczego kuropatwa nie odpowiada, kiedy ją się woła? - zapytał Szwagier. - Aleś ty głupi, szwagrze! Czyś ty widział kiedy ptaka, który odpowiada na pytania zadane mu przez człowieka? - Przecież to nie kuropatwa, szwagrze! Chodźmy do wioski, zapytajmy - powiedział Gospodarz - Kuropatwa nie mówi. Co to za kuropatwa, która nie mówi? I zaczęli się bić. Bili się okładając się kijami. Obaj. I Szwagier zabił Gospodarza. Powrócił do wsi. Kiedy wszedł do domu, żona zapytała go: - A gdzie został twój szwagier? - Mój Szwagier? On zjadł kuropatwę - skłamał Szwagier - On ją upiekł, zjadł i umarł. Mój szwagier zmarł. A w rzeczywistości śmierć nie była z powodu kuropatwy, Szwagier go zabił, uderzył i Gospodarz stał się martwym. Ludzie poszli na miejsce i zobaczyli, że Gospodarz został uderzony kijem w kark. Wzięli jego ciało, zanieśli do wioski, wykopali dół. Ale rodzina Gospodarza wpadła w gniew. Zaczęto bić tego człowieka i Szwagier też został zabity. Oto historia złego szwagra. Ty widzisz, że szwagier jest dobry. Jeśli poślubisz żonę, nie bij jej brata, bo to rzecz zła, z kolei ty będziesz bity. I nie ma nikogo lepszego, niż szwagier. Jeśli go zabijesz, umrzesz, będziesz także zabity. Oto historia, jaka wydarzyła się złemu szwagrowi. 7. KROKODYLE Był- żył niegdyś Człowiek. On sobie płukał gardło, Panie Szczur, On miał głowę łysą, On się wycierał, Panie Pająk. On miał pośladek czerwony, Kto ci dał oczy tak czerwone, Panie Kukułka? - To od podnoszenia głowy, aby widzieć, czy deszcz spadnie. A więc, był raz Człowiek. I mieszkał razem z żoną. Byli więc dwoje. Tam zamieszkiwali. I mieli dzieci, cztery córki i jednego syna. Córki nazywały się tak: jedna nazywała się Pierworodna, potem była Druga, następnie Młodsza, a w końcu Beniaminka. Był też chłopiec, ostatni. To był Mały-Ostatni-Pełny-Wrzodów. Nazwali go krótko Owrzodziały. I ten Owrzodziały był chorowity, na całym ciele miał wypryski. Nie bardzo lubiły go siostry. A Człowiek żył, mieszkał i wychowywał swoje dzieci - w bajkach wszystko dzieje się szybko, jak się mówi. A córki rosły, a kiedy urosły, przybywali chłopcy chcąc się ożenić z nimi. Na przykład, swat w ich imieniu przybywa i pyta: - Masz, panie, piękne córki, daj mi je za żony. - Poczekajcie - odpowiedział ojciec - zapytam o to moje córki. - Oto przybywają chłopcy. Czy chcecie zostać ich żonami? - Kto to jest? - zapytały - Co to za ludzie? Ach, my ich nie lubimy - odpowiedziały zgodnie. córki. - One was nie chcą - powiedział ojciec do chłopców. I oni odeszli. Powrócili do swoich domów. Oto przybywa inny swat: - Panie, daj mi swoją córkę za żonę. Ojciec zapytuje córki i powtarza ich odpowiedź: - One mi powiedziały, że was nie chcą. I tak odrzuciły wszystkich. Pewnego dnia przybywają krokodyle. - Chodźmy tam, do Człowieka, który ma córki piękne, ale piękne... Oto tam, idziemy. I poszli. Były to cztery krokodyle. Oto poszli. Wciągnęli spodnie, wcisnęli na głowy kapelusze, założyli pantofle i weszli do wioski. Oj, jakie były szczęśliwe te cztery córki Człowieka, gdy ich ujrzały! Jakże były rozpromienione widząc cztery krokodyle w ich błyszczących garniturach. A kiedy krokodyle doszły do domu Człowieka, zapytały: - Czy możemy wejść? - Wejdźcie! W chwilę potem krokodyle powitali się z ojcem córek i powiedzieli: - My tu przyszliśmy, aby prosić cię o twoje córki. Chcemy, aby one były naszymi żonami. - I to z tego powodu przyszliście aż tutaj? - Tak. - Dobrze, moje córki są już dorosłe, poczekajcie, aż je zapytam. I ojciec poszedł, aby je zapytać - Tu są ci, którzy chcą was wziąć za żony. Jest ich czterech. Czekają tylko na waszą odpowiedź. - Ależ my się zgadzamy - odpowiedziały chórem - oni nam się podobają. Jednak nie byli ludźmi, ale krokodylami. Lecz one o tym nie wiedziały. One były przekonane, że są to mężczyźni. - A więc - pytają krokodyle - one się zgadzają? - Tak - Doskonale - powiedzieli - Powiedz im, aby się przygotowały, a my teraz pójdziemy do nas i pojutrze przybędziemy. Powrócimy, aby je zabrać do nas. I krokodyle odeszli. Po dwóch dniach krokodyle powrócili, a panny były też gotowe do przeprowadzki. Wśród tych czterech panien trzy nie lubiły zupełnie Owrzodziałego, tylko Najmłodsza go trochę kochała - Ach, my nie chcemy, aby chorowity szedł za nami - powiedziały. Nie chcemy, aby ten Owrzodziały poszedł do domy naszych mężów. - Ależ tak - powiedziała Najmłodsza - ja chcę, aby szedł ze mną nasz najmłodszy brat. - Jeśli chcesz go zabrać, podzielimy się. My nie pójdziemy z tobą. - Pomimo tego, ja go zabieram - odpowiedziała Najmłodsza. - O ho ho!!! Zabierzcie więc naszego szwagra - zawołały krokodyle tylko na to czekając, ponieważ dzięki temu będą mieli więcej do jedzenia, oczywiście! Gdy tylko przybędą do ich mieszkania, zaraz zjedzą całą piątkę. Młode Panie przygotowały się do wyjścia, a kiedy były już gotowe, wyszły. Wyruszyli do domu panów młodych. Najpierw szły cztery siostry, a za nimi szły krokodyle. - A ja pójdę na końcu - powiedział Owrzodziały. I szli wszyscy. A kiedy wyszli z wioski, Owrzodziały zaczął śpiewać. On śpiewał: Moja siostro, ja prawie nie kocham twego męża, prawie, Moja siostro, ja prawie nie kocham twego męża, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Skorupy, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Płaskiego Ogona, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Łba Twardego, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Kulistych Oczu, prawie. Tak mówił w swej pieśni Owrzodzony. - Ach, jak pięknie śpiewa on, Owrzodzony, nasz szwagier - powiedział pierwszy z krokodylów. Dalej, ja też zaśpiewam. Szumią wody u nas, szumią wody, Szumią wody u nas, szumią wody, Wielkie wody, w których tak dobrze się pływa. Szumią wody, Wielkie głazy, na których można wyschnąć, Szumią wody, Wielkie szuwary, w których tak dobrze można się skryć. Szumią wody, U nas, tam, gdzie żółci się wszystko wokół. Tak śpiewał krokodyl. - Ha ha, oni obydwaj jednakowo pięknie i głośno śpiewają - powiedziały Panny Młode. - Ich szwagier śpiewa pięknie i ten drugi też pięknie zaśpiewał. A wszyscy szli dalej. I dziewczęta jeszcze nie wiedziały, że ich mężowie nie są ludźmi. I wciąż szli, coraz dalej od wioski. Nieco z tyłu Owrzodzony. I on zaśpiewał jeszcze raz: Moja siostro, ja prawie nie kocham twego męża, prawie, Moja siostro, ja prawie nie kocham twego męża, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Skorupy, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Płaskiego Ogona, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Łba Twardego, prawie. Moja siostro, ja prawie nie kocham Kulistych Oczu, prawie. Tak śpiewał Owrzodzony. Szumią wody u nas, szumią wody, Szumią wody u nas, szumią wody, Wielkie wody, w których tak dobrze się pływa. Szumią wody, Wielkie głazy, na których można wyschnąć, Szumią wody, Wielkie szuwary, w których tak dobrze można się skryć. Szumią wody, U nas, tam, gdzie żółci się wszystko wokół. Tak odpowiedział mu Krokodyl. Och, oni śpiewają jednakowo pięknie - powiedziały Młode Panie. A oni wszyscy szli, szli, aż doszli na brzeg wody. Oni przybyli do wielkich szuwarów, tam, gdzie Żółto wokoło. A przybywając powiedziały Krokodyle: - Teraz wejdźcie na nas, na nasze plecy, przewieziemy was. A w rzeczywistości, oni byli naprzeciwko kryjówki Krokodyli. - Ale - powiedział Owrzodzony - nasz ojciec zabronił nam kiedykolwiek wchodzić do wody. - Jeśli ty nie chcesz, możesz tutaj zostać - powiedziały jego siostry. - Ależ nie - postanowiła Najmłodsza - ja nie opuszczę mojego braciszka. Wsiadajmy wszyscy! I poszli, weszli na Krokodyle, wskoczyli na ich grzbiety i odpłynęli. Płyną, płyną, płyną nieco pod prąd. Przybywszy nieco dalej, nagle... Plusk! Popłynęli pod wodą i oto wszyscy znaleźli się w kryjówce Krokodyli. Przybywszy tam zmoczone dziewczęta były zakłopotane. - To właśnie wam mówiłem śpiewając - wyjaśnił Owrzodzony - Wasi mężowie, to krokodyle, nie ludzie, ale wy nie chcieliście mi wierzyć. Krokodyle pozostawili wszystkich w kryjówce, na suchej ziemi, tylko wejście było pod wodą. Cztery siostry z bratem zostały uwięzione w kryjówce, a krokodyle popłynęli zaprosił na obfitą ucztę swoich pobratymców, aby całą piątkę zjeść. - I co my teraz zrobimy? Owrzodzony miał zawsze laskę, której nie zostawiał nigdy. Przyniósł ją także do kryjówki krokodyli. Powiedział do sióstr: - Będziemy wiercić dziurę nad nami. Jak zwykle bywa u krokodyli, ziemia tworząca dach kryjówki nie była zbyt gruba. Krokodyle odpłynęli, ale pozostawili jednego z nich na straży przy otworze, aby uwięzieni nie mieli chęci do ucieczki. - Ach - powiedziały Krokodyle do zaproszonych pobratymców - sprowadziliśmy pięć osób, zbierzcie się, mamy dużo jedzenia. Ta piątka ludzi, to cztery dziewczętai jeden chłopiec - Naprawdę? - Oczywiście! - Uważajcie, aby nie opowiadać kłamstw. - My nie kłamiemy. Jeśli nie znajdziecie tych ludzi, możecie nas zabić - powiedziały trzy krokodyle do zaproszonych. Czwarty strzegł wejścia do kryjówki pilnie bacząc, aby więźniowie nie uciekli. Owrzodzony miał dobry pomysł wiercić dziurę nad głową. Wiercił swoją laską nie przerywając. W pewnej chwili poczuł, że ziemia wraz z laską zaczyna się unosić, była więc już bardzo cienka. A było południe. Pewien pasterz przyprowadził tu swoje stado bydła, aby je napoić. Kiedy bydło było już nad brzegiem rzeki, dwa byki zaczęły walczyć ze sobą. Jeden z byków miał rogi, drugi był bez rogów.. Kiedy byki walczyły, ten bez rogów postawił nogę w miejscy, gdzie Owrzodzony wiercił dziurę. Noga głęboko wpadła do dziury. Chłopiec natychmiast chwycił za nogę, która zagłębiła się w kryjówce Krokodyla i wół wciąż walcząc z przeciwnikiem wyciągnął chłopca. Siostry wyszły jedna po drugiej. - Szybko! Wracamy do domu! Byli uwolnieni, odeszli i poszli. Szli, aż przybyli do wioski. Weszli do domu. Córki powiedziały: - Ach, nasi mężowie, to nie byli ludzie, to były potwory, to były krokodyle! - Krokodyle!? Tak. One nas zabrały, one nam kazały zejść do rzeki i one nas wepchnęły do dziury. I bez Owrzodzonego już nie żyłybyśmy - powiedziały siostry. - Jednak wy mówiłyście, że nie chcecie go zabrać ze sobą - powiedzieli rodzice. W tym samym czasie krokodyle przybyli do kryjówki. A kiedy tam przybyli, zaproszeni goście już się zgromadzili. Gospodarze weszli do środka. Spojrzeli: nie ma nikogo, pustka. - Ach, nie ma ich! Uciekli wszyscy. - Ale jak stąd wyszli? - To nasz brat ich zjadł - powiedzieli. I zabili tego, który strzegł wejścia. I stał się martwy. - Rozejrzyjmy się dobrze, może jednak przez przypadek jeszcze są tutaj? Rozglądając się uważnie spostrzegli dziurę wydrążoną nad głowami. Wtedy wyszli natychmiast i udali się na poszukiwanie swoich żon. W tym samym czasie w wiosce ludzie mówili: - Cóż my teraz zrobimy? Krokodyle z pewnością powrócą do nas. Zbudujmy dość obszerny dom, dom ze słomy. Tymczasem siostry wyjaśniały: - Tak, gdyby ten byk bez rogów nie spuścił swojej nogi do dziury, w której my byliśmy, z pewnością już nie byłybyśmy żywe. I zbudowali taki dom i oczekiwali na przybycie krokodyli. I oto przyszły, ale tylko trzy. Tylko trzy krokodyle przyszły szukać swoich żon.. A kiedy krokodyle przybyły, a nie trwało to długo, zapytały: - Ach, tak, czy nie ma tu naszych żon? - Ależ tak, oczywiście, one są tutaj. Po chwili dodali: - Wejdźcie do domu. A kiedy krokodyle weszły do domu, dano im alkoholu, dano im dużo alkoholu, dano im pić alkohol, aż stały się pijane. I kiedy już zostały upite, wprowadzono ich do domu ze słomy. Tam pijane krokodyle ułożono do spania i krokodyle usnęły. A kiedy krokodyle dobrze już spały, dom polano naftą i podłożono ogień. Po niedługim czasie dało się słyszeć rozmowę krokodyli: - Hm! jest tu ciepło, ba, gorąco. - Hę, śpij spokojnie - odpowiedział drugi. A dom stanął w płomieniach. Po chwili dało się odczuć, że krokodyle się smażą, dochodził skwierk palącego się tłuszczu. - Pozwólcie im się usmażyć, Niech się usmażą - powiedziały dziewczęta. I rzeczywiście, krokodyle zginęły w płomieniach. Pożar szybko strawił słomiany dom, przecież nikt nie gasił ognia. Zaś mieszkańcy wioski powiedzieli: - Polecamy naszym dzieciom i wnukom, aby nigdy nie jadły mięsa z wołu bez rogów, ponieważ byk bez rogów uratował nas. Jeśliby byk bez rogów nie przyszedł z pomocą naszym dziewczętom, zginęłyby. I odtąd ich potomkowie nie jedzą mięsa z wołu bez rogów. I tak jest po dzień dzisiejszy.
Byli-żyli ludzie i ci ludzie zamieszkiwali wioskę nad brzegiem jeziora. I żyli z nimi także ich dzieci. A to jezioro, to było miejsce święte, święte miejsce zamieszkałe przez krokodyle. Ale nikt nie miał prawa nazywać je krokodylami. Krokodyle miały imiona takie, jak ludzie: Stefek, Kasia, Wacek czy Irenka. Ale były też krokodyle, które nazywano w wiosce babciami, tak też nazywano krokodyle. A małe dzieci, których jedynym obowiązkiem była tylko zabawa, nie bały się krokodyli. One nigdy nie zjadały ludzi. One miały rozum taki, jak mają ludzie. One należały do miejsca świętego. Nad brzegiem jeziora było klepisko do młócenia ryżu. Tam przychodziły dzieci przyglądać się pracy starszych. Ale dzieci też się kąpały. Krokodylowe Babcie też tam były, aby wygrzać się w słońcu. - Babciu - wołały dzieci - zabierz mnie, chcę się z tobą przejechać. I dziecko wspinało się na grzbiet krokodyla, który obwiózł je dookoła jeziora i przywoził na miejsce. Po powrocie matka dziecka pytała zazwyczaj pytała: - Skąd wracasz? - My urządziliśmy sobie małą przejażdżkę z Babcią Zosią czy też z babcią Krysią - odpowiadało dziecko. I było wszystko w porządku. Ale jedna dziewczynka, którą nazywano Srebrna Córeczka, była nieznośna. Wy wiecie, w każdej wiosce zdarzają się takie dzieci. Pewnego dnia dzieci zabrały ze sobą Srebrną Córeczkę. Babcie je woziły na swoich grzbietach. A po powrocie do wioski rodzice zapytali Srebrnej Córeczki, skąd powraca? - Poszliśmy - odpowiedziała - z babcią, krokodylową damą, na przejażdżkę. Ona była gruboskórną, jej głowa wykoślawiona, ogon jak bicz. Jej odpowiedź usłyszały krokodyle w jeziorze, ponieważ to miejsce jest święte i wszystkie głosy tam dochodziły. Ale roztropni rodzice upomnieli swoją córkę: - Nie mów tak, to zabronione, tam w miejscu świętym, krokodyle słyszą. Ale było już za późno na pouczenia. Stało się! Na drugi dzień, jak zwykle, rano, starsi poszli suszyć ryż w słońcu. Tak to kiedyś bywało. Każda rodzina musiała starać się o własny ryż, zasiać, opielić dwukrotnie, zebrać, wysuszyć, wymłócić, oczyścić i ugotować. Nie można było kupić ryżu w sklepie. Młode kobiety i dziewczęta młóciły ryż w drewnianych moździerzach waląc rytmicznie ubijakami. Zazwyczaj robiły to po dwie. A gdy się nieco zmęczyły, dawały ubijaki następnej dwójce. Po zakończeniu pracy, zmęczone i spocone, wszystkie szły do jeziora, aby się wykąpać. A potem wołały: - Babciu Aniu! - To był też jeden z tych, których nie wolno było nazywać krokodylami. Po kąpieli Srebrna Córeczka powiedziała: - Ja też poszukam krokodyla, który mnie powozi na wodzie. Poszła na brzeg jeziora, zawołała i weszła na grzbiet babci Krysi. Kiedy dziewczęta korzystały z takiej przejażdżki długiej, czy krótkiej, ich ubranie nigdy nie było zmoczone. Wszystkie czuły się, jakby siedziały w wygodnym fotelu. Ale tego dnia babcia Krysia zabrała Srebrną Córeczkę na długą przejażdżkę. Przejażdżka trwała bardzo długo. I kiedy dzieci korzystały w takich wodnych spacerów, krokodyle nigdy nie mówiły. Właśnie tego dnia krokodyl przemówił po raz pierwszy. I krokodyl zawiózł dziewczynkę na jezioro, które było wielkie, ale też było święte, ponieważ było świętym miejscem stworzonym przez Mego Pana Boga w czasie, w którym On nie chciał okazać swojej potęgi i jezioro powstało małe. Ale kiedy chce okazać się potężnym, jezioro staje się wielkie, tak wielkie, że stojąc na brzegu nie potrafiłbyś nawet rozróżnić ludzi stojących po drugiej stronie jeziora! Kiedy Mój Pan Bóg chce zamanifestować swoją potęgę, nie widzi się nawet końca tego jeziora. I dziewczynka odjechała na grzbiecie babci Krysi. Ona ją zabrała, ona ją zabrała aż na środek jeziora. Ale Srebrna Córeczka nie pozostała suchą, jak wszystkie inne dzieci. Ona zamoczyła pięty. O, babciu, moje pięty są zmoczone! Mam mokre pięty, babciu, Mam mokre pięty, babciu! Tak zaśpiewała Srebrna Córeczka. Babcia jej odpowiedziała: O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną. Ty rzekłaś, że mam głowę koślawą, Tyś mnie nazwała babą krokodylem. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz, córko. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz. Płynęły dalej. Srebrna Córeczka zmoczyła łydki. Zaśpiewała: O, babciu, moje łydki są zmoczone! Mam mokre łydki, babciu, Mam mokre łydki, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną. Ty rzekłaś, że mam głowę koślawą, Tyś mnie nazwała babą krokodylem. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz, córko. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz. Tak odśpiewał krokodyl. Płynęły dalej. Srebrna Córeczka kolana już kolana w wodzie. O, babciu, moje kolana są zmoczone! Mam mokre kolana, babciu, Mam mokre kolana, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną. Ty rzekłaś, że mam głowę koślawą, Tyś mnie nazwała babą krokodylem. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz, córko. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz. Dziecko, tyś mnie nazwała gruboskórną po tym wszystkim, co ja dla was zrobiłam. Tyś mnie nazwała głową wykoślawioną! To, co jest zmoczone, to wyschnie, a to, co jest suche, staje się mokre - powiedziała babcia do dziewczynki. Płynęły dalej. Już całe nogi dziewczynka miała w wodzie. O, babciu, moje nogi są zmoczone! Mam mokre nogi, babciu, Mam mokre nogi, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Srebrna Córeczka nie wiedziała, co robić. Krzyczeć? Wioska była zbyt daleko i nikt nie miał zwyczaju zaglądać na miejsce święte ani czynić rzecz podobną. Co więcej, Pan Bóg oślepił ludzi tak, że nikt nie zauważył jej odejścia z wioski. Co prawda, było dużo dzieci, które widziały Srebrną Córeczkę odjeżdżającą na babci Krysi, ale Bóg sprawił, że nic nikomu nie powiedziały. A dziewczynka już była po nerki w wodzie. O, babciu, moje nerki są zmoczone! Mam mokre nerki, babciu, Mam mokre nerki, babciu! Śpiewała dziewczynka. Babcia jej odpowiedziała: O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Wciąż płynęły. Woda podeszła do pasa. O, babciu, po pas jestem zmoczona! Mokram po pas, babciu, Mokram do pasa, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... One płyną dalej. Babcia Krokodyl płynie coraz głębiej. Dziewczynka jest w wodzie aż do żołądka. O, babciu, mój żołądek jest zmoczony! Mam mokry żołądek, babciu, Mam mokry żołądek, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Już zmoczyła się do piersi. O, babciu, moje piersi są zmoczone! Mam mokre piersi, babciu, Mam mokre piersi, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Całe jej plecy znalazły się pod wodą. O, babciu, moje plecy są zmoczone! Mam mokre plecy, babciu, Mam mokre plecy, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Już jej szyja jest w wodzie O, babciu, moja szyja jest zmoczona! Mam mokrą szyję, babciu, Mam mokrą szyję, babciu! Już jej broda jest pod wodą. O, babciu, moja broda są zmoczone! Mam mokrą brodę, babciu, Mam mokrą brodę, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Krokodyl wciąż odśpiewywał. A dziewczynka wciąż lamentowała: O, babciu, mój nos jest zmoczony! Mam mokry nos, babciu, Mam mokry nos, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Jej oczy były już pod wodą, a pomimo tego dziewczynka jeszcze śpiewała: O, babciu, moje oczy są zmoczone! Mam mokre oczy, babciu, Mam mokre oczy, babciu! Babcia Krokodyl płynęła wciąż dalej i coraz głębiej. Wkrótce cała dziewczynka znajdzie się pod wodą. Ale wciąż śpiewa, gdy uszy już były pod wodą. O, babciu, moje uszy są zmoczone! Mam mokre uszy, babciu, Mam mokre uszy, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Woda obmywa jej czoło. Srebrna Córeczka śpiewa jeszcze: O, babciu, moje czoło jest zmoczone! Mam mokre czoło, babciu, Mam mokre czoło, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Już jej włosy są w wodzie. O, babciu, moje włosy są zmoczone! Mam mokre włosy, babciu, Mam mokre włosy, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną... Dziewczynka cała zanurzyła się w wodzie. O, babciu, cała jestem zanurzona! Cała w wodzie jestem, babciu, Cała w wodzie jestem, babciu! O, Srebrna Córeczko, Ty nazwałaś mnie gruboskórną. Ty rzekłaś, że mam głowę koślawą, Tyś mnie nazwała babą krokodylem. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz, córko. Jeśli jesteś zmoczona, zaraz wyschniesz. Ale krokodyl nie przestaje się zanurzać. Wciąż płynie z dziewczynką. Aż przybyły do kryjówki krokodyli. Jednak dziewczynka nie utopiła się. Przez otwór w wodzie została wepchnięta i postawiona na dnie jamy. Tu było nieco lepiej. W dużej wilgoci, ale na ziemi. A Babcia popłynęła zaprosić inne krokodyle, swoich przyjaciół. - Ona tam jest, ta dziewczyna, która drwiła ze mnie. Chodźcie, zjemy ją! Kiedy babcia zapraszała swoich przyjaciół, pewien pasterz przyprowadził swoje stado nad brzeg jeziora, gdyż była to pora wodopoju. I kiedy pasterz prowadził to stado, jego woły szły i jeden z nich postawił nogę właśnie na dziurze krokodyli. Noga wołu przebiła trawę i wpadła do środka dziury w miejscu, gdzie była Srebrna Córeczka. Dziewczynka natychmiast chwyciła tę nogę, okręciła się wokół niej i wydostała się z kryjówki. Kiedy pasterz ją ujrzał, zaraz odprowadził do wioski. - Ach, moi przyjaciele. Zobaczcie, co ja znalazłem. Ludzie w wiosce nie widzieli już, co robić, gdyż stracili wszelką nadzieję na odzyskanie jej. W wiosce urządzono święto na cześć pasterza, a także świętowano na cześć wołu. Tymczasem krokodyle zebrali się także w radości, że zjedzą Srebrną Córeczkę. Przybyli wszyscy przyjaciele Babci Krysi. Zaproszeni jednak ostrzegli zapraszającą: - Jeśli nas okłamałaś, my zjemy ciebie. - Zgoda! Ona mnie obraziła, ona nazwała mnie babą krokodylem, z oczami na wierzchu, z ogonem-biczem, z wykoślawioną głową, całą okropną. Taka ona jest! - Ale pamiętaj, my ciebie zjemy, jeśli nie znajdziemy jej w twojej kryjówce. - Zgoda! Zgoda! Zgoda! I poszli. Przybyli. I co znaleźli? Dziurę z otworem u góry! Ona uciekła górą. Bo kryjówki krokodyli nawet, jeśli wejście mają bardzo głęboko w wodzie, to kończą się zawsze w miejscu, gdzie dno wystaje z wody. I przyszli tu, i nic nie znaleźli. - A więc, gdzie ona jest? - Ona z pewnością nie jest daleko. Pójdę poszukać jej. Poczekajcie tutaj. Jednak miała lęk, że będzie zjedzona. Babcia wypłynęła z wody, wyszła na brzeg, poszła do wioski szukając Srebrnej Córeczki. Znalazła ją pośrodku ludzi świętujących. Strzeżono jej dobrze. Babcia pozostała przez trzy dni poza swoją kryjówką. Powróciła. Ludzie ją powitali: - Babcia Krysia powróciła! Teraz nie wiedzieli, co robić: zabić ją i zjeść? Ale tego nie można robić z powodu głupoty małej dziewczynki. Zresztą nie można jej zabić, bo pochodzi z miejsca świętego. Pozwolić jej odejść? Ależ łagodna babcia stałaby się drapieżnikiem! Taka opinia spadłaby na wszystkie krokodyle. - Nie zabijajmy jej - postanowili mieszkańcy wioski. - Nie czyń tego więcej - powiedzieli do Babci - nie wchodź nigdy do wioski, aby zabijać ludzi. My tobie damy wołu. I zabito wołu na poświęconej ziemi. Wzięto wołu, który stał się ofiarą. Rzucono go do płynącej wody. A babcia Krysia odwróciła się, obejrzała i zrozumiała. Tak powstały miejsca święta tam, gdzie są jeziora. Kiedy nadejdzie pora wypełnienia rytu sakralnego, idzie się nad jezioro i zabija wołu. A krokodyle tych miejsc świętych mają własne imiona. I nigdy nie mówi się: "Tam jest krokodyl". Trzeba powiedzieć: To jest Adam, to jest Babcia, to jest Czarek. Od czasów przodków krokodyle mają te imiona. I aż do dzisiaj krokodyle przebywające w miejscach świętych są święte. Nie można nazwać ich krokodylami, trzeba mówić: babcia. I aż do dnia dzisiejszego są dzieci, które nazywają się Wnukami Pana Krokodyla. Bajka, bajka! Ale to nie ja, który kłamał, to są ludzie żyjący dawniej. A kiedy oni świętowali w radości, kiedy obchodzili święto ofiary na ziemi dla krokodylów, a także wieczorne śpiewy, mnie przy tym nie było. Oto historia króla arabskiego, który panował w kraju zwanym Egipt. Król ten nazywał się Wielki Władca. Otóż Wielki Władca władał miastem bardzo wielkim, większym, niż Madagaskar. Ale było to miasto niebezpieczne z powodu kradzieży. Każdej nocy ludzie skarżyli się na włamania. Król ogłosił swoim poddanym: - Od tej chwili, każdego dnia wieczorem, o godzinie, kiedy wszyscy śpią, czyli o 10-ej, nikt nie ma prawa wychodzenia z domu, a tym mniej palenia jakiegokolwiek światła w domu. Zwołano zebranie, na którym ogłoszono królewską decyzję. Każdej nocy pracowali jednak królewscy żołnierze. Jednego dnia król powiedział do nich: - Dziś przyjdźcie po mnie o godzinie, w której wychodzicie na miasto. Pójdziemy razem. O umówionej godzinie żołnierze przyszli do króla. - Pora wyjść, nasz królu. - Dobrze, idziemy - powiedział król. I poszli. Szli długo, aż przybyli do centrum miasta, gdzie usłyszeli odgłos uderzeń młotka. - To ktoś włamuje się do domu! Poszli szybciej, pobiegli. Król też. Kiedy doszli do tego miejsca, skąd wydobywał się hałas, patrzą do wnętrza domu. Światło jest zapalone, a w środku jeden tylko człowiek, który spokojnie uderza młotkiem. To był złotnik, który pracował wyrabiając tej nocy ozdoby ze srebra. Żołnierze zapukali do drzwi. - Wejdźcie - powiedział gospodarz domu. Weszli. Byli to dwaj żołnierze i trzecim był król. Wtedy nie wszyscy ludzie znali oblicze królewskie. Dawniej poddani mogli oglądać króla bardzo rzadko. To nie tak było, jak jest teraz. Jeden z żołnierzy zapytał: - Czyż ty nie słyszałeś rozkazu królewskiego? Od godziny dziesiątej aż do rana nikt nie może wychodzić z mieszkania, a tym bardziej zapalać światła w domu. Nie słyszałeś tego? - Ależ oczywiście, że ja słyszałem - odparł - ja nie chcę się przeciwstawiać prawom państwa, ale dla mnie dzień jest zbyt krótki. Ja nie zdołam zakończyć mojej pracy podczas dnia. Oto powód, że ja muszę pracować dłużej, że zarobki dzielę na trzy części. Pierwszą część przeznaczam na spłatę długów, drugą część pożyczam, a trzecią część wrzucam do morza. Wiadomo, że Bóg daje inteligencję władcom. I ten król to usłyszawszy powiedział do żołnierzy: - My odchodzimy - powiedział król do złotnika - a ty możesz pracować także wieczorem i nocą. - Idziemy - powiedział król do żołnierzy. A złotnik nie przestawał uderzał młotkiem w obrabiany materiał. Kiedy odeszli nieco dalej, król powiedział do żołnierzy: - Jutro rano odnajdziecie tego człowieka i przyprowadzicie go do mnie. Żołnierze odprowadzili króla do pałacu. Na drugi dzień, rano, żołnierze poszli odnaleźć złotnika. Weszli do jego pracowni i powiedzieli: - Król nas wysłał, abyśmy cię przyprowadzili do niego. - Oj, już zginę - powiedział - To za sprawą z wczorajszym wieczorem! Zwołał swoje dzieci. Przyszła żona i jego rodzice. Kiedy byli już wszyscy, powiedział: - Wczoraj zdarzyła mi się taka a taka historia. A teraz żegnam was, idę na sąd, zostanę zabity. Utną mi głowę. Żegnam was. I był bardzo smutny, ale cóż robić? Poszedł. Żegnajcie wszyscy! Żołnierze zabrali go. Doszli do pałacu królewskiego. - Oto my - powiedzieli żołnierze. - Wejdźcie! Weszli żołnierze prowadząc tego człowieka. - Oto ten, Panie Królu. - Dobrze! Wejdźcie! Wstał król, przysunął krzesło i powiedział do złotnika, aby usiadł. Potem zwrócił się do obecnych: - Możecie odejść, Nie będziecie mi potrzebni. I król zaczął wypytywać: - Wytłumacz mi to zdanie, które powiedziałeś wczoraj wieczorem do moich żołnierzy. Było u ciebie dwóch moich żołnierzy, a trzecim, to byłem ja. Ten człowiek nie mógł już dłużej wykręcać się. Powiedział szczerze: - To prawda, byliście, Królu, wczoraj u mnie w tej sprawie, dlaczego nie respektuję królewskiego rozkazu. To nie dlatego, że ja nie chcę respektować prawa, ale dzień dla mnie jest zawsze zbyt krótki, tyle mam zajęć. Ja jestem biednym i nie mam niczego oprócz zarobku z mojej pracy. I jeśli ja mam dużo pracy, zarobek dzielę na trzy części, jak to wczoraj powiedziałem. Pierwszą część przeznaczam na spłacenie moich długów, drugą część pożyczam innym, a trzecią rzucam do morza. Oto, co wczoraj powiedziałem. - Tak, to prawda. Ale obecnie wytłumacz mi to powiedzenie. Ja je dobrze usłyszałem i zapamiętałem, ale chcę, abyś mi to wyjaśnił. - To jest prawda, Wasza Królewska Mość - powiedział - Pierwsza część służy mi do spłacania długu moim rodzicom, którzy żyją przy mnie. Ja ich utrzymuję. To spłata zaciągniętego długu. Druga część zarobków służy mi do pożyczania innym, to jest moim dzieciom, których ja też utrzymuję. Ja im pożyczam, a oni mi zwrócą później tak samo, jak ja teraz spłacam moje długi mojemu ojcu i mojej matce. Wreszcie trzecia część, którą wrzucam do morza... To moja żona, matka moich dzieci. I to, co ja jej daję... ech! kobiety nie są nigdy zadowolone z tego, co dostają, nigdy nie są wdzięczne za prezenty, wciąż chcą więcej, jest tak, jakby się im nic nie dawało. Oto, dlaczego powiedziałem, że tę trzecią część zarobków wrzucam do morza, królu. - Masz rację - powiedział król I wstał król, kazał zawołać piętnaście kobiet i piętnastu mężczyzn i polecił im: - Idźcie do moich magazynów, a każdy niech weźmie tyle, ile poradzi, i przyniesie tu do mnie. Odeszli bez zwłoki. Każdy wziął, ile mógł. Wszyscy przybyli przed króla. Król powiedział: - Weźcie to wszystko i idźcie za tym człowiekiem do jego domu. Dacie mu to wszystko i wy, piętnaście kobiet i piętnastu mężczyzn, nie powrócicie tutaj. Będziecie pracowali dla niego, on będzie wam rozkazywał i będzie żył z waszej pracy. I zapewniam was, że ten człowiek był bardzo dumny, gdy wracał od króla do domu z takim majątkiem i trzydziestoma ludźmi. A kiedy przybył, już nie wziął do ręki swego młotka, nie przystąpił do pracy. Opuścił to wszystko. Nie musiał pracować, gdyż na niego pracowało trzydziestu ludzi. On im rozkazywał. Oto historia Wielkiego Władcy panującego w kraju, który zwie się Egipt.
Był- żył raz król, który nazywał się Wielki Władca i rządził w Kairze. I w jego mieście żył dostojnik bardzo bogaty, który nazywał się Nomani. Miał on syna, któremu nadał imię Synmój. Pewnego dnia ojciec powiedział do syna: - Chciałbym, abyś się ożenił. Wyszukaj sobie żonę, dopóki ja żyję i dopóki żyje moja żona, a twoja matka. - Ja nie chcę się żenić - odpowiedział ojcu. Oni mieszkali i żyli i jego ojciec zmarł, potem umarła mu jego matka. Wtedy zaczął odwiedzać panny. Wśród spotykanych wybrał jedną, która była czarownicą. Nazywała się Dlamnie. Oni zamieszkali razem. Gdy zamieszkali razem, pewnego dnia Synmój. poszedł do małej staruszki mieszkającej w jego domu i zapytał: - Co jada moja żona? Kiedy podaje się posiłek, ona bierze potrawy szpilką. Co ona jada? Staruszka odpowiedziała: - To ty nie wiesz, że twoja żona Dlamnie jest czarownicą w tym mieście, co więcej, jest królową czarownic? - Nie, nic o tym nie wiem - odpowiedział Synmój. - Ty naprawdę nic nie wiesz? Więc poobserwuj ją, będziesz zdziwiony. Pewnego dnia przy posiłku Synmój zapytał swojej żony Dlamnie: - Dlaczego jadasz szpilką? Taki sposób jedzenia nie przystoi muzułmanom. - To nie jest twoja sprawa - odparła sucho Dlamnie. Synmój mieszkał i mieszkał, i mieszkał. Ale pewnego dnia zdarzyło się, że zmarł chłopiec piętnastoletni. On śledził swoją żonę Dlamnie. Odmówił modlitwy, jak każdego dnia, i położył się spać, ale śledził swoją żonę. O samej północy ona wstała i wyszła. Razem z innymi czarownicami poszła na groby zabawić się. Synmój szedł za nią, on za nią szedł skrycie. Dlamnie trzymała się z dala od grobu, a on bacznie obserwował je wszystkie otaczające grób. I ujrzał swoją żonę, która zbliżyła się. Dali jej coś do ręki... Ona usiadła. Teraz dostała kij, uderzyła nim w grób i zmarły powstał. Wszystkie czarownice zaczęły go bić. Siekierą odrąbani mu głowę. Odleciała głowa od ciała. One wzięły jego głowę... odrąbały kawał ciała, najlepsze części, podzieliły się i jadły. Kiedy słońce wschodziło, Synmój pobiegł do domu i położył się spać. Ale usłyszał, jak powraca Dlamnie, umyła się i położyła spać. Spała do południa. Wtedy Synmój zapytał ją: - Powiedz mi, Dlamnie, jakie mięso jest lepsze: wołu zabitego w dniu dzisiejszym, czy też wołu zabitego przed trzema dniami? Ona zrozumiała pytanie. Co zrobi? Chwyciła karafkę z wodą i uderzyła męża w głowę mówiąc: - Stań się psem. I Synmój stał się psem. Ona go biła, aż tracił dech. Uchyliła drzwi i otwierając powiedziała: - Jeśli chciałbyś wyjść, ja je zatrzasnę i ciebie zabiję. A on i jego myśli... on był psem, lecz miał myśli ludzkie, myślał, jak człowiek. On ją szpiegował, szpiegował, aż zobaczył, że jej nie ma w domu... Wyskoczył z domu i ukrył się. Wyszedł daleko i oddalił się aż w zarośla. Ale psy wygnały go z zarośli. Uciekł do miasta. Tutaj psy miejskie też go prześladowały. Skrył się na targowisku, bardzo blisko ludzi. Wszedł pod ladę sklepową rzeźnika. Spojrzał na niego rzeźnik: - Och, czyj to pies? Odciął kawałek mięsa i rzucił psu: Hop! Pies zjadł. Rzeźnik dał mu drugi kawałek mięsa: hop! Jeszcze jeden kawałek odciął dużym nożem i rzucił psu. Pies chwycił mięso i wszedł pod ladę, aby zjeść. Kiedy rzeźnik kończył pracę, w porze zamykania sklepu, pozostawił psa na zewnątrz, zaś sam udał się na spoczynek nocny. Człowiek odszedł. Ale był tam inny sprzedawca, piekarz. Kiedy piekarz spotkał się z rzeźnikiem, zapytał go: - Czyj to jest pies? - Ja nie znam tego psa - odparł rzeźnik - Zobaczyłem go, jak przeszedł, dałem mu coś do zjedzenia, pies zjadł. I to wszystko. - Sprzedaj mi go. - Nie, ja nie mogę go sprzedać, ponieważ ten pies nie jest mój. Przypuśćmy, że dziś czy jutro znajdzie się jego pan i ty powiesz, że kupiłeś go ode mnie. To będzie cała historia. Weź go, jeśli chcesz. A jak znajdzie się jego pan, oddasz mu go. Piekarz jadł chleb na śniadanie i trochę dał psu, który też jadł chleb. Wziął psa ze sobą i zaprowadził do siebie, do swego domu.. Pies był też w sklepie piekarza. Pewnego razu przyszła pewna dama, pewna pani, mała staruszka, która kupiła chleb. Dała sprzedawcy pieniądze. Piekarz odpowiedział: - Te pieniądze nie są dobre, są fałszywe. - Nie, one są dobre. - Dajmy je mojemu psu. Piekarz dał banknoty psu i ten wybrał pieniądze dobre i dał piekarzowi, zaś banknoty fałszywe oddał staruszce. Co za historia! - Słuchajcie, pies sprzedawcy chleba potrafi odróżnić pieniądze fałszywe od prawdziwych! Rozniosło się to po mieście. Wszyscy ludzie o tym wiedzieli i postanowili zobaczyć. Było, jak w kinie: płaćcie najpierw, a potem patrzcie! I była pewna kobieta, która nazywała się Tobie. Była ona także wśród czarownic, ale opuściła je, ponieważ nie mogła zgodzić się z czarownicą Dlamnie, chociaż obie miały tego samego nauczyciela. Pewnego dnia Tobie mówi do swej matki: - Mamo, pójdź do piekarza i kup chleba i zrób coś, aby jego pies przyszedł z tobą do domu. Matka Tobie poszła do sklepu piekarza i kupiła chleb. - Ach, panie, podobno twój pies potrafi rozróżniać pieniądze prawdziwe od fałszywych? - Tak, ale najpierw trzeba zapłacić, aby to zobaczyć. I ona zapłaciła. Ona dała pieniądze wybrała dobre pieniądze. Kobieta wzięła chleb i wychodząc zawołała na psa, lekko go uderzyła. Pies zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę, dlaczego ona go tak uderzyła. Potem opuścił swego pana i oddalił się od sklepiku. Obserwował pilnie tę panią i poszedł za nią. Szedł za nią aż do domu. Kobieta otworzyła furtkę, weszła na schodki aż do drzwi domu i zawołała: - Pani Tobie! - Tak - odpowiedziała Tobie. - To zwierzę - ja go przyprowadziłam, przyprowadziłam go aż do domu, jest tutaj. Tobie wyszła, spojrzała i powiedziała do niej: - Mamo, dzisiaj przygotuj poranną herbatę dla trzech osób. Nie dla dwóch, jak zwykle, ale zrób dla trzech. Tobie piła kawę, a potem podeszła do stolika, wzięła karafkę i uderzyła psa w głowę. - Jeśli jesteś istotą ludzką - powiedziała - stań się znów człowiekiem. Jeśli jesteś psem, pozostań psem aż do Sądnego Dnia. W tej chwili ukazał się Synmój. - Synmój! - wykrzyknęła zdziwiona Tobie. - Tak. - A cóż ci się stało? - To moja żona Dlamnie... Tobie przygotowała śniadanie. Synmój jadł i rozmawiał z Tobie. - Czy chciałbyś się jej odpłacić za to? - Jeśli tylko znalazłbym sposobność, to tak. - Dobrze - powiedziała Tobie - na razie jedz. Tobie przyniosła więcej jedzenia. Potem wzięła swoją karafkę z wodą, dała Synmojowi i powiedziała: - Jeśli ją spotkasz, uderz ją w głowę. Jeśli wtedy powiesz: "stań się krową", albo "stań się kozą", albo to, co ty chcesz... jeśli tylko to wypowiesz, aby się ona stała tym, co ty chcesz, ona się stanie. Synmój wziął karafkę i poszedł do miasta. Zobaczył wielu ludzi przed swoim domem. - Czy możesz wyświadczyć mi przysługę? - zapytał człowieka stojącego przy drzwiach. - Jaką, proszę? - Czy w tym domu są szklanki, z których mógłbym napić się tej wody? - Tutaj pije się tylko z ludzkich czaszek, które zastępują szklanki. - Naprawdę? - Dlatego wszyscy słudzy opuścili ten dom i poszli do swoich rodzin, tylko ja jeden pozostałem. - A gdzie jest teraz pani Dlamnie? - Możesz wejść i zobaczyć. Ja ją tam pozostawiłem. W tej chwili jest zajęta układaniem swoich włosów. Synmój znał swój dom. Wszedł do niego, szukał, szukał i szukał swej żony kryjąc się, aby go ona nie spostrzegła. Wreszcie znalazł pokój, w którym Dlamnie czesała swoje włosy. Kiedy ją zobaczył, podszedł do niej. Ona chciała go przemienić w jakieś zwierzę, ale Synmój ją uprzedził i uderzając w głowę karafką powiedział: - Stań się klaczą. I kobieta stała się koniem. Jego żona była klaczą. Potem Synmój powiedział do ludzi: - Teraz chcę, aby klacz zawsze była gotowa dla mnie, kiedy będę miał chęć przejechać się trochę. Wtedy przyprowadźcie ją do mnie. Synmój stał się znów królem. Osiodłał konia, wskoczył i pojechał. Koń pędził szybciej, niż samolot. A król bił konia, gdzie popadło, silnie, aż do krwi. A krew kapała na Kair, aż ulice były pełne krwi przez trzy dni. Słudzy królewscy udali się w zaświaty do Wielkiego Władcy, który był ojcem Synmoja, i powiedzieli: - O Panie Królu! Twój syn, Synmój ma klacz, która galopuje prędzej, niż samolot, ale on smaga ją tak silnie, że wszystkie ulice miasta wypełniły się jej krwią. - Trzeba go zawołać! Ale samochód nie mógł go dogonić. Jednakże znaleziono motocykl zdolny doścignąć klacz Synmoja. Syn stanął przed ojcem. - Panie i Królu, gdzie znalazłeś taką klacz? - zapytali słudzy. - Ona jest moja. - Z pewnością. Ale my chcemy wiedzieć - powtórzyli pytanie słudzy królewscy - my wiemy, że twój ojciec był królem naszego miasta, miał tam swoje pałace i pola i wszystkie rodzaje dóbr teraz należą do ciebie. Ale my pytamy ciebie, Panie nasz i Królu, z jakiego powodu okazujesz nam tyle złośliwości przez swe czyny? - Ile miesięcy nie widzieliście mnie? - zapytał król Synmój poddanych. - Przez sześć miesięcy. Ale my myśleliśmy, że mając dużo pieniędzy udałeś się za granicę w podróż. - A przez ile miesięcy widzieliście psa, który umiał odróżniać pieniądze fałszywe od dobrych? - Przez sześć miesięcy. - Tak, to byłem ja! - To Ty, panie nasz i Królu? Ach, tak. Ale co tobie się przydarzyło? Trzeba, abyś oskarżył winowajcę przed sądem za tę krzywdę. - To zrobiła moja żona Dlamnie - powiedział król Synmój. Niektórzy ze sług odeszli, aby ją odszukać i postawić przed sądem. Ale Synmój kazał wprowadzić klacz. - Oto moja żona Dlamnie, która tak mnie potraktowała. - Ależ proces Twój, Królu, przeciwko Dlamnie nie może się odbyć, ponieważ nie może być sprawy sądowej między człowiekiem, a koniem. - Idźcie więc w tę stronę - król wskazał kierunek ręką - i szukajcie niewiasty imieniem Tobie. Szybko znaleziono tę niewiastę i przyprowadzono przed króla Synmoja. - To prawda - powiedziała Tobie - to ja dałam mu lekarstwo, aby odpłacił jej za uczynione mu przez nią cierpienie. Król wziął karafkę i oddał Tobie. Ona wzięła karafkę i uderzyła nią klacz, która stała się człowiekiem. A więc proces mógł się odbyć. - Ja nie chcę więcej mieć jej za żonę i nie chcę, aby kiedykolwiek mieszkała w moim domu aż do Dnia Sądu Ostatecznego. Ja chcę poślubić tę, która dała mi lekarstwo na odzyskanie domu i uzdrowiła mnie - powiedział król Synmój. - Z pewnością tak się stanie - powiedział król Wielki Władca - a poza tym ona nie znajdzie męża w całym twoim królestwie, który chciałby ją poślubić, ponieważ to zło, które ona uczyniła, jest zbyt wielkie. - Teraz - powiedział Synmój - chcę wam oznajmić, co mam w sercu. Ja będę płacił za jej mieszkanie, za jedzenie, słowem, będę ją utrzymywał. Ale nie chcę, aby mówiono, że ona jest moją żoną. Proces się skończył. Wszyscy zeszli na ziemię. Dlamnie odeszła samotna. Król Synmój wyprawił ucztę weselną i przyjął do swego pałacu za żonę tę, która dając mu lekarstwo pomogła odzyskać królestwo. Oto historia Wielkiego Władcy.
Tak. Bajka, nie bajka... Ale to nie ja naopowiadałem bredni i kłamstw, to ludzie, którzy żyli dawniej, tak opowiadali. |
|
|||||||