Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. X

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. KANIA I KURA


Igła stała się przyczyną poważnej kłótni pomiędzy Kanią, a Kurą. Było to w czasie, kiedy zwierzęta jeszcze potrafiły mówić. Kania i Kura żyły w wielkiej przyjaźni. Bardzo lubiły się i korzystały nawet z najmniejszej okazji, aby nawzajem sobie pomagać i uprzedzać życzenia czy prośby. Żyły naprawdę w bardzo wielkiej przyjaźni.
Oto, na przykład, pewnego dnia pani Kura chciała przejść przez zarośla szczególnie kłujące i końcem swego lewego skrzydła zaczepiła o kolce. Pragnąc naprawić rozdarcie swej pięknej sukni udała się na poszukiwanie swej przyjaciółki. Przyszła do pani Kani i prosiła o pożyczenie jej igły. Pani Kania była uszczęśliwiona, że mogła usłużyć swej przyjaciółce, pani Kurze. Zaraz dała jej igłę, ale prosiła, aby pani kura odniosła jej natychmiast po zacerowaniu swej sukni, ponieważ ona często jej potrzebuje. Ale Kura była roztrzepana, w jej domu i gospodarstwie zawsze był bałagan i nieporządek.
Cerowanie sukni nie trwało długo. Kura położyła igłę na ziemi i zaczęła prowadzić pogaduszki z sąsiadką, która akurat przechodziła i zatrzymała się przy jej domu. A miała o czym opowiadać, zwłaszcza lubiła wspominać wyczyny jej najmłodszych dzieci. Rozmowa trwała przynajmniej godzinę. Po odejściu sąsiadki pani kura przypomniała sobie prośbę przyjaciółki, pani Kani. Chciała podnieść z ziemi igłę, ale jej nie znalazła. Szukała wszędzie... Igła zniknęła.
Pani Kura zasmuciła się bardzo. Zaczęła grzebać w ziemi. Grzebała wokoło siebie. Igły nie odnalazła, chociaż rozgrzebywała ziemię nieustannie, przeszukiwała wszędzie. Nie można było odnaleźć igły.
Pani Kura musiała iść do swej przyjaciółki, pani Kani i przyznać się, że straciła jej cenne narzędzie. Żywo przepraszała za swoje roztrzepanie. Ale pani Kania bardzo się rozgniewała i robiła tysiące wyrzutów, wreszcie rzekła:
- Ja nie mogę obejść się bez tej igły. Rób, co chcesz, ale musisz ją odnaleźć, w przeciwnym razie będzie cię to bardzo drogo kosztować.
Na tej groźbie skończyła się rozmowa. Przyjaciółki rozstały się, pani Kura powróciła do domu i znów zaczęła grzebać... przeszukuje... rozkopuje... rozgrzebuje ziemię na wszystkie strony - na próżno, wciąż na próżno. Jeszcze raz pani kura idzie do Pani Kani, aby oskarżyć się i wyznać swój wielki żal, że nie może niczym zastąpić igły, ponieważ ona nie ma nic cennego u siebie w domu.
Pani Kania staje się coraz bardziej rozgniewana, denerwuje się i mówi:
- Ponieważ tak się ma sprawa między nami, ja pomszczę swoją stratę. Będę zjadała twoje małe dzieci i małe dzieci twoich dzieci, bo tylko to może wynagrodzić mi utratę mojej igły.
Od tej pory kanie, które są ptakami bardzo zawziętymi, zjadają małe kurczaczki. Zaś kury wciąż grzebią w ziemi w nadziei odnalezienia igły. Chcą przecież przerwać rzeź swego potomstwa.

  • Góra strony

    2. GARDZĄCA


    Kiedyś, bardzo, bardzo dawno temu, była-żyła kobieta, która była najpiękniejszą ze wszystkich kobiet na świecie. Pewien czarownik zapragnął wziąć ją za żonę, ale ona mu odmówiła. Ponieważ nie zgodziła się na jego prośbę, on dał jej imię Gardząca i zamienił w ptaka.
    Gardząca była ptakiem pięknym, a nawet najpiękniejszym. Wszystkie ptaki pragnęły wziąć ją za żonę. Jej mieniące się pióra miały zabarwienie opala, jak niebo, kiedy słońce ukazuje się na horyzoncie. Jej dzióbek podobny był do złotej szpilki, oczy do turkusów.
    Wśród starających się o nią był raz kawaler Sowa. Ale Gardząca nawet nie podeszła do niego uważając, że jest nosicielem nieszczęść. Odesłała go wraz z jego czarującymi zalotami, Młodzieniec Sowa postanowił zemścić się. Powiedział to Gardzącej i oddalił się.
    Przybył też pan Kruk.
    - Wynoś się, rabusiu trupów krzyknęła na niego abym więcej nie musiała patrzeć na cienie moimi oczami.
    I kruk przyrzekł zemstę.
    Potem z kolei przyszedł pan Kania. Gardząca nazwała go zjadaczem żmij. Nieco później przybył pan Krogulec, aby wypróbować swoje szanse. Usadowił się dość blisko niej i zapytał ją uprzejmie:
    - Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
    - Nie chcę być wspólniczką złodzieja kurcząt! odpowiedziała śliczna z pogardą.
    Następnie wyrzuciła pana Papugę za jego gadatliwość i wielki dziób hakowaty. Pan Flaming też nie odniósł sukcesu. Gardząca kpiła z jego niekończącej się szyi, czarnych, szkaradnych stóp i zbyt długich nóg oraz śmiesznego zwyczaju stania tylko na jednej.
    Ostatnim z przyjętych był pan Kukułka.
    - Nie jesteś zbyt piękny odpowiedziała gardząca ale podoba mi się twój śpiew. Zaślubimy się natychmiast.
    - Ale, moja droga sprzeciwił się pan kukułka z okazji tak wielkiego święta trzeba zachować przyjęte zwyczaje. Zaraz pofrunę powiadomić moich rodziców i prosić ich o zgodę. Potem wspólnie roześlemy zaproszenia dla naszych gości.
    - I oto kłopoty powiedziała rozgniewana Gardzę takimi ceremoniami. Wybieraj: albo pójdziesz do ślubu ze mną natychmiast, albo nigdy!
    - Dobrze, wybieram! Niech będzie nigdy! powiedział pan Kukułka, a ponieważ był w wielkim gniewie, pchnął ją swoim skrzydłem i Gardząca spadła z gałęzi w błoto.
    Pan Kukułka nawet się nie obejrzał i poleciał do innej pięknej prosić ją, aby została jego żoną.
    Gardząca pozostawała w bagnie przez wiele godzin. Uwięziona, nie mogła wyfrunąć. Jej piękne pióra koloru jutrzenki oblepiły się błotem. W pewnej chwili daleko zobaczyła pana Sowę, który przeskakiwał ciężko z kamienia na kamień. Zawołała do niego wielkim głosem:
    - Panie Sowa, pomóż mi!
    - Niemożliwe! zawrzeszczał pan Sowa Byłem u czarownika i on zdradził mi kilka swoich tajemnic. Teraz uczę się korzystać z nich.
    Po dłuższej chwili pan Sowa przyfrunął do zanurzającej się w bagnie Gardzącej. Odpowiedział jej:
    - Tam dalej jest ciało nieżywego zwierzątka, muszę je zlikwidować. Dziś nie mam czasu, ale ja powrócę...
    Bardzo wysoko fruwał pan Kania z wzrokiem skierowanym w ziemię. Ptaszek uwięziony w bagnie zauważył go i nabrał nieco nadziei. Pan Kania zauważył Gardzącą i powiedział:
    - Czatuję na żmiję, która wije się wśród trawy. Nie chcę jej stracić. Do zobaczenia wkrótce...
    Pan Kania zniknął.
    Wielkie skrzydła pana Krogulca przesłoniły jej na chwilę słońce. Na jej prośbę pan Krogulec, nie zatrzymując się nawet, odpowiedział:
    - Nie myśl o tym, ślicznotko! Właśnie spostrzegłem pisklęta i muszę lecieć. Nie muszę przecież głodować. Do jutra, przylecę na pewno!
    Niedaleko od Gardzącej, na gałęzi, przysiadł pan Papuga. Uwięziona traciła już siły, ale jeszcze raz wykrzyknęła prośbę o ratunek.
    - Ja nie słyszę, co ty mówisz, bo ja sam mam tyle do opowiadania i odfrunął w ogłuszającym hałasie.
    Daleko, w wodzie na ryżowisku, na jednej nodze stal pan Flaming i marzył. Usłyszawszy hałas uczyniony przez pana Papugę, wyciągnął swoją długą szyję i przez chwilę spoglądał w kierunku bagna. Potem trzasnął swoim wielkim dziobem wydając głuchy ton, jako że był starym filozofem, i podjął przerwane marzenia.
    W tym czasie najpiękniejsza z ptaków, Gardząca, w błocie oddawała ostatnie tchnienie.

  • Góra strony

    3. SOWA I PUCHACZ


    Było to dawno, bardzo dawno. Był ranek. Nad brzegiem jeziora przechadzali się pan Puchacz i pan Sowa. Należeli do ptaków dobrze wychowanych, które nie tylko znają zasady uprzejmości, ale według nich postępują. Chociaż pan Puchacz i pan Sowa nie znali się jeszcze, przy okazji pierwszego spotkania wymienili uprzejme pozdrowienia. Potem zaczęli rozmawiać o pogodzie, następnie o celu ich przechadzek, a w końcu przedstawili się sobie nawzajem, jak należy.
    - Nazywam się Puchacz i przyszedłem tutaj z nadzieją znalezienia kilku wypasionych szczurów na śniadanie
    - Nazywam się Sowa powiedział drugi z ptaków dumnie prostując swą szczupłą postać Mam nadzieję schwytać na śniadanie kilka delikatnych żabek. Przychodzę tutaj nie tylko w poszukiwaniu pożywienia, ale także dla podziwiania wspaniałego, barwnego widoku. Ładna pogoda i wschodzące słońce zachęca do przechadzki. Czy szanowny pan, panie Puchacz, nie uważa, że to jezioro jest prawdziwym lustrem? Dziś całe niebo odbija się w srebrzystej wodzie i...
    - Hm, tak... tak... odpowiedział wykrętnie pan Puchacz, któremu brakowało poetyckiego ducha Ale szczury, panie Sowa, szczury schwytane przeze mnie są smakowite. Pewnego dnia ofiaruję panu do skosztowania, jeśli pan będzie chciał uczynić mi wielką przyjemność i przyjąć moje zaproszenie na obiad u mnie.
    - Pan jest uroczy, drogi panie Puchacz. Pan nie może wyobrazić sobie, jak ja jestem szczęśliwy z tej znajomości z panem. Mam nadzieję, że pan, panie Puchacz, też przyjmie moje zaproszenie i przyjdzie do mnie na obiad.
    Nowi przyjaciele uzgodnili dzień, a Puchacz będąc starszym pierwszy przyjmował pana Sowę.
    Mieszkanie pana Puchacza nie było okazałe. Jego pokój znajdował się w dziurze skały. W mieszkaniu był ciągły przeciąg. Posiłek podawano tu na kamieniu, który był jednocześnie podłogą. Pan Puchacz nie dbał o elegancję i przygotowane potrawy położył bez przyrządzania i bez przypraw.
    Pan Sowa miał mieszkanie bardziej komfortowe, dlatego teraz niemal nie mógł nic jeść. Drżał z zimna, ale udawał zadowolonego. Nie chciał w niczym urazić swego przyjaciela. Po skończonym posiłku podziękował jak najuprzejmiej i przed opuszczeniem mieszkania zaprosił pana Puchacza do siebie na obiad na drugi dzień.
    O umówionej godzinie pan Puchacz przybywa do pana Sowy. Ten przyjął go w swoim pięknym domu. Mieszkanie pana Sowy znajdowało się w dziupli ogromnego drzewa, miało prawie jeden metr średnicy. Wszystko tu było wygładzone i wyłożone puchem i mchem. Wiatr nie miał dostępu. Pan Puchacz chwalił jedzenie, które było doskonale przyrządzone, smaczne i gustownie podane. Pan Sowa usłyszał wiele miłych słów o potrawach i jego pięknym mieszkaniu. Jednak w głębi serca pan Puchacz doznawał wielkiej zazdrości i życzył gospodarzowi wszystkiego najgorszego.
    Czas mijał na rozmowie i jedzeniu. Wreszcie gospodarz uznał, że jego przyjaciel zbyt przedłuża wizytę. Była już noc i czas do spania.
    - Drogi sąsiedzie powiedział pan Sowa Jestem tak bardzo szczęśliwy z pańskiego towarzystwa. Czas szybko mija i jest już czarna noc. Obawiam się, czy pan, drogi panie Puchaczu, nie jest zbyt zmęczony? Czy zgodzi się pan, abym towarzyszył mu w drodze do jego domu?
    - Dziękuję za okazaną troskę, ja bardzo dobrze widzę w nocy odpowiedział sucho pan Puchacz Ale skoro pan chce iść do mnie i w moim mieszkaniu trząść się z zimna, może pan iść natychmiast zakończył gniewnie, a po chwili dodał Idź pan trząść się z zimna na kamieniu, a ja zostanę w tym miłym domu, tak wygodnym, tak ciepłym. Tak, zdecydowałem się. Ja tu zamieszkam od dziś.
    To powiedziawszy, pan Puchacz wypchnął pana Sowę z jego mieszkania. Biedny pan Sowa próbował bronić się. Stawił opór, walczył, ale pan Puchacz był dużo większy i silniejszy. Pan Sowa musiał ustąpić. Odszedł w obawie, że mógłby zostać zranionym przez ptaka wielkiego i mocnego, który nagle okazał się tak okrutnym. Jego wielkie oczy obracały się szybko, a krzywy dziób klapał bez ustanku.
    Pan Sowa uciekł i skierował się do jeziora. Przez całą noc błąkał się wśród zarośli pokrywających brzeg. Rankiem pan Czapla zobaczył pana Sowę z daleka i przypłynął do brzegu. Był bardzo zdziwiony widząc pana Sowę poza domem o tak wczesnej godzinie.
    - Ależ ja się nie mylę! To nasz drogi Pan Sowa. Co się stało, że tak wcześnie opuściłeś swoje przytulne mieszkanie. Wyglądasz smutny i zatroskany.
    Pan Sowa opowiedział panu Czapli o całej awanturze i dodał:
    - Jestem za mały, aby wymierzyć sprawiedliwość panu Puchaczowi, ale otrzyma ode mnie dużą porcję pomarańczy, żabek i mój okazały płaszcz ten, kto zdoła wyrzucić intruza z mojego gniazda.
    Pana Czaplę bardzo kusiły te prezenty, postanowił więc iść i wyrzucić intruza i niewdzięcznika z domu pana Sowy. Podniósł swą długą szyję i spojrzał do gniazda, w którym pan Puchacz spał jeszcze smacznie bez wyrzutów sumienia.
    - Kto ośmiela się spać w mieszkaniu szanownego pana Sowy?! krzyknął pan Czapla jak najgłośniej Kto ośmielił się pozbawić go jego domu?! Będzie miał sprawę ze mną ten, kto to uczynił! Chodź ze mną walczyć! Wychodź, albo ja przebiję cię moim długim dziobem!
    Pan Puchacz przeciągnął się w gnieździe, uderzył skrzydłami i pogardliwie obrócił swe oczy do pana Czapli.
    - Ja ośmieliłem się uczynić to wszystko powiedział i jeszcze więcej ośmielę się uczynić... Tak, tak, tak! Kiedy ja spoglądam w niebo, ono zimnieje. Kiedy ja siadam na drzewie, ono się kurczy. Kiedy ja siadam na skale, ona się chwieje. Tak, tak, tak!!!
    Przestraszony, biedny pan Czapla cofnął swoją szyję, skurczył się bardzo i szybko pobiegł do pana Sowy, aby przy nim się skryć. Obaj drżeli ze strachu.
    - On jest straszliwy, zbyt silny powiedział pan Czapla Przebaczcie mi, panie, ale ja nie mogę nic zrobić.
    Pan Czapla odfrunął zostawiając biednego pana Sowę. Ale przyleciał pan Papango, wielki ptak, drapieżnik. Usiadł przy panu Sowie. Po nim przyleciał pan Kruk, pan Bocian o białej szyi. Na końcu zatrzymał się przy nich pan Pustułka. Każdy z panów próbował usunąć pana Puchacza z mieszkania pana Sowy. Każdego kusiły prezenty. Jednak żaden nie odniósł sukcesu. Każdy z panów ptaków uciekał zawstydzony i przestraszony.
    W pewnej chwili przyleciał maleńki ptaszek, pan Kolokolo, i usiadł przy panu Sowie, który całkiem już stracił nadzieję na odzyskanie swojego mieszkania. Pan Kolokolo z gracją kołysał się na swoich delikatnych nóżkach i powiedział kiwając głową.
    - Tsin... tsin... tsin... powtarzał ptaszek Czy mógłbym panu usłużyć? - tsin... tsin... tsin...
    Pan Sowa zobaczył małego ptaszka i nawet nie pofatygował się, aby mu odpowiedzieć. Co mogłoby zrobić takie maleństwo, skoro wielkie ptaki niczego nie dokonały?
    - Tsin... tsin... tsin... - powtarzał życzliwie pan Kolokolo, wciąż balansując główką i kołysząc się dostojnie Czy mógłbym w czymś panu pomóc? Pan jest taki smutny.
    Wtedy pan Sowa zdecydował się odpowiedzieć małemu panu Kolokolo całą tę brzydką historię.
    - Wszyscy uciekli, a ty wierzysz, że mógłbyś to osiągnąć? Obiecuję ci dać to samo, co twoim poprzednikom: szarańczę, żaby, a także okazały płaszcz. Ale ty narażasz swoje życie i nie będziesz mógł więcej zjadać szarańczy. Pan Puchacz jest okrutnym zwierzem, moje biedne maleństwo.
    - Tsin... tsin... tsin... odpowiedział ptaszek odlatując w kierunku gniazda, w którym drzemał wielki pan Puchacz.
    Ptaszek trzy razy uderzył dzióbkiem w gniazdo.
    - Tsin... tsin... tsin... Wyjdź z gniazda, które do ciebie nie należy powiedział słodko pan Kolokolo wychodź szybko, ponieważ pan Sowa przemarzł nad brzegiem morza. Wychodź szybko. Ty bez wątpienia pomyliłeś domy.
    - Ach, ach, ach! zahuczał pan Puchacz wstając i uderzając skrzydłami Ach, ach, ach! Gdzie ty jesteś, gdzie jesteś ty, który do mnie mówisz? Jesteś tak mały, że ja nawet nie mogę ciebie dojrzeć. Czy ty nie wiesz, że kiedy ja spoglądam w niebo, ono ciemnieje. Kiedy siadam na drzewie, ono się kurczy, a kiedy siadam na skale, ona się chwieje? Ach, ach, ach! huczał jeszcze pan Puchacz ostrząc na kamieniu swe szpony jak noże.
    Wtedy pan Kolokolo wskoczył w jego dziób i przebił gardło pana Puchacza.
    Pan Puchacz umarł, a pan Kolokolo odfrunął do pana Sowy, aby oznajmić mu dobrą wiadomość. Pan Sowa szczęśliwy i wierny swojej obietnicy ofiarował prezenty małemu ptaszkowi, ale pan Kolokolo nie przyjął płaszcza.
    - Tsin... tsin... tsin... powiedział odwracając głowę Ja nie potrzebuję tego płaszcza. Zresztą przeszkadzałby mi, gdy chcę fruwać wysoko.
    - Weź więc te piękne żabki.
    - Ależ nie! Dla mnie one są już zbyt wyschnięte.
    - Więc co chcesz ode mnie?
    - Ależ nic! Najlepszą zapłatą dla mnie jest świadomość, że jesteś szczęśliwy...
    I mały ptaszek odleciał machnąwszy skrzydełkami. Wkrótce stał się tylko maleńkim, czarnym punkcikiem na błękitnym niebie.

  • Góra strony

    4. GOŁĄB I ŻÓŁW


    Ludzie z plemienia Sakalawa mieszkający na północy Madagaskaru z pewnością nie czytali bajki La Fontaine'a, ale opowiadają historię o "Gołębiu i żółwiu", która jest podobna do jego bajki o "Zającu i żółwiu".

    Pewnego dnia pan Gołąb i pani Żółw gnani pragnieniem spotkali się nad brzegiem pięknego strumyka. Pan Gołąb, bardzo ciekawy, zuchwały i szyderczy, spoglądał drwiąco na panią Żółw, spokojną, nieśmiałą i stanowczą. Aby nawiązań rozmowę, pan Gołąb postawił pani Żółwiowej nieużyteczne pytanie:
    - Co pani tu robi, pani Żółwiowo?
    - Przecież pan widzi, panie Gołąb. Przyszłam zaspokoić pragnienie.
    - Przejdź dalej, pani Żółwiowo, to miejsce ja wybrałem dla siebie.
    - Jest dosyć miejsca dla nas obojga.
    - Możliwe, ale to nie jest grzecznie pić wodę w tym samym miejscu, w którym ja piję.
    - A dlaczego nie, panie Gołąb? Ja się nie krępuję zupełnie.
    - No, nie, to jest prawda. Ale pani jest bardzo brzydka ze swoją głową starczą, całkiem pomarszczoną, z wielką skorupą i koślawymi nogami.
    - Z pewnością ja nie mam twojego uroku, ale mam pragnienie i przychodzę pić wodę tutaj, panie Gołąb.
    - Ja nie chcę pić wody z tobą tylko z tego powodu, że jesteś brzydka, ale także dlatego, że nic nie potrafisz zrobić.
    - Ja potrafię zrobić więcej, niż zdołałbyś uwierzyć, panie zarozumialski.
    - Co takiego? Udowodnij mi to!
    - A co chcesz, abym zrobiła? Zaproponuj coś.
    - Na przykład, wyścigi ze mną.
    - Co do tego, nie widzę żadnej przeszkody.
    - Zapewne nie rozumiesz, do czego się zobowiązujesz. Ostatecznie, ja cię trzymam za słowo, biedna brzydulo! Zobaczysz, jak daleko zostaniesz, jeśli tylko ruszysz za mną.
    - Zobaczę, biedny uprzejmisiu, że ja ciebie pokonam, na pewno! Przyjdź tu za tydzień. W tym czasie ja wypocznę, nabiorę sił i będziemy się ścigali.
    - Zgoda!
    Po tych słowach rozeszli się chłodno, ale obiecali sobie, że przybędą nad strumyk punktualnie na spotkanie za tydzień. Przez siedem dni, zamiast spać, pani Żółwiowa okazywała wielką żywotność, odwiedziła swoje przyjaciółki z okolicy i prowadziła z nimi długie narady, a każda z nich obiecała wypełnić dokładnie to, o co była proszona.
    Po tygodniu rywale wierni danemu słowu spotkali się na brzegu pięknego strumyka.
    - Więc jest pan wciąż zdecydowany ścigać się ze mną, panie Gołąb?
    - Oczywiście, o biedna brzydulo, zarozumiała bardziej, niż kiedykolwiek.
    - I nie boisz się pan przegrać?
    - Drwisz sobie ze mnie? Ja, tak żywy, lekki, miałbym być zwyciężony przez ciebie, o biedny domie chodzący?
    - Pańskie zniewagi spływają po mojej skorupie... Więc dość pogaduszek, zaczynajmy! Meta będzie na północy, przy jeziorze Stawonogów.
    Pan Gołąb uderzył skrzydłami na pierwszy sygnał, wzbił się w górę i wkrótce zniknął z oczu pani Żółwiowej. pani Żółw pozostała na ziemi i bez pośpiechu ruszyła. Kiedy pan Gołąb poczuł się zmęczony, zniżył lot i zwolnił biegu. Na ziemi zauważył panią Żółw, która wyśmiewała się z jego powolności. Bardzo się zdziwił, ale powiedział sobie:
    - Och, ona zbyt się pospieszyła... wkrótce straci siły, zwolni i zatrzyma się, a ja podejmę poprzednią szybkość i wysokość.
    Pan Gołąb wzbił się na wysokość kilkuset metrów i leciał pełną szybkością.
    - Zniżę się teraz, aby zobaczyć, czy moja piękna rywalka nadąża za mną powiedział do siebie po pewnym czasie.
    I nie wierzy swoim oczom: pani Żółw dotrzymuje mu szybkości!
    - Jeszcze jeden wysiłek, moja ślicznotko krzyknął ironicznie ciągnij swą mizerną skorupę w kurzu... Gdy obniżę się po raz trzeci, już nie ujrzę cię więcej,
    Ale pani Żółw nie traciła czasu na odpowiedź i szła wciąż równo, spokojnie. Pan Gołąb wiele razy powtarzał swe groźby, ale za każdym razem, gdy się obniżył, stwierdzał ze zdumieniem, że pani Żółw wciąż posuwa się drogą.
    Pan Gołąb już w daleka ujrzał małe jeziorko, metę wyścigu. Jeszcze kilka razy uderzył skrzydłami i oto jest! Spadł na ziemię nieco dalej, niż gąszcz zarośli wyznaczony jako meta. Co za niespodzianka! On wylądował na pani Żółw! Współzawodniczka już przybyła i czekała na niego. Zmęczony pan Gołąb był niezdolny poruszać się ze zmęczenia. Powoli jego oddech stawał się spokojniejszy, równy. Pełen pokory powiedział do pani Żółw:
    - Proszę wybaczyć mi, pani Żółw, że ja kpiłem z pani. Ale ja nigdy nie wierzyłem, że pani może chodzić tak szybko mimo swoich zniekształconych nóg.
    Pan Gołąb odleciał, zanim pani Żółw zdołała odpowiedzieć.
    Od tej brzydkiej przygody pan Gołąb ma czerwone oczy i wciąż zawraca, kiedy zobaczy żółwia. Nigdy nie zwątpił w swoją przegraną i nigdy nie poznał przebiegłości, dzięki której pani Żółw wygrała wyścig, chociaż jej zwycięstwo nie było ani godne, ani sportowe. Inteligentna, razem ze swoimi przyjaciółkami dobrze zaplanowała oszustwo: przez osiem dni żółwie szły na północ i pojedyńczo zatrzymywały się coraz to dalej, aby przekonać pana Gołębia, że pani Żółw wciąż idzie, idzie dalej i tak doszła aż do mety.
    To nie jest ani uczciwe, ani sportowe, nieprawdaż? Ale pan Gołąb swoją arogancją zasłużył sobie na taką twardą lekcję.

  • Góra strony

    5. TRZEJ GŁUSI


    Byli raz trzej głusi, cała rodzina. Ojciec nazywał się Głuchy, jego żona miała na imię Głucha, a swoje dziecko nazwali Głuche. Żyli w małym domku, zbudowanym w niewielkim oddaleniu od wioski. Uprawiali pole i hodowali ptactwo domowe na ich własne potrzeby. Pomimo kalectwa byli szczęśliwą rodziną. Prawie nigdy nie spotykali się z mieszkańcami wioski.
    Krótko przed zbiorem ryżu Głucha posłała swoją córkę, Głuche, aż na ryżowisko, aby stamtąd przepędzała ptaszki, które kradną cenne ziarna. Dziecko wydawało wielki krzyk i czyniło gwałtowne gesty rękami. Kiedy Głuche była zajęta odstraszaniem ptaszków-nieprzyjaciół, obok pola przechodził podróżny i zapytał ją, czy ta droga prowadzi do wioski. Ręką wskazał na wąską ścieżkę przechodzącą przez pole z patatami i soją.
    - Ach krzyknęła Głuche, ale, oczywiście, nie usłyszała pytania i myślała, że podróżny chce ukraść pataty jej ojca poczekaj trochę, będziesz miał do czynienia z moim ojcem. Idę go zawołać.
    Rozgniewana, pobiegła do domu i woła do matki:
    - Mamo, mamo! Tam jest człowiek, który chce kraść naszą soję!
    Córka Głuche wskazała ścieżkę, którą szedł podróżny. Matka z córką dogoniły go i zatrzymały. Podróżny był bardzo zdziwiony, gdy Głucha wrzeszczała do córki:
    - Co? Jak? Co ty mówisz? Ty chcesz poślubić tego człowieka? W twoim wieku? Ale ty jesteś głupia! Chodź do domu, aby dowiedzieć się, co na to powie twój ojciec!
    W tym czasie Głuchy wracał z polowania i na plecach niósł wielkiego dzika. Robił wrażenie wyczerpanego. Był pokryty wielkimi kroplami potu. Kobieta krzyczała już od drzwi:
    - Twoja córka jest głupia! W tej chwili, natychmiast, ona chce wyjść za mąż!
    Głucha wykonała ramionami kilka szerokich gestów, a jej mąż myślał, że ona wskazuje na dzika znajdującego się na jego plecach. Głuchy zakrzyknął z wściekłością:
    - Co to?! Ledwo wszedłem, a ty już żądasz kawałka dzika na obiad nie pozwalając mi nawet wejść do domu ani położyć ten wielki ciężar na ziemi. Tak, nie otrzymasz nawet kawałka, o niecierpliwa!
    Głuchy zawrócił ze złością nie zdejmując dzika z pleców. Poszedł na most i wrzucił dzika do rzeki w chwili, kiedy podróżny zszedł do wody, aby się napić i umyć. Zobaczywszy dzika, zabrał go i szczęśliwy powrócił do swego domu w mieście.
    Głuchy, Głucha i Głuche zrozumieli wreszcie nieporozumienie i zaczęli się śmiać i pocieszać. Odtąd postanowili nigdy nie będą się gniewać ani złościć jeden na drugiego, ponieważ ich intencje i słowa były dobre od samego początku.

  • Góra strony

    6. GŁUPIEC


    W wiosce przy lesie mieszkali mąż i żona. Mężczyźnie jego rodzice dali na imię Pierworodny, ale już w dzieciństwie przylgnęło do niego przezwisko Głupiec i tylko pod tym imieniem był znany. Jego żona, kobieta roztropna, miała na imię Smętna.
    Pewnego dnia Głupiec zdecydował się urządzić wielkie polowanie. Zaprosił wszystkich mieszkańców wioski. Mężczyźni wcześniej poszli do lasu, aby przygotować drzewo na pułapki. Kiedy pułapki były już gotowe, myśliwi uderzali kijami w pnie drzew, aby przestraszyć zwierzęta. Głupiec robił inaczej, niż wszyscy inni. Był zbyt mało inteligentny. On nie potrafił posługiwać się kijem i uderzał w drzewo swoją głową. Kiedy jego żona, Smętna, zbliżyła się do męża. Cała jego opuchnięta głowa krwawiła.
    - Aleś ty głupi, Głupcze! powiedziała wszyscy kpią z ciebie.
    - Tak, ja wiem o tym odpowiedział, ale naprawdę nic nie rozumiał i nie wiedział, dlaczego kpią z niego.
    - Zbyt mało masz rozumu, aby polować na lemury powiedziała żona idź raczej tam, gdzie można spotkać jeża.
    Głupiec zagłębił się w lesie i szukał jeży. Wkrótce ujrzał te małe kolczaste zwierzątka. Już z daleka zaczął krzyczeć:
    - O dobrzy ludzie! Tam, patrzcie! Zobaczcie te piękne, małe pieski dobrego Boga.
    Ludzie przyszli, zobaczyli jeże, które znalazł Głupiec, zabili je i oddalili się pozostawiając myśliwego samego. On nadal niczego nie rozumiał.
    - O, jakże ty jesteś nierozumny! powiedziała żona Znajdź przynajmniej miód. Czy wiesz, gdzie można go znaleźć?
    - Tak, wiem odpowiedział Głupiec, ale nie wiedział.
    Chodząc po lesie usłyszał brzęczenie pszczelego roju, ponieważ jego uszy były delikatniejsze od umysłu. Zaraz wielkim krzykiem zwołał wszystkich ludzi:
    - O dobrzy ludzie! darł się na całe gardło przyjdźcie i zobaczcie złote muszki dobrego Boga, jak są piękne i liczne!
    Przechodząc przez las ludzie pospieszyli na jego wezwanie. Zabrali miód i odeszli. On zaś, który znalazł wypełnione miodem gniazdo pszczół, nic nie wziął.
    Pewnego letniego poranka udał się do lasu na poszukiwanie owoców. Zagłębił się w gęstwinę i spostrzegł jajka perliczki.
    - O dobrzy ludzie! zawołał przyjdźcie i zobaczcie te śmieszne kamienie dobrego Boga! Jakie są one piękne!
    Ludzie usłyszeli jego wołanie, pospiesznie przyszli na jego apel i zabrali wszystkie jajka. Przed wieczorem wszyscy mieszkańcy wioski wracali do domów niosąc jajka przepiórek. Wszyscy, z wyjątkiem Głupca i Smętnej.
    Kilka dniu później Smętna powiedziała do swego męża:
    - Trzeba pomyśleć o kukurydzy, bo wkrótce nie będziemy mieli nic do jedzenia.
    - Dobrze odpowiedział Głupiec przygotuję pole pod kukurydzę.
    Mąż wziął łopatę i wyszedł z domu. Smętna towarzyszyła. Gdy doszli do dużego pola przeznaczonego pod uprawę kukurydzy, wzięła garstkę gleby i zaczęły się przyglądać. Tu ziemia była dobra, więc powiedziała:
    - W tym miejscu ziemia wyda nam bogactwo.
    Smętna poszła do domu przekonana, że jej mąż przygotuje ziemię. Ale on wykopał duży i głęboki dół. Był przekonany, że znajdzie skarb. Tak przecież powiedziała mu żona. Gdy wieczorem mąż nie powrócił do domu, Smętna przyszła na pole i przy świetle księżyca zobaczyła męża jeszcze pracującego w dole.
    - Dlaczego ty kopiesz tak głęboko? zapytała.
    - Czyś ty mi nie powiedziałaś, że w tym miejscu ziemia wyda nam bogactwo?
    Biedna kobieta westchnęła głęboko i wyjaśniła mężowi, co należy robić.
    - Rozumiem powiedział Głupiec, ale nic nie rozumiał.
    Nazajutrz kobieta została na polu i pomagała swemu mężowi przez cały dzień.
    Kukurydza rosła szybko, bardzo szybko. Pewnego dnia Smętna powiedziała do Głupca:
    - Mężu, trzeba opielić pole. Rośnie tam dużo chwastów.
    - Rozumiem powiedział mąż, ale nic nie rozumiał.
    Biedny Głupiec poszedł na pole i zaczął pracować. Niestety, powyrywał nie tylko chwasty, ale także młode pędy kukurydzy. Ogołocił kompletnie całą ziemię.
    Gdy zobaczyła to Smętna, zaczęły wyrywać sobie włosy z głowy tak, jak powyrywał kukurydzę z chwastami jej mąż. Ale to już nie zdało się na nic, nie polepszyło ich sytuacji.

  • Góra strony

    7. ZŁOŚLIWCY


    Kiedyś żyli dwaj młodzi ludzie, bardzo złośliwi, bardzo przebiegli. Po prostu dwóch nicponi urodziło się w naszej wiosce. Im byli starsi, tym więcej strapień, przykrości i krzywdy wycierpieli ludzie z ich powodu. Malgasze bardzo niechętnie opowiadają o ich wyczynach. Ja przytoczę dla przykładu niektóre brzydkie historie, w których oni byli niechlubnymi bohaterami.

    *****

    Pewnego dnia spotkali się na placu targowym. Każdy miał koszyk.
    - Dokąd idziesz?- zapytał Łazęga.
    - Przyszedłem sprzedać dobrego koguta. A ty? - odpowiedział Włóczykij.
    - Ja? Ja właśnie wykończyłem dobrą łopatę. Przyniosłem ją tylko w tym celu, aby ją tu sprzedać.
    - Słuchaj, Włóczykiju, ja potrzebuję przekopać ziemię w moim ogrodzie i nie mam łopaty. Czy zgodzisz się dokonać zamiany? Mój kogut z pewnością jest droższy od twojej tandetnej łopaty.
    - Zgadzam się, aby ci zrobić przyjemność, chociaż mój szpadel z całą pewnością jest doskonałej jakości i wart dużo więcej, niż jeden pospolity kogut.
    - Niech będzie, poświęcę się, niech stracę. Oto koszyk z moim kogutem.
    - Oto koszyk z łopatą.
    Dokonawszy zamiany, każdy z nich pośpiesznie odszedł z placu targowego i udał się do domu przekonany, że dokonał dobrego zakupu.
    Włóczykij, przybywszy do siebie, otworzył koszyk i zamiast łopaty, znalazł glinę. W tym samym czasie otwierał koszyk Łazęga ciesząc się na myśl o smacznym i pożywnym obiedzie z koguta, ale spod pokrywy wyleciała straszliwa wrona i odfrunęła przeraźliwie kracząc.

    *****

    Innym razem, podczas uroczystości żałobnych po śmierci matki pewnego bogacza zabito trzy woły, ugotowano mięso i rozdzielono każdemu z uczestników pogrzebu. Wszyscy się najedli, posiłek był obfity. Ale dwaj cwaniacy, Włóczykij i Łazęga, spóźnili się i otrzymali do podziału kurę. Oczywiście, każdy z nich pragnął zjeść ją całą nie dzieląc się z drugim. Zaczęli się sprzeczać i po dłuższej kłótni postanowili, że ten z nich zje całą kurę, kto będzie miał ładniejszy sen.
    Nazajutrz rano Łazęga opowiedział swój sen:
    - Nikt nie może mieć piękniejszego snu od mojego. Ach, to było cudowne! Wyobraź sobie, że ja wzniosłem się aż do nieba. To było coś wspaniałego tak błądzić wśród chmur, a ja wznosiłem się wciąż wyżej i wyżej.
    - Tak przerwał mu Włóczykij wyobraź sobie, że kiedy ja widziałem ciebie wznoszącego się tak wysoko, pomyślałem, że ty już nigdy nie zdołasz zejść na ziemię, więc nie czekając ranka zjadłem naszą kurę.

    *****

    Po niedługim czasie obaj cwaniacy znów się spotkali. Jeden wrócił z północy, drugi podróżował na południe.
    - Czy ty wiesz, co dzieje się na południ? zapytał Włóczykij tam jest wszystko we krwi i ogniu. Niebo i ziemia wywracają się do góry nogami. W lesie same drzewa przewracają się, drży równina. Dlatego ja przybiegłem i udaję się na północ po wodę, aby pomóc w gaszeniu pożaru. A gdzie ty byłeś?
    - To straszne... Ja byłem na północy, gdzie ludzie zwołali wielkie zebranie i wydali nowe prawo. Będą ścinać głowę każdemu kłamcy. Gdy tylko ogłosili to prawo, ja opuściłem północ i biegłem na spotkanie z tobą, aby cię ostrzec. Jakie to szczęście dla ciebie, że nie minęliśmy się w drodze.

    *****

    Kiedy zdarzyło się, że umarła matka Włóczykija, syn był zbyt biedny, aby przybyłym na pogrzeb ludziom ofiarować wołu. Nie zbogacił się pomimo licznych kradzieży, jakich dokonał. A przynajmniej jeden wół jest konieczny, aby godnie odprawić uroczystości pogrzebowe. O swoim kłopocie powiedział Łazędze. Im nigdy nie brakowało pomysłów i tym razem też znaleźli sposób, aby wyjść honorowo z tej sytuacji.
    Włóczykij włożył w ręce zmarłej swej matki włókna trawy, jakby wyplatała koszyk, i jej ciało oparł o drzwi. Potem poszedł do swego przyjaciela, Łazęgi. Idąc drogą, spotkali dwóch podróżnych, którzy prowadzili bydło do miasta na sprzedaż. Poganiacze wołów pragnęli odpocząć przenocować i zjeść swój ryż w tej wiosce. Włóczykij zaproponował im gościnę w swoim domu.
    - Drzwi nie są zamknięte powiedział wystarczy tylko popchnąć i wejść do środka. Moja matka was przyjmie.
    Poganiacze bydła tak zrobili. Kiedy popchnęli drzwi, ciało starej kobiety upadło. Natychmiast przybył Włóczy-kij krzycząc, że oni przybyli, aby zabić jego matkę.
    - Ach lamentował ona była w doskonałym zdrowiu, kiedy Łazęga i ja opuściliśmy ją przed chwilą. Ona właśnie tkała matę do mojego nowego domu. Zobaczcie, ona ma jeszcze w ręku włókna trawy.
    I syn zmarłej poszedł ze skargą do szefa wioski.
    - Ponieważ oni ją zabili . powiedział oni muszą być także zabici... Przynajmniej niech dadzą wołu jako zadośćuczynienie, pod tym warunkiem mogę darować im życie.
    Szef wioski uznał, że takie zadośćuczynienie jest słuszne. Poganiacze zgodzili się od razu, ponieważ powiedzieli sobie: "życie jest słodkie i trzeba strzec je bardziej, niż woły".
    Włóczykij mógł więc ofiarować przybyłym na pogrzeb swej matki wspaniały posiłek i nikt w wiosce nie domyślił się oszustwa w jego postępowaniu. O podstępie wiedzieli poganiacze wołów, ale im nikt nie uwierzył, kiedy o tym opowiadali. Podziwiali tylko spryt i niedościgłą przebiegłość dwóch oszustów.

    *****

    Wszystkie wyczyny Łazęgi i Włóczykija były tak liczne, że opisując je powstałaby bardzo gruba księga, której nawet na najnowocześniejszych maszynach nie zdołano by wydrukować.
  • Góra strony


    8. DWIE SIOSTRY


    Leniwie płyną wody wielkiej rzeki, zanim zmieszają się z wodami oceanu. W wiosce położonej przy nadmorskiej plaży dwie siostry przygotowują ryż na wieczerzę. Łup... łup... łup... dwa wielkie, drewniane ubijaki uderzają rytmicznie. Łup... Łup... łup... wali ubijak trzymany przez Starszą. Łup... łup... łup... odbijają się echem uderzenia Młodszej. One zawsze uderzają z takim zapałem, że praca młócenia ryżu zostaje szybko zakończona. Teraz pełnymi garściami rzucają ryż na okrągłą, wyplecioną z trawy tacę i podbijają do góry, aby wiatr mógł zwiać plewy przed nadbiegającymi kurami. Na tacy pozostaje czysty ryż.
    Wielki garnek napełniony wodą stoi na trzech kamieniach, pomiędzy którymi wkłada się długie polana. Gdy się upalą, gotujące ryż kobiety popychają je pod środek garnka, aż polano całe się wypali i trzeba będzie włożyć następne. Dwie siostry wrzucają pięknie oczyszczony, bez jednego źdźbła ryżowej słomy, ryż do garnka. Za pół godziny jest dobrze ugotowany i gotowy do jedzenia.
    Tego poranka dwie siostry, Starsza i Młodsza, wstały bardzo wcześnie. Miały iść do wielkiego, pobliskiego miasta, aby zanieść na targ produkty swego do gospodarstwa. Wychodzą z domu zaraz po przygotowaniu śniadania dla swojej rodziny.
    Malgasze nie są wysokiego wzrostu. Idą jeden za drugim długim krokiem. Dwie siostry wcześnie wyszły z domu, kiedy słońce jeszcze nie praży i łagodny wiaterek ochładza idących. Na głowach miały duże kosze. Przeszły przez most wielkiej rzeki. Chodziły tu często. Nie patrzyły na ścieżkę, którą znały na pamięć. Wolały patrzeć na przepiękne widoki. Plantacje aloesów, palm kokosowych, bananów i innych drzew syciły oczy. Zielone poletka ryżowisk były także śliczne. Pośrodku pól stały małe domki wyplatane z bambusów. Nieraz tylko lekkie zadaszenie z liści, bez ścian, chroniło właściciela pola przed upalnym słońcem. Im były bliżej do miasta, tym coraz więcej widziały szałasów.
    Targowisko w mieście jest ogromne, ożywione. Przyszło dużo kupujących. Niemało jest sprzedających, ale dwie siostry znalazły odpowiedni kącik, aby rozłożyć wyplataną z trawy matę, na którą wyłożyły zawartość swoich koszów: mangi, papaje, goyawy, pomarańcze, cytryny, pampelmusy i wiele innych owoców i jarzyn o nazwach obcych i dziwnych, a o smaku wybornym. Na ziemi, w koszyku Starszej, gęsi i kaczki ze związanymi nogami czynią pisk ogłuszający przyciągając przechodniów.
    Tego dnia dwie siostry zarobiły dużo pieniędzy. Przed powrotem do domu zatrzymały się przed straganem sprzedawców, którzy ze stolicy przywieźli drewniane figurki i rzeźby z wołowych rogów, hafty i koronki z płaskowyżu. Siostry udawały, jakby chciały coś kupić, a że już były w wieku zalotnym, powracały często do stoisk z naszyjnikami i pierścionkami, sprzedawanymi przez Hindusów. One miały chęć wydać trochę pieniędzy z utargu zawiązanego w chusteczce i mocno ściskanego w dłoni, ale dobrze wiedziały, że gospodarstwo ich rodziców nie należy do bogatych i dlatego opuszczały targowisko wzdychając.
    Powrót był jeszcze szybszy, gdyż bagaże nie utrudniały im marszu. Chciały być w domu przed zapadnięciem nocy. Powróciły w chwili, gdy ich rodzice odpoczywali siedząc nad brzegiem wielkiej rzeki i przyglądając się przepływającym pirogom, wyładowanym bananami, orzechami, trzciną cukrową, deskami i innymi produktami. Rzeka tworzy liczne zakola, toczy swe wody powoli, majestatycznie. Płynie spokojnie. Tak samo życie dwóch sióstr mieszkających nad jej wodami toczy się spokojnie, słodko, miło, składając się z prac domowych, posiłków i niekiedy zabaw.
    Kiedy zapada mrok, komary zaczynają dręczyć dwie siostry, które zabawiają się chwytaniem licznych robaczków świętojańskich. Te owady o świecących pancerzach, zapalając się i gasnąc bez przerwy są podobne do latających lampek. Dziewczęta wkładały je na kilka chwil w swoje włosy i wtedy świętojańskie owady wyglądały, jak diademy, które przez moment były podobne do ozdób podziwianych na straganach hinduskich sprzedawców.
    - O, Starsza! O, Młodsza! rozległ się głos ich rodziców przybywajcie szybko! Wracamy do domu!
    Nie można ociągać się z powrotem do domu, gdyż wieczorem i nocą ten uroczy brzeg rzeki nie jest zdrowy.
    Następnego dnia list ze stolicy przerwał monotonne życie rodziny. To ciocia mieszkająca w stolicy zapraszała do siebie jedną z bratanic na pewien czas. Ale rodzice mieli dokonać wyboru między starszą, a młodszą. Podróż dużo kosztuje i ciocia nie ma tyle pieniędzy, aby zaprosić obie. Odpowiedź z imieniem wybranej trzeba wysłać na drugi dzień, tak prosiła ciocia.
    Przez cały dzień dziewczęta marzyły o podróży, więc nic dziwnego, że były roztargnione. Słyszały już wiele o kolei przemierzającej doliny i wznoszącej się na płaskowyż. Wyobrażały sobie odjazd wczesnym rankiem z dworca blisko ich targowiska. Najpierw tory biegną na południe wzdłuż Oceanu Indyjskiego, którego zielone fale nanoszą białą pianę na piasek koloru bursztynowego, nieraz muskają tory, a tymczasem głuchy odgłos oceanu zagłusza sapania dyszącej lokomotywy. Kiedy tory gwałtownie skręcają na zachód, pociąg wchodzi w tereny, na których domy są zbudowane na palach wśród olbrzymich bambusów i stuletnich mangowców. W połud-nie pociąg zatrzymuje się na dłużej, aby pasażerowie mogli sobie kupić i zjeść obiad. Krajobraz znów się zmienia. Klimat staje się chłodniejszy i przyjemniejszy, gdy pociąg wspina się i dyszy jeszcze więcej, aby sforsować zakola wąwozu, tak malowniczego ze swoimi stokami całkowicie pokrytymi lasem eukaliptusowym.
    Domy są wąskie, piętrowe, murowane z cegły zrobionej ze sprasowanej, nie wypalonej, czerwonej ziemi. Nikną ostatnie drzewa i krzewy, a pojawiają się przed oczyma ryżowiska w nieskończoności ich zielonego dywanu żywej zieleni. Za nimi, na wzgórzach, wznosi się stolica, wielkie miasto. Z daleka widać potężny, drewniany, czteropiętrowy Pałac Królowej.
    Wieczorem pociąg wjeżdża na stację. Cudownie piękne jest przeżycie przybywających tu po raz pierwszy. Miasto rozłożone jest na wzgórzach, błyszczy tysiącem świateł. Przed dworcem samochody i dwukołowe ryksze oczekują na pasażerów.
    A rano co za niespodzianka, kiedy przez okno ogląda się panoramę pięknego i dziwnego miasta, nad którym rozciąga się czyste, o intensywnym, błękitnym kolorze, niebo. Stary Pałac Królowej wznosi swą majestatyczną bryłę, a nieco niżej Pałac Premiera w kształcie piramidy przypomina wielki tort z jasnoróżowych pralinek. Te dwa pałace dominują nad czerwonymi domami, jakby przypadkowo przyczepionymi do zboczy wzgórza. Dalej rozciąga się bezkresna, piękna dolina ze stadionem obok jeziorka podobnego do turkusa zapomnianego. A w mieście te przebogate i przepiękne sklepy pełne cudowności, jakże godne do pozazdroszczenia, bo jeszcze bogatsze i piękniejsze, niż ozdoby na straganach obok ich małej maty. A pod oknem ten nieprzerwany sznur samochodów kazały oczom wciąż wodzić i zastanawiać się, dokąd jadą ci ludzie w nich siedzący. Piękne są też domy z balkonami i werandami, wszystkie ozdobione kwiatami.
    Dwie siostry marzyły... Łup... - dziś ubijak trzymany przez Starszą spada łagodniej na ryż w drewnianym moździerzu. Łup... - ciszej odpowiada ubijak w ręku znużonej Młodszej. Przy potrząsaniu kury mają nie tylko plewy, ale sporo ziarna. Niedbale pracują ręce roztargnionych sióstr.
    Dzień przeszedł. Starsza marzy: "Jeśli byłabym ja..." Młodsza także ufa: "Dlaczego nie ja...?" Przed zachodem słońca, jak zwykle, dwie siostry wraz z rodzicami udają się nad wody wielkiej rzeki. Spokojnie odpoczywają po pracy.
    Wody wielkiej rzeki... naszej rzeki mówi do siebie Starsza czyż nie mówi się, że... ależ, tak!, słyszałam, jak pewnego dnia opowiadano... Tak mówił mi mój ojciec: "Ktokolwiek pił wodę z wielkiej rzeki, nie może się już nigdy oddalić z tego kraju". Muszę zrobić, aby siostra napiła się wody z naszej rzeki.
    Nadeszła noc. W małym domku wszyscy spali. Starsza wychodzi cichutko, jak kot, trzymając w ręku małą buteleczkę, w którą zaopatrzyła się potajemnie po południu. Wszystko jest spokojne i ciche, jak zwykle, jak każdej nocy. Pirogi nie płyną. Jest bardzo ciemno. Tylko małe, błyszczące punkciki przebijają czerń nieba i tańczą. Świetliki rozpoczęły swój nocny obchód towarzysząc po cichu komarom, które brzęcząc tworzą niewidzialną orkiestrę.
    Starsza zbliża się spokojnie do wody i zanurza buteleczkę, aby napełnić ją wodą, która nie pozwoli oddalić się stąd Młodszej, jej siostrze. Nocą jest nieco chłodniej. Komary napastują natrętniej. Starsza podnosi się i jeszcze ciaśniej owija buteleczkę w swą białą chusteczkę, potem kładzie na głowie, na sposób malgaski. Biegnie żwawo i zręcznie, nieznacznie balansuje ramionami utrzymując buteleczkę w równowadze. Dobiegła do domu. Po ciemku musi znaleźć drzwi, aby je otworzyć. To małe drzwi z bambusa zamykają wejście... Okropność!!! Jej ręka spotkała inną rękę... Starsza podskoczyła i zderzyła się z... Młodszą! Jednocześnie dały się słyszeć dwa krótkie krzyki i w tym samym czasie obie usłyszały brzęk tłukącego się szkła. Dwie buteleczki spadły na ziemię, stłukły się i woda z wielkiej rzeki rozlała się przed domem.
    Rano przyszedł drugi list od cioci. Tym razem jest zaproszenie dla dwóch bratanic, z którymi chce spędzić kilka tygodni ich ciocia. Starsza i Młodsza idą na dworzec, wsiadają do pociągu. Jadą i patrzą na zielone fale wynoszące białą pianę na bursztynowy piasek. Obie marzą o legendzie, która nie okłamała ich. One nie wypiły wody z wielkiej rzeki.

  • Góra strony

    9. NIEWOLNICA


    Jedno żółte, dwa zielone,
    Dwa niebieskie, znów czerwone...
    Krzyżuj się, trawo włóknista,
    Powstaje kolorowa chusta.
    Tak śpiewała Niewolnica tkając matę o błyszczących kolorach. Kiedy praca postępowała, pracująca wciąż Niewolnica znajdowała inne słowa na tę samą słodką i jednostajną melodię, której towarzyszył cichy szmer włókien lekko poruszanych jej palcami. Małe czerwone ptaszki, kardynały, zatrzymały swoje ćwierkanie, siedząc wśród ciemnozielonych gałęzi mangowca. Białe czaple w pobliskich ryżowiskach podniosły głowy, jakby chciały śpiewać w rytm melodii nuconej przez pracownicę.
    O trawo, o długich włóknach,
    Znalazłam cię nad brzegiem rzeki,
    Wybierałam pędy najczystsze,
    Ścinałam ostrym nożem, ścinałam...
    - Ścinałam, ścięłam - zdawały się odpowiadać czaple trzaskając swymi szkaradnymi, żółtymi dziobami.
    Przewiązałam je trawą,
    Położyłam wiązkę na głowie
    Niosłam ścieżką, która się wspina
    Do domu na szczycie pagórka.
    Praca była trudna. Codziennie, w nieubłaganym skwarze, Niewolnica ostrym nożem oddzielała z trawy włókna, aby rozłożyć je w promieniach słońca. Kiedy włókna już wyschły, miętosiła je w dłoniach, aż stały się giętkie. Teraz mogła zrobić z nich nitki i ufarbować. Po tej ciężkiej pracy wstępnej. Wkłada całe swoje serce, aby ułożyć harmonijnie kolory w wyplatanej macie. Ta mata będzie przedstawiona do konkursu organizowanego przez Królowę z okazji wielkiego święta zwanego "Kąpiel Królowej".
    Wszystkie tkaczki w kraju otrzymały rozkaz utkania maty w kolorach dnia i nocy, w barwach delikatnej jutrzenki, blasku nieba w tropikalnym słońcu, spokojne migotanie zmierzchu na niebie, które przygotowuje się do przyjęcia baśniowego widoku gwiazd albo mlecznej poświaty księżyca. Niewolnica wybrała moment, w którym słońce, oko dnia, znikło za horyzontem. Jej małe, zwinne dłonie zręcznie biegają po macie i śpiew znów się wznosi:
    Kto dał mi bogactwo?
    Kto dał mi dobro...
    Dobro? Bez wątpienia, ona nigdy nie poznała dobra, ona nigdy nie doznała radości. Niewolnica wiedziała, że nigdy też nie powróci do swego kraju zajętego przez żołnierzy księcia, syna pierwszego króla Madagaskaru, założyciela dynastii. Książę był wielkim zdobywcą, podbijał oporne księstwa, rozszerzał panowanie swego ojca. W chwili śmierci króla tylko jeden, Książę Nocy, pozostawał wolny i królowa postanowiła zmusić go do posłuszeństwa. Wysłała wojsko. Książę Nocy zginął w walce. Jego córkę wraz ze starą służącą zabrał Książę Zdobywca do stolicy.
    W czasie bitwy Niewolnica była jeszcze niemowlęciem, ale Służąca opowiadała jej o książęcej rodzinie tak często, że wydawało się jej, jakby pamiętała wioskę o domach chłodnych, książęcy pałac w cieniu tysiącletnich mangowców, nad brzegiem oceanu.
    Niewolnica została podarowania bogatej szlacheckiej rodzinie, zaprzyjaźnionej z rodziną królewską. Ci ludzie byli twardzi i wymagający. Umieli wykorzystać zdolności małej Niewolnicy. Przez całe dni, od rana do wieczora, tkała maty, które były bardzo drogo sprzedawane, ponieważ były piękne. Służąca była już zbyt stara i chorowita, aby pracować, ale często przysiadała obok Niewolnicy, swej Księżniczki, jak mawiała. Opowiadała o utraconym kraju.
    - Tego poranka mówiła słychać było wojenne apele. Była jeszcze jutrzenka, dzień ledwo się zaczynał i panowała poranna cisza. Tylko liście bananowców szeleściły poruszane przez delikatny wietrzyk. Nieco dalej szumiał strumyk, ale do tego szumu wkrótce dołączył się inny szum. O moja księżniczko, to były bębny złowrogie, przednia straż Królowej, wysłani na zwiady. Teraz wyszli z zarośli, czołgali się mocno przywarci do ziemi, jak węże. Na odgłos bębnów wyskoczyli z zarośli. Nagle deszcz strzał i włóczni spadł na nasz dom. Byliśmy zaskoczeni i twój ojciec nie mógł zorganizować obrony. Nielicznych swych żołnierzy rozstawił wokół skorupy żółwia, w której ty leżałaś. A ja? Cóż ja mogłam zrobić? Siedząc przy tobie, z głową w dłoniach, nic nie widziałam i nic nie wiedziałam o bitwie aż do chwili, kiedy nas zabierali, nas obie, do obcego kraju, w którym teraz żyjemy. Za nami cała wieś płonęła. Zginął Książę Nocy, twój ojciec.
    Dziś Służebnica nie przyszła dotrzymywać towarzystwa i Niewolnica pracowała marząc o innym księciu. Wszystkie nagrodzone maty zostaną ofiarowane młodszemu synowi Królowej z okazji jego małżeństwa. Niewolnica marzyła i śpiewała:
    Mijają męczące dni,
    Co przyniesie mi jutro?
    Włókna trawy są lekkie,
    Przynoszę je bez trudu.
    Przyniosłam ich wiele,
    Męczę się tą pracą,
    Co ja dostanę za to?
    Przecież wzory są piękne,
    Kolory nie wyblakną w słońcu,
    Potrafię ustrzec ich barwy.
    Jej głos wzmocnił się i śpiew wzniósł się z większą siłą. Niewolnica siedziała wśród rozgniatanych jej rękami liści i nie usłyszała stąpania kroków. Ktoś stanął za nią i słuchał jej śpiewu:
    Tak, potrafię układać wzory.
    Jaka dla mnie zapłata?
    Co da mi zmęczenie?
    Książe, spojrzyj na wzory,
    Które przeznaczam dla ciebie.
    Śmiech drwiący przerwał jej śpiew. Odwróciła głowę, ale nikogo nie spostrzegła.
    - To bez wątpienia ptaszek-śmieszek mi odpowie-dział. Ta ptaszyna nie przynosi szczęścia. Tak się mówi.
    Zamilkła Niewolnica nieco zasmucona i niespokojna.. Przestały ćwierkać czerwone, małe kardynały. Czerwone czaple oddaliły się i osiadły na dalekich ryżowiskach kiwając swymi dziwacznymi głowami.
    Niewolnica zwinęła matę i usiadła przy drzwiach swego mieszkanka.
    Patrzyła na pałac Królowej. Cztery wieże wznosiły się w blaskach zachodzącego słońca. Przez dłuższą chwilę obserwowała cudowne barwy, które zmieniały się co sekundę, a na Wielkiej Wyspie zachody słońca są najpiękniejsze w całym świecie! Młoda dziewczyna traciła nadzieję na oddanie tych barw w swej macie. Odwróciła oczy zapatrzone w horyzont i spiesznie weszła do domu. W tropiku noc zapada nagle, bez zmroku. W domu zajęła miejsce wśród niewolników, aby pomóc w przygotowaniu wieczornego posiłku.
    Dni mijały i święto narodowe Kąpieli Królowej szybko się zbliżało. Wszyscy byli zajęci tylko przygotowaniami do uroczystości.
    Radość przepełniała wszystkich. Ileż ptactwa zabito! Jakie góry ryżu ugotowano! Jakie mnóstwo wołów tuczonych od miesięcy przygotowano na ucztę! Każdy, nawet najbiedniejszy, weźmie udział i każdy otrzyma swoją część, aby w tym dniu wszyscy byli syci, napojeni, obdarowani. We wszystkie kierunki wysłano królewskich gońców, aby ogłaszać święto nawet w najdalszych i najmniejszych wioskach, ponieważ data święta zmieniała się, wypadała zawsze w rocznicę urodzin panującego władcy.
    W przeddzień, kiedy noc zapadła, wszystkie dzieci wyszły wymachując zapalonymi na końcu bambusa pochodniami. Poruszali się krzycząc, skacząc i kręcąc się w kółko, a ich pochodnie oświetlały swym światłem ściany domów piętrowych z czerwonej cegły zbudowanych na zboczu góry. Stolica, "Miasto Tysiąca (Mieszkańców)", przybrało wygląd baśniowy. To był "płomień radości" dla uczczenia Królowej. Kiedy noc zapadła, rozpoczęła się ceremonia kąpieli. To były przede wszystkim śpiewy, tańce, radosne śmiechy w święto światła. Przed każdym domem spalano aromatyczne trawy. Na wierzchołkach gór płonęły ogniska.
    Zaproszony lud wspiął się na szczyt góry, aż do pałacu Królowej, aby został pokropiony uświęconą wodą, w której tego poranka wykąpała się Królowa. Ze wszystkich regionów kraju przybywały delegacje przynoszące podarunki: miód, perliczki, kuropatwy... Cały lud w wielkiej masie zebrał się na dziedzińcu pałacu. Wszyscy dygnitarze, oficerowie, książęta, księżniczki i wszyscy doradcy królewscy zostali dopuszczeni do wielkiej sali tronowej. Nowy pałac królowej górował nad potężną bryłą skarbca, starego pałacu o drzwiach i oknach ozdobionych srebrnymi gwoźdźmi i słomianą chatką pierwszego władcy tej krainy.
    W północnej części sali Królowa weszła po kilku stopniach na tron. Była w chuście ze szkarłatnego jedwabiu. Stała ponad całym tłumem zaproszonych, którzy zgromadzili się w części zachodniej sali. Jej mąż, Premier, w uniformie przeładowanym ozdobami, stał po jej prawicy. Za nimi pełniły honory damy dworu i służące. W części północno-wschodniej, za czerwonymi zasłonami, ustawiono "sanktuarium kąpieli".
    Orkiestra zagrała "Hymn na cześć Królowej". Wszedł Minister Wojny, a za nim kuchmistrze w służbie wojskowej niosąc wiązki lekkiego drzewa, które spalając się nie daje dymu. Na trzech kamieniach ustawiono wielki kocioł z wodą, podłożono ogień, aby zagrzała się woda. Obok rozpalono ogień pod kotłami z jedzeniem.
    Kiedy woda była już przygotowana do kąpieli, królowa wstała i zniknęła wraz z damami dworu za wielkimi zasłonami. Ciepłą wodę wlano do srebrnej wanny. A w sali śpiewano. Armatni wystrzał oznajmił uroczysty moment kąpieli Królowej tłumom zgromadzonym wokół pałacu. Na dziedzińcu śpiewaczki zaintonowały rytualny śpiew przodków: "Królowa jest naszym słońcem..."
    Wreszcie odsunięto zasłony i królowa ukazała się w stroju uroczystym, w sukni z czerwonego aksamitu, haftowanej złotem. Można było powiedzieć, że zjawiło się bóstwo, tak była obwieszona ozdobami. W swoim ręku trzymała oprawiony w srebro kalbas, który był napełniony wodą z kąpieli. Mrucząc rytualne wezwania przodków, pokropiła stojących uczestników, zatrzymując się dłużej przed tymi, których chciała uczcić w szczególny sposób. Królowa wyszła z pałacu zachodnimi drzwiami i na dziedzińcu wygłosiła swe wielkie, uroczyste przemówienie. Potem lud też został pokropiony pachnącą wodą kąpieli. Krzyki, śpiewy, klaskanie, orkiestra, strzelanie z armat to wszystko wybuchło jednocześnie, a wielki hałas rozchodził się daleko poza horyzont.
    Królowa powróciła do sali tronowej i zasiadła na tronie. Posiłek był już gotowy, zaczęła się uczta. Podano ryż z miodem i mięso wołowe. Wszyscy jedli w skupieniu, w religijnej atmosferze. Przecież wół był ofiarowany Bogu, przez co posiłek jednoczył ludzi z Bogiem.
    Ostatnią ceremonią święta była ofiara składana ze srebrnej monety przez każdego uczestnika na znak uznania władzy królowej. Jeszcze jedna salwa armatnia na znak, że Święto Kąpieli Królowej zostało zakończone. Ale w pałacu święto trwało dalej. Był bal. Tańce zagraniczne mieszały się z tańcami tradycyjnymi.
    Oczywiście, Niewolnica nie mogła iść na święto, ale pozwolono jej na obejrzenie wystawionych prac konkursowych w dniu następnym. Królowa miała wybrać najpiękniejsze maty, a młody Książę swą narzeczoną. Na tę uroczystość Niewolnica założyła tradycyjny strój swego plemienia. Była urocza w chuście utkanej z wysuszonych włókiem wielkich liści, głowę ozdabiał kok z włosów, a ta fryzura uszczupliła jej brązową twarz i powiększyła jej czarne oczy o spojrzeniu marzycielskim i naiwnym. Ciężkie bransolety ze srebra, wykonane przez najlepszych złotników, jedyna pamiątka rodzinna, ciążyły na jej delikatnych nadgarstkach i uderzały o siebie przy najmniejszym ruchu. Służebnica zawiesiła na jej szyi sznur z aloesu, na który nawlekła różne amulety. Stara opiekunka była bardzo dumna ze swojej "księżniczki".
    Po otwarciu drzwi lud przechodził przed matami rozwieszonymi na ścianach wielkiej sali. Niewolnica widziała maty "Jutrzenki" o odcieniach fioletowych i różowych. Niewolnicy wydawało się, że one zasługują na pierwszą nagrodę, ale maty w dziale "Południe" i "Ogień z Nieba" były chyba sto razy cudowniejsze! Niewolnica przeszła przed serią "Ostatnie Promienie Słońca", wśród których zobaczyła także swoją matę. Nie odważyła się nawet spojrzeć na nią, tak bardzo bała się, aby nie zostać rozpoznaną. I szybko, bardzo szybko przeszła, aby kontemplować ostatnie maty, te o tonach opalu w serii "Blask Księżyca". Ale Służąca zatrzymała ją, ponieważ wołania i uznania napełniły salę. Niewolnica odwróciła się i ujrzała królowę i cały jej dwór, który zatrzymał się przed matą... jej matą!
    Królowa podniosła rękę nakazując milczenie. Artyści stojący za nią wyrazili swoje opinie, ale czekali na słowo Królowej. Książę następca tronu wraz ze swoją narzeczoną stał obok, ale Niewolnicy wydawało się, że najmłodszy książę utkwił wzrok w jej macie i że już dokonał wyboru. Niewolnica uznała, że książę jest uroczy w swoim ubraniu z białego atłasu bogato haftowanego złotem.
    - Oto najpiękniejsza mata powiedziała królowa opuszczając rękę i wskazując na dzieło Niewolnicy zachodzące słońce nie potrafi ofiarować nam bardziej czarujących barw. Nagroda za najpiękniejszą matę jest przyznana narzeczonej najmłodszego mego syna za jej dzieło "Pożegnanie Oka Dnia".
    Niewolnica straciła przytomność padając w ramiona Służącej, która wyniosła ją przez wielkie drzwi na dziedziniec. Młody książę odprowadzał ją zdziwionym wzrokiem.
    - Kim jest ta młoda dziewczyna? zapytał.
    - Och - pospieszyła z odpowiedzią narzeczona to mała niewolnica u nas. Ja nauczyłam ją tkać maty i teraz z pewnością zazdrości mi sukcesu.
    - To prawda, ta mata jest najpiękniejsza - powiedział książę, ale jego oczy wciąż odprowadzały małą sylwetkę Niewolnicy podtrzymywanej przez jej opiekunkę.
    Narzeczona księcia tryumfowała. Ściągnęła swoją szczupłą talię, ściśle owiniętą w chustę z białego jedwabiu. W jej delikatnej twarzy o kolorze jasnego bursztynu, okolonego ciężkimi warkoczami, dumnie błyszczały czarne oczy. Triumfowała bez żadnego cienia żalu.. Czyś to nie ona przekonała swoich rodziców, aby pod matą umieścili jej mię, zamiast Niewolnicy?
    Nieco później Premier wysłany przez Królowę przybył do rodziców narzeczonej księcia i oficjalnie prosił o zgodę na małżeństwo księcia z ich córką. Małżeństwo miało zostać zawarte, gdy narzeczona przygotuje komplet mat, jakie każda młoda żona powinna wykonać według zwyczaju: jedna mata zrobiona w jeden dzień. Taki był zwyczaj u wszystkich, od najbiedniejszych do najbogatszych. Niezdolna do tkania mat córka bogatych ludzi wybrnęła z tej sytuacji na swój sposób. Zamknęła Niewolnicę w jednym z domów niewolnic i zażądała od niej zrobienia w tajemnicy siedmiu mat rytualnych. Książę chciał zobaczyć swoją narzeczoną przy pracy, ale mimo często pomawianych próśb ona zawsze odpowiadała z największą uprzejmością:
    - Nie... nie... gdy ja pracuję, jestem cała pochłonięta sztuką i przy tobie byłabym zalękniona.
    Tymczasem Niewolnica zabrała się do roboty zapominając o żalu przy pracy. Przy tkaniu wzorów wymaganych przez tradycję, kwadraciki, trójkąciki i romby rodziły się w palcach zwinnych i niezmęczonych, co nie przeszkadzało narzeczonej księcia zasypywać ją wymówkami i drwinami, ile razy weszła do chatki:
    - Dalej! Szybko!! Szybciej!!! mówiła Co za leniuch z ciebie dodawała widząc Niewolnicę wahającą się przy wyborze koloru nitki. W takim tempie MOJE maty nigdy nie będą skończone. Ty to robisz specjalnie, ty zazdrośnico!
    Niewolnica wzdychała, a jej małe dłonie tkały jeszcze szybciej włókna przygotowane z trawy.
    Ale pewnego dnia książę przybył wcześniej i przez otwarte okno spojrzał, zaskoczył obie i poznał oszustwo. Najpierw poczuł wielki gniew wobec swej narzeczonej i jej rodziców, ale wkrótce w swoim sercu miał tylko podziw i czułą tkliwość dla małej niewolnicy, Niewolnicy. A tak naprawdę, to swej narzeczonej nigdy on nie kochał. Kiedy powiedział o tym swej matce, Królowa wyrzuciła z miasta okrutną rodzinę, pozbawiając ją wszelkich dóbr. A Niewolnica, czyli Księżniczka, córka wielkiego Księcia Nocy, została poślubiona najmłodszemu księciu, synowi Królowej, gdy tylko dokończyła tkanie siedmiu mat rytualnych. Królowa oddała jej ziemię, w której się urodziła, a książę kazał odbudować spaloną wioskę. Nad brzegiem oceanu, w cieniu tysiącletnich mangowców, kazał zbudować pałac dla siebie i swej żony. I tam zamieszkali, a może mieszkają jeszcze dzisiaj.

  • Góra strony

    10. ŻABA RATOWNICZKA


    Dwaj podróżni powracali do domu po długiej nieobecności. Przeszli grzęzawiska, niekończące się ryżowiska i wiele wiosek, wszystkie podobne jedna do drugiej, ze swymi małymi chatkami z bambusów, pokrytymi słomą lub trawą, stojącymi przy wielkich mangowcach. Ostatniej nocy nie mogli doczekać się wschodu słońca. Korzystając z poświaty księżyca opuścili gościnną chatę jeszcze długo przed jutrzenką. Szli szybko. Teraz mogli rozróżnić wierzchołki drzew. Przeciskali się przez gęsty, znajomy im las. Przeciskali się między drzewami, których pnie pokrywał mech. Pod ich stopami karłowate palmy i paprocie pokrywały ziemię między drzewami. W dali szemrał wodospad, ten sam, którego szum dochodził do ich wioski i rozweselał pustkowie. To przejście przez las okazało się bardzo trudne. Teraz z radością wyszli jasność rozpoczynającego się dnia i usiedli nad małym strumyczkiem. Przez chwilę patrzyli, jak woda płynie po kamykach, potem zapragnęli odpocząć nieco. Zdrzemnęli się.
    A las w porannych promieniach słońca ożywił się od śpiewu ptaków. Jeden z podróżnych przyglądał się zielonym gołębiom, które bez lęku usiadły nieopodal nich.
    - Możesz spróbować zabić kilku z nich powiedział do towarzysza jesteś zręczniejszy ode mnie, a twoja żona będzie szczęśliwa jedząc je z ryżem i pospolitymi ziołami.
    Podróżny nie pozwolił sobie mówić tego dwa razy. Po tak długiej nieobecności dobrze jest przynieść coś do domu. Jego żona umiała docenić takie urozmaicenie w prostym, codziennym pożywieniu. Wyszukał kilka okrągłych kamyków i wybrał ofiarę w gałęziach. Naciągnął procę i wypuścił swą kulę ruchem szybkim i pewnym.
    Ale kamyk odbił się od pnia drzewa i ugodził w czoło króla, który z kilkoma wojownikami tamtędy przechodził. Cierpliwość nie była jego cnotą główną i w swej zapalczywości natychmiast wydał wyrok: taki brak szacunku dla jego królewskiej godności zasługiwał na przykładną karę. Nie było zwołania rady królewskiej ani zwyczajowego procesu. Jego wojownicy podeszli do niezdary i zabili go włóczniami. Potem zagłębili się w las.
    Towarzysz zabitego skrył się w gęstwinie i uniknął niebezpieczeństwa. Teraz myślał tylko o jednym: uciekać stąd jak najszybciej. Przecież to on był odpowiedzialny za wszystko, on zachęcał do polowania na ptaki. Jego postępowanie mogłoby okazać się bardzo karygodne. Ale, jak mówią Przodkowie, "Jedna studnia do czerpania wody, ale każdy ma swoje naczynie", albo też "Staw, który wysechł, nie ma miłosierdzia dla drobnych stworzeń i roślinek, które osuszył". I my nie jesteśmy po to, aby sądzić jego postępowanie. My mamy jeszcze inne rzeczy do opowiedzenia. Pozwólmy więc uciekać mu. Jego ucieczka niech nie będzie naszym problemem.
    Tego dnia żona zabitego oczekiwała przybycia swego męża. Wiedziała, że nie spóźnia się nigdy. Po obiedzie powiedziała do swych wiernych sióstr, Dużej i Małej:
    - Zło przydarzyło się memu biednemu mężowi. Miał przybyć dziś rano. Tymczasem po śniadaniu idąc po zioła pachnące do obiadu, spotkałam węża. Wąż spał i ja starałam się nie przerywać jego snu, ale on sam podniósł głowę i spojrzał na mnie, potem zamknął oczy. Chodźmy, moje siostry, na poszukiwanie mego męża.
    I we trzy, odważnie, poszły. Kiedy przechodziły ścieżką przez las, doszły do jasnej polanki, tak fatalnej dla jednego z podróżnych. Trzy kobiety tutaj odkryły ciało przebitego włóczniami, ale on nie był tu sam. Wokół niego siedem potworów leśnych przygotowywało się, aby zjeść jego ciało. Chwilowo dyskutowali między sobą, każdy domagał się dla siebie najlepszej części.
    Był tam robak o głowie dzika, wąż z nogami kaczki, byk z paszczą krokodyla, żółw ze skrzydłami nietoperza, pająk w skórze kameleona, Ten-Co-Nie-Ma-Imienia i nie jest podobny do żadnego stworzenia, którego wielkie, kwadratowe ciało spoczywa na stu małych nogach, i wreszcie potwór najstraszniejszy ze wszystkich, kulisty, który ma tylko jedną nogę i czerwone oko na plecach.
    Zbyt zajęte dyskusją potwory nie zauważyły zbliżania się trzech sióstr i żona zabitego miała czas na ubłaganie największego i najstarszego z drzew w lesie,
    - O wielkie, tysiącletnie drzewo, jeśli jesteś naszym ojcem i matką naszą, zniż się i ukryj nas w swoim listowiu.
    Zniżyło się drzewo, które nienawidziło potworów, ale hałas spowodowany wchodzeniem drzewa w ziemię przyciągnął uwagę potworów, które odwróciły się i dojrzały trzy siostry siedzące w jego listowiu.
    - O wielkie drzewo błagała jeszcze raz owdowiała siostra - jeśli jesteś naszym ojcem i matką naszą, wznieś się szybko, powróć do swojej wysokości.
    Drzewo wyszło z ziemi unosząc trzy siostry w pośrodku swych gałęzi. Ale potwory dyskutowały teraz nad ujęciem i pożarciem także trzech sióstr..
    - Ty, kaczorze-wężu - powiedział kulisty idź po siekierę, abyśmy mogli ściąć drzewo.
    - Nie mogę iść odpowiedział kaczor-wąż bo bolą mnie zęby.
    I wszyscy się wymówili: jeden miał reumatyzm, drugi chore płuca, trzeci cierpiał na nerki, czwarty miał poranione nogi, a sam najstraszliwszy oświadczył:
    - Jestem astmatykiem, jakże chcielibyście, abym ja pobiegł?
    A tak naprawdę, to żaden z nich nie chciał się oddalić lękając się, że w czasie jego nieobecności inni zjedliby część jemu przeznaczoną. Dlatego zdecydowali, że pójdą wszyscy razem. Kiedy zniknęli w głębokim lesie, owdowiała tego dnia siostra poprosiła jeszcze raz:
    - O wielkie drzewo, zniż się, zniż się jeszcze raz, abyśmy mogły zejść i uratować się błagała.
    Drzewo zniżyło się zanurzając się w ziemi. Trzy siostry wyskoczyły z listowia i pobiegły w przeciwnym kierunku, niż poszły potwory. Zatrzymała ich ogromna skała, której ani nie można było obejść, aby na nią się wdrapać.
    - O, twarda skało poprosiła siostra imieniem Wielka jeśli ty jesteś naszym ojcem i matką naszą, otwórz się, aby nas przyjąć. Potwory nas gonią.
    Ogromna skała, która nieraz sprzeczała się z potworami, otworzyła się, a siostry miały tylko tyle czasu, aby skryć się w jej wnętrzu. Siedem potworów stanęło przed skałą.
    I znów potwory zaczęły dyskutować. Nie znalazły siekiery. Teraz potwór kulisty zaproponował znalezienie wielkiej, żelaznej łopaty, którą można by skruszyć i rozsypać skałę. Jak poprzednio, żaden nie chciał odejść, każdy z potworów skarżył się na swoją chorobę.
    - Trudno powiedział największy z nich chodźmy razem.
    - Otwórz się, otwórz się, skało błagała Wielka, kiedy potwory odeszły.
    Skała otworzyła się i trzy siostry pobiegły w kierunku ryżowisk. A była tam ropucha, która drzemała po obiedzie.
    - O wielka Ropucho! błagała tym razem Mała jeśli ty jesteś naszym ojciec i matką naszą, ratuj nas, ponieważ potwory zaraz tu przybędą, aby nas pożreć.
    Ropucha pokłóciła się kiedyś z potworami i nienawidziła ich. Nadarzyła się okazja, aby się im odpłacić za ich złośliwość. Nadęła się tak, że stała się wielka i była zdolna ukryć w sobie trzy siostry. Otworzyła usta i połknęła je, ale powracające potwory zdołały zauważyć, jak ropucha połyka trzy kobiety. Potwory nie znalazły łopaty, ponieważ nikt im nie chciał jej pożyczyć.
    - Trzy kobiety są nasze powiedziały potwory żabo, oddaj je nam natychmiast, w przeciwnym razie my ciebie rozmiażdżymy.
    - Zgadzam się powiedziała ropucha ale ja nie mogę wam ich oddać, jeżeli wy na mnie patrzycie. Ustawcie się w rzędzie i odwróćcie się, a kiedy ja was zawołam, wy się odwrócicie do mnie, a trzy siostry będą przed wami.
    Ropucha nadęła się jeszcze bardziej i zawołała pioruna, który był jednym z jej przyjaciół. Piorun spadł na potwory siedem razy. Potwory, jeden po drugim, zginęły, a trzy siostry były uratowane.
    Od tego czasu żaby są nietykalne dla ludzi z plemienia trzech sióstr. Zanim woły zaczną deptać ryżowisko, aby przygotować błotnistą ziemię, ludzie obchodzą pole śpiewając ostrzeżenie dla ropuchy:
    Opuść, Ropucho, to pole.
    Woły wejdą na ryżowisko,
    Z błota wyjdą nasze plony.
    Powrócisz za kilka dni,
    Wołów już tu nie będzie.
    O Ropucho, dobrodziejko,
    Usłuchaj naszego ostrzeżenia.



  •  
     
    GÓRA STRONY