Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. XI

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. PERLICZKA I KROKODYL


Ludzie wymyślili przysłowie: "podobni sobie jednoczą się". Nie było ono prawdziwe w czasie, kiedy zwierzęta potrafiły rozmawiać między sobą.
Kiedyś więc pani Perliczka i pan Krokodyl byli bardzo dobrymi przyjaciółmi. Często spotykali się nad brzegiem rzeki i tam zażywali ulubionej kąpieli. W tym czasie rozmawiali opowiadając o tym, czego drugi z przyjaciół jeszcze nie znał.
Pani Perliczka mówiła o lasach, w których tryskają źródła orzeźwiającej wody, albo o przepięknych kwiatach wydzielających cudownie przyjemne zapachy, albo o ślicznych i miłych zwierzętach. Opisywała potężne drzewa stojące prosto w równych rzędach, pnące się w górę, jakby chciały zbliżyć się do słońca, liany zaś tworzyły kurtynę, która nie pozwalała przejść nawet człowiekowi. Są tam orchidee o ciężkim zapachu, owady upodabniające się do złocistych pszczół przez swój kolor i kształt, chociaż nie są pszczołami. Jakże dostojne są kosmate i czerwone pająki ze złotym krzyżem na plecach... Pan Krokodyl okazywał większe zainteresowanie, kiedy jego przyjaciółka mówiła o pięknych lemurach mających jedwabiste futerka i długi ogon. Te małpiatki zwinnie skaczą z gałęzi na gałąź na wysokościach przyprawiających o zawrót głowy, a znikających do swoich kryjówek przy najmniejszym hałasie. Jest tam jeszcze rodzina jeży, która żyje w pniu drzewa, jest też lis, wielki dziki kot i tyle, tyle innych zwierząt.
Z kolei pan Krokodyl posiadał niewyczerpane wiadomości o tym wszystkim, co kryje się w głębinach wód, wśród których on żyje w swojej kryjówce mrocznej i rozległej, wypełnionej ukrytymi skarbami. Aby tam się dostać, trzeba przejść przez długi tunel, którego wejście jest zawsze zamaskowane pod urwistym brzegiem rzeki albo wśród korzeni krzewów rosnących na brzegu. Pan Krokodyl wyjaśnił, że ten tunel musi się nieco wznosić ku górze, zanim skończy się wprowadzając go do wielkiego, okrągłego pokoju.
- Ale dlaczego? zapytała zaciekawiona pani Perliczka.
- Bardzo droga przyjaciółko wyjaśnił pan Krokodyl to dlatego, że woda nie wypełnia całkowicie pokoju i ja tam mogę przebywał nawet przez długi czas bez obawy, że zabraknie mi powietrza. A ja lubię wycofać się ze świata, aby oddać się rozmyślaniu.
Ale pani Perliczka nie mogła wiedzieć, że pan krokodyl w tym momencie kłamał. Do swojej kryjówki nie przychodził na rozmyślanie, ale na posiłek. Przecież pan Krokodyl nie zjada schwytanego łupu natychmiast, ale zaciąga do swojej kryjówki i pozostawia na dłuższy czas, zanim zje. Albo też w porze chłodniejszej, kiedy pożywienia jest mniej. Pozostaje tam i śpi. Spróbujcie więc wy, słuchający mnie, paradować lub zdrzemnąć się w pełnym słońcu, kiedy wasz żołądek jest pusty. Kiedy nie ma już niczego, czym mógłby złagodzić uczucie głosu, pozostaje jedyny wybieg połknąć kilka kamyków.
- Ale, mój najdroższy przyjacielu, ty się tam nudzisz powiedziała pani Perliczka taka samotność musi ci bardzo ciążyć, przynajmniej niekiedy.
- Często przyjmuję przychodzącą do mnie z wizytą panią Żółwiową lub pana Żółwia. My się rozumiemy doskonale, ponieważ mamy te same upodobania i usposobienie i też w ten sam sposób pojmujemy życie. Cała rodzina często mi towarzyszy i spędza u mnie nawet kilka dni. Nie jest też dla mnie czymś niezwykłym sypiać razem z nimi w jednym łóżku. Jak widzisz, moja najlepsza przyjaciółko, ja mam dobre serce i nie jestem zdolny nikogo wyrzucić precz. Ty też powinnaś przyjść do mego domu pewnego dnia, aby to wszystko zobaczyć, nieprawdaż?
Pani Perliczka chętnie zanurzyłaby się w wodzie, aby ujrzeć wszystkie te wspaniałości, ale była bardziej rozsądna, niż ciekawa i pomimo wszystkiego nie ufała całkowicie swemu przyjacielowi. Kiedy spojrzała na niego, wydawało się jej, jakby jej przyjaciel był nieco spłoszony, chociaż zawsze bardzo uprzejmy.
Pewnego dnia pan Krokodyl zebrał wszystkie swoje dzieci, których miał bardzo dużo.
- Wydaje mi się powiedział do nich że już skosztowałem wszystkie zwierzęta ziemskie z wyjątkiem mieszkańców lasu. W mojej kolekcji smaków brakuje mi między innymi smaku mięsa perliczki. Pragnę je skosztować. Oto, co wymyśliłem. Na powierzchni wody pozostanę nieruchomy tak, jakbym był martwy. Wy staniecie na brzegu rzeki i tam wylewajcie wszystkie łzy z waszych oczu, płaczcie głośno. Z pewnością usłyszy ten żałosny lament moja przyjaciółka, pani Perliczka, i przybędzie na brzeg.
Małe krokodyle były posłuszne i zgromadziły się na brzegu. Lamentowały... płakały ... lamentowały i płakały, aż ta żałość doszła do pani Perliczki. Pani Perliczka przybyła też nad rzekę.
- Ojej! wołały małe krokodyle Nasz drogi ojciec umarł. Przybywamy tu, aby ci o tym powiedzieć i zaprosić cię na ceremonie pogrzebowe. Przed śmiercią wyraził życzenie, abyś była obecna podczas jego pogrzebu. Dziś wieczorem wyniesiemy jego ciało na brzeg rzeki, abyś i ty, pani Przepiórko, mogła płakać i rozpaczać razem z nami. On zmarł tak nagle, ledwo zdążył powiedzieć nam, abyśmy ciebie, pani Przepiórko, zaprosili na jego pogrzeb. Nie przeczuwał wcześniej śmierci, dlatego ostatnie tchnienie wydał z dala od wody, na tym brzegu.
Wtedy małe krokodyle zaciągnęły ciało swego ojca do wody. Pan Krokodyl nieruchomy jak pień pozwalał się unosić przez fale.
Pani Przepiórka szybko spostrzegła, jak wielki smutek ogarnął wszystkie krokodyle, które wylały tyle łez. Na razie, nie okazując podejrzenia, obiecała przybyć wraz z całą swoją rodziną. Jej dzieci szybko zgromadziły się na jej wezwanie i ona pouczyła swoje perliczątka:
- Moje dzieci, słuchajcie mnie powiedziała pójdziemy na ceremonie pogrzebowe mojego przyjaciela, wielkiego pana Krokodyla... Strzeżmy się! Może on chce nas pożreć? Ja widziałem, jak jedno jego oko błyszczało, kiedy wydawał się płynąć z wodą bez życia. To pewnie jego podstęp. Idźcie ze mną, ale nie zbliżajcie się zbytnio do niego. Uważajcie na mnie. Jeśli ja podejdę bliżej, wy też podejdźcie, ale bądźcie zawsze za mną. Będziemy śpiewali, kiedy wam powiem.
Rodzina Pani Perliczki udała się w drogę. Szli jedno za drugim.
Rodzina pana Krokodyla ustawiła się na brzegu po dwóch stronach ich zmarłego ojca.
Małe perliczątka i małe krokodylki pozdrowiły się, jak nakazuje zwyczaj.
Pani Perliczna zapytała:
- Czy zrobiliście już przygotowania do pogrzebu, moi mali przyjaciele? Moi mali, biedni przyjaciele?
- Jeszcze nic nie zrobiliśmy, dobra pani perliczko odpowiedziały dzieci pana Krokodyla My jesteśmy zbyt małymi i jeszcze nie wiemy, co należy czynić. Liczymy, że pani nam pomoże zorganizować ceremonie pogrzebowe, pani Perliczko!
Pani Perliczka poleciła swoim dzieciom:
- Śpiewajcie, aby uczcić naszego starego przyjaciela. Ja zaraz zwrócę się do pana Krokodyla, ponieważ przy takich okolicznościach trzeba zachować dobre obyczaje.
Małe perliczątka zaczęły okazywać swoje współczucie. Pani Perliczka wyśpiewywała głośno:
- O panie Krokodylu, o wielki panie Krokodylu! My płaczemy za tobą. Nasz smutek jest wielki. Czy ty naprawdę umarłeś? Porusz nogami, abyśmy mogli się przekonać, że naprawdę jesteś nieżywym. Będziemy mogli uczcić twoje wielkie czyny. Mamy wiele do opowiadania o twojej sławie.
Dumny pan Krokodyl poruszył swoimi nogami. Perliczątka otworzyły dzióbki i śpiewały dalej:
Chwała tobie, wielki panie,
Krokodylu o wielkiej sławie.
A matka Perliczka dodała jeszcze:
- Panie Krokodylu, poruszyłeś nogami,
ale my nie jesteśmy przekonani,
Uderz trzykrotnie swoimi szczękami,
Perliczątka znów zaśpiewały:
- Chwała tobie, wielki panie,
Krokodylu o wielkiej sławie.
A matka Perliczka dodała:
- Mój drogi Krokodylu,
Mój przyjacielu, ojcze tylu
Krokodylątek, twych sierot,
Umarłeś. Już ci wierzymy,
Ale dodaj dowód nowy:
Jeśliś martwy, otwórz oczy!
Pan Krokodyl, głupi i naiwnie ufny, otwiera swe mały, złowrogie oczy, spogląda na panią Perliczkę i mówi sam do siebie:
- Zaraz was wszystkich połknę! Kiedy skończysz tę głupią ceremonię, o głupia i wierna kumo?!
Pani Perliczka jeszcze raz poprosiła:
- O zmarły, drogi panie Krokodylu, przewróć się na drugi bok. To ostatnia moja prośba, ostatnia próba twojego zgonu. Po tej czynności już nikt z nas nie będzie wątpił, że jesteś nieżywy.
Kiedy pan Krokodyl odwraca się na drugi bok, korzystają z jego nieuwagi wszystkie perliczątka wraz z ich matką odfruwają, krzycząc i wyśmiewając się z pana Krokodyla. Powstał straszliwy harmider.
Wreszcie pan Krokodyl, obrażony, zrozumiał, co się dzieje. Ze wstydem ukrył się w głębinie wody wraz ze wszystkimi swoimi dziećmi.
- Perliczka nas zmyliła, kiedy my chcieliśmy ją zmylić. Od tej pory nie pozwólcie nigdy żadnej perliczce kąpać się bezkarnie w rzece. Od razu ją chwytajcie i zjadajcie szybko. Powiedzcie to waszym dzieciom, aby to samo powtórzyły swoim dzieciom i tak dalej, i tak zawsze.
W tym samym czasie pani Perliczka poleciła swoim dzieciom:
- Nigdy nie pijcie wody z rzeki. Nigdy nie brodźcie w wodzie. Tarzajcie się raczej w piasku. Gdy będzie męczyć was pragnienie, pijcie tylko krople rosy.
Oto, dlaczego perliczki nigdy nie kąpią się w wodzie. Krokodyle zaś wystawiają swoje złośliwe nosy z rzeki, kiedy słyszą nad sobą perliczki drwiące z nich głośno:
- Akang... akang... akang... mówią odfruwając, a to można przetłumaczyć w ten sposób:

Często się zdarza,
że został schwytany ten,
kto chciał schwytać.



  • Góra strony

    2.URODZONY WE WTOREK


    Nazywam się Franciszek. Mieszkam w wiosce o pięknej nazwie: Jasna. Opowiem wam historię, którą usłyszałem od mojej babci.
    - Aaa odpowiedziały uprzejmie słuchające dzieci.
    - Czy będziecie zadowolone, gdy będę wam opowiadał bajkę? Czy będziecie słuchać mnie uważnie?
    - Aleś tak!
    - Dobrze! Ta bajka jest piękna. Słuchajcie jej uważnie, a kiedyś wy z kolei opowiedzcie ją waszym braciom i siostrom, a może po latach waszym wnukom, na przykład. W ten sposób oni też poznają tę bajkę i będą mogli opowiadać ją dalej. Bajka nie umiera. Bajka żyje. Teraz już zaczynam moją opowieść.
    Daleko stąd, w pewnym kraju był raz król, który rządził. Jak każdy król, był tyranem, chociaż zasięgał opinii swoich doradców. Był dumny, a nawet pyszny, ale też zdolny uznać swoje błędy i upokorzyć się. Zwyciężony przez los i pokonany przez silniejszego nie przestał być królem, a zwycięzca oddawał mu należne honory. Jak każdy król, był stróżem zwyczajów, nakazów i zakazów, a szczególnie czuwał nad przestrzeganiem szacunku dla wtorku. Tego dnia nam nie wolno pracować na ryżowisku, ziemia musi odpocząć. Wtedy było jeszcze wiele innych zakazów. Nie wolno było przyjmować pieniędzy za wykonaną we wtorek pracę.
    Ten król dawno żyjący, o którym opowiadam, czuwał, aby zakaz dotyczący wtorku był rygorystycznie przestrzegany i nie dopuszczał wyjątków. Cielę urodzone we wtorek należało opuścić, nie zajmować się nim, nie strzec ani otaczać zwyczajną troską, jaką okazuje hodowca. Takie same prawo dotyczyło dzieci urodzonych w ten nieszczęśliwy dzień: należało je wynieść daleko od domu i porzucić. Ludzie byli przekonani, że takie dziecko, gdy dorośnie, będzie przyczyną wielkich nieszczęść w rodzinie, wiosce i w całym kraju.
    I oto pewnego razu urodziło się dziecko we wtorek! Niepocieszony ojciec mówi do swej żony, matki dziecka:
    - Cóż my zrobiły z tym dzieckiem, dzieckiem urodzonym we wtorek? Wszyscy wiedzą, że takie dziecko, to prezent z trucizną, która spala rodzinę, przynosi nieszczęście. Trzeba to dziecko, póki jest małe, póki jest bez wartości, jest po prostu niczym, zaraz oddalić od nas. Taki jest rozkaz królewski.
    - Ponieważ tak się rzeczy mają powiedziała uroczyście żona, matka dziecka idź do Pana Starszego Radcy, ministra królewskiego. Pan Starszy Radca pójdzie zapytać Króla, co należy robić.
    - Dobrze - powiedział ojciec dziecka jeśli takie jest twoje życzenie, a ja jestem tego samego zdania, idę do Pana Starszego Radcy.
    I poszedł.
    - Panie Starszy Radco, Ministrze Króla, przybyłem zobaczyć się z tobą, ponieważ spotkało mnie nieszczęście. Moja żona wydała na świat dziecko dzisiaj, we wtorek! To dziecko urodziło się tego poranka. My wiemy, że każde dziecko urodzone we wtorek jest niebezpieczne dla swego ojca i swojej matki, dla całego ludu i nawet dla siebie samego... Przybywam więc prosić ciebie, Panie Starszy Radco, abyś udał się do Króla i i zapytał o jego wolę co do mojego dziecka.
    - Skoro tak się rzeczy mają, ty masz rację powiedział Pan Starszy Radca od razu idę do Króla pomówić w tej sprawie.
    Minister królewski udał się do Króla.
    - O Królu, zła wieść! Dziś jedna z mieszkanek twej krainy porodziła dziecko.
    - Ono urodziło się we wtorek?
    - Tak, niestety.
    - A kto jest ojcem tego dziecka?
    - To pan Duży.
    - Tak, to dobra rodzina... Idź im powiedzieć, że trzeba to dziecko porzucić. To jest dziecko, które przynosi nieszczęście, posiada złe przeznaczenie! Trzeba uwolnić się od tego. Niech szukają sposobu uwolnienia się od złego losu. To oni powinni wyszukać miejsce, w którym należy je porzucić.
    Bez ociągania się Pan Starszy Radca poszedł do rodziców dziecka urodzonego we wtorek i powiedział:
    - Trzeba je porzucić! Nie można zatrzymać tego dziecka, ponieważ jest ono niebezpieczne dla was i dla nas wszystkich. Ono posiada złe przeznaczenie od samego urodzenia się.
    Rodzice wzięli więc to dziecko i zanieśli do lasu, jednak niezbyt daleko. Wiecie, że na zachód od naszych wiosek rosną banany i krzewy kawowe... Oni je tam położyli i smutni powrócili do swego domu.
    W tej wiosce żył starzec i staruszka, od młodości byli małżonkami. Oni nie widzieli rodziców wynoszących swe dziecko z wioski do lasu, ale przecież o tym wszyscy mówili. Ci staruszkowie udali się na poszukiwanie porzuconego dziecka. Kiedy rodzice powrócili do siebie, starzec ze staruszką poszli do lasu. Szukali miejsca, w którym mogłoby być opuszczone dziecko. Od czasu do czasu widzieli na ścieżce świeże ślady stóp rodziców dziecka. Oto jeden... drugi... trzeci ślad, jeszcze jeden. Starcy wiedzieli, że idą drogą właściwą. Usłyszeli płacz dziecka. Tak, to ono! Pobiegli, zobaczyli je! Ujrzeli je położone na ziemi, płaczące. Nic dziwnego, niemal całe ciałko było pokryte komarami i mrówkami, które zjadały je żywe! Biedne dziecko cierpiało i płakało!
    Staruszkowie zabrali dziecko i zanieśli do swego domu stojącego blisko królewskiego pałacu. Starzec powiedział do swojej żony:
    - Moja droga żono, to jest dziecko urodzone we wtorek i Król zarządził, aby je porzucić. I rodzice porzucili to biedne dziecko, ale my poszliśmy je odszukać... My je wychowamy... Ale, moja staruszko, wkrótce przekonasz się, że Król każe nas wyrzucić ze swego królestwa, to pewne. Co my wtedy zrobimy?
    - To mało ważne odpowiedziała staruszka lepiej być wyrzuconym, niż opuścić to dziecko po raz drugi.
    - Hm... hm...dobrze! powiedział starzec Ja chciałem tylko przestrzec cię, abyś była gotowa cierpieć z powodu królewskiego rozkazu, bo na pewno Król nas stąd wyrzuci. Ale ja zgadzam się z tobą, my zatroszczymy się o to dziecko.
    Wszystko zdarzyło się, jak staruszkowie przewidywali. Ludzie w wiosce szybko spostrzegli, że staruszkowie udali się do lasu na poszukiwanie porzuconego dziecka i po ich powrocie przyszli do nich w odwiedziny.
    - Ach! Wy mieliście dziecko?
    - Nie wyjaśnili staruszkowie my nie mieliśmy dziecka, ale poszliśmy do lasu i tam znaleźliśmy je, dziecko opuszczone, ponieważ urodziło się we wtorek.
    Odpowiedź staruszków rozeszła się lotem błyskawicy po wiosce. Pan Starszy Radca od razu poszedł do Króla, aby poinformować go w tej sprawie. Król był zagniewany.
    - Tych dwoje starców miało odwagę iść do lasu i szukać dziecka!? Wbrew mojej woli! I oni wierzą, że będą mogli mieszkać w moim kraju? Mógłbym kazać uciąć głowy tym dwom starcom i zabić to nieszczęsne dziecko! Ale nie, Król nie zabije nikogo! Król jednak wyrzuci ze swojej wioski tych buntowników wraz z dzieckiem... Niech się oddalą, niech pójdą daleko ode mnie! Niech zostaną wyrzuceni stąd, poza moje królestwo! To rozkaz Króla!!!
    Staruszkowie zostali pouczeni o znaczeniu królewskiego prawa i powiadomieni o woli Króla.
    Pan Starszy Radny i Pan Premier poszli do domu staruszków i powiedzieli surowo:
    - Wynoście się stąd! Król was wyrzuca, wioska was wyrzuca! Zabierajcie ze sobą to dziecko przynoszące nieszczęście!
    Staruszkowie odeszli zabierając swoje mizerne bogactwo i opuścili terytorium królewskie.
    Kiedy przeszli 5 kilometrów i przekroczyli granice królestwa, zatrzymali się na pagórku, złożyli dziecko i swój dobytek, a sami udali się do lasu na poszukiwanie drzewa i dużych liści. Na tym pagórku zbudowali mały domek, kuchnię, spichlerz na ryż. Znajdowali się poza terytorium Króla, który pozwolił im żyć spokojnie, skoro tylko dowiedział się o miejscu ich zamieszkania. Mieszkali więc tam, uprawiali ryż i banany. Żyli szczęśliwie z dzieckiem, które szybko rosło. Ale to dziecko nie było podobne do kamyka, który spokojnie i bez ruchu leży, ono było bardzo żywe. Rosło, stawało się coraz większe. Aż pewnego dnia starzec posiedział:
    - Mój chłopcze, co ty myślisz, gdybym ci zaproponował, abyś poszedł ze mną łowić ryby?
    - Chodźmy!
    - I poszli łowić. Złapali wiele ryb. Staruszkowie byli szczęśliwi, dziecko także. W domu i wokół domu dziecko zawsze coś robiło. Dziecko lubiło być zajęte. Ale chłopiec nigdy niczego nie robił na próżno, dla pustej zabawy. Nauczył się robić rzeczy pożyteczne. Umiał już wiele. Pomagał starcowi w pracy, ale nie psuł niczego, wszystko wykonywał poprawnie.
    Przy pagórku, na którym mieszkali, płynęła rzeczka, w której starzec łowił ryby. Chłopiec był bardzo zręczny, z kawałeczka drutu potrafił zrobić haczyk. Nie, to nie był prawdziwy haczyk, ale prawie... Jego szpic był starannie wyostrzony, lecz sam haczyk był tępy, nie rozcinał. Przywiązał go do sznureczka i poszedł łowić nieco dalej, w pobliskim stawie. Założył robaczka na haczyk i próbował szczęścia. Zasmakował w rybach i od tej pory codziennie udawał się na połów, chociaż nie codziennie udawało mu się coś złowić.
    Pewnego dnia na haczyku ujrzał coś, co nie było węgorzem ani inną rybą. Było to jakież zwierzątko, którego nigdy nie widział. Przyniósł je do domu.
    - Gdzie masz ryby? spytała staruszka.
    - Ach, babciu, dziś nie złapałem ani jednej ryby, tylko to stworzonko.
    - Co chcesz zrobić z tym stworzonkiem, którego nie znasz i my nie wiemy, co to jest?
    - Ja się nim zaopiekuję i będę je hodował.
    - Ty chcesz wychować to stworzonko?
    - Tak, babciu, tak, dziadku, ja się nim zajmę.
    Wy rozumiecie, to dziecko tak bardzo kochane przez starców... I staruszka nic więcej nie powiedziała. W pobliżu domu chłopiec zrobił mały dół i tam umieścił swoje Zwierzątko, i tam zawsze zanosił coś do jedzenia, czy to ryż z garnka, który pozostał z obiadu, czy to znalezione w lesie owoce. Zawsze starannie zbierał i zanosił Zwierzątku w maleńkim stawie. A Zwierzątko rosło. Pewnego dnia przeniósł je do innego, większego stawu, po którym pływały kaczki i gęsi babci. Wszystkie zwierzęta pływały i kąpały się razem. A Zwierzątko rosło, stało się zwierzem... od czasu do czasu babci zniknął kaczor... innym razem gęś, na przykład...
    - Gdzie jest ten szary kaczor? - dopytywała się babcia Gdzie jest biały gąsior? zastanawiała się inny razem patrz uważnie, chłopcze, dokąd idą kaczki.
    Czas mijał. Jeszcze jedna kaczka zniknęła.
    - Ach, chłopcze, to twoje stworzonko, które wpuściłeś do stawu, chwyta i zjada nasze kaczki i gęsi. To jest twoja wina!
    - Ależ, babciu, to nic takiego... Pozwól, aby dalej pożywiało się twoimi kaczkami i gąskami. Trzeba, aby i ono rosło, to Zwierzę powiedział malec.
    - Hm... hm... tylko tyle odpowiedziała staruszka chłopcu.
    Zwierz pozostał w stawku i rósł. Staruszka dobrze wiedziała, że wszystkie jej gęsi i kaczki przeszły przez gardło do jego żołądka, więc ostatnie pływające zwierzęta zamknęła w ogrodzeniu przy domu. Ale cierpiała z powodu bólu, jaki zadała chłopcu. Staruszkowie nie mieli własnego dziecka i ten chłopiec stał się ich własnym synem, bardzo, o, jak bardzo pokochali tego syna!
    Staruszka uratowała więc resztki ze swej hodowli kaczek i gęsi, a w stawku Zwierzę rosło i wkrótce ten staw stał się zbyt mały dla dużego zwierza. Trzeba było przenieść je do stawu, który był na zachód od ich domu. Tak, tam Zwierz miał dużo miejsca, bo staw był ogromny. I ryb było dużo, a chłopiec jeszcze donosił jedzenie.
    Nie trwało długo, jak Zwierz stał się ogromny i ten staw mu już nie wystarczał. Kiedy pierwsze krople po porze suchej zaczynają spadać na ziemię, zwierzę zaczęło mówić:
    - Mój chłopcze powiedział Zwierz to do ciebie się zwracam, mój mały człowiecze! (mały przy tym Zwierzu, a jednak już duży, gdyś chłopiec też urósł).
    - Słucham odpowiedział grzecznie chłopiec.
    - Mój chłopcze, trzeba abym ci coś od siebie powiedział. Tyś mnie wychowywał od chwili, gdy byłem maleńki. Tym mnie karmił, aż urosłem. Dzisiaj jestem już duży i silny. Przecież to ty przenosiłeś mnie z jednego stawu do drugiego, coraz większego, gdy poprzedni stał się zbyt małym dla mnie. Dlatego ja proszę ciebie o pozwolenie, abym mógł cię opuścić i powrócić do mojego ojca i matki mojej, do moich rodziców i rodziny. Ale chcę cię prosić o jeszcze jedną rzecz. Proszę ciebie, który się mną tak opiekowałeś od chwili, gdy byłem taki maleńki, aż do dzisiaj, do teraz, kiedy stałem się duży. Jestem ci wdzięczny za to wszystko, co dla mnie uczyniłeś i ja chcę ci udowodnić moją wdzięczność, mój chłopcze. Mam chęć zabrać cię ze sobą, tam, daleko, do kraju, gdzie żyją mój ojciec i moja matka. Potem odprowadzę cię znów do domu twojego dziadka i twojej babci, tutaj.
    - I to chciałeś mi teraz powiedzieć? zapytał chłopiec.
    - Tak!
    - Chcesz mnie zabrać do twoich rodziców i przynieść tu z powrotem? Uważasz, że ja dobrze cię zrozumiałem?
    - Tak!
    - Dobrze! Zdecydowane, idę z tobą!
    - Ty pójdziesz ze mną?
    - Oczywiście, ja pójdę z tobą.
    - Cieszę się, ale posłuchaj jeszcze jednego, co chcę ci powiedzieć. Nie żegnaj swojego dziadka i swojej babci, skoro decydujesz się iść ze mną. Opuść ich bez pożegnania. Dziś wieczorem, kiedy zobaczysz chmury na wschodzie, tam, to będzie znak, że deszcz zacznie padać. Przygotuj się więc, gdyż dziś odejdziemy. Tuż przed deszczem, zanim zacznie padać, przyjdź do mnie tutaj.
    - Zgoda!
    Tak powiedział Zwierz. Tak odpowiedział chłopiec.
    Rzeczywiście, tego popołudnia chłopiec ujrzał chmury. Kiedy miały spaść pierwsze krople deszczu, udał się do Zwierza. Kiedy doszedł do stawu, zaczęła się ulewa: wielki deszcz z piorunami i grzmotami. Szalała burza.
    - Chłopcze powiedział Zwierz schowaj się przed deszczem pod moim podbródkiem. Tutaj nie zmokniesz.
    Chłopiec wszedł pod podbródek i był dobrze zabezpieczony. A deszcz padał i padał... Staw wypełnił się po brzegi wodą, a woda wciąż się podnosiła, aż wystąpiła z brzegów. To była powódź. Zwierz i chłopiec nie widzieli nic, tylko wodę. I Zwierz podnosił się z chłopcem coraz wyżej w miarę, jak podnosiła się woda. I co się stało? Co oni zrobili? Tak, kiedy woda z jeziora połączyła się z wodą z rzeki, która też się rozlała, zwierzę popłynęło z chłopcem aż do morza. Oni opuścili staw i odeszli bardzo daleko.
    - Chłopcze, wspinaj się na mój grzbiet, ponieważ udajemy się do kraju dalekiego, bardzo dalekiego.
    Chłopiec wspiął się na grzbiet Zwierza. Co za podróż! Płyną i płyną. Chłopiec siedzi na grzbiecie Zwierza, tuż nad wodą. Zwierz go niesie... niesie... Wreszcie przybyli na pole niezmierne, jak morze. To w tym miejscu wszystkie rzeki świata wrzucają swe wody do morza. Zwierz niesie chłopca nad wodą... w pewnej chwili zanurza się w wodzie. Oto są w pełnym morzu, ale Zwierz płynie szybko, jak może, najszybciej. Zrozumcie mnie, to potwór morski, który przecina, rozsuwa wody. Chłopiec na jego grzbiecie jest wciąż suchy. Już dzień stał się jasny, znów przyszła ciemna noc, a Zwierz wciąż rozdzielał wody i płynął unosząc ze sobą chłopca.
    Kiedy dopłynęli blisko miejsca, gdzie mieszkali ojciec i matka Zwierza, ten zatrzymał się i polecił chłopcu zejść ze swego grzbietu. Zwierz chciał dać wszystkie informacje potrzebne w chwili wejścia do nieznanego kraju. Byli już na ziemi, chociaż wokoło nich i nad nimi była woda.
    - Słuchaj uważnie, mój chłopcze powiedział Zwierz teraz powiem ci rzeczy bardzo ważne. Nie bój się niczego. Tu, gdzie my jesteśmy, nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo. Nie obawiaj się niczego. Za wyświadczone mi przez ciebie wielkie dobra, o których ja nie mogę zapomnieć, chcę ci też dać trochę prezentów. Nie bój się, zaraz ci wyjaśnię, co powinieneś zrobić. Kiedy przybędziemy do kraju mego ojca, on potraktuje cię jak gościa honorowego. Trzeba będzie zabić wołu na twoją cześć. Zachowaj się, jakby zabronione ci było spożywanie mięsa z wołu. Powiedz tylko: "wybaczcie mi, ja nie mogę jeść wołu, to dla mnie zabronione". Oni będą chcieli zabić dla ciebie kurę. Odpowiesz: "Nie jadam kury, to dla mnie zabronione". Będą chcieli zabić specjalnie dla ciebie kaczkę. Odpowiesz: "Jedzenie kaczki jest dla mnie zabronione". Zechcą zabić gęś dla ciebie... "Nie wolno mi jeść gęsi" odpowiesz. To wszystko, co musisz mówić, gdy będziemy na miejscu. Teraz odchodzimy z tego miejsca i ja jeszcze raz ciebie proszę, abyś dostosował się do naszych zwyczajów i tego, o czym ci mówiłem. Postępuj tak i odpowiadaj podobnie, gdziekolwiek będziesz i o cokolwiek będą cię pytali. Z pewnością zapytają cię też: "Powiedz też, czy przypadkiem chcesz skosztować owocu z gałązki tnezerp?" Wtedy odpowiedz krótko: "Tak". I nie dodawaj żadnego słowa. Oto, co chciałem ci powiedzieć. Czy wszystko zrozumiałeś?
    Zwierz wziął na swój grzbiet chłopca i pognał galopem ścieżką wijącą się przy brzegu morskim. Wreszcie przybyli do kraju nad morzem, gdzie chłopiec ujrzał zwierzęta podobne do tego, które go niosło. Zwierzęta były głodne i wydawało się, że chcą skoczyć na grzbiet pędzącego zwierza, aby pożreć chłopca. Kraj, w którym żyły, był krajem głodu, a zwierzęta były przeogromne i potrzebowały wiele pokarmu. Ale Zwierz niosący chłopca był dobrze odżywiony i żadne inne zwierzę nie miało odwagi zaatakować go. Tylko to jedno zwierzę żywione przez człowieka było silne, bo zawsze miało pokarmu pod dostatkiem. Inne zwierzęta tego gatunku nie miały takiego szczęścia, więc były bardzo wychudzone. Zwierzę niosące chłopca było dobrze zbudowane i dumnie unosiło swoją głowę do góry. W pewnej chwili Zwierz gwałtownie zatrzymał się.
    - Oto przybyliśmy - powiedział Zwierz, a ileż było czułości w tych słowach! Oto kraj, w którym żyją mój ojciec i moja matka. Zejdź z mego grzbietu, jesteśmy na miejscu. Nie bój się, nie utopisz się, chociaż nasz dom jest w wodzie, w głębinach morza.
    Chłopiec stanął na ziemi i wszedł w morze. Zaraz ujrzał dom. Kiedy wraz ze zwierzem weszli do środka, mieszkańcy krzyczeli jeden przez drugiego:
    - Oto nasz syn, który powrócił do domu! I coś przyniósł do jedzenia!
    - Nie, nie, nie! Nie do jedzenia powiedział Zwierz tego chłopca nie przyniosłem tu, aby został zjedzonym! Przybyliśmy, aby was zobaczyć. On jest moim przyjacielem i waszym gościem. To jest przyjaciel, którego przyprowadziłem tutaj.
    Wtedy zaczęło się powitanie. Wy wiecie, zwierzęta są, jak my, ludzie. Jest dużo pozdrowień, kiedy odwiedzają się wzajemnie. Po powitaniach Zwierz opowiadał:
    - Oto mój powrót, ojcze, muszę więc wam opowiedzieć wszystko, co przeżyłem od chwili, gdy was opuściłem. Już dawno nie widzieliśmy się. Nie, nie umarłem! Ale zgubiłem się! Tak, zabłądziłem. Byłem w kraju, w którym nie ma nic dla nas do jedzenia. Na szczęście, ten chłopiec mnie znalazł i na siebie wziął troskę o mnie. On karmił mnie od chwili, w której wy zgubiliście mnie, maleńkiego, aż do chwili obecnej, kiedy stałem się dużym i silnym. To dzięki niemu możecie mnie dziś oglądać. Oto powód, dla którego sprowadziłem go dziś do naszej wioski. Trzeba, aby poznał naszą wioskę i nasz dom w którym mieszkamy. Trzeba, aby poznał was, kochani rodzice, moja matko i mój ojcze! Oto, dlaczego tutaj przywiozłem mego dobroczyńcę powiedział Zwierz do swoich rodziców.
    - Ach, jak to dobrze! odpowiedzieli ojciec i matka Zwierza jednocześnie, a potem mówili naprzemian Jak to dobrze, że tak się stało! Jesteśmy tacy szczęśliwi, że znów cię widzimy! Powróciłeś tu o, nasze dziecko! A my myśleliśmy, że już nie żyjesz i nie ujrzymy cię więcej. Ależ nie! Ty nie umarłeś. Oto chłopiec, który troszczył się o ciebie i żywił ciebie. Ach, jacy my jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, ponieważ znów cię widzimy. Tak, jesteśmy szczęśliwi i trzeba, aby ten chłopiec nasze szczęście zobaczył, aby widział, jak bardzo cieszymy się widząc ciebie, nasze dziecko! Musimy podziękować mu za wszystko, co dobrego dla ciebie uczynił!
    Zaczęli przygotowania do zabicia wołu. Ale zanim zabili wołu, zapytali chłopca:
    - Z pewnością zjesz kawałeczek wołu, nieprawdaż?
    - Ależ nie! Ja nie jadam wołu, to dla mnie zakazane.
    - A kurę?
    - Zakazane, nie jadam.
    - Kaczkę pewnie zjesz?
    - Dziękuję, nie jadam tego, też zakazane.
    - A gęś? Czy ty jesz gęś?
    - Nie, nie jadam gęsi, gęś też jest zakazana dla mnie.
    - Aaach, tak...
    Wydawało się chłopcu, że jego odpowiedzi sprawiły zakłopotanie u pytających. Wyglądali, jakby nie wiedzieli, co robić. I wtedy zaproponowali mu to, co Zwierz przewidział pouczając go. Chłopiec usłyszał pytanie:
    - Powiedz nam, czcigodny gościu powiedział ojciec Zwierza czy może zechcesz zjeść owoc z gałązki drzewa zwanego tnezerp?
    - Tak powiedział chłopiec.
    - Ty naprawdę chcesz zjeść tnezerp?
    - Tak powtórzy chłopiec, niczego nie dodając. Na szczęście!
    Cała rodzina poszła do lasu szukać drzewa tnezerp. Potem zajęli się przyrządzaniem jedzenia dla gościa.
    Wy nie wiecie, co to jest tnezerp? To trudne do wyjaśnienia... Kiedy będziecie słuchali dalej, zobaczycie, do czego służy i do czego jest podobne, ale co to jest naprawdę, tego ja też nie wiem. Jedynie mogę was prosić, abyście przeczytali nazwę tego drzewa od końca.
    Chłopiec jadł. Ledwo skończyli posiłek, Zwierz wstał i pożegnał swoich rodziców.
    - Przebacz mi, ojcze, przebacz mi, matko powiedział ale my musimy szybko wracać... Ten chłopiec został porwany przeze mnie! Ja go ukradłem jego ojcu i jego matce. Jego starzy rodzice nie wiedzą, gdzie on jest i z całą pewnością zatroskani szukają go w tej chwili. Trzeba, abym zaniósł chłopca szybko, jak tylko możliwe. Przecież już wiecie, jak cierpi ten, komu zginie dziecko.
    - Czy to prawda, chłopcze?
    - Tak, to prawda. Moi starzy rodzice na pewno bardzo cierpią w tej chwili.
    - A więc, synku, trzeba, abyś się spieszył i zaniósł swego dobroczyńcę do jego rodziców najszybciej, jak tylko możesz. Ale ty powróć do nas natychmiast!
    - Nie obawiajcie się! Jak tylko odwiozę chłopca do jego rodziców, szybko powrócę tutaj uspokoił swoich rodziców Zwierz.
    I oto wyruszyli. Wyszli z domu zbudowanym w morzu. Kiedy opuścili teren, na którym żyły te zwierzęta i odeszli tak daleko, że one nigdy tam nie docierały, Zwierz zatrzymał się i powiedział do chłopca:
    - Nie bez powodu powiedziałem ci, abyś jadł to, co ci moja rodzina przyrządziła. Nie bez powodu też radziłem ci, abyś nie jadł wołu, kury, gęsi i kaczki, które mój ojciec chciał przygotować dla ciebie. On chciał w ten sposób uczcić ciebie, jako zacnego gościa. Ja zaś wolałem, aby ci dali inny prezent, "tnezerp". Ta gałązka z pewnego drzewa, którą dali tobie po posiłku, ma swoją siłę. Ja cię nauczę korzystać z niej, abyś mógł mieć pożytek z ukrytej w niej mocy. Dostałeś od moich rodziców tę gałązkę, ponieważ byłeś naszym gościem i chciałeś zjeść posiłek przygotowany z owoców tego drzewa, które my nazywamy "tnezerp".
    Teraz Zwierz tchnął siłę w prezent dany chłopcu przez jego rodziców i wyjaśnił:
    - To "tnezerp", które jadłeś, jest teraz dla ciebie "darem świętym, siłą i mocą zawsze na twoje usługi. Wszystko, cokolwiek zażądasz okręt, jedzenie, potrzeba oddalenia niebezpieczeństwa, czy też rzecz, którą będziesz chciał komuś ofiarować "tnezerp" wykona dla ciebie każde zlecenie. Wszystko będziesz miał, jeśli tylko wezwiesz "tnezerp" na pomoc.
    - Ja powiedział Zwierz pokażę ci siłę tego daru, owocu zjedzonego przez ciebie z drzewa tnezerp. Teraz potrzebujesz wejść na okręt, który zawiózłby cię aż do brzegu, skąd jest blisko do twoich rodziców. Tam wysiądziesz i w krótkim czasie, z łatwością będziesz mógł przywitać swoich rodziców. Niech się ukaże przed nami okręt, ponieważ młody chłopiec potrzebuje pojechać do brzegu, skąd droga poprowadzi go do dobrych i wielkich ludzi, którzy troskliwie go wychowali.
    W jednej chwili ukazał się okręt.
    - Chłopcze, wsiadaj szybko na ten okręt, który zawiezie cię do twojej ojczyzny. Marynarze są gotowi do drogi.
    Zwierz zwrócił się jeszcze do marynarzy:
    - Tak, odbijecie natychmiast i przybijecie do brzegu, który wam teraz opiszę (Zwierz umiał opisać dokładnie to miejsce).Tam trzeba wysadzić chłopca na ląd. Stamtąd pójdzie prostą drogą do swego domu, w którym czekają na niego dwie starsze, ale bardzo zasłużone osoby. Ci staruszkowie wiele wycierpieli ratując życie tego chłopca.
    - Rozumiemy odpowiedzieli marynarze.
    I oni się rozstali. Zwierz i chłopiec rozstali się na zawsze. Zwierz zszedł z okrętu. Okręt odpłynął. Chłopiec stanął przy burcie i dług. spoglądał za swoim przyjacielem.
    Okręt pruł wody morza i szybko płynął do celu. Wy wiecie, okręt z wielkim motorem na pełnym morzu nie płynie wolno. Oto znajomy brzeg z widoczną, znaną chłopcu ścieżką. Wyskoczył z okrętu, podziękował marynarzom, pomachał ręką na pożegnanie i pognał do swoich rodziców. Ścieżka prowadziła prosto do jego domu.
    A w domu biedny był staruszek, załamany i zbolały. Nie mógł spać nocą, w dzień nic jeść nie mógł... I nie robił nic więcej, tylko przebiegał las we wszystkie strony. Szukał chłopca, swoje dziecko... na próżno.
    A jego dziecko nie było daleko. Pozostało mu może dwa kilometry do przejścia. Miał nie więcej, niż dwa kilometry, kiedy chłopiec spotkał największego na ziemi sztukmistrza otoczonego całym dworem. Kiedyś sztukmistrze byli mędrcami i żyli na sposób królewski. Mędrzec przebiegał cały kraj noszony przez swoich niewolników na złotym krześle z baldachimem chroniącym go przed promieniami słonecznymi. Gdy chłopiec ujrzał tumany kurzu na drodze, zatrzymał się i rozmyślał: Kto to jest? Przyjaciele? Nieprzyjaciele? Nie wiedział.
    - Ach, to jest ten mędrzec, który wszystko zna, wszystko widział i wszystko umie. Co ja mam zrobić? Zaskoczę go trochę, niech i on raz się zadziwi. Oto właściwy moment, abym użył mojej potęgi, którą dał mi Pan Wielki Zwierz. Pokażę mu moją siłę, moc gałązki "tnezerp"! Dam jeść jemu i całemu dworowi, wszystkim jego towarzyszom! Z pewnością są głodni, ponieważ zbliża się południe, a słońce grzeje dziś mocno. Oni umierają z głosu, to pewne.
    Dwór sztukmistrza i mędrca wyszedł z lasu. Kiedy zbliżyli się do chłopca, wymienili pozdrowienia.
    - Dzień dobry wam wszystkim powiedział chłopiec.
    - Dzień dobry tobie, podróżniku! Czy wszystko wiedzie ci się dobrze, chłopcze?
    - Wszystko idzie dobrze. Co nowego u was? Skąd idziecie?
    -Oj, trzykrotnie nic nowego.
    - Czy wasza podróż nabrała rozgłosu?
    - Jeszcze nie.
    - Ale skąd idziecie, przyjaciele?
    - My idziemy z miasta na północy.
    - A dokąd idziecie?
    - Idziemy do wioski, o, tam, na południu.
    - Wy idziecie tam, na południe? To bardzo daleko.
    - Oj, tak, to prawda.
    - Ponieważ tak jest powiedział chłopiec zatrzymajcie się na chwilę tutaj. Posilicie się moim pokarmem, zanim pójdziecie w dalszą drogę. Panowie...
    - Ależ, mój chłopcze przerwał mu mędrzec gdzie jest posiłek, który chcesz nam wszystkim ofiarować na tym pustkowiu?
    - Chodźcie tu wszyscy i usiądźcie, aby jeść! Będziecie mieli jedzenie, to wam mówię, panowie. Już jest południe i jesteście głodni... A więc:
    O ty, tnezerp
    Dar, który mi dał Wielki Pan Zwierz!
    Niech tu powstanie dom wielki,
    Który pomieści nas wszystkich!
    W nim niech znajdziemy jedzenie
    Obfite, zdolne nasycić głodnych,
    Którzy idą do wioski na południu!
    W oka mgnieniu wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cieszy ich oczy: dom z kamienia, bez ścian wewnętrznych, wielki stół z krzesłami. Na stole było wszystko potrzebne do obfitego i smacznego posiłku.
    Mędrzec był oczarowany
    - Tak, panowie! Taki mały człowieczek, jak ten chłopiec, potrafił uczynić cud, bo inaczej tego nazwać nie można! Uczynił coś takiego!
    - Wejdźcie, panowie, wejdźcie wszyscy, nie stójcie tak z ustami otwartymi ze zdziwienia. Wejdźcie na posiłek zapraszał ich "mały człowieczek" nie bójcie się! Nic nie jest zatrute! Ja będę jadł z wami.
    Mędrzec wszedł ze wszystkimi swoimi ludźmi. Weszli, usiedli, jedli. I dobrze się najedli.
    Przed wyjściem, zanim mędrzec powstał, aby podziękować za posiłek i pożegnać dobroczyńcę, młodzian wstał i powiedział do wszystkich:
    - Ja dla was uczyniłem wielki znak, cud prawdziwy i wy najedliście się do syta. Sławny Mędrcze, jaki znak uczynisz dla mnie ty, który jesteś znany i przebiegasz kraj cały, wszystkie królestwa tej ziemi? Jaki cud możesz mi pokazać?
    - O, mogę uczynić cud, jeśli tego pragniesz. Dla mnie, to nic trudnego uczynić cud...
    - A więc cię proszę, zrób coś dla mnie. Niech zobaczę, że potrafisz zrobić cud. Co chcesz mi pokazać?
    - Zaraz pokażę ci coś, co się nazywa: "Pan, który może zniszczyć i zburzyć".
    - Pan, który może zniszczyć i zburzyć?
    - Tak.
    - Więc pokaż mi zaraz!
    Czarodziej skupił się:
    O Panie niszczący i burzący,
    Niech znikną drzewa na pagórku!
    Niech zadziwi się tym młodzian,
    Który nakarmił nas gościnnie!
    W czasie, kiedy mędrzec jeszcze mówił, na szczycie pagórka znikły wszystkie drzewa i ukazała się czerwona gleba, goła ziemia, nieurodzajny lateryt. Nie wiadomo, gdzie podziały się drzewa... Chłopiec stał z ustami otwartymi z podziwu, a po chwili mówi do mędrca:
    - Zróbmy umowę. Moc moja niech przejdzie do ciebie, a twoja moc niech będzie mi dana. Moja moc pozwoli ci karmić wszystkich ludzi.
    - Jeśli ty tego pragniesz odparł czarodziej ja wezmę twoją władzę i dam ci moją. Podoba mi się ta twoja moc. Zgoda!
    Mędrzec wyjaśnił wszystkie gesty konieczne do wykonania cudu "Pana, który może zniszczyć i zburzyć". Wyjaśnił i przekazał władzę młodzieńcowi. Ale co do swojej władzy związanej z gałązką tnezerp, chłopiec nie był zdolny wypełnić obietnicy. Ludzie mędrca wraz z mędrcem i chłopcem szukali w całym lesie drzewa tnezerp, aby ułamać gałązkę podobną do ofiarowanej przez Pana Wielkiego Zwierza i uświęconą przez tchnienie jego syna, Zwierza. Przeszukiwali cały las, ale bez skutku. Były liście podobne do tnezerp, na innych drzewach owoce były podobne do tnezerp i chłopiec dawał je czarownikowi, ale on nie uzyskał żadnej władzy. Żadnej! To była władza, która pochodziła od Zwierza i chłopiec nie mógł przekazać otrzymanej mocy. On tylko udawał, że przekazuje moc czarownikowi, ale to było najczystsze kłamstwo! Jednakże władza mędrca została przekazana chłopcu.
    Pożegnawszy się, jak zwyczaj nakazuje, rozstali się.
    - Dobry chłopcze, już idziemy. Spieszymy się. Widzisz, że dzień się kończy, a my jesteśmy oczekiwani daleko stąd.
    - Tak, rozumiem. Idźcie! Jeśli dziś chcecie tam dojść, trzeba wam odejść.
    Mędrzec odszedł, a chłopiec ruszył w drogę do swego domu. Biegł. Dom nie był daleko. Chłopiec wchodzi do domu: jest starzec, jest staruszka...
    - Ach, oto wreszcie! Oto ty, synku!
    - Ależ tak, to ja, dziadku!. To ja, babciu!
    - Gdzie ty byłeś, moje dziecko? Tak długo nieobecny... Od wielu dni ciebie szukamy wszędzie!
    - Och, ojejej, co za przygoda! powiedział chłopiec Zwierzę, które pielęgnowałem, odeszło. Ono zabrało mnie ze sobą do kraju, w którym żyją jego ojciec i jego matka, i jego rodzeństwo, i jego cała rodzina. Ja mogłem ich zobaczyć i poznać ich kraj... Oto, dlaczego zniknąłem w czasie powodzi przed kilku dniami. Razem z powodzią opuściłem naszą ziemię i was, o co prosił mnie Zwierz.
    - Ale dlaczego, synku, nie pożegnałeś się z nami? Odszedłeś nic nie mówiąc. Czy możesz wyobrazić sobie nasz ból i naszą rozpacz? Myśleliśmy, że zginąłeś w czasie powodzi. Myśmy uważali cię nawet za nieżyjącego!
    - Wiecie przecież, że ja nie jestem ani słaby ani nierozgarnięty. Ale, Dziadku, ale, Babciu, ja powróciłem do was, do domu, ja jestem znów z wami!
    Ten chłopiec, to dziecko było tak kochane przez staruszków, że oni nie umieli się nawet gniewać. Nie chcieli go bić ani krzyczeć na niego, ani karać w jakikolwiek sposób. Kiedy chłopiec powrócił, byli szczęśliwi, o, jak bardzo szczęśliwi!
    - Teraz opowiedz nam szczegółowo, co ci się zdarzyło, jak podróżowałeś, jak cię przyjęli w domu Zwierza. Ale na drugi raz, chłopcze, nie odchodź bez pożegnania. Powiedz nam "do widzenia", abyśmy już nigdy tak nie cierpieli z twego powodu.
    Ich życie znów stało się szczęśliwe, jak przed jego wyprawą do krainy Zwierza. Dziecko mieszkało razem z nimi. Przez cały miesiąc nic się nie zmieniło. Dni mijały jeden po drugim spokojnie. Ale po miesiącu chłopiec powiedział:
    - Powiedz mi, Babciu.
    - Czego pragniesz, moje dziecko?
    - Mamo, wiesz, ja mam chęć zbudować dom.
    - Tak, wiem, że jesteś bardzo ambitny. Ale chłopiec, który jeszcze nie jest dorosłym, taki jak ty, nie może jeszcze iść do lasu... I ty chcesz zbudować dom?
    - Wiesz, Babciu, ja potrafię zbudować dom.
    - Dobrze, chłopcze, jeśli potrafisz zbudować dom, więc buduj mały domek długi na trzy metry, szeroki na dwa metry... Taki wystarczy dla ciebie. Ale na razie nie próbuj budować większego. To jeszcze za trudne.
    - Ach, tak...
    Chłopiec nic więcej nie rzekł. Minął jeszcze jeden miesiąc i on ponowił swoją prośbę o zbudowaniu domu. Rozmawiał z Babcią, rozmawiał z Dziadkiem o nowym domu.
    - Dziadku rzekł chłopiec.
    - Tak, mój synu odpowiedział starzec.
    - Ja chcę zbudować dom.
    - Ach, dziecko, ty naprawdę chcesz sam zbudować dom?
    - Zobaczysz, Dziadku, ja to potrafię!
    - I ty naprawdę wierzysz, że podołasz?
    - Jestem tego pewny, że mi się uda!
    - Dobrze, dziecko, jeśli myślisz, że ci się powiedzie, rób! Tutaj, w tej maleńkiej chatynce my się gnieciemy. Ja jestem stary, twoja matka jest stara... Jeśli czujesz się zdolny budować, zaczynaj! Ja nie będę ci przeszkadzał. Będę szczęśliwy i będę się cieszył, jeśli ci się uda. Pochwalam cię za takie pragnienie.
    - Naprawdę jesteś zadowolony, Dziadku?
    - Oczywiście!
    O ty, tnezerp
    Dar, który mi dał Wielki Pan Zwierz!
    Niech tu powstanie dom wielki,
    Czteropiętrowy, wygodny!
    Na górze dla Dziadka i Babci
    O, wznoś się w tej chwili,
    O ty, tnezerp, którego owoc jadłem,
    Który masz moc spełniać me życzenia!
    Natychmiast klip-klap jest dom: jasny, długi na 20 metrów, czteropiętrowy! Chłopiec zaprasza starców, którzy osłupieli z podziwienia.
    - Wchodźcie na najwyższe piętro, tam jest wasze mieszkanie! Już możecie wchodzić!
    - Ale jak tam się dostać? My nie wiemy, jak tam wejść, dziecinko... Jak to się robi?
    Biedni staruszkowie, oni nigdy nie widzieli nawet piętrowego domu, a tym bardziej nie widzieli schodów.
    - Dom jest solidny, mocny, z kamienia i wypalanej cegły, z dużymi, oszklonymi oknami. Są tam schody, po których wejdziecie aż na górę, możecie już wchodzić.
    Chłopiec pokazał im, jak korzysta się ze schodów. Wiecie, u góry jest miejsce najbardziej zaszczytne i on chciał uczcić swoich rodziców. Przecież tylko dzięki nim on pozostał przy życiu. A kiedy weszli na górę i starcy podziwiali piękne mieszkanie, chłopiec powiedział:
    O ty, tnezerp
    Dar, który mi dał Wielki Pan Zwierz!
    Południa się zbliża czas.
    Dobrymi potrawami posil nas,
    Głodnych: Babcię, Dziadka i mnie też!
    Zjawia się posiłek apetycznie przyrządzony. Jadł Dziadek, jadła Babcia. Od tej pory zawsze rano, w południe i wieczorem "tnezerp" przygotowywał posiłek. Jeśli chcieli napić się herbaty, czy kawy, przy posiłku czy między posiłkami, "tnezerp" zawsze był gotowy do usług.
    Wielki dom był widoczny z daleka i ludzie dziwili się, że starzec i staruszka mogli zbudować coś tak wielkiego i pięknego... taki ogromny gmach i tak szybko! Ta niezwykła wiadomość doszła do króla, który wygnał staruszków wraz z dzieckiem urodzonym we wtorek ze swego królestwa. To wydarzenie niesłychane, nadzwyczajne! Władca zamyślił się głęboko. Jego pałac nie był ani tak duży, ani tak solidnie zbudowany, ani tak piękny, jak dom tych wygnanych przez niego ludzi. Po długim wahaniu król zwołał swoją radę.
    - Kto jest właścicielem tego wielkiego domu z kamienia, tam, na południu? zapytał swoich dygnitarzy.
    - Hm, wiedz, Królu. To są ludzie, których Król wyrzucił ze swego królestwa, ponieważ oni szukali i znaleźli dziecko urodzone we wtorek. To oni tam mieszkają i są właścicielami tego domu.
    - To ich jest ten wielki dom?
    - Tak, Królu., tak.
    - Ponieważ rzeczy tak się mają powiedział król do swojej rodziny złóżcie im wizytę i patrzcie uważnie, co się tam dzieje. Po powrocie opowiecie mi szczegółowo wszystko, co widzieliście.
    Rodzina zdecydowała, że pójdzie najstarsza córka Króla, Księżna, wraz ze swoim mężem i dziećmi, Towarzyszyć im będzie orszak honorowy.
    - Skoro taka jest wola Króla, idziemy natychmiast!
    I poszli w kierunku nowego, wielkiego domu: Księżna, jej mąż, ich dzieci, służba. Kiedy przybyli do staruszków, przywitał ich syn urodzony we wtorek.
    - Oto spotyka nas zaszczyt gościć Księżnę, najstarszą córkę Króla!
    Nie było trudno to odgadnąć, patrząc na strój i orszak. Dwór zatrzymał się przy wejściu do domu.
    - Czy możemy wejść? zapytali, jak zwyczaj każe.
    - Wejdźcie, wejdźcie zaprosił młodzieniec.
    Zaprosiło ich to dziecko urodzone we wtorek. Księżna wraz z młodzieńcem weszła na najniższe, pierwsze piętro, inni pozostali na parterze. Dziecko urodzone we wtorek nie chciało, aby Księżna zatrzymała się na parterze, w kurzu i pyle. Syn staruszków mieszkał tutaj, pod trzema innymi piętrami. Wszyscy inni, nawet jej mąż i ich dzieci, pozostali w pokoju na parterze, ponieważ nie należeli do królewskiej rodziny. Sama Księżna zadecydowała:
    - Pozostańcie tutaj, na górę wejdę tylko ja sama wraz z dzieckiem urodzonym we wtorek.
    Weszli i pozostali w milczeniu, ponieważ Księżna nie przyszła tu rozmawiać, ale oglądać. Pozdrowili się zwyczajowo. Po długim milczeniu młodzieniec przypomniał sobie o posiłku, ponieważ było już południe.
    O ty, tnezerp
    Dar, który mi dał Wielki Pan Zwierz!
    Południa się zbliża czas.
    Dobrymi potrawami posil nas,
    Panią Księżną głodną i mnie,
    I Dziadka, i Babcię, i tych na dole.
    Wnet pojawiło się jedzenie na stole. "Tnezerp" znał dom. Dla rodziny i całego dworu Księżnej pojawiło się jedzenie w pokojach na parterze, staruszkowie jedni na najwyższym piętrze, a dziecko urodzone we wtorek i Księżna posilali się na pierwszym piętrze. Wszyscy jedli z apetytem. Księżna była zdumiona i zaskoczona jednocześnie, gdyż spostrzegła na stole to wszystko, co jej najbardziej smakowało. Po posiłku wszyscy udali się do rzeki zmywać talerze i odnieść je na swoje miejsce. Wierzycie, że tak było? Oczywiście, "tnezerp" mógł je umyć i ułożyć na ich miejscu, ale życie nie miałoby sensu, gdyby nie było nic do roboty, zwłaszcza po obfitym posiłku.
    Najedzeni, usiedli i słuchali muzyki. Ludzie z orszaku Księżnej potrafili grać pięknie. W domu dziecka urodzonego we wtorek nie brakowało niczego, były też różne instrumenty, jakie tylko się chciało. Dom był przepełniony rzeczami pięknymi i cennymi. W tym domu było wszystko, co kto tylko zapragnął, gdy tymczasem w domu Króla nie było tak dużo... Nawet Księżna nie zdołała obejrzeć wszystkich drogocenności tu zgromadzonych. Wszystko w domu tego młodzieńca tak się jej podobało, że urzeczona nie zauważyła nawet, jak dzień się kończy i trzeba wracać do domu swego ojca. Dopiero jej mąż przypomniał o tym:
    - Księżno, dzień się nachylił, słońce już nad horyzontem, trzeba nam wracać do domu.
    - Tak, to prawda, musimy już iść.
    Opuścili dom tuż przed zachodem słońca. Spieszyli się, gdyż tutaj wieczór trwa bardzo krótko. Kiedy wchodzili do królewskiej wioski, ludzie pytali ich:
    - Co to za dom wielki, który widać z daleka?
    - Ach, to jest dom sławnego dziecka urodzonego we wtorek. To on i jego rodzina zbudowali go.
    - Ach, tak? To oni?
    - Tak, właśnie tak, oczywiście, że tak!
    Księżna z orszakiem weszła do pałacu królewskiego. Król natychmiast życzył sobie, aby przekazano mu wrażenia z tej wizyty.
    - Tak, to prawda, że dom jest wielki i bogaty. Dziecko, które urodziło się we wtorek, zdołało wybudować ten gmach. Nawet nie potrafiłabym marzyć o tym, co tam widziałam i przeżyłam. I potrawy wychodziły na stół same, nie wiadomo, skąd. To, co jedliśmy, było bardzo smaczne i nie wiem, w jaki sposób pojawiało się na stole. Ja nie widziałam starca powiedziała jeszcze Księżna ale widziałam sławnego chłopca, tak, teraz wygląda już na młodzieńca. Nie weszliśmy na ostatnie, najwyższe piętro w tym domu, byliśmy tylko na najniższym, na parterze, a ja weszłam na pierwsze piętro.
    - Czy są jeszcze inne piętra w tym domu?
    - Oczywiście.
    Księżniczki i dzieci towarzyszące Księżnej opowiadały także o tym, co widziały, ale dodały jeszcze jedną rzecz:
    - Przybyłyśmy, Królu, do tego domu i księżna, twoja córka, weszła na piętro razem z tym chłopcem urodzonym we wtorek. On i ona, oboje byli na górze, gdy tymczasem my zostaliśmy na dole, Tak samo było podczas posiłku: oni jedli na górze, a my na dole.
    Król wpadł w gniew. Wściekły, wyobrażał sobie, że jego córka miała jakieś tajemne, niezbyt jasne sprawy, a może nawet przestępcze, bo nie można wierzyć dziecku urodzonemu we wtorek. Ona, Księżna, królewska córka, może spiskowała? Kto wie!
    Rozgorzał gniew Króla. Mówił, jak wściekły:
    - Nie powinniście zostawić ich obojga samych, na górze! Nie wolno wam było zostać w pokojach na parterze! Nie wiadomo, co oni tam robili, może spiskowali przeciwko mnie!!! To dziecko urodzone we wtorek, to dziecko nieczyste, ono okryje nas wstydem! Ono sprowadzi na nas nieszczęście! Tak, ja wam to mówię! Ja, Król! Wasz Król! Chcę porozmawiać z moją córką! Niech czeka na mnie!
    Król zwołał swoją gwardię, dwa tysiące żołnierzy, i rozkazał:
    - Trzeba zabić tego chłopca!
    Wiecie, kiedyś nie było karabinów. Bronią były miecze, dzidy i noże... Dwa tysiące ludzi było gotowych zabić chłopca urodzonego we wtorek. Gniew Króla nie ostygł.
    - Idźcie natychmiast i zabijcie tego chłopca urodzonego we wtorek! Zabijcie jego, a wraz z nim zabijcie też tych starych ludzi, którzy go odszukali i wynieśli z lasu. Wy ich zabijecie, tak!
    Tak powiedział Król.
    - To rozkaz Króla, wykonamy go odpowiedzieli żołnierze.
    Poszli. Kiedy pozostało im do przejścia nie więcej, niż jeden kilometr drogi do domu dziecka urodzonego we wtorek, chłopiec zobaczył ich i od razu zrozumiał, jaki jest cel ich przybycia. Kiedy byli nie dalej, niż pół kilometra, przypomniał sobie władzę, jaką otrzymał od mędrca. Zaraz wymówił formuję dotyczącą "Pana, który może niszczyć i burzyć":
    O Panie niszczący i burzący,
    Przywołuję ciebie, przyjdź!
    Spójrz na uzbrojonych ludzi,
    Z bronią, dwa tysiące mężczyzn
    Przybywa zabić mnie i rodziców.
    Oszczędź dwóch będą zwiastunami
    Klęski planów zagniewanego Króla,
    Niech mu zaniosą tragiczną śmierć
    Żołnierzy posłanych, aby nas zabić.
    Ledwo skończył wzywać "Pana, który może niszczyć i burzyć", w mgnieniu oka zginęło całe uzbrojone wojsko, a ich ciała znikły! Tylko dwoje ludzi zdołało powrócić do Króla. Ci powiedzieli:
    - My wszyscy! My nieżywi! O Królu, wszyscy naraz, w mgnieniu oka, wszyscy nieżywi. O, Królu, och!
    Ledwie przekazali Królowi wiadomość, oni także padli martwi. Ich ciała także znikły.
    Aaaach!!!
    Król szalał z gniewu, Zebrał cztery tysiące uzbrojonych mężczyzn, aby zastąpili poległych. Wysłał ich, aby zabili dziecko urodzone we wtorek.
    Chłopiec oczekiwał ich spokojnie. Zobaczył ich na drodze. Szli w kierunku jego domu. Kiedy byli pół kilometra od niego, przywołał "Pana, który może niszczyć i burzyć".
    O Panie niszczący i burzący,
    Przywołuję ciebie, przyjdź!
    Spójrz na uzbrojonych ludzi,
    Cztery tysiące chce nas zabić.
    Niech czterech doniesie władcy
    O klęsce królewskiego wojska.
    Niech i oni zginą przed Królem,
    Gdy wieść przekażą tragiczną.
    Ledwo został przywołany "Pan, który może niszczyć i burzyć", oto cztery tysiące żołnierzy przestało żyć: umarli i znikli. Czterej uciekli, pobiegli do Króla i powiedzieli:
    - O Królu, wszyscy uzbrojeni przez ciebie mężczyźni zginęli tam, Nie żyją, nie ma ich ciał. Tylko my czterej, którzy stoimy przed tobą, zdołaliśmy uciec.
    Ledwie wypowiedzieli te słowa, oni także padli martwi i znikły ich ciała. Król to widział. Król stał przygnębiony, cichy. Co ma teraz robić? Zwołał więc wszystkich swoich doradców, dostojników, posiadaczy ziemi i starszych, aby przedyskutować tę tragiczną sytuację.
    - Panowie Radcy, Panowie Dostojnicy, Panowie Posiadacze Ziemi, Panowie Starsi! Wezwałem was, ponieważ potrzebuję waszej rady. Chodzi o chłopca urodzonego we wtorek. Wysłałem dwa tysiące żołnierzy, aby zabili tego nieszczęśliwego chłopca. Nie powrócili z wyjątkiem dwóch, którzy padli martwi przy mnie, gdy tylko powiedzieli o klęsce. A chłopiec urodzony we wtorek przeżył. Następnie wysłałem cztery tysiące uzbrojonych mężczyzn przeciwko temu dziecku urodzonemu we wtorek. Poszli je zabić, ale sami padli martwi, a na domiar złego, wszystkie ich ciała znikły.
    - Jeśli tak się rzeczy mają, o Królu powiedzieli Radcy uznajmy, że ten chłopiec jest takim samym, jak my wszyscy, chociaż urodził się we wtorek. Trzeba, aby on stał się jednym z nas. Radzimy ci, Królu, pojednaj się z nim. Przecież możesz nawet usynowić tego młodzieńca. On mógłby być twoją siłą, o Królu! Może się zdarzyć, że jakiś twój wróg najdzie nasz kraj i będzie chciał walczyć z nami, będzie zabijał twoich żołnierzy, aby zabić też ciebie. Ten młodzieniec ma więcej siły, niż jakikolwiek król, posiada moc, której my ani nie mamy, ani nie znamy. Lepiej więc, jeśli stanie się jednym z nas to dziecko urodzone we wtorek. My wszyscy wiemy to, że Stwórca dał mu tak wielką władzę.
    - Tak, to prawda, co wy mówicie powiedział Król trzeba więc koniecznie pojednać się z tym młodzieńcem, chociaż to dziecko urodzone we wtorek.
    Król zdecydował, że razem z dostojnikami złożą wizytę temu dziecku urodzonemu we wtorek. Skierowali się ku wielkiemu domowi z kamienia i wypalanej cegły. Król szedł do chłopca urodzonego we wtorek, aby pojednać się z nim i prosić o przebaczenie zła, które mu wyrządził. Kiedy Król i dostojnicy byli już blisko domu z kamienia, młodzieniec spostrzegł ich. Zrozumiał, że tym razem nie przychodzą walczyć z nim. Przychodzą z wizytą, mają dobre intencje. Stanęli przed domem i proszą.
    - Czy możemy wejść do twego domu?
    - Proszę, wejdźcie!
    Młodzieniec wyszedł na ich spotkanie.
    - Wejdźcie, wszyscy, wejdźcie, proszę powiedział do nich.
    Weszli wszyscy do domu i udali się od razu na pierwsze piętro. Tutaj, zgodnie ze zwyczajem, pozdrowili się nawzajem. Młodzieniec pozdrowił Króla uroczyście:
    - Pozdrawiam cię, Królu, mój panie, ja, twój sługa.
    Po tym uroczystym pozdrowieniu Króla, Panowie-Starcy pytali o nowości i o jego mieszkańców, a kiedy już zakończyli wymianę pozdrowień, Król wstał i przemówił wyjawiając to co miał w swoim sercu.
    - Ja rzekł Król ja przychodzę do ciebie, przybyłem tutaj prosić o przebaczenie. A powodów jest dużo. Przede wszystkim urodziłeś się we wtorek i my ciebie wyrzuciliśmy z naszego narodu. Ja kazałem twemu ojcu i twojej matce iść do lasu i tam ciebie porzucić. Kiedy twoi rodzice porzucili ciebie, pewien starzec i staruszka odszukali cię w lesie i postanowili cię wychować. Za to ja ich wygnałem z mego królestwa, wygnałem tych, którzy uratowali ci życie. Oni przybyli razem z tobą, aby tutaj mieszkać. I ty rosłeś przy nich. Ty zbudowałeś ten piękny, wysoki dom z kamienia i cegły wypalanej, rzecz tak wspaniałą. Mój pałac królewski jest mniejszy od tego domu. Kiedy dowiedziałem się o tym, wysłałem moją córkę, aby poszła do ciebie i rozglądała się dobrze. Powiedziano mi, że z tobą rozmawiała bez świadków. Ja wtedy wpadłem w gniew. Uważałem, że to nie jest odpowiednie, aby moja córka, Księżna, rozmawiała z dzieckiem urodzonym we wtorek. Tak ja myślałem. Ja chciałem, aby moja córka po prostu zobaczyła ten dom i twoje rzeczy i zaraz powróciła do mnie. Nie dosyć tego. Ona zgodziła się jeść z tobą bez świadków. Również cały jej orszak jadł w twoim domu. Ale to nie wszystko. Wściekłem się po prostu z gniewu, kiedy moja córka powróciła do domu i opowiedziała mi o tym. Wtedy wysłałem dwa tysiące żołnierzy z rozkazem, aby ciebie zabili. Ale oni zginęli. Wysłałem cztery tysiące uzbrojonych mężczyzn wydając im taki sam rozkaz. Oto, dlaczego przybywam i proszę cię o przebaczenie. A jeśli się zgadzasz, przyjmę cię za swego syna. Moja młodsza córka, Księżniczka, która była w orszaku Księżnej, może zostać twoją żoną, o ile ty się zgodzisz. Ty i ona, wy będziecie rządzić w tym państwie. Wszystko, co do mnie należy jako do Króla, moi niewolnicy, moje bogactwo, przekazuję tobie, ponieważ jesteś moim synem i mężem mojej córki. Moi niewolnicy, woły, pieniądze i wszystkie inne cenne rzeczy są jej posagiem. Ustanowię cię większym, niż moje wszystkie dzieci. Ja Chcę zamieszkać tutaj, ponieważ chcę być zawsze blisko ciebie, zawsze razem z tobą.
    - Jeśli tak się rzeczy mają odpowiedział młodzieniec urodzony we wtorek jestem zadowolony ze wszystkiego, co mi powiedziałeś, mój panie i Królu. Tak, jestem zadowolony.
    - I zgadzasz się na wszystko, co ci powiedziałem?
    - Tak, to właśnie mówię to ciebie, mój Królu.
    - I myślisz, że będziesz szczęśliwy z moją córką?
    - Myślę, że tak... jeśli ona się zgodzi.
    Sprawy układały się dobrze. Król opuścił dom młodzieńca przyrzekając szybko wprowadzić w życie wszystkie swoje obietnice. Jego druga córka, Księżniczka, została wysłana do domu dziecka urodzonego we wtorek i zamieszkała w murowanym domu jako żona tego młodzieńca. Król opuścił swój pałac w mieście i wraz z młodszymi dziećmi zamieszkał w wielkim domu na trzecim piętrze. Uszanował starców, którym zawdzięczał odnalezienie i wychowanie dziecka urodzonego we wtorek, a które teraz uszczęśliwiało jego, królewską rodzinę i kraj cały. Księżna wyjechała z mężem do jego kraju, gdyż on musiał zająć się rządzeniem.
    Następnego dnia Król wezwał Pana Starszego Radcę, który mieszkał daleko od królewskiego pałacu. Kiedy ten przybył do nowej siedziby, Król przedstawił mu swoje zamiary.
    - Chcę urządzić święto. Będzie to święto pojednania z moim synem, a także święto zaślubin mojej córki. Ty umiesz organizować takie uroczystości, dlatego wezwałem cię, abyś wszystko przygotował, Uprzedź cały naród, każdego z moich podwładnych w królestwie. Zaproś wszystkich na uroczystość usynowienia chłopca urodzonego we wtorek i zaślubin mojej córki. Chcę, aby to było wielkie święto. Adoptuję dziecko urodzone we wtorek, aby wynagrodzić mu wyrządzone krzywdy. Sam wiesz, jak wielkie krzywdy i cierpienia mu sprawiłem.
    Pan Starszy Radca opuścił Króla i rozpoczął przygotowania. Zwołał wszystkich ludzi do Króla. Lud zgromadził się i zaczął świętować. Woły padały, ryż gotował się, trzeba było wyżywić wszystkich. Wy wiecie, jak to dzieje się u nas. Każda wioska ofiarowała jednego, dwa lub trzy woły na święto, gdy tylko przyszedł do ludzi Pan Starszy Radca. Przygotowana zagroda na woły okazała się zbyt mała, aby wszystkie pomieścić. Nawet dom z kamienia i cegły wypalanej nie mógł pomieścić wszystkiego ryżu ofiarowanego przez ludzi. Wyobraźcie sobie, ile wody żywej musiano przygotować dla ucztujących.
    Święto było nadzwyczajne. Przeróżne gry i rozrywki przeplatali tańcami. Król miał co dawać ze zbiorów swojego domu. A jedzenie! Jakie potrawy! Potrawy naprawdę królewskie, wszystkie rodzaje potraw.
    Jakie święto, moi przyjaciele!
    Ale ja musiałem odejść, aby wam opowiedzieć tę historię. Oni pewnie jeszcze się bawią, jeszcze nie skończyli tych uroczystości z okazji pojednania się Króla z dzieckiem urodzonym we wtorek i jego zaślubin z Księżniczką. Jaki będzie koniec, tego ja nie wiem. Jednak myślę, że wszyscy będą szczęśliwi do końca życia. Gdy kiedyś pójdziecie do kraju, w którym rządzi Dziecko urodzone we wtorek, spotkacie króla, jego żonę i poddanych bardzo szczęśliwych.
    Ja nie kłamię. To ludzie żyjący bardzo dawno tyle nakłamali, kiedy opowiadali tę bajkę.

  • Góra strony

    3. CZŁOWIEK W WORKU


    Ja, Dominik, mieszkam w wiosce Przy Białej Ziemi. Dziś opowiadam wam bajkę. To stara historia, którą kiedyś opowiadali wiekowi ludzie. Chłopcy i dziewczęta, wszystkie dzieci, słuchajcie mnie uważnie, abyście kiedyś i wy mogli opowiedzieć tę historię swoim wnukom.
    Był-żył raz Pan Złotnik, który chciał zbudować sobie domek, spichlerz na ryż. Pewnego dnia poszedł do lasu. To drewno, jak my mówimy, przyniósł na miejsce, gdzie zamierzał budować. Wy wiecie, co to jest spichlerz w nim przechowuje się ryż. Oto, dlaczego ten człowiek wszedł w gęstwinę leśną.
    W pewnej chwili Pan Złotnik ujrzał owoce na drzewie. To były mangi, które właśnie dojrzewały. A on był głodny. Pracował ciężko, potrzebował dużo drewna na swój spichlerz. Gdy zobaczył te soczyste i słodkie owoce, ślina napłynęła mu do ust. Znalazł posiłek. Swymi oczami już pożerał te owoce i idąc nie zauważył, że pod mangowcem jest dziura... Uuuup! Wpadł do tej dziury i już leży na dnie. Jest sam. Dziura jest głęboka, a ściany pionowe, gładkie, śliskie. Wydostać się stąd samego jest rzeczą niemożliwą. Pozostawał w tej dziurze długo. Po godzinie przechodził tamtędy pan Wąż. On też zobaczył dojrzałe, apetyczne mangi i też patrzył w górę... Uuuup! I on znalazł się w dziurze.
    Teraz Złotnik nie był sam w dziurze. Były już dwie istoty: człowiek i wąż. Kiedy Pan Złotnik zobaczył Pana Węża, zaczął panikować. Węże u nas nikomu krzywdy nie robią, a jednak my się ich bardzo boimy. Pierwszy przemówił Pan Wąż:
    - Nie bój się mnie, człowieku, nie lękaj się! Widzisz, że my obaj jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji w dziurze bez możliwości wyjście. Ty wpadłeś do tej dziury i ja też tu wpadłem. Nie mamy nic innego do roboty, jak szukać sposobu wydostania się stąd.
    - Tak, to słuszne powiedział Pan Złotnik Ja tu wpadłem pierwszy i od godziny szukam sposobu wydostania się stąd, ale niczego nie znajduję. Nie wiem, jak moglibyśmy się stąd wydostać.
    W tym czasie do drzewa zbliżył się Pan Szatan. Wy wiecie, to rodzaj widzialnych demonów, które spacerują po ziemi. My ich nazywamy szatanami, a ten był wielkim szefem. On też zauważył mangi, owoce dojrzałe, które też chciał zerwać i zjeść. On też patrzył w górę, a nie pod swoje nogi. I znalazł się na krawędzi dziury, która była pod drzewem. Ta dziura była obrośnięta trawą samosiejką. Pan Szatan przyszedł, ujrzał apetyczne mangi, ale nie widział dziury... Uuuup! I oto on, trzeci, znalazł się na dnie dziury. Wszyscy trzej straceni, rozbici, głęboko, na samym dnie! Sytuacja beznadziejna dla Pana Złotnika, sytuacja beznadziejna dla Pana Węża i sytuacja beznadziejna dla Pana Szatana!
    - Ja powiedział Pan Szatan wpadłem do tej dziury... i wy wpadliście do tej dziury. Ale nie uważajcie się za straconych i zgubionych z powodu tej brzydkiej przygody. Nie, my nie jesteśmy straceni. Trzeba znaleźć sposób wydostania się stąd. I to wszystko.
    - Sposób, aby wyjść? powiedział Pan Wąż Tak, to wszystko! Ale my tu jesteśmy ze dwie godziny. Przez dwie godziny szukamy sposobu wyjścia i nic nie wymyśliliśmy. Nie jesteśmy zgubieni, ale prawie... Ale, ale, ty, który właśnie przed chwilą wpadłeś tutaj, do tej dziury...
    W czasie, kiedy oni tak rozmawiali między sobą. Przechodził Pan Pastuch, człowiek, który pilnował bydła. A oni, w dziurze, usłyszeli go: "Ej! Ejej! Idźcie, woły, woły, naprzód! Dalej! Idźcie!"...
    - Och, oto Pan Pastuch powiedział długowłosy. Wy wiecie, że w bajkach tak nazywa się człowiek poganiający i pilnujący wołów.
    - Pastuch? - Zapytał Pan Szatan Kto to taki?
    - To ktoś, kto strzeże bydło. To człowiek odpowiedział Pan Wąż.
    - A jeśli tak jest powiedział Pan Złotnik - krzyczmy, aby go przywołać. Niech on nam pomoże wyjść stąd!
    Wszyscy trzej zaczęli krzyczeć. Krzyczeli bardzo głośno:
    - Ej, człowieku! Ty tam na górze! Oj! Człowieku, Ty tam wysoko! Odpowiedz nam! Eeeej!
    - Czy tam jest ktoś? zapytał Pan Pastuch -
    - Taaak! Przybywał, człeku! Pomóż nam wyjść stąd!
    Pasterz zbliżył się do drzewa. Spieszył się bardzo, ale patrzył na ziemię, nie na owoce.
    - Gdzie wy jesteście? Nie widzę was!
    - My jesteśmy tuuu!
    - Gdzieeee?
    - Tuuu!
    - Mówicie, jak byście byli ludźmi szukającymi wody w dnie suchej rzeki.
    - Uważaj, bracie, uważaj! Jest wielka dziura przy pniu mangowca. Uważaj, abyś nie wpadł, jak my! My wpadliśmy do tej dziury. Uważaj!
    - Wy wpadliście do dziury? I wy jeszcze jesteście w dziurze?
    - Tak, my jesteśmy w dziurze.
    - Dobrze, rozumiem, ale... wy jesteście w dziurze, jakże to?
    - Tak po prostu. Patrzyliśmy w powietrze, do góry, bo chcieliśmy jeść mangi. Te owoce widzieliśmy z daleka, ale nie patrzyliśmy pod nogi, nie zauważyliśmy dziury i znaleźliśmy się tu, na dnie.
    - Oj, biedni! Ponieważ tak się wam zdarzyło, zaraz coś wymyślę, aby was stamtąd wydostać... Tak, idę poszukać mocnej liany. Zajmę się wami. Ale przedtem muszę zobaczyć moje woły, czy się nie rozeszły. Potem przyjdę was wyciągnąć.
    - Tak, najpierw zobacz swoje woły...
    Pan Pasterz spędził swoje woły i zagnał je do miejsca, w którym było dużo soczystej trawy. Nie obawiał się, że woły pójdą w poszukiwaniu lepszej. Potem powrócił do nieszczęśników, aby nimi się zająć. Znalazł lianę solidną, długą, mocną. Jeden jej koniec przywiązał do pnia mangowca, a drugi koniec wrzucił do dziury. Wrzucił im też mocny, gruby kij, aby przywiązali to drzewo na końcu liany i okręcając się lianą trzymali nogi na kiju, ponieważ w dziurze bardzo osłabli. Potem ciągnął, jak ciągnie się wiadro ze studni. Liana była spuszczona do dziury, on ciągnął w górę. Pierwszy wyszedł Pan Szatan.
    - Mój chłopcze powiedział Pan Szatan Mój chłopcze, oto ja wyszedłem, uwolniłeś mnie. Tam jest jeszcze Pan Wąż, wyciągnij go! Ale tam, na dole, jest jeszcze człowiek, podobny do ciebie. Pozostaw go na dnie!
    - Co ty też mówisz! Ty, Panie Szatanie, który do mnie nie jesteś podobny, wyszedłeś przy mojej pomocy, a ja miałbym nie pomóc komuś, kto jest do mnie podobny, kto jest też człowiekiem, jak ja? Nie mam żadnej wątpliwości, wyciągnę go także!
    - Rób, jak chcesz, chłopcze, ale ja cię uprzedziłem. Ja odchodzę. Jeśli będą ci potrzebny, jeśli wpadniesz w kłopoty, zwłaszcza z powodu tego człowieka na dole, przypomnij sobie o mnie i wezwij mnie. Przybędą ci z pomocą, ja Pan Szatan, aby ci się odwdzięczyć.
    - Tak... mruknął z niechęcią Pan Pasterz.
    - Zapamiętaj to sobie, przyjacielu, to wszystko, co chciałem ci powiedzieć.
    - Tak, tak... dobrze...
    Pan Szatan odszedł, Pasterz spuścił lianę w głąb dziury. Po chwili ciągnie w górę i wychodzi Pan Wąż. Pan Wąż jest uratowany!
    - Oto i ja wyszedłem powiedział Pan Wąż Tam został jeszcze człowiek, człowiek tobie podobny. Pozostaw go na dnie. To ja ci mówię, przyjacielu, pozostaw go tam! Powinieneś mi wierzyć, że on stanie się przyczyną twojej śmierci!
    - I ty też, ty, Panie Wężu, któremu pomogłem wyjść z dziury, to mi mówisz? Ciebie i demona wyciągnąłem, a człowieka, podobnego do mnie, miałbym nie ratować? Straciłem czas dla was dwóch, którzy jesteście do mnie nie podobni.
    - Tak powiedział Pan Wąż Ja zaraz odejdę. Ale zanim odejdę, jeszcze raz ja ci powtarzam, zostaw tego człowieka tam, na dole! Uprzedzam cię, że pewnego dnia on ciebie zabije!
    - Człowiek, jak ja, podobny do mnie, muszę mu pomóc, muszę uwolnić go z niebezpieczeństwa.
    Pan Wąż powtórzył ostrzeżenie.
    - Ja odchodzę, ale przed odejściem jeszcze raz cię ostrzegam, mój przyjacielu. Przed moim odejściem dam ci coś cennego, ponieważ ocaliłeś mi życie. Ja nie mogę zapomnieć wyświadczonego mi dobrodziejstwa. Ja zawsze będę pamiętał o tobie.
    - To pięknie powiedział Pan Pasterz to bardzo dobrze, że tak właśnie odpowiadasz. Ale ja nie wiem, czy ty kiedykolwiek będziesz mógł mi się odwdzięczyć. To nie dlatego wyciągnąłem cię z dołu, abyś mi za to płacił, ale tylko dlatego, że znalazłeś się w trudnej sytuacji i trzeba było ci pomóc.
    Pan Wąż oddalił się
    - Tak, teraz pomogę wydostać się z dołu temu człowiekowi powiedział Pan Pasterz i wyciągnął Pana Złotnika.
    Oto, jak dalej potoczyły się sprawy tych dwojga ludzi
    - Tak powiedział człowiek do podobnego sobie ty to zrobiłeś dla mnie, mój przyjacielu. Ja słyszałem to, co mówił Pan Szatan i Pan Wąż o mnie do ciebie. Jeśli usłuchałbyś ich, ja nie zdołałbym wydostać się na powierzchnię. Ale oto dzięki twemu dobremu sercu jestem. Jeśli będziesz potrzebował pracy złotnika, jeśli będziesz miał złoto albo srebro, przyjdź do mnie. Mieszkam w mieście Króla, o którym zapewne słyszałeś. To sławny król wschodu. Ja tam mieszkam, blisko jego pałacu. Jeśli przyjdziesz, zapytaj: gdzie mieszka wyrabiający ozdoby? Nie ma innego, tylko ja jeden obrabiam złoto i srebro i wytwarzam wszystkie ozdoby, jakie ludzie sobie życzą.
    - Dobrze, mój przyjacielu odpowiedział Pan Pasterz dobrze, że to mi powiedziałeś. Zapamiętam sobie ciebie. Ale skąd mogę mieć złoto albo srebro? Jeśli Stwórca chciałby, abym je posiadł albo znalazł, odszukam cię.
    Człowiek, podobny Panu Pasterzowi, oddalił się. Pan Pasterz poszedł do swoich wołów. Jednak woły bez nadzoru rozeszły się i musiał się trochę natrudzić, zanim zegnał je razem i pognał do zagrody. Tyle rzeczy nadzwyczajnych przydarzyło mu się tego dnia. Zresztą nadchodził wieczór, więc poszedł do swego domu.
    W tym czasie córka króla wyszła z domu mając w ręku złotą czarę, aby nabrać wody ze studni. Kiedy stanęła przy studni, ujrzała dojrzałe gruszki. Nabrała na nie ochoty. Postawiła więc czarę obok studni, a sama poszła do drzew owocowych rosnących przy drodze. Kiedy królewna jadła smaczne gruszki, Pan Wąż przechodził tamtędy i ujrzał cenny przedmiot ze złota. Wziął więc złotą czarę, czarę królewskiej córki, i zaniósł pasterzowi bydła, który uratował mu życie, wyciągając z dziury przy mangowcu.
    - Oto, mój przyjacielu powiedział Pan Wąż prezent, który chcę ci ofiarować. Znalazłem tę złotą czarę. Zasługujesz, abym ofiarował ci coś cenniejszego, ale ja mam tylko tę czarę, nic więcej. A chciałbym się odwdzięczyć za twoje dobre serce.
    - Dzięki ci powiedział Pan Pasterz Ale ja nie spodziewałem się takiego daru i w ogóle daru za to, co zrobiłem. Uratowałem cię z dobrego serca i z miłości bliźniego, którą praktykuję, jeśli mam okazję. Ale przyjmuję prezent, oczywiście. Ze złotej czary zrobię ozdoby, biżuterię dla mojej żony, moich dzieci i wnuków. Cieszę się, że okazałeś mi wdzięczność. Jeszcze raz dziękuję i żegnam cię, ponieważ spieszę się do rodziny. Jest czas na posiłek wieczorny.
    Pan Pasterz szedł do domu. Jedząc kolację przypomniał sobie tego, którego uratował, a przy pożegnaniu powiedział, że jest złotnikiem i robi ozdoby ze złota i srebra. Kiedy skończył kolację i sprawdził, czy wszystkie jego woły są w zagrodzie, nie mówiąc nic nikomu, pobiegł do fabrykanta ozdób. Ale w drodze, zanim wszedł do miasta, ukrył pod ubraniem cenny prezent, który otrzymał od węża. Następnie skierował się do złotnika.
    - Tak, mój przyjacielu, znalazłem coś powiedział Pan Pasterz przyniosłem do ciebie, abyś zrobił mi z tego ozdoby, piękne ozdoby. Tak mi przecież powiedziałeś: "Jeśli będziesz miał złoto albo srebro, przynieś je do mnie, ponieważ ja potrafię pracować w złocie albo w srebrze". Jak widzisz, ja mam coś ze złota, a więc, jeśli możesz, zrób ozdoby dla mojej żony i moich dzieci, a dla mnie pierścień. Oto, co ja chcę, abyś zrobił z tego złota, które znalazłem powiedział Pan Pasterz do Pana Złotnika.
    - Ależ oczywiście, mój przyjacielu!. Jestem ci wdzięczny za uratowanie mi życia w lesie, zrobiłeś dla mnie tyle dobrego. Byłem taki szczęśliwy, gdy wyciągnąłeś mnie żywego z dołu pod mangowcem. Już byłem na wpół umarłym w tej dziurze. Za uczynione dobro nikt ci nie może zapłacić, nawet ja, tylko Stwórca, który stworzył wszystko dla nas. Ale ja, który obiecałem ci zrobić, co tylko będę mógł, odwdzięczę ci się moją pracą. Przyszedłeś do mnie, ponieważ znalazłeś złotą czarę i ja mam przekształcić ją w ozdoby. Oczywiście, ja to zrobię dla ciebie bez zapłaty, mój przyjacielu. Możesz przynieść mi ten złoty przedmiot.
    Pan Pasterz pokazał złotą czarę. Kiedy Pan Złotnik ją ujrzał, od razu rozpoznał i pomyślał: "oto złota czara królewskiej córki". Pan Złotnik otrzymał już od króla informację, że ktoś skradł jego córce złotą czarę. I teraz ta czara jest w jego rękach, on ją ogląda, on ją ma przed swoimi oczami!
    - Poczekaj tu chwilę, przyjacielu powiedział Pan Złotnik do Pana Pasterza - Ja teraz muszę coś załatwić. To nie potrwa długo, ja zaraz wrócę.
    I kiedy ten czekał, Pan Złotnik biegł jak szalony do Króla. I przybył, wszedł do królewskiego pokoju.
    - Jest u mnie ktoś, kto mi przyniósł złotą czarę. To z pewnością złodziej czary waszej córki, o Królu.
    - Tak? Czy ty nie kłamiesz?
    - Dlaczegoż miałbym kłamać? Jestem pewny, że to on. Przyszedł do mnie i pokazał mi złotą czarę, a ja natychmiast przyszedłem do ciebie, Królu, aby cię prosić o jednego z twoich żołnierzy, który poszedłby ze mną, uwięził go i przyprowadził do ciebie, Królu.
    - Czy jesteś tego pewny, co mówisz?
    - Jestem pewny, o Królu. Czara na pewno należała do twojej córki.
    Pan Złotnik opuścił Króla i udał się do swego domu. Pan Pasterz tam był i spokojnie oczekiwał powrotu Pana Złotnika. Przecież nie miał się czego obawiać, był uczciwym posiadaczem prezentu. A jednak został zatrzymany i poprowadzony do Króla. Tym razem przestraszył się, ponieważ ujrzał Króla strasznie zagniewanego. Nie potrzebny był sąd ani zwołanie Rady Królewskiej. Zbrodnia była oczywista. Włożono go w worek, zawiązano i worek położono w kącie jakiegoś magazynu. Rano słudzy królewscy mieli obciążyć worek kamieniami i wrzucić do morza. On spać nie mógł i rozmyślał o tym, że jest to ostatnia noc w jego życiu. A noc przechodziła bardzo wolno. Wyobraźcie sobie, jak strasznie męczył się Pan Pasterz! I oto przez ten pokój przechodził Pan Szatan.
    - Jak ci się wiedzie, mój przyjacielu? zapytał Pana Pasterza Jak widzisz, spełnia się wszystko to, co ci przepowiedziałem. Przecież powiedziałem ci: wyciągnij tylko Pana Węża! Zostaw w dziurze człowieka, tobie podobnego! Kiedy ty, przyjacielu, uwolniłeś mnie, to właśnie ci powiedziałem, że on będzie przyczyną twojej śmierci.
    - Tak, to prawda, przyjacielu. Ja jestem już jak umarły.
    - A więc to sobie przypominasz?
    - Tak, oczywiście, przypominam sobie wszystko, co mi wtedy powiedziałeś.
    - W porządku. Ale ja chcę ci się odwdzięczyć za uratowanie mi życia i oto, co zrobię. Pójdę do pałacu królewskiego i sprawię, że córka Króla śmiertelnie zachoruje. Będą szukać lekarstwa, potem sprowadzą wróżbitę. Wróżbita wygłosi przemowę w tej formie: "Królu, twoja córka jest chora. Powodem jej choroby jest coś, czego ona nie zrobiła, ale ty, Królu, uczyniłeś! Tak, wydałeś niesprawiedliwe zarządzenie, które sprawiło, że twoja córka śmiertelnie zachorowała. Skazałeś na śmierć człowieka, który jest w worku, tego człowieka, który rano ma zostać wrzucony do morza. Ten, kto doniósł na niego, jest kłamcą, a ty, o Królu, uwierzyłeś mu, uwierzyłeś w jego kłamstwo. To sprawiło, że twoja córka zachorowała". Czy zrozumiałeś dobrze, co ci powiedziałem? Jeszcze dodam, że tylko ty będziesz mógł ją uzdrowić. Tylko ty przygotujesz skuteczne lekarstwo przygotowane przez ciebie i musisz jej podać własnymi rękami. Uzdrowi ją wszystko, cokolwiek dasz jej osobiście, swoją ręką. Może to być liść, korzeń, łodyga, drzazga z pnia czy nawet zwykły kamień, to mało ważne. To, co spowodowało jej chorobę, zostanie usunięte i księżniczka zostanie uwolniona ze swej choroby.
    - Czy to wszystko sprawdzi się, jak przepowiadasz?
    - Tak, możesz być tego pewny.
    Pan Szatan oddalił się i sprawił, że zachorowała córka Króla. Jeszcze tej samej nocy była umierająca. Nic nie mogło jej ulżyć. Nikt nie mógł jej pomóc: ani rodzice, ani lekarz, ani przyjaciółki, ani niewolnicy królewscy, ani słudzy pałacowi, chociaż wszyscy zajęli się szukaniem skutecznej pomocy ulżenia jej w chorobie. Ale nic nie osiągnęli. W pałacu królewskim wszyscy biegali, jak szaleni. Królewna umierała! Leżała bez świadomości! Pozostawała nieprzytomna! Ona ginęła!
    - Ach! Zawołajcie wróżbitę wyszeptał zrozpaczony Król.
    Przybył wróżbita. Rzucił święte ziarna, wygłosił mowę. Jego mowa wskazała przyczynę choroby królewskiej córki. Niesprawiedliwie został skazany i oczekuje na utopienie w morzu człowiek posądzony o kradzież złotej czary. Pan Złotnik kłamał, a Król mu uwierzył. Tylko ten człowiek czekający na swoją śmierć może ją uzdrowić.
    Nie uwierzono mu, temu wróżbicie... sprowadzono drugiego. Ten wygłosił taką samą mowę. Słudzy poszli do Króla i powiedzieli:
    - Wróżbita, który został przywołany do królewskiej córki, powiedział: człowiek skazany na wrzucenie do morza jest niewinny. On nie ukradł złotej czary, o co został posądzony. On otrzymał tę czarę od Pana Węża za uradowanie życia. Wyrok jest więc niesprawiedliwy. Ale ten człowiek może ją uzdrowić, on jeden. Tylko wyrok oparty na kłamstwie jest przyczyną śmiertelnej choroby twojej córki. Oto, co powiedzieli wróżbici, których pytaliśmy, o Królu.
    - Wróżbita to powiedział? zapytał Król.
    - Tak.- Jesteście tego pewni?
    - Oczywiście! Pierwszy i drugi powiedzieli to samo.
    - Jeśli tak jest, idźcie po tego człowieka, rozwiążcie worek i przyprowadźcie go do mojej córki.
    Słudzy poszli szukać worka, w którym oczekiwał śmierci posądzony o kradzież złotej czary, i uwolnili Pana Pasterza.
    - Jesteś wolny! Córka Króla jest ciężko chora i tylko ty możesz jął uleczyć. Tak powiedzieli wróżbici i Król rozkazuje ci iść do umierającej.
    - Ale nie! Ja nie potrafię wyleczyć księżniczki powiedział ja nie znam żadnego lekarstwa.
    - To nie ma znaczenia odrzekli słudzy wróżbita powiedział, że ty jesteś jedynym, który ją ocali. Zatroszcz się o to, zrób, co uważasz za właściwe. Ty jesteś wyznaczony przez los, aby uzdrowić królewską córkę.
    - Skoro takie jest moje przeznaczenie, idę.
    Udał się do królewskiego pałacu. W drodze Pan Pasterz zerwał kilka nieznanych sobie liści, które miały posłużyć za lekarstwo. Został przedstawiony Królowi, który siedział zbolały przy łóżku swej córki.
    - Królu, ja nie znam się ani na chorobach, ani na lekarstwach. Ale że ja zostałem przeznaczony do wyleczenia twojej córki, zrobię, co będę mógł powiedział Pan Pasterz i zbliżył się do chorej.
    - Czy nie macie tutaj w pobliżu białej ziemi?
    - Aleś tak, oczywiście, jest jej dużo!
    - Przynieście mi jedną łyżeczkę takiej ziemi.
    Podano mu trochę białej ziemi, on zmieszał ją z wodą dla chorej. Do kubka włożył zerwane po drodze liście i zalał wrzącą wodą. Kiedy woda ostygła tak, że można było ją pić, łyżeczką dawał jej do picia to lekarstwo. Potem nakazał obmyć królewską córkę wodą, do której wsypał białą ziemię. Naczynie z wodą trzymał sam, a królewskie niewolnice obmywały chorą. I ona została uzdrowiona! Ona, ta księżniczka, stała się zdrowa, ponieważ Pan Szatan ją opuścił. Pan Szatan chciał pomóc swemu dobroczyńcy i w ten sposób mu się odwdzięczył. Kiedy królewska córka została uzdrowiona, uwięziono Pana Złotnika, wsadzono go do worka i obciążono kamieniami, aby następnego dnia, o wschodzie słońca, wrzucić go do morza. Po prostu Król postanowił, że ukarany śmiercią będzie ten, który niesprawiedliwie oskarżył Pana Pasterza.
    Z radości, że córka wyzdrowiała, Król zarządził wielkie święto. Chciał, aby wraz z nim świętował i bawił się cały naród. Ogłoszono o tym we wszystkich miastach i wioskach królestwa. Król był taki szczęśliwy, gdy widział swoją córkę, zdrową, uśmiechniętą. Księżniczka rozpoznała swoją zgubę, którą nieroztropnie pozostawiła przy królewskiej studni i wstawiła się u swego ojca za Panem Złotnikiem, kiedy Pan Pasterz opowiedział jej, w jaki sposób stał się posiadaczem złotej czary. Król był zbyt szczęśliwy, aby w tym dniu surowo karać kogokolwiek. Z rozkazu Króla Pan Złotnik opuścił królestwo i nigdy więcej nie mógł wchodzić na jego terytorium.
    Na święto przybyli wszyscy, kto tylko mógł. Przede wszystkim rodzina królewska, dostojnicy, Starcy, Doradcy, Posiadacze Ziemi, wszyscy ludzie z okolicy... Przybyli też Mali Królowie, jego poddani, każdy wraz ze swoim ludem. To było święto, święto Króla, całe królestwo świętowało. Ludzie już trwali w radosnym uniesieniu. Śpiewali, grali na wszystkich możliwych instrumentach, klaskali i tańczyli.
    Ja też tam byłem. Widziałem, jak padały liczne woły, jak gotowano ryż i pachnące przyprawy. Ale ja nic nie jadłem. Opuściłem Króla i świętujących uzdrowienie królewskiej córki, aby o wszystkim jak najszybciej wam opowiedzieć. Dlatego nie mogę wam powiedzieć, kiedy i jak skończyło się to święto. A może jeszcze ono trwa? Kto chce, może się pospieszyć, otrzyma z pewnością dobrą porcję przeznaczoną dla gościa.

  • Góra strony

    4. BIEDAK KRÓLEM


    Ja, nauczyciel z wioski zwanej Przy Skałach, opowiadam Wam bajkę, którą słyszałem na Wielkiej Wyspie, gdy byłem małym chłopcem. Słuchajcie więc tego, co mam wam do powiedzenia.
    W pewnej wiosce, podobnej do naszej, żyła rodzina: ojciec, matka i chłopiec. Chłopiec był już młodzieńcem, ale jeszcze nie miał żony. Byli bardzo biedni. Pewnego dnia nie mieli już nic do jedzenia w domu i naprawdę nie wiedzieli, co będą jedli następnego dnia. Wtedy młodzieniec postanawia szukać majątku, a swój plan przedstawia ojcu. Odejdzie daleko od rodzinnej wioski.
    - Ojcze, daj mi swoje błogosławieństwo, proszę cię. Pobłogosław mi, gdyż chcę odejść.
    - Ale dokąd ty pójdziesz, drogie dziecko? zapytała matka swego syna.
    - Pozwólcie mi stąd odejść... Chcę szukać majątku, stać się trochę bogatszym, bo my tutaj jesteśmy bardzo biedni.
    - Jeśli chcesz tak zrobić, dobrze, daję ci moje błogosławieństwo. Niech ono przez cały czas tobie towarzyszy i sprawi, że uda ci się zrealizować twoje plany i powrócisz do nas w pełnym zdrowiu.
    Rodzice dali mu swoje błogosławieństwo, ojciec go pobłogosławił i matka też pobłogosławiła go. Potem matka dała mu na drogę gotowanego ryżu, tę resztkę znalezioną w domu.
    O pianiu koguta, kiedy noc się kończyła, młodzieniec był już w drodze. Od odchodził... On oddalał się... I przybył do miejsca, gdzie w ziemi była szeroka dziura wypełniona błotem. Nad dziurą unosiła się chmara komarów, jeszcze więcej siedziało na błocie. Aż się wierzyć nie chce, aby ich było takie mrowie!
    Komary powiedziały do młodzieńca:
    - Ty, który masz włosy na głowie, człowieku, wybaw nas. My chcemy cię zapytać, czy ty jesteś gotów uratować nam życie. Daj nam trochę twojej krwi, prosimy, bo my już umieramy z głosu.
    - Ach, jeśli tylko o to wam chodzi powiedział i zdjął ubranie chodźcie więc, przybywajcie, aby się pożywić.
    Komary okryły go od głowy aż po stopy. I piły z niego krew z każdego miejsca, z wyjątkiem oczu.
    - Tak, teraz odżyjemy powiedziały komary najedliśmy się do syta. Dzięki ci, człowiecze z owłosioną głową. Jeśli kiedykolwiek będziesz miał kłopot, gdziekolwiek będziesz, pomyśl o nas, twoja myśl nas przywoła. Jeśli tylko będziemy mogli, pomożemy ci wyjść z trudności.
    - Tak, tak, pomyślę o was powiedział młodzieniec.
    I opuścił to miejsce pełne komarów, i poszedł dalej swoją drogą. Był już bardzo daleko od rodzinnego domu, kiedy ujrzał na swojej drodze szczury. Spotkał szczury... szczury... szczury... Wszystkie szczury opowiedziały mu o swojej biedzie.
    - Ach, ty, mający na czaszce włosy, człowieku! Wysłuchaj nas, cierpiących. My już padamy z głodu. Daj nam trochę twojej odzieży, abyśmy nieco się posilili.
    - Ach, jeśli tylko o to wam chodzi, nie będę wam przeszkadzał powiedział i zdjął niemal wszystkie części swego ubrania.
    Szczury rzuciły się na ubranie. Rozrywały, gryzły, szarpały... pożerały razem z guzikami... nic nie pozostało. Wtedy szczury powiedziały do podróżnego:
    - Jeśli kiedykolwiek będziesz miał kłopot, gdziekolwiek będziesz, pomyśl o nas, twoja myśl nas przywoła. Jeśli tylko będziemy mogli, pomożemy ci wyjść z tarapatów.
    - Pomyślę o was powiedział.
    Odszedł, pozostawiwszy zadowolone szczury i maszerował dalej swoją drogą. Szedł dzień, szedł noc. Wciąż szedł. Po kilku dniach, w południe, przybył do jednej wioski i tam ujrzał dom, w którym mieszkała staruszka. Młodzieniec zawołał do niej:
    - Czy można wejść? Ja proszę.
    - Wejdź odpowiedziała staruszka wejdź, proszę, do mojego domu
    Wędrowiec wszedł, pozdrowił uprzejmie staruszkę. A kiedy skończył pozdrawiać, staruszka zapytała:
    - Czego szukasz w naszej wiosce, synku?
    - Ach, babciu, ty wiesz, jestem w drodze i poszukuję majątku. Moi rodzice są bardzo biedni, w naszym domu nie ma już co jeść.
    - I ty szukasz majątku?
    - Tak, babciu.
    - Majątek, fortuna, bogactwo... jest to wszystko bardzo blisko skąd. Ale, aby to zdobyć, to już inna sprawa, trudniejsza.
    - Co to za sprawa? Jakaż to sprawa, babciu?
    - Ach, to cała historia... Tak, to bardzo trudne. Jest tutaj córka króla. Król szuka kawalera dla niej. Ale, aby stać się jej mężem, trzeba przejść próby, które on przygotował.
    - Jakich prób wymaga, aby poślubić jego córkę?
    - To są rzeczy bardzo trudne do zrobienia. Po pierwsze, jest drzewo kokosowe, bardzo wysokie, niezmierzone. Ono jest tak wysokie, że jego wierzchołek ginie w chmurach. Trzeba wejść na to drzewo i zrzucić siedem orzechów kokosowych. Po drugie, trzeba umieć rozpoznać królowę, żonę króla, i ich córkę .One obie są tak bardzo podobne, że niesposób je odróżnić. Jeśli uda ci się przejść pomyślnie te dwie próby, córka króla stanie się twoją żoną, a wraz z nią otrzymasz połowę królewskiego bogactwa.
    - Jeśli takie są wymagania króla, spróbuję. Idę od razu.
    - Nie, nie radzę ci tam iść powiedziała staruszka wiedz, że było wielu dostojników, oficerów, ludzi przybyłych z Europy... oni poszli... żaden nie wrócił. Wszyscy zginęli. Żaden nie przeszedł tych prób zwycięsko.
    - Nic nie szkodzi, babciu, ja spróbuję, ja się nie boję.
    Młodzieniec poszedł. Na drugi dzień, rano, wszedł do królewskiego pałacu i prosił o pozwolenie widzenia się z królem. Przedstawiono go królowi. Został przyjęty. Przywitał króla z gracją, naprawdę po królewsku.
    - Pozdrowienie tobie, królu, pozdrowienie tobie, władco. Ja twój poddany...
    - Jaki jest cel twojej wizyty u mnie? zapytał król.
    - Ach, celem mojej wizyty, o królu, jest zdobycie bogactwa, którego szukam tutaj.
    - Bogactwo, fortuna i szczęście jest u mnie i ty możesz je zdobyć, jeśli uda ci się wypełnić to, czego ja żądam.
    - Jestem pewny, że wykonam wszystkie twoje polecenia, mój królu. odparł młodzieniec.
    - Pierwsza próba, to palma kokosowa powiedział król Musisz wspiąć się na nią i zrzucić siedem orzechów. Druga próba jest taka: musisz odróżnić moją córkę od mojej żony, które zostaną ci przedstawione razem. Musisz wskazać na tę, którą chcesz poślubić.
    - Jeśli, o, królu, wymagasz tylko tyle powiedział młodzian jestem gotowy. Poczekajmy do wieczora. Wieczorem sprawię, że spadnie siedem kokosowych orzechów. Możesz, o, królu, zwołać lud.
    Buuuum, buuuuum buuuuum... Dzwon zwołuje ludzi. Król kazał zwołać ludzi i teraz ogłasza:
    - Młody człowiek tu obecny prosi o zaślubiny z moją córką, musi więc przejść pomyślnie dwie próby, których ja żądam. Dziś o zachodzie słońca zostanie poddany pierwszej próbie. Musi sprawić, że spadnie z wielkiego drzewa siedem orzechów kokosowych.
    Nasz młodzian, on przywołał szczury, które spotkał na drodze i nakarmił swoim ubraniem. Te zwierzęta stały się jego przyjaciółmi. Kiedy szczury przyszły do niego, on im powiedział:
    - Ratujcie mnie! Mam poważny kłopot i przedstawił problem.
    - Och, jeśli to tylko tyle, - powiedziały szczury to nic trudnego dla nas. My każdej nocy zabawiamy się na tej palmie. Bądź spokojny, będziesz miał swoje kokosy.
    Teraz młodzieniec przywołał komary, które także pyły jego przyjaciółmi.
    - Muszę przejść pewną próbę tam, w pałacu, u króla i opisał problem ja naprawdę nie wiem, jak odróżnić te dwie kobiety, które są u króla: która jest matką, a która córką.
    -Olala! - roześmiały się komary pałac królewski? My go znamy! My w nim zabawiamy się od zmroku do świtu. Ja właśnie kłuję księżniczkę każdej nocy powiedział jeden z komarów.
    - Dobrze, dziękuję wam z góry.
    Kiedy noc zapadała, zebrał się tłum: kobiety, mężczyźni i dzieci, młodzi i starzy, dygnitarze królestwa i prości ludzie... Przybyli wszyscy. Cały lud oczekiwał na wynik pierwszej próby. Dwanaście szczurów było już na wierzchołku drzewa, całkiem wysoko. Chłopiec zaczął się wspinać na palmę. Wszedł tak wysoko, aby nie był widziany z ziemi. Zatrzymał się i słuchał, co mówią szczury.
    - Ile orzechów potrzeba? zapytały szeptem szczury.
    - Siedem odpowiedział szeptem młodzieniec
    - Dobrze! Oto jeden! wyszeptały szczury.
    - Jeden! krzyknął młodzian z całej siły.
    Buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuum! Pierwszy orzech kokosowy uderzył w ziemię.
    - Och! Och! Och! krzyknął tłum Och! Och! Och!
    - Drugi szepnęły szczury.
    - Drugi! Krzyknął młodzieniec.
    Buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuum! Drugi kokos uderzył w ziemię.
    - Trzy szepnęły szczury.
    - Trzeci zagrzmiał młodzian.
    I tak do siedmiu. Król był oszołomiony. Młody człowiek schodził z drzewa szczęśliwy. A był na tej palmie tak wysoko, że potrzebował pięć godzin, aby stanąć na ziemi!
    - Pięknie! powiedział król jutro rano przedstawię ci dwie kobiety. Jedna będzie moją żoną, a druga moją córką. Jutro rano, gdyż teraz jestem zbyt zmęczony, idę przespać się trochę.
    Wczesnym rankiem młodzian przybył do królewskiego pałacu. Król był ubrany w swe najpiękniejsze szaty. W tym czasie królowa i księżniczka zasiadły w jednej z sal pałacowych, obok siebie. Obie były tak bardzo podobne i identycznie ubrane: takie same drogocenne szaty... takie samo ułożenie włosów... nawet ozdoby, nawet biżuteria.
    - Zbliż się powiedział król do młodzieńca.
    Młody człowiek podszedł i spogląda na dwie kobiety... Przybywa też pan komar. Leci w kierunku jednej z nich, siada na nosie i kłuje ją... Młodzieniec bacznie obserwuje.
    - Oto twoja córka, o Królu! Oto ona!
    Co za radość i podniecenie wśród tłumu! Księżniczka znalazła męża! Młodzieniec umie przewidywać, co jest rękojmią dobrego rządzenia. Umie zaprzyjaźnić się z komarami i szczurami, które przecież nie są skłonne do przyjaźni z człowiekiem. Przeszedł zwycięsko próby, więc jest godny otrzymać władzę królewską, a wszystko to jest wynikiem jego szlachetności i współczucia dla cierpiących, którzy są mu wdzięczni za uratowanie życia, chociaż to tylko zwierzątka.
    Jednak my wiemy więcej, niż wiedział o nim król, który dał mu od razu połowę swego bogactwa.
    Oto moje opowiadanie. Nic innego, jak tylko bajka.
    Ale to nie ja nakłamałem. To ludzie dawno żyjący byli pierwszymi kłamcami. Ja tylko wiernie powtarzałem po nich, więc do mnie nie miejcie żalu i mnie nie potępiajcie.


  • Góra strony

    5. TRZY MĄDROŚCI


    Mam na imię Wacław. Jestem katechetą w wiosce Przy Zdrowym Kamieniu. Oto bajka moja, ale nie moja, bo ja ją kiedyś usłyszałem od starszych ludzi..
    Jest to historia o pewnym chłopcu, który szukał mądrości. Poszedł do pewnego starca, który był znany w całej okolicy z posiadanej mądrości.
    Starzec go wysłuchał i poradził:
    - Oto trzy mądrości, które chcę ci dzisiaj przekazać. Jednocześnie są to trzy zakazy przodków.
    1. Nie buduje się domu w miejscu, gdzie płynęła rzeka.
    2. Nie jest dobry pod budowę teren, na którym rosną drzewa figowe, chociaż byłyby bardzo stare.
    3. Nie buduj domu w miejscu, gdzie rośnie drzewo mantaly, chociażby te drzewa były bardzo stare.
    - Dzięki ci, panie odpowiedział młodzieniec.
    Opuścił starca, oddalił się i szedł do swego domu. A kiedy zbliżył się do swojej wioski, spotkał króla, który wizytował królestwo i swoich poddanych. Król interesował się życiem ludzi w każdej wiosce i tym razem odwiedzał mieszkających na samym krańcu jego królestwa. To było bardzo daleko i trzeba było przenocować w pobliżu pewnego ryżowiska. Tam, gdzie zatrzymał się król, była maleńka wioska, może dwa albo trzy domy. Na tym terenie zatrzymał się cały orszak królewski. W takich okolicznościach w nocy jedni spali, inni czuwali śpiewając pieśni na cześć króla aż do porannej zorzy.
    - Gdzie będziemy śpiewać pieśni królewskie? Przy tych domach, czy raczej na piasku obok wioski?
    - Chodźmy na piasek. To blisko, a miejsce jest czyste, piasek bardzo jasny i niezabrudzony. Tutaj się rozłóżmy. Tu będziemy śpiewali królewskie pieśni aż do jutrzenki, aż do śniadania, aż do odejścia.
    - Czy wszyscy się zgadzają?
    - Tak, tak! rozległy się krzyki
    Wszyscy z królewskiego orszaku poszli na piasek, na ławicę piasku.
    Ale właśnie tego dnia młody człowiek zbudował ziemiankę na terenie położonym nieco wyżej i nieco oddalonym od ryżowiska i od wioski. Kiedy wszyscy ludzie z królewskiego orszaku byli zajęci budową schronienia na jedną noc i przy pracy śpiewali królewskie pieśni, on usłyszał ich rozmowę:
    - Gdzie wprowadzimy króla? Czy damy mu schronienie na ławicy piasku.
    - Tak, poprowadźmy go tu. Na piasku jest przyjemniej, niż w tych lepiankach.
    Dzień się kończył. Ludzie zjedli kolację, stawali się senni, niektórzy drzemali i król też potrzebował spoczynku.
    - Król pragnie spać. Gdzie przygotujemy mu miejsce do spania?
    - To miejsce jest odpowiednie. Ładny szałas pośrodku naszych.
    - Dlaczego nie wprowadzicie go do mojego domu, który zbudowałem na pagórku? - zapytał młodzieniec.
    -Dobra myśl odpowiedzieli Chodźmy tam. Wraz z królem mogą spać dwaj albo trzej starcy. Tutaj, prawdę mówiąc, jest zbyt głośno i naszymi śpiewamy będziemy mu przeszkadzać.
    Król wraz z trzema starcami opuścił ławicę piasku i wszedł do chatki w domku młodzieńca. Ludzie ze świty królewskiej proponowali miejsce w jednym z szałasów, ale on wolał spać przy swoim domu, na szczycie niewielkiego pagórka. O ścianę domu oparł plecionkę z bambusa, okrył dużymi liśćmi i w ten sposób zabezpieczył się na noc.
    Byli tacy, którzy od razu usnęli, byli i tacy, którzy czuwali śpiewając. Byli i tacy, którzy zabawiali się hałasując.
    W nocy niespodziewanie spadł ulewny deszcz. Strumienie wody lały się z nieba. To był wielki deszcz, towarzyszyły mu błyskawice i grzmoty. Wody spływające z pagórków wypełniły wszystkie potoki i rzeczki uchodząc w dolinę. Niestety, wody szeroko się rozlały i bez rumoru wdarły się na ławicę piasku. To była taka sypka zapora! Wystarczyła pierwsza fala i woda rozmyła piasek wtaczając się w dawne koryto rzeki rwącym strumieniem. Śpiewający pierwsi krzyknęli:
    - Ratuj się, kto może! Woda! Woda przybywa!
    Za późno! Większość ludzi z królewskiego orszaku już została porwana przez wodę. Ci zmarli w rozszalałym żywiole. Inni, zaspani, nie potrafili rozeznać się w niebezpieczeństwie i też potopili się.
    Król, ujrzawszy tę katastrofę, z rozdartym sercem powiedział do starców:
    - Jeśli nie posłuchałbym tego młodzieńca, który zaprosił nas do swej chaty, już byłbym martwym, jak wszyscy ci ludzie śpiewający albo śpiący na piasku. Przywołajcie do mnie tego młodego człowieka powiedział do jednego ze starców.
    Starzec zawołał młodzieńca. Kiedy ten stanął wobec króla, usłyszał:
    - Kiedy zakończę wizytację mego królestwa, przyjdź do mnie do mego pałacu.
    - Tak, przyjdę, o królu! - odpowiedział młodzieniec.
    Z powodu nieszczęścia, na znak bólu i żałoby, król jednak odwołał dalszą podróż po królestwie i powrócił do swego pałacu. Większość ludzi ze świty królewskiej zginęła porwana przez fale. Młodzieniec poszedł zaraz za królem.
    Przybywszy do swego domu król wydał polecenie swoim pasterzom i stróżom wołów:
    - Zbudujcie wielką zagrodę, przynajmniej trzy razy większą od tych, które zwykle budujecie, potem wprowadźcie do niej woły, ile tylko zdoła tam wejść.
    Pasterze wykonywali rozkaz królewski. W tym czasie król rozmawiał z młodzieńcem.
    - Niedawno byłem u starca, który przekazał mi trzy mądrości, a jednocześnie trzy zakazy naszych przodków. Oto one: 1. Nie buduje się domu w miejscu, gdzie płynęła rzeka. 2. Nie jest dobry pod budowę teren, na którym rosną drzewa figowe, chociaż byłyby bardzo stare. 3. Nie buduj domu w miejscu, gdzie rośnie drzewo mantaly, chociażby te drzewa były bardzo stare. Dlatego, o królu, zaprosiłem cię do mojej chatki.
    - Uratowałeś mi życie zapraszając mnie do swej nowozbudowanej chatki. Mała i nędzna jest twoja ziemianka, ale za okazane mi serce chcę cię wynagrodzić. Te woły w zbudowanej dziś zagrodzie należą do ciebie.
    Dano je młodzieńcowi, zgodnie z wolą króla. Młodzieniec podziękował za dar i pognał woły przed sobą.
    Tymczasem król zwołał swój lud i przemówił:
    - To, co powiem dziś, w dniu żałoby, nie może być nigdy zapomniane! Nie można budować domu na ziemi, która kiedyś była korytem rzeki, chociaż minąłby już czas długi. Nie buduje się domu na ziemi, gdzie rosną figowce, chociażby te drzewa były bardzo stare. Nie buduje się domu tam, gdzie rosną drzewa mantaly, chociaż byłyby bardzo stare. Jeśli ziemia była kiedyś drogą wody, jeśli przez ten teren płynęła rzeka i zmieniła swoje koryto, chociażby minął czas tak długi, że wyrósłby las, pewnego dnia woda przypomni sobie dawne przejście i w czasie powodzi wedrze się tam gwałtownie. Oto, co powiedziałem dla waszego bezpieczeństwa, ja, wasz król!
    W tym samym czasie młodzieniec wracał do domu bogaty. Setka wołów, to nie byle co! Zbudował dla nich cztery zagrody na pastwisku przy ryżowiskach. Zaraz też poszedł do starca, który przekazał mu trzy mądrości.
    - Ach, dziadku uprzejmie pozdrowił starca.
    - O! odpowiedział nie mniej uprzejmie starzec.
    - Trzy ziarna mądrości, których mnie nauczyłeś, pozwoliły mi stać się bogatym i teraz mogę żyć w dostatku. Postępowałem zgodnie z twoimi radami i mogę powiedzieć, że nie jest to mądrość spróchniała, pozorna, ale to mądrość prawdziwa. Jestem bogaty, przyszedłem ci podziękować, ponieważ wyświadczyłeś mi dobro. Twoje rady okazały się bardzo owocne. Przyprowadziłem ci trzy woły na znak wdzięczności.
    - Tak, mój synu, to dobrze, że przyszedłeś. Rady, które ci dałem, są naprawdę bardzo dobre. Strzeż je i przekaż swoim dzieciom i wnukom. To jest mądrość, która trwa, która jest i pozostanie prawdziwa powiedział starzec do młodzieńca.
    - A ja, kończąc tę bajkę, nie, nie bajkę, tylko prawdziwą naukę, oznajmiam wam. Nie buduje się domu w miejscu, gdzie płynęła rzeka. Nie jest dobry pod budowę teren, na którym rosną drzewa figowe, chociaż byłyby bardzo stare. Nie buduj domu w miejscu, gdzie rośnie drzewo mantaly, chociażby te drzewa były bardzo stare. Woda zawsze może sobie przypomnieć drogę sprzed lat, kiedy podniesie się i wystąpi z brzegów podczas powodzi. Stare koryto może stać się jej drogą, bo ona nie zapomina. Jeśli obecne jej koryto nie wystarcza, wedrze się ponownie do dawnego.
    Ja nie kłamię, Powtarzam, co opowiedzieli mi ludzie dawniej żyjący, doświadczeni, mądrzy.

  • Góra strony

    6. ZAMIANA


    Mam na imię Maria, przeżyłam już lat 16 i jestem zakochana w moim narzeczonym. Dziś opowiadam bajkę, aby was trochę rozweselić.
    Była-żyła pewna kobieta, która pochodziła z królewskiej rodziny. Była więc księżniczką, królewną, córką króla tamtej krainy. Była bardzo piękna, jak każda księżniczka z bajki.
    Żył-był też pewien młodzieniec, który zapragnął ją poślubić. I oni się pobrali. Ale ten młodzieniec miał tylko wygląd człowieka, w rzeczywistości był zwierzęciem okrutnym i krwiożerczym. Nie miał rogów, ogona, piór, łusek, czy innych znaków rozpoznawczych przypisywanych potworom, ale jego serce było nieludzkie nawet dla własnego dziecka. Był po prostu Zwierzem.
    Księżniczka i Zwierz stali się małżonkami i rodzicami. Mieli dwoje dzieci, dwie córki. Pierwsza nazywała się po prostu Piękną Córką, a drugiej rodzice nadali imię Ryż Siejąca. Tę młodszą chcieli nazwać Ryż Drogocenny, ale jak mówić w ten sposób do dziewczynki? To byłoby dobre imię dla chłopca, ale drugim dzieckiem była też dziewczynka. Ryż siejąca przebywała częściej z matką, starsza wolała trzymać się przy swoim ojcu.
    Pewnego dnia obie córki poszły do rzeki po wodę. Piękna Córka mówi do swej siostry:
    - Rzuć swoje naczynie tam, gdzie woda jest głębsza, Ono napełni się szybko i nie będziemy musiały męczyć się wlewając wodę garnuszkiem.
    Siejąca Ryż wrzuciła swoje naczynie do głębokiej wody.
    Usiadły na brzegu i przez chwilę coś sobie opowiadały.
    - A teraz poszukajmy naszego wiadra powiedziała starsza siostra.
    - Ale woda była zbyt głęboka, aby tam wejść. Obie zapomniały o tej dziurze w dnie rzeki.
    - Oto piękna historia! Zobaczysz, że ojciec zabije nas, tak, jeszcze dziś nas zabije!
    Dziewczęta powróciły do domu. Piękna Córka opowiada swej matce o nieszczęściu z wiadrem. Na szczęście, ojca nie było w domu.
    - Mamo, Siejąca Ryż wrzuciła wiadro do głębokiej wody, wiesz, w tym miejscu, gdzie jest wielki dół.
    - Ach, co za nieszczęście! Nie pozostało nic innego, jak tylko szukać kryjówki dla ciebie, moja biedna Siejąca Ryż! rozpaczała matka.
    Szybko zaprowadziła Siejącą Ryż w pobliskie skały. Była tam jaskinia z wejściem trudnym do odnalezienia, w dodatku zamknięta głazem, ale łatwym do odsunięcia od wewnątrz. Każdego dnia, w południe, matka przynosiła trochę jedzenia dla swej córki. Codziennie, kiedy skończyli jeść obiad, ojciec i starsza córka wychodzili z domu, a matka niosła pożywienie i zostawiała dla młodszej córki w skalnej szczelinie. Przy głazie zamykającym jaskinię matka śpiewała:
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    Która sypiałaś na ślicznej macie,Z mięciutką poduszką pod głową,
    Otwórz kamienne drzwi!
    O moja córko Siejąca Ryż,
    Dziecko rozpoznawało piękny głos swej matki i usuwało kamień. Jadła smaczny, biały ryż. Potem córka zataczała głaz na wejście do kryjówki, a matka wracała do domu. Nie trwało to jednak długo. Na trzeci dzień, po powrocie do domu, wściekły głos męża przywitał ją:
    - Gdzie jest Siejąca Ryż?
    - Ja nic nie wiem! Ona straciła twoje wiadro w rzece... Tam, w dole, w głębokiej wodzie. Ona bała się ciebie i uciekła.
    - Hm.
    Tylko tyle wyszło z jego ust. Ale następnego dnia poszedł wraz z Piękną Córką do skał i tam się ukryli. Usłyszeli, jak jego żona śpiewa.
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    Która sypiałaś na ślicznej macie,Z mięciutką poduszką pod głową,
    Otwórz kamienne drzwi!
    O moja córko Siejąca Ryż,
    Nie zdradził się, że poznał tajemnicę. Rankiem następnego dnia poszedł do głazu zamykającego jaskinię, w której skryła się jego córka. Zaśpiewał monotonnie, starając się naśladować głos swojej żony.
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    Która sypiałaś na ślicznej macie,Z mięciutką poduszką pod głową,
    Otwórz kamienne drzwi!
    O moja córko Siejąca Ryż,
    Ale głos go zdradził! Siejąca Ryż nie chciała mu otworzyć.
    - Tak, to mój ojciec! Jeśli otworzę, nie doczekam dzisiejszego wieczoru pomyślała.
    Ojciec poszedł do Pana krogulca, który znał się na ziołach.
    - Panie Krogulcze poprosił pięknie.
    - Tak? odpowiedział pan Krogulec.
    - Czy możesz dać mi jakieś lekarstwo, bardzo proszę, aby mój głos stał się czysty i dźwięczny, jak głos mojej żony?
    - Co?! odpowiedział mniej grzecznie pan Krogulec Kiedy przypadkiem złapię jedną z pańskich nieszczęsnych kurek, pan zaraz wrzeszczy: "ach, ty brudny zwierzaku!" I pan teraz ośmiela się prosić mnie o lekarstwo? Ach, nie, nic nie dam dla przykładu i nauczki!
    Ojciec odszedł. Wkrótce spotkał innego lekarza.
    - O, panie Kruku! Panie Kruku! Bardzo proszę na chwilę.
    - Tak?
    - Czy pan może wskazać lekarstwo, aby mój głos stał się dźwięczny i czysty?
    - Oczywiście! Oto, co trzeba zrobić. Weźmie pan 20 kilogramów czerwonego pieprzu, ubije i rozgniecie dokładnie, a potem pan połknie od razu wszystko.
    Człowiek odszedł. Wziął dwadzieścia gram czerwonego pieprzu, starannie rozmiażdżył i połknął. Mocno go paliło, ale to przecież lekarstwo, a lekarstwo nie musi być smaczne.
    Spróbował swój głos, czy jest dostatecznie słodki:
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    Ale słowa te były wyśpiewane jednym, grubym tonem potwora.
    - Siejąca Ryż! Siejąca Ryż! Człowieku, oszukano cię! Pan Kruk mnie oszukał!
    Człowiek powrócił do lekarza, pana Kruka.
    - Panie Kruk, niech pan mnie posłucha! Nic nie wyszło z pańskiej recepty. Nadal mam głos gruby, przerażający!
    Pan Kruk odpowiedział głosem dobitnym, bardzo dobitnym:
    - A co ja panu powiedziałem? Niech pan weźmie 20
    kilogramów pieprzu! Czyż nie powiedziałem tak? Tym gorzej dla pana. Jeśli pan chce mieć głos młodej kobiety, trzeba wziąć tyle, ile ja powiedziałem, chociaż to lekarstwo jest bardzo silne!
    Człowiek odszedł i szukał 20 kilogramów czerwonego pieprzu. Ubił i rozmiażdżył starannie, a potem połknął od razu. Z pewnością, to go paliło. On miał ogień w ustach i ogień w żołądku, ale przetrzymał to cierpienie. Wkrótce wypróbował swój głos:
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    - Tak! To jest to, czego pragnąłem! Prawdziwy głos młodej kobiety!
    Pobiegł szybko do skał! Oto przed głazem, zamykającym jaskinię zaśpiewał:
    O mała córko Siejąca Ryż,
    O, moja mała nieszczęśnico!
    Która sypiałaś na ślicznej macie,Z mięciutką poduszką pod głową,
    Otwórz kamienne drzwi!
    O moja córko Siejąca Ryż.
    Dziecko uwierzyło, że to jest jej matka. Usłyszało taki śliczny, miękki i słodki śpiew.
    Kamienne drzwi przesunęły się.
    - Och! To ojciec!
    - Chodź tu powiedział ojciec głosem straszliwym Chodź tu, uwolnię twoje włosy z wszy. Tyle ich się nagnieździło na twojej głowie.
    Siejąca Ryż położyła głowę na kolanach swego ojca... ale on kłuł boleśnie jej głowę!
    - Aj! To mnie boli! jęczała.
    - Twoje włosy są brudne! Wszy się mocno trzymają powiedział ojciec.
    I kłuł tak mocno, że czaszka pękła. Siejący Ryż zmarła! Wtedy ojciec zaniósł jej martwe ciało do domu.
    Obrzydliwość! Potwór i Piękna Córka ugotowali ciało Siejącej Ryż i zaczęli jeść.
    - Kobieto, która jesteś matką Siejącej Ryż powiedział potwór daj nam trochę soli.
    - Jakże to!? Wy jecie moją córkę i jeszcze macie odwagę żądać ode mnie soli? Wierzycie, że ja wam dam?
    - Hm mruknął ojciec.
    - Ale po zjedzeniu dajcie mi wszystkie kości mojej małej córki powiedziała żona.
    Kobieta wzięła wszystkie kości i zaniosła do pani Osy.
    - Pani Oso! Pani Oso! Gdzie pani jest?
    - Kto? Kto mnie woła? Czym mogę służyć?
    - Spójrz pani! To są kości mojej córeczki! Jej ojciec, potwór, zjadł ją całą! Proszę mi powiedzieć, czy pani nie mogłaby odbudować jej ciała? Czy pani zrobi to dla mnie?
    - Niech pani pokaże... Tak, odbuduję! Dokładnie rozmiażdżcie wszystkie te kości. Potem, dajcie mi je, abym mogła znów zrobić waszą małą.
    Matka rozmiażdżyła wszystkie kości, nie pomijając nawet najmniejszej i dała pani Osie.
    - Oto jej kości zmiażdżone! Niech mi pani odnowi moją małą!
    Pani Osa wzięła prochy z kości i zaczęła je modelować mrucząc melodię. Po pewnym czasie zapytała:
    - Pani Siejąca Ryż? Pani Siejąca Ryż?
    - Nie odpowiedziały formowane prochy.
    - Pani Siejąca Ryż? Pani Siejąca Ryż?
    - Tu odezwała się mała.
    - Jak się pani odwdzięczyć, pani Oso? zapytała jej matka.
    - Nie, nie, nie oczekuję niczego. Ale, radzę, miejcie się na baczności!
    Matka zaprowadziła dwie córki do króla, do swojej rodziny. Córki tam zostały, a ona powróciła do męża.
    Piękna Córka tak postępowała, jakby tylko ona jedna była księżniczką, a swoją Siostrę, Siejącą Ryż, traktowała, jakby była niewolnicą. Siedziała w domu królewskim zawsze na złotym krześle. Pewnego razu Siejąca Ryż chciała usiąść na podłodze przy swej siostrze, ale natychmiast została wysłana na ryżowisko, aby przeganiała ptaki, które kradły dojrzewający właśnie ryż.
    Siejąca Ryż przeganiała ptaszki i śpiewając piosenkę.
    Ssssio, o ptaszęta, ssssio!
    Nie kradnijcie, uciekajcie stąd,
    Gdzie księżniczka jest niewolnicą.
    Niewolnicę zaś księżniczką zwą.
    Ssssio! Oddalajcie się stąd.
    Ptaszki odleciały. Ale ludzie usłyszeli ten śpiew i donieśli o nowinie rodzinie królewskiej. Król zarządził sąd. Zebrał wszystkie swoje woły i ogłosił wobec ludu:
    - Ta, która przebiegnie skacząc z wołu na wołu i nie spadnie aż do ostatniego, jest księżniczką.
    Król wskazał na Piękną Córkę, aby zaczynała. Nawet do połowy nie dobiegła, gdy raptem bach! spadła na ziemię. Powtarza próbę. Dobiegła do piętnastego i bęc! - już leży na ziemi. Próbuje po raz trzeci buch! Nie utrzymała równowagi skacząc na siódmego wołu. Teraz wchodzi na pierwszego wołu Siejąca Ryż. Lekko i z gracją przeskakuje z jednego wołu na drugi aż do ostatniego: oto prawdziwa Księżniczka!
    Siejąca Ryż została wprowadzona uroczyście do królewskiego pałacu i tam usiadła na złotym krześle. Tymczasem Piękna Córka musiała iść na ryżowisko, aby uganiać się za ptakami porywającymi dojrzewający ryż. Podczas tej pracy śpiewała na płaczliwą melodię:
    Ssssio, o ptaki-złodzieje, ssssio!
    Nie kradnijcie, uciekajcie stąd,
    Gdzie księżniczka jest niewolnicą.
    Niewolnicę zaś księżniczką zwą.
    Ssssio! Przecz, złodzieje, stąd.
    Ptaszki uciekały, ale śpiew rozlegał się daleko i niektórzy mieli wątpliwości. Zaproponowali ponowny sąd. Król ponownie kazał spędzić wszystkie swoje woły i dwie siostrzyczki musiały poddać się próbie po raz drugi. Tym razem pierwsza zaczynała Siejąca Ryż. Przebiegła zwinnie i z gracją skacząc z jednego wołu na drugi. Piękna Córka spadła skacząc na ósmego wołu. Odesłano ją na ryżowisko. Strasząc ptaki śpiewała swoją melodię:
    Ssssio, o ptaki-złodzieje, ssssio!
    Nie kradnijcie, uciekajcie stąd,
    Gdzie księżniczka jest niewolnicą.
    Niewolnicę zaś księżniczką zwą.
    Ssssio! Przecz, złodzieje, stąd.
    Ale już nikt o nią się nie troszczył. Słuchając jej skargi ludzie mówili między sobą:
    - Śpiewaj, Piękna Córko, śpiewaj wciąż! Twój śpiew sprawia nam przyjemność!

    I tak skończyła się moja bajka.
    Opowiadałam, kłamałam, bajałam.
    Historia jak nieskruszona skała,
    Przed wiekami wymyślona,
    Trwa i wciąż będzie trwała.
    Ale to tylko bajeczka mała.

  • Góra strony

    7. KRÓL W ŁACHMANACH


    Nazywam się Andrzej, mam lat 40 i jestem katechetą w mojej wiosce Czyste Niebo. Tę bajkę opowiadał mi mój dziadek, kiedy byłem małych chłopcem. Jest to historia pewnego króla i jego ludu.
    Ten lud miał króla, który panował długo, zestarzał się a miał tylko jedno dziecko. To był syn. Ten jedynak miał zostać jego następcą. Pewnego dnia król zwołał więc cały lud swego królestwa do stolicy, a kiedy wszyscy już przyszli, wygłosił taką przemowę:
    - Oto mój następna! król wskazał ręką na swego syna Ja jestem już stary i dlatego dziś wam mówię, że od chwili mojej śmierci on będzie waszym królem. Szanujcie go tak samo, jak szanowaliście mnie. Bądźcie pewni, że on dziedziczy mojego ducha i ten duch będzie we wszystkim, cokolwiek zarządzi i cokolwiek uczyni.
    Syn zaczął wykonywać obowiązki króla jeszcze za życia swego ojca. Ale był jeszcze kawalerem i ojciec szukał dla niego żony. Pomimo włożonego trudu nie znalazł żadnej, którą zaakceptowałby królewicz. On żadnej nie kochał... Przyszła do królewskiego domu pierwsza nie kochał jej. Przyszła druga też nie pokochał jej. Przyszły inne tak samo, wszystkie musiały odejść.
    Pewnego dnia młodzieniec powiedział do swego ojca, króla:
    - Ojcze, udaję się na poszukiwanie młodej dziewczyny, którą mógłbym poślubić. W czasie tych poszukiwać mam zamiar wykonać coś, co dotyczy zadań króla. Idę nauczyć się, co to jest cierpienie. Jak ja mógłbym rządzić, skoro ludzie codziennie mówią o swoim cierpieniu, a ja nie wiem, co to jest cierpienie? Nigdy nie doznałem cierpienia! Tymczasem wszyscy ludzie mówię niejednokrotnie, nawet kilka razy na dzień: "jak ja dziś cierpię"... Jak można cierpieć? Co się wtedy czuje ? Szukając żony, będę też uczył się cierpienia.
    To powiedziawszy, młodzieniec zdjął królewskie szaty, poukładał je starannie w szafie i poszedł do chlewa. Zabrał stamtąd otręby z ryżu, trociny i sieczki ze słomy ryżowej. Potem poszukał worków, aby to wszystko włożyć. Jeden z worków służył świniom, które wprost z niego jadły otręby. W tym zniszczonym i poprzecieranym worku zrobił trzy dziury: jedną na swoją głowę, dwie inne na ręce. I w ten worek się ubrał, a w drugim worku niósł otręby, trociny i sieczkę. Tak przygotowany do podróży powrócił do królewskiego pałacu i przemówił:
    - Słuchajcie mnie wszyscy! Odchodzę. Idę, aby odkryć, co to jest cierpienie. Ja nie wiem, co to cierpienie, ja nigdy nie cierpiałem. Mnie nigdy ono nie doświadczyło, a teraz, na początku moich rządów królewskich, opanowało mnie pragnienie poznania cierpienia. Wiem, że mogę na was liczyć, ilekroć będę w potrzebie. Oto, co chciałem wam powiedzieć, zanim odejdę. Żegnajcie!
    Łachmaniarz odszedł, wyposażony w maczetę, jak każdy szanujący się podróżny. Ale on nie poszedł drogą szeroką. Wybrał bezdroża i wąskie dróżki, W swoim porozdzieranym worku był tylko biednym łachmaniarzem w podróży. W królewskim pałacu zostawił swą godność królewską. I poszedł. I idzie... idzie... idzie... daleko.
    Wkrótce ujrzał stado świń ryjących ziemię.
    - O, wy świnki! O, wy, świnki! przemówił do nich.
    - Tak odpowiedziały z gracją świnie.
    - Oto ja jestem synem wielkiego króla, w kraju daleko stąd. Idę, aby dowiedzieć się, co to jest cierpienie. Zdarza się, że nudzę się w pałacu, w którym mieszkam. Jeśli spotkałoby mnie nieszczęście, zawołam was, a wy przyjdziecie mi z pomocą. Oto obrok, jako mój prezent dla was.
    Młodzieniec dał im obroku, który miał w worku, i ruszył dalej. Spotkał termity.
    - O, wy, termity! O, wy, termity!
    - Tak odpowiedziały uprzejmie termity.
    - Jestem synem wielkiego króla, panującego daleko stąd. Udałem się w daleką drogę, aby dowiedzieć się, co to jest cierpienie... Może zdarzyć się, że wpadnę w tarapaty.. Jeśli tak stałoby się, pomyślę o was i wtedy wy przybędziecie mi z pomocą. Oto trociny, które zabrałem ze sobą wychodząc z domu. Są dla was, zjadajcie je.
    - Tak odpowiedziały termity możesz liczyć na nas.
    Królewicz odszedł. Nieco dalej ujrzał cyranki baraszkujące w stawie.
    - O, cyraneczki! O, cyraneczki!
    - Tak odpowiedziały uprzejmie cyranki.
    - Oto jestem w drodze w poszukiwaniu cierpienia. Do tej pory nigdy nie miałem troski, ale teraz, jeśli będę w kłopotach, przypomnę sobie o was i wy na pewno przybędziecie mi z pomocą.
    - Z pewnością, oczywiście odpowiedziały cyranki, którym królewicz dał otręby z ryżu.
    Łachmaniarz poszedł dalej. Szedł... szedł... i szedł coraz dalej. Można powiedzieć, że był już tysiąc kilometrów od domu. Wreszcie doszedł do kraju, w którym nikt go nie znał.
    On, łachmaniarz, odziany w podarty worek i z maczetą na ramieniu, zapytał pewnego człowieka:
    - Gdzie znajduje się pałac króla?
    - O! odpowiedział uprzejmie zapytany Król... ale... czego chcesz od króla ty, łachmaniarz, odrażający? Do króla? Czego więc chcesz, czego szukasz? Chyba guza?
    - Ach odpowiedział wędrowiec powiedz mi tylko, gdzie król mieszka.
    - Dobrze, powiem ci. Idź prosto tą drogą, którą tu przyszedłeś. Nieco dalej ujrzysz pałac króla, którego szukasz. Ja z tobą nie pójdę... ja wolę zostać tutaj, daleko od naszego króla...
    - Więc pozostań tutaj, ja wejdę do królewskiego pałacu.
    Łachmaniarz poszedł, niedługo stanął przed królewskim pałacem i wszedł do środka. Poszukał szefa odpowiedzialnego za pałac.
    - Oto ja, który proszę o widzenie się z królem. Jestem biednym, ale król może mnie wspomóc.
    - Co?! usłyszał królewicz łachmaniarz, jak ty, śmiesz prosić o zobaczenie się z królem? Ale... trzeba zwrócić się w tej sprawie do Premiera.
    - Proszę więc zaprowadzić mnie do pana Premiera, jeśli taka jest procedura i wasza wola, panie. Ja chcę widzieć się z królem.
    - Tak, rozumiem. Premier jest w tym pokoju.
    Łachmaniarz poszedł do Premiera i prosił o widzenie się z królem. Chciał rozmawiać z królem osobiście. Tak, zgodzono się na widzenie się jego z władcą tego kraju. Zaprowadzono go do króla.
    - O, królu! O, Królu!
    - Tak odpowiedział uprzejmie król.
    - Oto ja przybywam do ciebie. Jestem biedny i stoję przed tobą. Ja cierpię. Ty możesz mi pomóc. Proszę cię uprzejmie o pracę, dzięki której mógłbym żyć. Prócz tego jestem w trakcie szukania żony dla siebie. Daj mi, proszę cię, twoją córkę, która nazywa się "Mała Ostatnia", Benjaminka, jak ją tytułujesz. Ja wezmę ją za żonę, a ty, o Królu, przyjmij mnie za jednego ze swoich stałych pracowników.
    Król zamilkł i patrzył; co za bezczelność, co za tupet ma ten łachmaniarz!!!
    - Dobre sobie powiedział w końcu Taki człowieczek, na wpół martwy, chce poślubić najmłodszą księżniczkę!? Ty nie wiesz, że ludzie bogaci i wielcy już o nią prosili i oni ją błagali... Ale ona nie chciała! A ty? Czy ona zgodziłaby się zostać twoją żoną?
    - To prawda, co mówisz, Królu... Ale ja ciebie proszę, abyś mi dał Benjaminkę, ona będzie moją żoną.
    - Zgoda! Szukasz pracy? A co ty potrafisz zrobić?
    - Powiedz mi tylko, co ty chcesz, abym ja zrobił... Dla miłości twej córki zrobię wszystko.
    - Uważasz, że zrobisz wszystko?
    - Oczywiście! Przecież ją miłuję.
    - Zgoda! Jeśli tak jest, że ty chcesz, abym ja dał ci pracę, skoro też obiecujesz wykonać ją dobrze i dokonasz tego, Mała Ostatnia będzie twoją żoną. Pokażę ci, co jest do wykonania. Chodźmy.
    Król i Łachmaniarz wyszli z pałacu i doszli do rozległej równiny, wielkiej przynajmniej na 30 kilometrów kwadratowych.
    - Oto, co zrobisz. Przygotujesz to pole do zasiewu. Wytnij ciernie, krzewy i bambusy, wyrównaj i zaoraj... Ale to musisz zrobić przez jedną noc. Rozpoczniesz w chwili, gdy słońce będzie zachodziło... Rano przyjdę i sprawdzę. Jeśli to zrobisz, moja najmłodsza córka będzie twoją żoną. Jeśli tego nie zrobisz, twoja głowa spadnie tu na ziemię. A więc?
    - Królu, możesz być pewny, że ja to zrobię. Ta ziemia będzie przygotowana pod zasiew. Jutro rano ja tu będę odpoczywał po skończonej pracy.
    - I nie boisz się?
    - Nie!
    - Dobrze! Teraz, przed pracą, odpocznij, a o zachodzie słońca zaczynaj!
    Król odszedł. Łachmaniarz poszedł do swoich przyjaciół, świń, które spotkał w drodze.
    - Hej, świnki! Hej, świnki!
    - Tak odpowiedziały z gracją świnki.
    - Oto ja prosiłem króla, który mieszka daleko stąd, aby dał mi swoją córkę za żonę. Nie zgodzi się na moją prośbę, jeśli ja nie wyczyszczę i nie zaorzę wielkiego terenu na wschód od jego pałacu. Proszę was, świnki, o pomoc. Zawołajcie wszystkie świnie, wszystkie wasze siostry, do pracy ze mną na tym polu. Ja was proszę jako król, ale także jako wasz przyjaciel.
    - Tak odpowiedziały świnki czy tylko o to chodzi? Bądź spokojny! My wszystkie pójdziemy na to pole. Przed północą wszystko będzie wyrównane i oczyszczone!
    - Wszystko to zrobicie?
    - Oczywiście! Nie obawiaj się, wszystko to zostanie zrobione!
    Przed wieczorem łachmaniarz udał się do królewskiego pałacu. Powtórzył zapewnienie, że jest gotów rozpocząć pracę tego wieczoru.
    - Jak wiedzie ci się, o Królu? Ja jestem gotowy. Tego wieczoru rozpocznę wykonywanie powierzonej mi pracy. Proszę tylko o łopatę.
    - Och powiedział Król Tu są łopaty dla ciebie.
    Sam Król wybrał mu łopatę - najgorszą, jaką mógł znaleźć w domu pozawijaną, poszczerbioną, przerdzewiałą. Chciał być pewnym, że tą łopatą gałganiarz nie będzie mógł pracować, przecież nigdy nic nie wiadomo. W ten sposób uwolnię się od tego zarozumiałego łachmaniarza pomyślał.
    Łachmaniarz poszedł. O zachodzie słońca zaczął kopać ziemię zniszczoną łopatą. Wieczór zapadał, noc nadchodziła, a on oczyszcza królewską ziemię.
    Tymczasem w pałacu Król rozmawiał z Premierem:
    - Oto na śmierć zgodził się ten mizerak w podartym worku. Jak można oczyścić pole trzydziestu kilometrów kwadratowych przez noc? Jutro rano, panie Premierze, proszę zobaczyć, ile on zrobił.
    - Bądź spokojny, Królu. To pewne, że ten poczciwina szuka śmierci. Ja mu wyraźnie powiedziałem: Co ty będziesz robił u króla? Łachmaniarz, jak ty, chce iść do króla? Ty szukasz nieszczęścia. Ale on mnie nie posłuchał. "Chcę zobaczyć się z królem osobiście, to wszystko". Taka była jego odpowiedź. To idea obłąkana. On jest wariatem, to pewne. Jego głupota go zabije. Co można zrobić dla niego, o Królu? Nic.
    - Ja mu wyznaczyłem próbę, to jego los i przeznaczenie. Jeśliby wykonał tę pracę, pozwól mu żyć. Jeśli tego nie zrobi, wykonaj wyrok na miejscu.
    - Tak się stanie, o Królu.
    A on, tam, daleko, oczyszczał ziemię O godzinie 10-ej wieczorem, kiedy wszyscy ludzie już śpią, przybyły świnie. Przybyły tysiącami. One ryły i przewracały ziemię we wszystkie strony. Po dwóch godzinach praca była skończona. Pole było oczyszczone, wyrównane, wyglądało, jakby było zorane i przygotowane do zasiewu ryżu. Krzewy, ciernie i bambusy powyrywane i złożone na uboczu. A w tym czasie Mały Łachmaniarz to jego imię od tej chwili położył się pod drzewem.
    O wschodzie słońca pan Premier przyszedł obejrzeć pracę. Mały Łachmaniarz spał.
    - Oj, ty! Mały Łachmaniarzu!
    - Aaa odpowiedział udając, że się budzi.
    - A więc tak? To ty śpisz!? A twoja praca?
    - Ach, to pan, panie Premierze.
    - Tak, to ja!
    - Dobrze. Więc zaprowadź mnie do Króla. Jego polecenie spełnione.
    - Praca wykonana?
    - Tak!
    I poszli zobaczyć. Pan Premier patrzy, spogląda, bada... To prawda. Ziemia jest oczyszczona i wyrównana.
    - Tak, ten chłopak ma swoje przeznaczenie albo talent. Jak łachmaniarz mógł oczyścić tak wielkie pole i to w ciągu jednej nocy? powiedział do siebie pan Premier, a głośno dodał Ja powracam. Chodźmy do Króla.
    - O Królu!
    - Tak?
    - Zrobione! Ten Mały Łachmaniarz wykonał pracę, którą mu poleciłeś.
    - Co takiego? Zrobił to?
    - Tak.
    - Niemożliwe! Nie wierzę! Chodźmy zobaczyć.
    I poszli. Oglądają... patrzą... Jednak zrobione!
    - A więc, Królu, twoja praca jest zrobiona. Daj mi więc twoją córkę, Benjaminkę...
    - Taaak przerwał mu Król Co za problem! Poczekaj jeszcze trochę. Mam dla ciebie inną pracę... Jest tu drzewo ogromne. Nikt nie zdołał ściąć, nikt nie próbował nawet ściąć tego drzewa. Jeśli to uda ci się przed wschodem słońca, będziesz miał moją córkę. Ale jeśli tego nie zrobisz, bądź pewny, że spotka cię śmierć. Możesz jeszcze wybierać.
    - Ja - odpowiedział Mały Łachmaniarz ja nie boję się tej pracy. Z miłości do Benjaminki zrobię to, jestem pewny.
    Drzewo było ogromne. Ogromne było już wtedy, gdy rodzili się dziadkowie najstarszych żyjących ludzi. Nikt nigdy nie widział większego drzewa. Dwudziestu ludzi trzymając się za ręce nie mogło objąć jego pnia. Teraz Król wysyła go do ścięcia tego drzewa.
    - Oto drzewo!
    - O Królu, daj mi siekierę, ja je zetnę.
    Król wybrał dla niego siekierę najgorszą w domu: wyszczerbioną, porzuconą, zapomnianą.
    - Oto twoja siekiera.
    - Dobrze, dziękuję.
    - Jeste