|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. XII Tłumaczył
Moje imię brzmi Ludwik. Jestem katechetą i uczestniczę w radzie duszpasterskiej katolickich wspólnot w brusie. W dzisiejszy wieczór opowiadam wam tę bajkę, którą nie ja wymyśliłem, Ja nie jestem kłamcą. To nakłamali ludzie żyjący dawniej, bardzo dawno temu, a żyli na samej północy Madagaskaru. To było bardzo, bardzo dawno temu. Tu żył człowiek, który był złodziejem. Miał na imię Podły-Człowiek-Raniący-Wszystkich. To jego długie imię było trudne do wymówienia i ludzie nazywali go po prostu Podlec. W tym samym czasie przybył z Komorów inny człowiek, którego od dawna zła sława była już dobrze znana na Madagaskarze. Miał na imię Ochydny-Rabuś-Męczący-Spokojnych. Jego znali wszyscy i nazywali go krótko: Rabuś. Ludzie opowiadali o nich, że obaj są znani z odwagi i zręczności. Obaj złodzieje, Podlec i Rabuś, znali się z opowiadań, ale nigdy się nie widzieli. I oto pewnego dnia postanowili się spotkać. Od tego dnia obaj szukali się nawzajem. Podlec był wróżbitą i pewnego dnia rzucił poświęcone ziarna, aby dowiedzieć się, gdzie znajduje się jego towarzysz. Rabuś wyspecjalizował się w kradzieży kóz. Ludzie mieszkający na Komorach jedzą mięso z kozy, więc i on nigdy nie był głodny. Pewnego dnia obaj spotkali się na leśnej drodze. Nie znali się jeszcze, ale przywitali się zgodnie ze zwyczajem. - Dobry dzień, panie podróżny! Jak ci się wiedzie? - Dobry dzień, panie podróżny! Dobrze mi się wiedzie, a panu? - Dobrze! A co nowego w kraju u pana? - Och, trzykrotne nic! - Skąd pan idzie? - Ja? Słyszałem o pewnym człowieku, który nazywa się Podły-Człowiek-Raniący-Wszystkich. Ludzie nie lubią go i nazywają krótko Podlec. Mówią o nim, że ten facet jest biegłym złodziejem. - Jeśli jest tak, jak mówisz, to nie jest źle! Powiem ci, że to ja jestem tym, którego szukasz. Ja jestem Podlec, czyli Podły-Człowiek-Raniący-Wszystkich. - Ach, co za szczęście! Tak, ja ciebie szukam! - A ty? Jak ty się nazywasz? - Ja jestem Ochydny-Rabuś-Męczący-Spokojnych. Ludzie nazywają mnie krótko Rabuś. - Rabuś? Ochydny-Rabuś-Męczący-Spokojnych, to naprawdę ty? - Tak, to ja. - Rabuś, sprytny złodziej kóz? - Oczywiście! To ja! - Co za spotkanie! Musimy się zjednoczyć, musimy działać razem! Wielkich rzeczy dokonamy! Jeśli tylko chcesz, jutro w tej okolicy znajdziemy jakąś jamę, jaskinię lub inną kryjówkę, ponieważ złodzieje nie mieszkają w wioskach. Dziś nadchodzi wieczór, pójdziemy do wioski i tam się prześpimy. Rano udamy się na poszukiwanie kryjówki. Mieszkańcy pobliskiej wioski nie znali żadnego z podróżnych, więc według zwyczaju przyjęli ich gościnnie, wskazali dom, ugotowali im ryż i przynieśli też zioła pachnące do sosu. Rano, o wschodzie słońca, podróżni podziękowali mieszkańcom wioski za gościnę i udali się na poszukiwanie kryjówki. Udało się im znaleźć wśród skałek małą jaskinię, w której mogli zamieszkać, a obok jamę, w której chowali skradzione rzeczy. Strumyczek z czystą wodą przepływał kilkanaście kroków od ich kryjówki. Łatwo też było zrobić zagrodę dla zwierząt. Tutaj nikt nie przychodził. Las wśród skałek był oddalony od wiosek i trudno dostępny. Pewnego dnia Podlec powiedział do Rabusia: - Powiedz mi, że jutro, to twój dzień. Widziałem pewnego człowieka, który ma wielką zagrodę pełną kóz. Ja pójdę kupić pantofle, białe pantofle. Kupiec mi sprzeda, bo takie z pewnością na w sklepie. Wezmę ze sobą jeden, a drugi pantofel dam tobie. Kiedy ty będziesz wyprowadzał kozy, ja będę zabawiał rozmową ich właściciela. W tym czasie ty wyprowadzisz kozy i zagnasz do naszej kryjówki albo na targ i tam sprzedasz. Ale biały pantofel pozostaw przy zagrodzie. To będzie dla mnie znak, że szczęśliwie uprowadziłeś kozy. - Dobrze, tak zrobię, tak się stanie powiedział Rabuś do wspólnika Kozy są nasze. Nazajutrz Podlec z Rabusiem realizowali ten plan. Rabuś poszedł do zagrody z kozami, a Podlec do właściciela i zabawiał go historyjkami. Kiedy uważał, że Rabuś już otworzył zagrodę i wyprowadził kozy, Podlec powiedział do właściciela: - Mój przyjacielu, mój stary, ja przyszedłem do ciebie, aby kupić jedną kozę, jedną tłustą kozę, aby urządzić święto dla mojej rodziny. - Ach, mój stary, mój przyjacielu, nie teraz. Teraz nie jest właściwy moment. Słońce jest już wysoko. Najpierw zjedz coś ze mną. - Nie, mój przyjacielu, mój stary. Ja spieszę się i nie mogę czekać. Ja muszę już iść. Rodzina czeka na mnie i na kozę. W tym czasie Rabuś z kozami był już daleko, doszedł do placu targowego. Już sprzedawał kozy. A Podlec wciąż zabawiał ich właściciela. - Tak, mój przyjacielu, mój stary! Trzeba, abym już poszedł. Chodźmy zobaczyć twoje kozy. Słońce jest już wysoko i moja rodzina oczekuje mnie z kozą. Chcemy świętować. Chcemy jeść mięso z kozy. Obaj, właściciel i Podlec, poszli do zagrody kóz. Przybyli: kóz nie ma, ani jednej! Patrzą: wejście zostało wyłamane. - Ach, mój przyjacielu, mój stary, co za historia! Ktoś wyłamał zamek w drzwiach do zagrody. - Wyłamany? Tak, to jednak prawda! - A gdzie one poszły, te moje kozy? - Mój przyjacielu, mój stary, jak ty możesz chcieć, abym ja to wiedział? Obaj patrzą na lewo, patrzą na prawo. Szukają śladów. Jedne poszły tą drogą, inne tamtą... I oto znaleziono pantofel! Biały pantofel! Oczywiście, pantofel przyniesiony i pozostawiony tu przez Rabusia. - Ależ ten pantofel jest mój! krzyknął Podlec Patrz, mój przyjacielu, mój stary, ja mam drugi od pary. Skradziono mi go! Nieszczęście! Oto on, nowy pantofel, a drugi mam w pudełku pod pachą. Oto para moich nowych pantofli! Właściciel kóz chciał już powrócić do siebie. Przy pożegnaniu Podlec dał mu swoje białe pantofle, taki mały prezent podtrzymujący przyjaźń. - Mój stary, mój przyjacielu, przyjdź do mnie jutro. Jestem pewny, że moje kozy powrócą. One znają drogę do zagrody. Wieczorem już tu będą. Ja nie potrzebują ich szukać nie wiadomo gdzie. Przyjdź jutro, sprzedam ci tłustą kozę. - Zgoda! Teraz wracam do siebie, rodzina już się zgromadziła, przygotowana do obiadu. Ale kozy były już daleko. Wszystkie zostały sprzedane. Rabuś policzył pieniądze: było sto tysięcy. To była wielka suma! Z pieniędzmi powrócił do swojej kryjówki. Podlec już tam był. - No i jak ci poszło, stary? Kozy już sprzedane? - Sprzedane i to za dobrą ceną! - Ile za nie otrzymałeś? - Sto tysięcy! - Hm, nieźle. Obaj weszli do kryjówki. Najedli się. Wkrótce usnęli. Rano Podlec, wróżbita, rzuca poświęcone ziarna. Odczytał zdarzenia, które miały nastąpić. - Oto powiedział jutro rano pewien młodzian będzie powracał do domu. To jeden z marynarzy, który łowił ryby na dużym statku. Będzie niósł walizkę pełną ubrań, które otrzymał jako zapłatę za swoją pracę. Będzie poganiał też kozę. Spotkajmy się z nim. To się opłaci, wierz mi! - Ty potrafisz to odczytać? Jesteś tego pewny? - Tak! Ja nigdy się nie mylę. - Nie można więc przegapić takiej okazji. - Tak, to opłaci się nam obu powiedział Podlec - O godzinie dziesiątej będzie przechodził ten typ. Odpocznie trochę w domu dla gości w wiosce przy lesie, zje banana i wyjdzie na drogę do swojej wioski. My będziemy czekali na niego na końcu prostej drogi, którą dobrze widać. Odcinek długości jednego kilometra tej drogi jest prosty i widać każdego człowieka, który nią idzie. - Dobrze, mój stary! powiedział Rabuś Ja wyjdę na spotkanie z nim, a ty będziesz szedł wzdłuż drogi między drzewami. Będę rozmawiał z marynarzem i postaram się, aby uciekła mu koza. Ty ją schwytasz i przyprowadzisz do naszej kryjówki. W tym czasie ja zajmę się jego walizką. Zrozumiałeś mnie? Ty złapiesz kozę, zabijesz i przygotujesz do jedzenia. Niech będzie dobrze ugotowana, podsmażona, z bananami, też smażonymi. Ja będę potrzebował nieco czasu na zabawienie tego faceta, a potem z pewnością będę głodny. - Ale gdy zabijesz tę kozę, nie obmywaj jej brzucha, to został dla mnie, bo ja mam na to własny sposób. Całą resztę ugotujesz albo upieczesz, jak chcesz! Będziemy mieli dobry obiad. Mnie został tylko skórę z brzucha kozy. - Zgoda! Obaj poszli na czaty. Kiedy Podlec zobaczył człowieka idącego drogą prostą i był dobrze widziany, pozwolił mu się przybliżyć. Kiedy marynarz był już tak blisko, że mógł usłyszeć jego głos, zaczął narzekać, popłakiwać i stękać, jakby miał straszliwe bóle. - Ach, bracie mój! Pomóż mi! Tak strasznie boli mnie brzuch... Umrę, umrę zaraz, umrę na pewno! Aj! Aj1! Aj! - Co ci się przydarzyło, przyjacielu? zapytał wędrowiec - Aaaaach... Brzuch mnie boli straszliwie, bracie! Ach, mój bracie, pomóż mi! Podlec krzyczał głośno, aż serce rozdzierało. - Słuchaj, potrzymaj sznurek od tej kozy. - Aaach, to się nie da... jestem zbyt chory. - Weź sznurek, mówię ci. Ja będę niósł walizkę w jednej ręce, a drugą cię podtrzymam... prowadź moją kozę. I tak się stało. Podróżny niósł walizkę w jednej ręce, drugą podtrzymywał złodzieja niby chorego, który prowadził kozę na sznurku. To była odpowiednia chwila. Podlec puścił sznurek, na którym szarpała się koza. Rabuś ukryty wśród drzew złapał ją, zabrał i uniósł szybko do kryjówki wśród skał. Kiedy Podlec był pewny, że Rabuś jest już daleko, zaczął krzyczeć: - Ach, przyjacielu, szybko! Koza mi uciekła! Goń ją, bracie, aby ci twoja koza nie zginęła. Ach, co za nieszczęście! W tym czasie koza była już bardzo daleko. - Siadaj tutaj, przyjacielu! powiedział marynarz ja pójdę za tą przeklętą kozą. - Ale szybko wracaj! Ja już nie mogę wytrzymać, ja zaraz umrę, to pewne! Złap ją szybko, proszę cię. - Połóż się tutaj i weź walizkę pod głowę, będzie ci służyła za poduszkę. Ja nie zabawię długo powiedział właściciel kozy i walizki. Podlec położył się na poboczu drogi i swoją głowę położył na walizce. Jęczał. A młodzian pobiegł za kozą na północ, skąd przyszedł. Biedny! Jego koza była już zabita i pieczona. Podlec podniósł głowę i patrzył na młodzieńca oddalającego się w kierunku północnym, skąd przybył. Spieszył się, biegł. Kiedy niby chory zauważył, że poszukujący kozy jest już na końcu kilometrowej drogi, wstał, wziął jego walizkę, opuścił drogę, wszedł do lasu i udał się też w kierunku północnym. Biedny Marynarz! W pewnej chwili zatrzymał się, zwątpił w możliwość odnalezienia kozy i zadyszany wraca na koniec drogi, gdzie zostawił chorego, a może już umierającego Młodzieniec wraca po swoją walizkę. Podlec jest już daleko, zniknął. Zniknęła jego walizka. Zniknęły też jego ubrania i pieniądze. Zziajany marynarz jest zrozpaczony, Nie zostało mu nic poza tym, co ma na grzbiecie. W tym samym czasie Podlec był już daleko, spieszył się do kryjówki, gdzie Rabuś przyrządzał obiad. Tak, już przybył. - No, jak ci poszło? zapytał Podlec. - Dobrze! Koza upieczona? - Tak, już upieczona. Możemy jeść. Podlec czuł się szczęśliwy. Zdjął pas, poluźnił ubranie. Co za upał dzisiaj! Teraz zaczął jeść, jest mu dużo lepiej. Rabuś był muzułmaninem i - choć złodziej - chciał być dobrym muzułmaninem. Po obiedzie Podlec poszedł do strumyka przepływającego obok ich kryjówki, aby umyć skórę z kozy. Umył też flaki, ponieważ była to jego potrawa ulubiona. A woda wypływała ze skały, była czysta, krystaliczna. Przepływała po kamieniach... Rabuś wciąż się modlił. Kiedy Podlec oczyścił i umył już wszystko, zawiązał skórę tak, że powstał worek, który zaraz napełnił wodą. Pozostawił tylko maleńką dziurkę. Teraz ręką uderzył w tę skórę, która dzięki wodzie wydała krótki, ostry dźwięk. Podlec uderzył silniej płaską dłonią, jakby ją policzkował. Pif! Paf! Puf! To nie brzmi dobrze... Jeszcze raz: Pif! Paf! Puf! Tak, teraz brzmi właściwie. I wtedy Podlec zaczął krzyczeć: - To nie ja, panie władzo! To nie ja złodziej! To tamten na górze! To nie ja ukradłem! Przepraszam! Przepraszam! Och! Ach! Ojejej! Brrrrum! wydała odgłos woda w skórze. Podlec uderzył w worek jeszcze silniej. - Przepraszam, panie władzo! To nie ja złodziej! To ktoś inny! - Pif! Paf! Puf! Nie! Nie! Nie ja! To tamten!!! Wysoko przy jaskini Rabuś nadsłuchiwał. Co to może być? I uciekł. A jak szybko uciekał! Wierzcie mi! Dokąd pobiegł? Nie wiem. Nikt nie wie. Odtąd nikomu kozy nie ginęły. Zaś Podlec nadał odstawiał cyrk: - Pif! Paf! Puf!... przepraszam, panie władzo! Ja nie jestem złodziejem! To tamten na górze, to on! Tak, szefie, przepraszam! Po chwili zawołał: - Rabuś, gdzie jesteś? Milczenie. - Raaabuuuś!!! Gdzie jesteś, stary? Raaabuuuś!!! Wróć, stary! To nic nie było, to tylko dowcip. Wracaj!!! Co za człowiek, on jest głupi! On nie jest prawdziwym złodziejem, ten chłop. On nawet nie przyszedł zobaczyć, co to jest, czy kto to jest. Ja żartowałem, a on dostał pietra i opuścił naszą kryjówkę. Podlec otworzył walizkę: pełna pieniędzy dziewięćset tysięcy! I ubrania, nowe ubrania. A Rabuś zostawił wszystko, nawet swoje ubrania, nawet swój płaszcz, a nawet swój talerz z dużą porcją mięsa. Podlec przejrzał jego ubranie: pieniądze, pełno pieniędzy, sto tysięcy za kozy. W ten sposób Podlec stał się bogatym człowiekiem, milionerem. On tylko sam. Pogwizdywał z radości, śmiał się. Rozumiecie, prosty chłop, który zdobył milion! Był strasznie zadowolony: to wszystko jest jego. Co za głupiec z tego drugiego! Podlec udał się w okolice, gdzie był zupełnie nieznany. Kupił dom. Kupił woły. Kupił ryżowisko. Już nie musiał kraść. Oto historia o dwóch złodziejach. To jest bajka. Opowiedzieli mi ją ci, którzy ją wymyślili. A tak naprawdę, to nie wiem, co robili potem. Nawet nie wiem, czy żyli, ten Podlec i ten Rabuś. Oto moja bajka. Skończyłam opowiadanie. Mam na imię August. Jestem katechetą. Mój dom zbudowałem obok kościoła w wiosce zwanej Nad Brzegiem Rzeki. Wiecie, że praca w tropiku nie jest przyjemna. Słońce praży, wody jest mało, roją się różne insekty i zdrowie często nie dopisuje na tej Czerwonej Wyspie. Mojej bajce można dać tytuł: "Ufamy Stwórcy, który daje nam życie". Kiedyś, oj, jak bardzo dawno temu, byli-żyli ludzie, było ich trzech, trzech braci. Najmłodszy nazywał się Ufający. Wszyscy trzej bracia mieszkali w maleńkiej wiosce. Pewnego razu wszyscy trzej szli do miasteczka nad morzem. Przechodzili przez miejsce pustynne, sawannę porośniętą wysokimi trawami. Nie było tu ani jednego drzewa, tylko kilka krzewów wyrastało ponad trawy. Wy wiecie, to są takie krzewy z nielicznymi liśćmi, nazywane przez nas "posiadacze stu", chociaż na nich trudno dojrzeć maleńkie owoce, których ani człowiek, ani zwierzęta nie jadają. Na jednym z tych krzewów Ufający spostrzegł kameleona. Zapytał swoich braci: - Czy on może znaleźć coś do jedzenia na tym krzewie, ten kameleon? - Liczy na Stwórcę, który daje życie odpowiedział najstarszy z braci. Trzej bracia szli dalej w milczeniu, najstarszy na przedzie, najmłodszy na końcu. Droga była długa, a oni szli, szli bez przystanku. Po dłuższym czasie najmłodszy spytał ponownie: - Chłopcy! Co kameleon może znaleźć do jedzenia na tych krzewach? Nie ma przecież szarańczy, ani motyli. - Mój chłopcze! On liczy na Stwórcę, który daje życie. Tylko taką odpowiedź starsi dawali pytającemu najmłodszemu. Trzej bracia szli dalej, wciąż szli. Nie zmieniała się droga, która prowadziła przez niezmienną sawannę. Szli przez dwa tygodnie nie widząc nikogo. Najmłodszego wciąż intrygował problem, czym żywi się kameleon na krzaku wśród sawanny. Zapytał swych braci po raz trzeci: - Bracia, co może znaleźć do jedzenia kameleon na tych krzakach? - Bracie, już ci mówiliśmy, że on liczy na Stwórcę, który daje życie. - Jeśli tak jest, ja wracam do domu. Weźcie sobie moje bagaże. Jeśli Stwórca pozwala żyć takim stworzeniom, jak kameleon, tym bardziej zatroszczy się o coś, co ja potrzebuję do życia. Powiedział i wykonał. Bracia poszli do miasta, a Ufający powrócił do swojej wioski. Kiedy wszedł do domu, jego rodzina pytała go o nowości, o podróż, o powód jego szybkiego powrotu. On nie odpowiedział na żadne pytanie i po skończeniu tradycyjnych pozdrowień wypowiadanych przy powitaniu Ufający wziął prześcieradło, położył się na podłodze, przykrył się kocem i usnął. I tak pozostał nie poruszając się przez cały tydzień. - Ufaj Stwórcy, który daje życie ta myśl nie opuszczała go. Nie podnosił się, nie poruszał, ale przez cały czas rozmyślał o tym powiedzeniu: "Ufaj Stwórcy, który daje życie". Tymczasem wszyscy krewni i sąsiedzi, wszyscy mieszkańcy w wiosce uznali, że jego postępowanie nie jest właściwe i niejeden uznał go za pomylonego. Jego żona pozostała mu wierna, chociaż mąż całymi dniami nic nie robił i ona, kobieta, musiała szukać suchego drzewa i rąbać je, aby coś ugotować. Krewni i sąsiedzi zaczęli uważać, że także ona nie jest normalną, skoro pozostaje z mężczyzną, który na nią zwala całą robotę, nawet tę najbardziej męską. Jeden z jej braci powiedział do ojca: - Pójdźmy po nią, bo inaczej wkrótce trzeba będzie zanieść do grobu ciało naszej siostry... Zabierzemy ją siłą, skoro sama nie chce opuścić swego pomylonego męża. Jej bracia byli tak zagniewani, za nawet chcieli zabić swojego szwagra. Tymczasem Ufający nie wstawał ani w dzień, ani w nocy, a leżał przy otwartym oknie. To nasunęło im pewną myśl. Kiedy dzień się kończył i słońce było już bardzo nisko, powiedzieli do swej siostry: - Dziś powrócimy późną nocą. Poszli do lasu i szukali mrowiska. Myśleli, że z pomocą żarłocznych mrówek łatwiej im będzie uśmiercić ich szwagra, który nie chciał pracować, aby dać pożywienie swojej rodzinie. Znaleźli mrowisko, jakiego szukali. Poczekali, aż noc zapadnie. W płachtę włożyli dużą część mrówczego kopca, podeszli do otwartego okna i mrówki z ziemią wysypali z płachty na szwagra leżącego w domu. Byli przekonani, że mrówki rozbiegną się po mieszkaniu i będą gryźć wszystko, co żywe. Wiedzieli, jak dokuczliwe potrafią być mrówki. - On już nie żyje powiedzieli po godzinie szwagrowie z całą pewnością już zmarł. Ale, dla pewności, chodźmy do lasu jeszcze raz i dla pewności przynieśmy jeszcze więcej mrówek. Poszli do lasu po raz drugi. Trafili na mrowisko. Niemal całe zgarnęli do płachty i zanieśli do wioski. Stanęli przy otwartym oknie. Była cisza. Znów wrzucili ziemię z mrówkami do mieszkania. Z pewnością przysypali ciało zagryzionego. Nie zdziwili się, że coś dzwoniło i dźwięczało po podłodze. - Tak, tym razem z całą pewnością mrówki go zagryzą, jeśliby jeszcze żył. Możemy przygotowywać pogrzeb naszego szwagra. Zadowoleni bracia powrócili do swoich domów. W tym czasie szwagra obudziło jakieś brzęczenie. Coś dzwoniło tocząc się po podłodze. Ciekawy, podniósł się, zapalił lampę. Noc była bardzo ciemna, niebo pochmurne, bez gwiazd ani księżyca. Patrzy na podłogę... W świetle tej lampy naftowej ujrzał złote i srebrne naczynia. Cała podłoga była nimi pokryta. Co za skarb! Zaraz zawołał swoją żonę, która jeszcze była zajęta pracą w kuchni, maleńkim domku zbudowanym na podwórzu. - Żono! Chodź prędko! Zaraz przybiegła. Spojrzała na mieszkanie i stanęła zdumiona. On jej wyjaśnił: - Czy widzisz to, co leży na podłodze? To wielki skarb. Ja liczyłem na Stworzyciela, który daje życie, i dlatego tak się zachowywałem. Pouczył mnie nierozumny kameleon. Jeśli opuściłabyś mnie, jak ci radzili bracia i cała twoja rodzina, nie miałabyś nic z tego! Ja zatrzymałbym dla siebie ten majątek, ponieważ byłem pewny tego, że da mi Stwórca, który daje życie. Liczyłem na Tego, który interesował się nawet kameleonem i który zajmuje się także mną, ufającym Jemu. Te pieniądze i wszystkie złote i srebrne naczynia są nasze. Mamy z czego żyć i nie musimy słuchać rad kogokolwiek! Małżonkowie zebrali z podłogi skarb, oczyścili z ziemi i złożyli w schowku trudnym do znalezienia. Czerpali z niego z umiarem. Nie przerywali swoich zajęć codziennych. Kupowali wszystko, co było im potrzebne i pożyteczne. Kupili woły, duże stado! Zbudowali dom, najpiękniejszy w wiosce. Stali się najbogatsi wśród bogatych. Umieli gospodarzyć swoim majątkiem nie wzbudzając podejrzeć ani zazdrości. Oto historia, którą chciałem wam opowiedzieć. Ta bajka uczy prawdy, że bardzo pożyteczną jest rzeczą liczyć na Stwórcę, który daje życie. Przekonał się o tym Ufający. Kto kłamał? Nie ja kłamałem. Ja tylko powtarzałem historię Wymyśloną przez naszych przodków. Oni wierzyli, że Stwórca daje życie I my wierzymy, że Stwórca daje życie Jestem synem Wincentego, który jest wieśniakiem. Mam lat 16 i też jestem wieśniakiem, ale nauczyłem się także kowalstwa i spawania. Na imię mi Stanisław. Moja bajka jest historią Pana Dzika, Pana Psa i Pana-Który-Się-Toczy-Na-Sobie-Samym, powiedzmy krótko: Pan Toczący Się. W czasie, kiedy zdarzyła się ta historia, oni wszyscy byli ludźmi, dlatego nazywamy ich Panami. Ludzie nie wyglądali tak, jak my, żyjący obecnie. Każdy człowiek był kulą i przemieszczali się z miejsca na miejsce tocząc się. Pan Dzik uprawiał ryż. Ta historia zaczyna się właśnie w czasie, kiedy ryż był prawie dojrzały. Jeszcze miesiąc, jeszcze trzy tygodnia, a będzie można żniwować. Pewnego dnia, tuż przed żniwami, Pan Toczący Się potoczył się do rzeki po wodę, która przecież jest konieczna do gotowania. Czynił to codziennie. Tocząc się, wciąż tocząc się na sobie samym, przybył na brzeg rzeki. Ja wam przypominał, że to był sposób poruszania się ludzi w tamtych czasach. A kiedy czerpał wodę, wciąż się tocząc na sobie, spotkał Pana Lemura. Wy wiecie... to taki rodzaj małp o okrągłej głowie podobnej do kota, z dwoma oczami bardzo krągłymi, jak kule. Dziś lemury potrafią latać wśród gałęzi drzew, takie są zwinne! Pan Lemur zdziwił się. - Jak to, Panie Toczący Się, dlaczego ty wciąż toczysz się na sobie, przyjacielu? - Przyjacielu, ty wiesz dobrze, że ja nie mogę chodzić. Nogi, które dostałem, nie nadają się do chodzenia. - Och powiedział Pan Lemur Jeśli nie możesz chodzić, chociaż posiadasz nogi, posłuchaj mojej rady. Ja znam pewien kraj, w którym żyje Pan Leczący. On może cię wyleczyć. Będziesz zdolny do chodzenia. Ale uprzedzam cię, to nie takie łatwe dojść do niego. Jeśli jednak chcesz się z nim spotkać, najpierw idź do Pani Staruszki, która mieszka na samej północy. Kiedy wejdziesz do jej izdebki, powiesz jej, że musisz iść do kraju, w którym leczy się ludzi. Ale najpierw będziesz musiał oczyścić jej oczy z zaschniętych łez i kurzu, który nagromadził się i posklejał, przesłaniając jej oczy. - Dziękuję ci, Panie Lemurze! Ja to zrobię powiedział Pan Toczący Się. Nie czekając nawet na odpowiedź Pana Lemura, bez tradycyjnego pożegnania, pozostawił garnek z wodą na brzegu i natychmiast ruszył tocząc się ku Pani Staruszce. Gdy przybył od niej, uprzejmie prosi: - Czy mogę wejść, Pani Staruszko? - Proszę odpowiedziała Pani Staruszka Kim jesteś? - Ja? Ja jestem Pan Toczący Się. - Pan Toczący się? Dobrze. Ale najpierw zdejmij mi skorupy z moich oczu, potem będziemy mogli porozmawiać. Pan Toczący Się udał się na poszukiwanie i z wielką pałką powrócił do mieszkania Pani Staruszki. Z całej siły uderzył tą pałą Panią Staruszkę w skorupę okrywającą jej oczy. Jej łzy wypływające ze spojówek pokryte kurzem wyschły i stały się twarde jak cement! Teraz skorupa odpadła nie pozostawiając nawet najmniejszej ranki lub blizny na jej twarzy. Kiedy jej oczy zostały oczyszczone, Pani Staruszka zapytała: - Co cię sprowadza do mnie? - Chciałbym zostać wyleczonym. Jak widzisz, ja nie mogę chodzić, ja się tylko toczę. - Dlatego przybyłeś do mnie? - Tak, tak! Właśnie dlatego. - Wyleczyć się możesz, ale to będzie bardzo trudne i niebezpieczne. - Powiedz mi tylko, co powinienem zrobić, a ja wykonam to nawet, jeśli jest trudne i niebezpieczne. Jestem pewny, że zdołam. Przecież pragnę, bardzo pragnę chodzić. - Dobrze! A więc udaj się w drogę tą oto ścieżką. Będziesz toczył się długo, aż zobaczysz wielką rzekę z mostem. Nie będziesz toczył się po moście, ale pokonaj rzekę przetaczając się po jej dnie. Niewiele będzie tam wody o tej porze roku, dno stanie się prawie suche. Kiedy wytoczysz się na drugi brzeg i oddalisz się nieco, ujrzysz głowę ludzką. Ta głowa nie będzie miała ciała, ale będzie się śmiała. Wtedy uważaj, abyś ty się nie śmiał z niego ! - Rozumiem. - Tocz się dalej, wciąż tocz się po tej ścieżce. W pewnej chwili ujrzysz ubijak do ryżu, który sam uderza w ryż znajdujący się w drewnianym moździerzu. Nie będziesz widział człowieka, który trzymałby ten ubijak. Wtedy uważaj, abyś ty się nie śmiał z niego! - Rozumiem. - Tocząc się dalej, ujrzysz wioskę. Tam jest twój cel wędrówki. Tam spełnią się twoje pragnienia. W jednym z domów mieszka Pan Leczący. Zapytasz: "Czy można wejść?" Ludzie mieszkający w tym domu odpowiedzą ci: "Wejdź!? Ale ty nie wchodź do środka, pozostać przy drzwiach i tam usiądź. Będzie to czas posiłku i ludzie powiedzą ci: "wejdź i jedz z nami!" "nie, nie" odpowiesz im. Kiedy skończą jeść, ludzie wyjdą z domu, aby nakarmić zwierzęta. Kiedy dadzą jeść kurom, kaczkom i gęsiom, ty możesz potoczyć się do tych zwierząt i jeść razem z nimi. - Bardzo dobrze zrozumiałem cię, Pani Staruszko. Pan Toczący Się pożegnał Panią Staruszkę i opuścił jej dom. Potoczył się wskazaną ścieżką. Toczył się długo. Kiedy zobaczył rzekę, ominął most i wtoczył się do głębokiej wody, która natychmiast znikła, a dno stało się ławicą piasku. Toczył się dalej i przy ścieżce ujrzał głowę ludzką, która się śmiała. Głowa bez ciała! To prowokuje śmiech! Czy chciał się śmiać? O, tak, miał wielką chęć śmiać się do rozpuku, ale pamiętał pouczenie Pani Staruszki i przetoczył się obok głowy. Potoczył się dalej swoją drogą. Przed wioską zobaczył jeszcze ubijak. Nikt go nie trzymał, a dwumetrowej wysokości ubijak walił w ryż! I tym razem Pan Toczący Się nie zaśmiał się, chociaż to było takie śmieszne. Skończyły się próby. Doszedł do wioski, w której mieszkał Pan Leczący ludzi. Opowiedział mu swoją troskę, opowiedział o swojej podróży, a na koniec dodał: - Jak widzisz, Panie Leczący, z tego powodu przybywam do ciebie. Jestem chory i słaby, ale wierzę, że możesz mnie wyleczyć. - Hm, hm odpowiedział tylko tyle Pan Leczący. Zaraz zabrał się do pracy. Potrafił wyleczyć Pana Toczącego Się. Najpierw porąbał na kawałki całe ciało człowieka, który był jego pacjentem. Wszystkie te kawałki włożył do skrzyni i starannie zamknął jej wieko. Skrzynię pozostawił zamkniętą na czas jednego tygodnia. Gdy minął tydzień, Pan Leczący ostrożnie otworzył skrzynię i zawołał: - Panie Toczący się! - Tak? odpowiedział człowiek i wyszedł ze skrzyni. Oto, jak dobrze ułożone wszystkie jego członki! Pan Toczący Się został uleczony!. - Czy teraz możesz chodzić? zapytał Pan Leczący. - Tak, tak! Teraz mogę chodzić, oczywiście! - Pobiegaj nieco, abym zobaczył, że potrafisz to robić. Pan Toczący Się zaczął biec. Już nie potrzebował toczyć się na samym sobie! O, jak wspaniale spisał się Pan Leczący! Doskonała i piękna robota! - Dziękuję pięknie, dzięki ci, Panie Leczący! - Teraz możesz wracać do domu, do swoich. Pan Toczący Się ruszył w drogę powrotną. Szedł i przyszedł do swego domu. Przybył do swojej wioski i spotkał Pana Dzika, który patrzył na niego z wielkim podziwem. Spotkał Pana Psa, który zapytał go: - Mój przyjacielu, Panie Toczący Się, co zrobiłeś, aby mieć takie ciało, które potrafi chodzić? Gdzie je znalazłeś? - To daleko stąd. W pewnej wiosce żyje człowiek, który nazywa się Pan Leczący. Byłem u niego. Najpierw poszedłem do pewnej staruszki, która pouczyła mnie, jak mam pokonać próby, które musiałem przejść, zanim Pan Leczący rozpoczął swoją pracę. - Tak, my też musimy iść do tego Pana Leczącego. Przecież nic nie stracimy, a zyskamy takie piękne ciało. Czy chce pan, Panie Dzik, ruszyć w drogę natychmiast? powiedział Pan Pies do Pana Dzika. - Tak, przecież nie można zwlekać odpowiedział Pan Dzik. Poszli. Przybyli do Pani Staruszki. - Czy możemy wejść? zapytali jednocześnie Pan Pies i Pan Dzik. - Wejdźcie! odpowiedziała Pani Staruszka - Kim jesteście? Zdejmijcie z moich oczu pokrywę, proszę. Obaj panowie spojrzeli na staruszkę. Zobaczyli skorupę, która powstała z wypływających ze spojówek łez i kurzu. Zaczęli się śmiać, strasznie się śmieli, aż do rozpuku. Ale jej oczu nie oczyścili. Jakże rozśmieszyła ich ta pokrywa na oczach! Pomimo tego Pani Staruszka zapytała - Dokąd to udaje się? - Idziemy do Pana Leczącego, do uzdrowiciela, u którego był Pan Toczący Się. My chcemy chodzić tak samo, jak on. Ale nie znamy drogi do niego. Czy możesz wskazać nam drogę? - Hm, wy nie chcieliście zdjąć skamieliny z moich oczu... tym gorzej dla was... pomimo tego wskażę wam drogę i dam wskazówki. Idźcie ścieżką na północ. Po długim marszu ujrzycie most na rzece z głęboką wodą. Nie można przechodzić po tym moście, ale zejdźcie do wody. W jednej chwili rzeka stanie się prawie sucha i łatwo przejdziecie na drugi brzeg. Potem ujrzycie głowę ludzką bez ciała, głowę, która chichocze ze śmiechu. Ale wy nie śmiejcie się i idźcie swoją drogą nic nie mówiąc. Następnie ujrzycie drewniany ubijak do ryżu i moździerz również z drzewa. Nie będzie przy nim nikogo z ludzi i ubijak sam będzie uderzał, aby oczyścić ryż. Pamiętajcie, aby się nie śmiać! To surowo zakazane!. Wreszcie dojdziecie do domu, w którym mieszka Pan Leczący. On was zaprosi, każe wejść do swego domu, ale wy nie wchodźcie! Pozostańcie przy drzwiach jego domu i usiądźcie. Kiedy mieszkający z Panem Leczącym zaproszą was do jedzenia, nie idźcie, lecz czekajcie, aż będą karmili kury, gęsi i kaczki. Idźcie jeść razem z tym ptactwem! - Tak odpowiedzieli jednocześnie Pan Pies i Pan Dzik. Nie pożegnawszy ani nie podziękowawszy Pani Staruszce, obaj ruszyli w dalszą drogę. Obaj toczyli się, nie zapominajcie o tym! Przybyli do głębokiej rzeki, zobaczyli most, o którym mówiła im staruszka. Spojrzeli na głęboką wodę. Nie zachęcała do zanurzenia się w niej. - Któż odważyłby się wejść w wodę tak głęboką? Tylko ten, kto szuka śmierci. Tak! Pani Staruszka jest czarownicą, to pewne! Ona nas okłamała! Po co jest most? Obaj przetoczyli się po moście. Wkrótce ujrzeli ludzką głowę, która się śmiała. Sama, bez ciała ludzkiego! Obaj zaczęli się śmiać. Obaj wyśmiewali się z ludzkiej głowy, a śmieli się do rozpuku. - O, patrz tam! krzyknął Pan Pies i roześmiał się. - Ubijak, który sam tłucze ryż! Nie ma człowieka, nie ma nikogo, kto by go trzymał! Pan Pies i Pan Dzik potoczyli się dalej, śmiejąc się. Doszli do wioski wciąż się śmiejąc. Zapytali o dom Pana Leczącego. Zbliżyli się do drzwi i zawołali: - Czy jest ktoś w domu? Byli. Ludzie akurat nakładali ryż na swoje talerze, bo to była pora posiłku. - Tak, tak, jesteśmy! Wejdźcie! Wtoczyli się i usiedli na krzesłach przygotowanych dla jedzących. - Będziecie jedli razem z nami... Pan Pies i Pan Dzik zaczęli jeść. - Kto pójdzie jeść razem ze zwierzętami? Trzeba całkowicie stracić rozum. Jedli z apetytem. Po posiłku, syci, przedstawiają uzdrowicielowi cel swojej wizyty. Mówią o podróży. - Dobrze powiedział Pan Leczący zajmę się wami. Uzdrowiciel przygotował cały swój sprzęt, wszystkie narzędzia. Poprosił swoich pacjentów, aby położyli się w sławnej skrzyni i przeczekali tam cały tydzień. Po tygodniu uzdrowiciel otworzył skrzynię. Pan Pies i Pan Dzik mogli wyjść. Pan Dzik obudził się z ryjem. Miał cztery nogi, a szczecina pokrywała całe jego ciało. Wyszedł też Pan Pies. Miał ogon i także cztery łapy, a całe ciało pokryło się sierścią. Pan Leczący poszedł po lustro, aby obaj panowie mogli się zobaczyć, jak wyglądają po zabiegach. - Patrzcie, oto zmiany, na które zasłużyliście. Moja praca już jest skończona. - Jak to, skończona? I my takimi pozostaniemy? - Oczywiście, że tak. Cóż mogli zrobić? Takimi musieli wracać do domu. - Ach powiedział Pan Dzik lepiej dla mnie będzie, jeżeli ja tam nigdy nie powrócę. Lepiej byłoby dla mnie, gdybym nigdy tutaj nie przychodził... gdybym został takim, jakim byłem. Teraz jest jeszcze gorzej, niż było. - Ja też tak sądzę powiedział Pan Pies Przedtem było mi dużo lepiej. Nic nie zyskałem, a wiele straciłem. Co za długi ogon do noszenia! Pan Dzik i Pan Pies poszli. Szli prędko. Właściwie biegli. Chcieli jak najszybciej powrócić do siebie. Gdy wybiegali z lasu i ujrzeli wioskę, Pan Dzik powiedział do swego towarzysza: - Ja... ja nie powrócę do wioski. Zbyt się wstydzę. Nie wrócę tam nigdy. Ukryję się tu, w gęstwinie leśnej. - A ja powiedział Pan Pies ja wejdę do wioski mimo wszystko. Tam jest cała moja rodzina. Zostanę z nimi... Będą mnie bić... Nic nie odpowiem... Wygnają mnie... Powrócę... Ja nie chcę odłączyć się od nich. I tak już pozostało. Dzik żyje w lesie. Tam kryje się przed ludźmi i wychodzi na pola z dojrzałym ryżem, aby jeść i niszczyć. Więcej zniszczy, niż zje. Uważa, że ryż jest jego, chociaż nie zasiał. On wspomina ten jego ryż, który dojrzewał, kiedy poszedł do Pana Leczącego. Nie zjadł ryżu, który zasiał i opielił. I dzisiaj wszystkie dziki czynią tak samo. Psy nie opuszczają ludzi w wiosce. Można je zbić, wtedy odejdą, ale daleko nie oddalą się i wkrótce powrócą. Nie potrafią żyć z dala od ludzi. Bajka, bajka, bajka! Ja powtarzałem kłamstwo zasłyszane! Mam na imię Staś. Opowiadam wam bajkę, której nauczyła mnie moja babcia. Wiecie, że babcie znają bardzo dużo bajek i cieszą się, gdy wnuki chcą słuchać. My uczymy się od naszych babć i dziadków tego, co oni kiedyś usłyszeli od swoich dziadków i babć. Dziś wy słuchajcie tej bajki opowiedzianej mi przez moją babcię, staruszkę. Może ona was nieco rozweseli. Kiedyś, bardzo dawno temu, był-żył człowiek, który miał żonę i czterech synów. Najmłodszy z nich był trędowatym. Wiecie, że trąd przeszkadza w pracy. Ten czwarty z braci był już tak chorym, że nie mógł pracować, aby zarobić na życie. Przez cały dzień pozostawał w wiosce, kiedy jego bracia pracowali w lesie albo na ryżowisku. Kiedy oni wracali do domu na posiłki, najmłodszy przychodził do nich i jadał razem z nimi Kiedy w państwie nastał wielki głód, starsi bracia mówili między sobą: - Co uczynimy z naszym bratem? Jest głód w kraju i my musimy chodzić do lasu w poszukiwaniu leśnych, słodkich kartofli. Trzeba mieć nieco szczęścia, aby znaleźć banany. Kiedy my pracujemy, nasz brat zostaje w wiosce nic nie robiąc, jednakże w godzinach posiłków przychodzi jeść z nami to, co nam uda się zdobyć. To prawda, że on nie jest temu winny. Trędowaty nie może pracować, ale on je! Co robić? Trzeba porozmawiać z naszym ojcem. Najlepiej byłoby zostawić go w lesie, zanim my wszyscy umrzemy z głodu. - Oto, co należy powiedzieć - rzekł drugi z trzech braci - ty masz rację. Trzeci brat wziął w obronę najmłodszego: - Nie, nie zgadzam się z wami. Nie możemy go opuścić. On jednak robi coś dobrego dla nas, na przykład zbiera suche drzewo, czuwa nad dziećmi w wiosce. Mimo jego okropnej choroby możemy liczyć na niego. - Słuchaj, nasz bracie! Zgódź się z nami. Opuścimy go, ponieważ on jest do niczego! Jeśli ojciec się zgodzi, pozbędziemy się go. Trzej bracia poszli poradzić się ojca. - Ojcze, co myślisz o naszym bracie trędowatym? On je, jak wszyscy, ale on nic nie przynosi do domu. Wyrzućmy go z rodziny. Co nam powiesz? - Tak, trzeba coś postanowić. Poczekajcie chwilę, ja porozmawiam z waszą matką. - Żono, nasi trzej synowie mają rację. Lepiej porzucić trędowatego, zanim wszyscy z jego powodu umrzemy z głodu. W tym roku głód jest straszny. Tak niewiele do jedzenia można znaleźć w lesie. Lepiej go porzućmy. - Jeśli jesteś gotów, dobrze, porzućmy go w lesie. - Chodźmy więc. Wszyscy poszli do lasu, zabierając najmłodszego. Poszli najdalej, jak tylko możliwe. Potem dali mu coś do jedzenia i krzesiwo. - Pozostań tutaj, my pójdziemy pogrzebać w ziemi, może znajdziemy słodkie kartofle. - Idziecie szukać igamów? - Tak, idziemy szukać igamów. Wszyscy poszli szukać słodkich kartofle. W południe trędowaty poczuł głód i zjadł to, co mu pozostawiła rodzina. Nadchodzi wieczór. Trędowaty rozgląda się, nadsłuchuje. Nikt nie przychodzi po niego, nikt go nie szuka. To pewne, że jego rodzice i bracia poszli do domu. On nie ma nic do jedzenia! Pomimo tego próbował spać. Rano poszedł nad rzekę. To nie było daleko. Chciał coś złowić. Wśród kamieni złapał małego kraba, ugotował go i zjadł. Cóż więcej mógł uczynić? Całymi dniami szukał krabów, aby nie umrzeć z głodu. Po pewnym czasie Stwórca tam, wysoko, ulitował się nad nim. Kiedy trędowaty przychodził nad rzekę, zarzucał wędkę. To nie była prawdziwa wędka. To było włókno z rafii, bez haczyka. Przywiązywał robaka, aby przynęcać kraby, wychodzące czasami z kamieni. Oczekiwał... Dziś jego włókno naprężyło się. Ciągnie, ciągnie... Co przynosi mu to włókno udające wędkę? Dziewczynę! Piękną dziewczynę! Ona uczepiła się jego wędki i teraz wychodzi z wody. Kiedy trędowaty ją zobaczył, ze wzruszenia przestał ciągnąć. - Do licha zaklął cóż to takiego? - Oj, nie pozostawiaj mnie tak powiedziała dziewczyna Jak mnie widzisz, mam pewną sprawę do załatwienia z tobą. - Dobrze! Wyciągnę cię z wody. Wyciągnął swoją wędkę. Dziewczyna podeszła do niego. - Jeśli ja przyszłam do ciebie, to tylko dlatego, że chcę zostać twoją żoną powiedziała dziewczyna Ja wiem, że ty jesteś trędowatym. Twoje ciało pokrywają ropiejące rany, ale to nic nie szkodzi, bo przecież cię kocham i dla mnie jesteś najpiękniejszym, zdrowym, silnym. Po prostu ja cię kocham i ja chcę cię poślubić. - Ty chcesz być moją żoną? I nie czujesz wstrętu widząc mnie pokrytego ranami pełnymi ropy? - Ale nie! Po prostu ja ciebie kocham! - Ty mnie kochasz? - Oczywiście! - Skoro tak, zgoda. Jeśli mnie kochasz, ja jestem gotów zostać twoim mężem. Co za kobieta! Odważna! Naprawdę! Na całym świecie nie ma drugiej podobnej do niej! Jej włosy opadały na plecy, a jej skóra była delikatna i jaśniejąca. Całe jej ciało było dobrze zbudowane, ale nie była otyła, o, nie! W żadnej wiosce w okolicy nie widziano młodej kobiety tak pięknej. A ona była tu, obok niego, przy boku swego męża. Zamieszkali razem w szałasie skleconym z patyków przez trędowatego. - Usiądź tutaj, zaraz będziemy jedli. - Ale co będziemy jedli? Dziś nic nie złapałem, nie mam ani jednego kraba powiedział młody człowiek a ty mówisz, że zaraz będziemy jedli. - Nie martw się, kochanie, usiądź i poczekaj chwilę. Ja pójdę poszukać czegoś do jedzenia. Ona oddaliła się i po chwili powróciła niosąc pełne talerze ryżu z dobrym sosem z przyprawami. Usiedli obok siebie. Jedli. Rozmawiali. I najedli się dobrze! - Tak, to jest kobieta! Można powiedzieć, dzielna kobieta! Dzień był upalny. Po posiłku położyli się, aby odpocząć... Kiedy on się obudził, nie mógł uwierzyć własnym oczom: był obok niej w pięknym domu, w dużym domu z kamienia, w jasnym, błyszczącym w słońcu domu. - Tak, to nie jest dziecinna zabawka powiedział szeptem. - Nic nie mów i nie wyszukuj słów, aby wyrazić swoje zdumienie powiedziała jego żona Ale przede wszystkim uważaj, abyś nikomu nie powiedział, że ty mnie ujrzałeś na końcu twojej wędki. Tego nie zniosę! Dla mnie to tajemnica życia, dla ciebie to zakazane, surowo zakazane! - Dla ciebie to tajemnica życia? - Tak, to największa tajemnica mojego życia. Po prostu tajemnica. - Nie lękaj się powiedział jej mąż ufaj mi. Ja nikomu nie powiem tego, że wyciągnąłem cię na moją wędkę z wody. Zamieszkali nad brzegiem rzeki. Pewnego dnia mąż znów się zdumiał. Obok domu jest zagroda dla wołów i nie pusta! Zagroda jest pełna wołów tłustych, zdrowych, wspaniałych. Są też kury i kozy. I nie wiadomo, kto to zrobił, skąd przyszły zwierzęta. Wszystko to było obok ich domu. I ujrzał jeszcze coś więcej: jego ciało nie było trędowate! Znikły ropiejące rany, a na gładkiej skórze nie było nawet najmniejszej blizny. On stał się bardzo pięknym, silnym i młodym mężczyzną. Dowiedzieli się o tym wszystkim także jego bracia. Ich najmłodszy trędowaty brat stał się bogaczem! Niemożliwe! A do tego jest zdrowym, bez śladu trądu! Poszli do ojca i powiedzieli, że chcą odwiedzić swego brata. Ojciec powiedział, że to dobra myśl. Poszli. - Ach, nasz braciszku! Jak to się stało, że masz to wszystko? - Wejdźcie, proszę, wejdźcie do mego domu. Usiedli. Ponieważ nie była to porta posiłku, poczęstował ich smacznym deserem. Jedli, pili kawę i rozmawiali przyjacielsko. - Widzicie tę kobietę? To wasza bratowa. - Niemożliwe! - Ależ tak! To wszystko takie cudowne, zachwycające! Mam żonę. - Cieszy nas ogromnie ta nowina. Więc my jesteśmy twoimi szwagrami powiedzieli trzej bracia niemal jednocześnie do kobiety. Zaczęło się święto. Przygotowano wiele ryżu. Zabito wołu. Wszyscy jedli z apetytem, aż napełniły się ich żołądki. Po pewnym czasie bracia zaprosili najmłodszego do siebie. - Braciszku, twój ojciec i twoja matka tęsknią za tobą. Chcą cię zobaczyć. - Tak uważacie? - Tak, oczywiście. Najmłodszy poszedł do rodzinnej wioski, aby spotkać się ze swoimi rodzicami. Ale to zaproszenie było tylko pretekstem. Po prostu chcieli dokładniej dowiedzieć się, w jaki sposób ich najmłodszy, porzucony przez nich braciszek doszedł do takiego szczęście, majątku i zdrowia. To ich nurtowało. - Powiedz nam, bracie, jak do tego doszedłeś? Twoja żona jest taka dobra i piękna. Masz żonę niezrównaną. Czy to ona obdarzyła cię bogactwem? Jak to się stało, że zniknął trąd na twoim ciele? Powiedz nam, bo my też chcielibyśmy mieć takie żony. - No, wiecie, myśmy kiedyś spotkali się i tak doszło, że ona została moją żoną, a ja jej mężem. Oto wszystko. - Ach, nie mów tak! To niemożliwe! Skąd ona jest? Może ona ma jeszcze siostry? A co powiedziałbyś na to, jeśli my pożenilibyśmy się z jej siostrami? To dopiero byłoby śmieszne! Dlaczego ty ukrywasz to przed nami? - Ja niczego nie ukrywam. Po prostu, poszedłem do lasu szukać słodkich kartofle i spotkaliśmy się. I to wszystko. Bracia nie byli zadowoleni. - Nikt nie żeni się tak sobie. Trzeba wielu spotkać, rozmów, prezentów, wizyt rodzinnych... Ponieważ bracia niczego konkretnego nie dowiedzieli się, wymyślili zorganizowanie rodzinnego święta na cześć Przodków. Młody człowiek należał do ich rodziny, więc też został zaproszony. Jego żona nie poszła z nim, ale przygotowała prezent świąteczny. Najmłodszy z braci poszedł sam na uroczystości. A co to było za święto! To nie było byle jakie święto! Bracia dali mu rumu. Każdy z braci przynosił mu rum oddzielnie. On wypił trzy razy więcej, niż każdy z nich. Wypił zbyt dużo i, jak wiecie, stał się rozmowny, nieco pijany. Wtedy bracia zapytali go: - Powiedz nam, bracie, skąd jest ta piękna kobieta? Powiedz nam, przecież jesteśmy twoimi braćmi. Damy ci wspaniały prezent. Przecież nie ma tajemnic pomiędzy braćmi. - Dajcie mi wreszcie spokój! zdenerwował się. - Ale ty jesteś uparty! Ty, nasz benjaminek! Dlaczego nie chcesz powiedzieć nam tego? - Ja nie jestem uparty. Chcecie wiedzieć, skąd ja ją mam? Z połowu na wędkę. Na końcu mojej wędki z rafii, tak, ona była. Tak! wykrzyknął zdenerwowany. - To łowiąc kraby na wędkę ty ją posiadłeś? A gdzie łowiłeś? Tam, gdzie woda jest głęboka, w pobliżu miejsca, gdzie mnie zostawiliście. - Ach, tak... To dobrze. Dziś połóż się u nas i prześpij, bo jesteś pijany, jak oślica. Rano, kiedy obudził się, udał się do swego domu. Przybył do lasu i wytrzeszcza oczy: nie widzi niczego, co było jego własnością. Zniknął dom, zagroda, woły, kury, kozy... Znikło wszystko z wyjątkiem wędki, którą łowił. A gdzie jego żona? Dokąd poszła? W górę, czy w dół rzeki? Kto to może wiedzieć? Znikła, także znikła! Co on ma teraz robić? Opuszczony zaczął lamentować. - O, biedny ja, o, jakże biedny! Jak mam teraz żyć? Rozgląda się wszędzie: nic, żadnego znaku, że kiedyś tu było tak pięknie. Wziął swoją wędkę, którą kiedyś łowił. Poszedł nad wodę. Nic! Ujrzał jednego małego kraba, który wyszedł z kamieni, ale zaraz się cofnął. Rzucił ponownie wędkę. Nic, nawet nędznego kraba! - Skoro tu niczego nie ma, pójdę na poszukiwanie lepszego miejsca. Poszedł w górę rzeki. Szedł długo. Doszedł do jakiegoś domu stojącego nad brzegiem rzeki. Przygląda się. Był to dom staruszki - Można wejść, babciu? - Wejdź, proszę. Wszedł. - Skąd idziesz, synku? - Ach, babciu, jestem zrozpaczony. Miałem żonę piękną i dobrą. I bogactwo. A potem... przekroczyłem jej wolę, złamałem przyrzeczenie. I ona odeszła, zniknęła. Teraz ja jej szukam. - I to jest twoja historia? - Tak. Och, jak ja jestem nieszczęśliwy. - Nieszczęście, jak mówisz... to prawda. Ale pomogę ci. Tylko teraz zdejmij mi łuski z oczu, gdyż nic nie widzę. Widzę tylko zarys twojej postaci. Weź siekierę, ponieważ łuski na moich oczach są twarde i grube. Młody mężczyzna chwycił siekierę i zamachnął się: łup, łup! Łuski spadły, ale staruszka nie została zabita takim zabiegiem. - Kim jesteś? - Jestem trędowatym, synem kogoś, kto mieszka daleko stąd. Jak już ci powiedziałem, żona odeszła z mojej winy. Teraz ja ją poszukuję. - Jesteś głodny. Teraz najedz się, potem coś wymyślimy. Staruszka podała mu smaczny ryż z sosem na bananowym liściu, gdyż nie miała talerzy. On jadł stojąc, ponieważ domek był zbyt mały, aby usiąść. Ale staruszka umiała dawać dobre rady. - Oto, co chcę ci powiedzieć, mój synku. Przechodziła tędy twoja żona, o której mi opowiadałeś. Pójdziesz w kierunku południowym. Nie schodź ze ścieżki, którą ci wskażę. - Rozumiem. - Potem zobaczysz walczące głowy byków, same głowy, bez ciał. Strzeż się, abyś się nie śmiał! - Tak. - Czy dobrze zrozumiałeś, co ci powiedziałam? - Tak, tak! - Kiedy dojdziesz do dużej wioski, z bardzo pięknymi domami z kamienia, podejdziesz do najpiękniejszego domu i powiesz: "Można wejść?" Odpowiedzą ci: "Prosimy". Ale ty nie wejdziesz do domu, lecz zatrzymasz się przy drzwiach. I tam usiądziesz. Potem ci powiedzą: "Nie zatrzymuj się tu, wejdź do środka". Siedź nadal przy drzwiach. Gdy będzie czas posiłku, zawołają cię, abyś jadł z nimi; "chodź jeść z nami" powiedzą. Wtedy ty im odpowiedz: "Jedzcie beze mnie, ja teraz jeść nie będę". Lecz kiedy dadzą jeść kaczkom, idź tam i jedz razem z kaczkami, jedz to, co jedzą te ptaki. Jeśli tak zrobisz, odnajdziesz swoją żonę, zapewniam cię. - Jesteś tego pewna, babciu? - Tak, jestem całkowicie pewna. Trędowaty podziękował za rady i opuścił staruszkę. Po pewnym czasie doszedł do drzew pomarańczowych. Pomarańcze były dojrzałe, ale on zjadł kilka leżących na ziemi, nieco nadpsutych. W dalszej drodze ujrzał dwa mosty. Nowy most był ze złota, błyszczący w słońcu, a stary most, drewniany, spróchniały. Ominął most złoty, przeszedł po starym. Potem ujrzał dwie walczące głowy byków, bez ciał. Przeszedł obok nich nie śmiejąc się. Szedł wytrwale ścieżką wskazaną mu przez staruszkę. Wreszcie doszedł do wioski. Zawołał: - Czy jest tu ktoś? - Tak, tak! Wejdź, wędrowcze, prosimy! Wszedł do wioski. Zewsząd wołano do niego: - Wejdź, wędrowcze, prosimy! Zatrzymał się przed najpiękniejszym domem. - Czy jest tu ktoś? - Tak, tak! Wejdź, prosimy! Wejdź do naszego domu, usiądź z nami na krześle. - Nie, nie! Dziękuję wam! Był w poszukiwanej wiosce. Rozglądał się. I ujrzał żonę, jak rozczesywała swoje włosy. Była niedaleko. - Chodź, zięciu, chodź do nas! Wejdź i usiądź wśród nas. Porozmawiamy. - Przepraszam cię, ojcze, ale ja chcę pozostać tu, przy drzwiach. Ja zawiniłem wobec ciebie i twojej córki. - Jesteśmy zadowoleni, że przyszedłeś do nas. Jesteś wśród nas. Wejdź do środka, prosimy cię. - Nie nalegajcie na mnie. Moje miejsce jest przy drzwiach. Trędowaty usiadł przy drzwiach, otwartych na zewnątrz mieszkania. Siedział, kiedy jego teść wydawał polecenia: - Mój zięć przyszedł. Idźcie do kuchni, przygotujcie dobry posiłek, bo on jest głodny. Kobiety w kuchni spieszyły się. Zabito gęś, oblano tłuszczem. Kiedy gęś była już ugotowana, postawiono ją na stole. - Chodź jeść, zięciu, posiłek już jest gotowy. - Nie, ojcze, teraz nie będę jadł. - Chodź do nas! Czekamy na ciebie. - Nie, ojcze, dziękuję, nie jestem głodny. Wszyscy jedli podczas gdy trędowaty siedział między wierzejami drzwi przed progiem, na zewnątrz.. Kiedy skończono jeść, kobiety przygotowały coś dla kaczek. Karmiły je w rogu podwórza. Wtedy trędowaty wstał i poszedł jeść z koryta, razem z kaczkami i gęsiami. Po posiłku znów usiadł przy drzwiach. Ojciec jego żony wziął kij i krzycząc zaczął go bić, lecz bez złości: - Jesteś mężem mojej córki na zawsze, ponieważ wiem, że jesteś mężczyzną prawym i dumnym. Wiem też, co robiłeś w drodze, którą przeszedłeś z miłości do swojej żony. Wiem, że naprawdę kochasz moją córkę i zasługujesz, aby być jej mężem. Możesz więc zabrać swoją żonę. Możecie razem wracać tam, gdzie jest wasz dom i bogactwo. Mężczyzna wstał. Trąd zniknął. Podszedł do żony i przeprosił ją za niedotrzymanie przyrzeczenia. Już razem podeszli do jej rodziców, pożegnali się i opuścili wioskę. Przybyli w miejsce ich pierwszego spotkania przed laty nad rzeką. Znów mieli piękny dom, woły, kaczki, kozy. Wszystko było, jak dawniej. Po jakimś czasie bracia odwiedzili go. - Jak się masz, mały braciszku? Znów mieszkasz w pięknym domu i jesteś bogaczem. I nasze bratowa powróciła do ciebie? - Tak, ona też jest je mną, moi starsi bracia. - Gdzie była? Jak ją odnalazłeś? pytali. - Byłem u jej ojca, daleko. Najmłodszy z braci opowiedział im bez lęku o swojej podróży. Jego teść powiedział przecież: ona jest twoją żoną na zawsze i nie jest poddana żadnemu zakazowi. Możesz mówić wszystko o niej swoim braciom. Nie ma już więcej tajemnicy, którą należałoby ukrywać". - Poszedłeś aż do jej ojca? - Tak. Teraz opowiedział im wszystko, co musiał zrobić, aby odzyskać swoją żonę: Oto, co ja zrobiłem... szedłem... spotkałem staruszkę... przeszedłem przez stary most... Opowiedział im wszystko. - Idźcie, chłopcy dodał ponieważ moja żona ma jeszcze siostry. Możecie się ożenić z nimi. - Naprawdę? - Tak, to prawda. Spieszyli się. Wyszli natychmiast. Przygotowali dużo ryżu na drogę i każdy wziął swój bagaż na plecy. Byli w drodze w poszukiwaniu żony, każdy dla siebie. Oto dom staruszki. - Ej, stara! Można wejść? - Wejdźcie! Zaczęły się pozdrowienia - Jak się czujesz? Co nowego? - Ach. Trzy razy nic... Żyje się... A wy, młodzi, dokąd idziecie? - Idziemy szukać żon, każdy z nas szuka żony dla siebie. Tam, daleko, jeden z naszych braci poszedł na południe i stamtąd przyprowadził sobie żonę. Więc i my... - Więc wy jesteście braćmi tego, który mieszka nad rzeką na północy. Był on tu niedawno. - My jesteśmy jego braćmi. - Ale wejdźcie do domu... Może któryś z was zdjąłby skorupy z moich oczu? - Ty, najmłodszy, zrób to. - Nie, to powinien zrobić najstarszy z nas. - Jeszcze nigdy nie usuwałem skorup z oczu mojej własnej babki, dlaczego miałbym to robić jakiejś nieznajomej starusze? - A dlaczego ty sama nie chcesz sobie zdjąć? Mogłabyś te skorupy zjeść albo przynajmniej oblizywać. My tego nie umiemy i nigdy nikogo nie prosiliśmy, aby oczyścił nam nasze oczy i ty chcesz, abyśmy czyścili twoje oczy? Możesz jeszcze pobiegać sobie, staruszko! Powiedz nam tylko, którą drogą iść na południe do naszych przyszłych żon? Tylko o to pytamy. - Więc nie chcecie usunąć łusek z moich oczu? Trudno! Pomimo tego powiem wam. Idźcie na południe. W pewnym miejscu ujrzycie drzewo z dojrzałymi pomarańczami. Nie dotykajcie ich! Jeśli chcecie jeść, zjedzcie te, które spadły, chociaż są nieco nadpsute. Potem zobaczycie wielką rzekę z mostem ze złota i drugim mostem drewnianym, mocno spróchniałym. Przejdźcie po moście drewnianym. Potem zobaczycie walczące głowy wołów bez ciał. Nie śmiejcie się, nie rzucajcie kamieniami. Idźcie prosto swoją drogą. Gdy dojdziecie do wioski, tam będą zapraszać was do każdego domu. Idźcie do domu największego. Tam też powiedzą wam: "wejdźcie do naszego domu". Nie wchodźcie, ale usiądźcie przy drzwiach domu... Jeśli zaproszą was do jedzenia, nie jedzcie z mieszkańcami domu, ale z ich kaczkami, które hodują. Oto, co wam chciałam powiedzieć. Drodzy chłopcy, wy też możecie mieć żony z tamtej wioski. Jak widzicie, staruszka nie była mściwa. Chociaż jej nie usłużyli, dokładnie wyjaśniła im, co mają robić, aby poślubić panny piękne, dobre i gospodarne, jak ich bratowa. - Trzeba zrobić to wszystko? - Tak, oczywiście. - Dobrze, babciu, zrozumieliśmy. Idziemy! Kiedy oddalili się od domu staruszki, zaczęli szydzić: - Hahaha! To kraj pełny czarów! W żadnym kraju nie ma takich obyczajów! Ja miałbym jeść zgniłe widząc pomarańcze dojrzałe i zdrowe? Tylko głupiec spełniłby tak nierozumne polecenia! Doszli do sławnych pomarańczy. - Chodźcie, chłopcy, dalej na pomarańcze! Wy jedzcie te zgniłe, leżące na ziemi! Ja zrywam dojrzałe! Dwaj starsi bracia ominęli owoce zepsute i zerwali zdrowe z drzewa. Tylko najmłodszy, nieco starszy od trędowatego, próbował im przypomnieć. - Ależ, braciszkowie, nie jesteście posłuszni zaleceniom staruszki. - Zostaw nas w spokoju. Jeśli chcesz, ty możesz jeść zgniłe. - Nie, ja też będę jadł z wami, ja tylko tak powiedziałem i zabrał się do jedzenia pomarańczy zerwanych z drzewa. Potem trzej młodzieńcy doszli do rzeki z dwoma mostami. Nowy most był ze złota, stary most był z drzewa, spróchniały, zniszczony. - Powiedzcie mi, chłopcy... starucha kazała nam przejść po starym, kołyszącym się moście... Co wy o tym myślicie? - Jak chcesz słuchać staruchy, przejdź po rozwalonym moście i wpadnij do wody, gdzie krokodyle już czekają na ciebie. - Ja nie chcę być pokarmem dla krokodyla! Przejdziemy po nowym. Wszyscy trzej młodzieńcy przeszli po nowym, wysokim moście ze złota. Doszli do miejsca, gdzie walczyły głowy wołów z rogami. Głowy bez ciała. - To najprawdziwsza prawda, że idziemy drogą pełną czarów i demonów! powiedział średni. Pękali ze śmiechu. - Za kamienie! Rzucajcie w głowy tych diabłów! zakomenderował najstarszy. I deszcz kamieni spadł na biedne głowy tych zwierząt. - A ty nie chcesz rzucać kamieniami? Zmykaj stąd natychmiast! krzyknęli do najmłodszego. - Dobrze już, dobrze! odpowiedział i wziął w garść kilka kamyków. Doszli do wioski. Była to wioska, o której mówiła staruszka. Stanęli przed najpiękniejszym domem. - Można wejść? - Ależ tak, wchodźcie! - Jak ci się wiedzie, ojcze? - Dobrze... A więc przyszliście tu do nas, tak? - Tak. Przyszliśmy spotkać się z tobą, ojcze. - Wejdźcie więc do domu. Dwóch starszych weszło, ale najmłodszy pozostał przy drzwiach. - Wejdź i ty też, usiądź na krześle obok twych braci. - Przyszedłeś aż tu i nie chcesz wejść? zapytał najstarszy z braci. Trzeci młodzieniec wszedł, usiadł na podłodze i dostał obiad. Przyjął i jadł ryż ze smacznym sosem pachnącym. Kiedy wszyscy skończyli jeść, zaczęły się rozmowy. Tak, wy wiecie, to jest najwłaściwszy moment, aby przybywający powiedzieli, skąd przychodzą, po co przyszli, jak przebiegła podróż, co zobaczyli w drodze i tak dalej. - Wy wiecie, że niedawno nasz najmłodszy brat był tu, zabrał stąd swoją żonę i zaprowadził ją do siebie. Ojcze, ty dałeś mu jedną ze swoich córek. A więc i my przybyliśmy tu spodziewając się znaleźć kobiety, które będą naszymi żonami. Co osiągnął nasz brat, każdy z nas może otrzymać. Dlatego my trzej, którzy jesteśmy jego braćmi, prosimy o to samo. Daj każdemu z nas jedną ze swoich córek. - Ach, tak, rozumiem. To jest coś, co mogłoby się stać... Idźcie odpocząć w tym pokoju, obok... Zawołam moje córki, a kiedy one przyjdą, obudzimy was. - Dobrze, zgoda! Wszyscy trzej przeszli do pokoju obok jadalni, położyli się i zasnęli. Byli zmęczeni. Kiedy spali, stary gospodarz wszedł do pokoju i każdemu wymierzył potężne uderzenie kijem. Pierwszy, zaskoczony, uciekł przemieniony w dzika. Uderzony z kolei drugi, też uciekł: był zamieniony w krokodyla. Trzeci, nieco starszy od trędowatego, otrzymał też należną porcję: został zamieniony w psa. On chciał być troszeczkę posłusznym staruszce i słuchał jej rad, gdy ich pouczała, dlatego nie został zamieniony w dzikie zwierzę, ale w psa, który może przebywać w wiosce, blisko ludzi. Oto historia, którą chciałem wam opowiedzieć. Teraz chcę coś dodać na ten temat. Z bajki płynie nauka, że uparci giną z własnej winy. Jeśli uważasz, że jesteś większy od innych, jeśli sam się chwalisz, sam sobie przygotowujesz nieszczęście. To jest pouczenie naszej staruszki, która naprawdę kiedyś żyła. Opowiedziałem wam bajkę, która ma sens. Ta bajka ma w sobie naukę prawdziwą. Wygrywa ten, kto umie słuchać starszych. A sama bajka? To nie ja nakłamałem. Nakłamali ci, którzy mnie opowiedzieli. Okłamał pierwszy ten, który ją wymyślił. Ja, Maria, mieszkam w wiosce zwanej Pełna Łagodności. Opowiem wam dziś bajkę o czasach, kiedy na ziemi panował wielki głów, głód straszliwy! Nie było niczego do ugotowania, niczego do jedzenia. Można było tylko oszukiwać głód, pijąc wodę. Woda była chłodna, ale na długo żołądka nie dawało się oszukiwać. Oto pewien człowiek wpadł na pomysł. - Pójdę do lasu, zetnę drzewo i sprzedam. Będę miał pieniądze, za które w mieście kupię jedzenia. Jeśli tego nie zrobię, wszyscy zginiemy z głosu. Do lasu pójdziemy wszyscy razem, my i nasze dzieci. - Tak, masz rację powiedziała żona. Cała rodzina poszła do lasu. Weszli w sam środek gęstwiny, w serce lasu. A tam oni, mąż i żona, zobaczyli drzewo ogromne. - Oto drzewo, które powinniśmy ściąć powiedział mąż porąbiemy na drwa do gotowania i dzięki temu będziemy mieli za co żyć. - Tak powiedziała żona. Mąż chwycił za siekierę. Uderzył raz, drugi, trzeci... wali, wali i wali... łup, łup, łup... Ledwo odrąbał kawałek kory i ujrzał drewno, kiedy drzewo przemówiło: - Ludzie, nie ścinajcie mnie. Dam wam coś, abyście żyli. Zobaczcie w miejscu odrąbanej kory... widzicie tacę? Ta taca służy do oczyszczania ryżu. Jest ona z drzewa. Weźcie ją, zanieście do domu i powiedzcie tacy, aby zatańczyła. Wtedy taca zapełni wasze talerze, zawsze będzie dawała wam coś co jedzenia. - Tak odpowiedziała żona. Poszukali tacy w otworze. Tak, ona tam była! Wzięli ją i z tacą powrócili do wioski. Wszedłszy do domu, starannie zamknęli drzwi. Teraz oboje, mąż i żona, rozkazali tacy tańczyć. Taco, o, ty, nasza taco, Ty, co tacą jesteś z lasu, Tańcuj dla nas bez hałasu. Taca zaczęła tańczyć. Jaką radość daje tańcząca taca, ta taca! Na niej pojawił się ryż, dobrze ugotowany, z sosem pachnącym. Ryż wypełnił całą tacę. Oni jedli, cała rodzina: ojciec, matka i dzieci. Najedli się do syta. Już od bardzo dawna nie byli tak najedzeni. Po posiłku żona powiedziała: - Pójdę umyć ją w stawie. Wzięła tacę i poszła. Kiedy ją myła, taka myśl zrodziła się w jej głowie: - Nasz stolarz jest zręcznym rzemieślnikiem, Gdybym zaniosła tę tacę do niego, może zrobiłby mi taką samą? Ledwo pomyślała, już szła do stolarza. Był w swoim warsztacie. - Chciałabym wiedzieć, czy ty potrafisz zrobić mi taką samą tacę, jak ta? - zapytała. - Czy ty mi nie wierzysz, że ja potrafię to zrobić? Mogę ci zrobić nawet ładniejszą i lepszą. - Ale coś musisz wiedzieć. Ty nie wiesz, co ta taca potrafi robić. - Co takiego potrafi ona zrobić? - Patrz! Każ jej tańczyć! Stolarz rozkazał tacy, aby tańczyła i pokazała swoje zdolności. - Ech powiedział stolarz daj mi ją, a zobaczysz, że zrobię taką samą, jak ta. Rzemieślnik zabrał się do roboty. Nie trwało długo, kiedy on sam przyniósł im do domu dwie identyczne tace. Jednak żadna z nich nie była tą prawdziwą z lasu, która tańczyła, ponieważ tę tańczącą tacę zatrzymał u siebie, dobrze ukrywając w domu. Wieczorem kobieta wzięła tacę i zamknąwszy drzwi wyjęła talerze i rozłożyła je na stole. Obok położyła łyżki. Wtedy wzięła tacę i rozkazała: Taco, o, ty, nasza taco, Ty, co tacą jesteś z lasu, Tańcuj dla nas bez hałasu. Taca nie drgnęła. O wschodzie słońca małżonkowie udali się do lasu. Poszli w samo serce lasu, w najgłębszą gęstwinę, daleko. Kiedy przybyli do wielkiego drzewa, mąż powiedział: - Drzewo, czy ty nie mogłobyś dać nam czegoś innego? Moja żona dała stolarzowi tacę i my już jej nie mamy. Nie mamy tej tacy, którą dostaliśmy od ciebie. Po chwili drzewo odpowiedziało: - Idźcie do wnęki i tam znajdziecie jagnię. To biedne zwierzę tam wpadło i samo nie może się wydostać. Pomóżcie mu wyjść stamtąd i zabierzcie je do domu. W domu każcie mu tańczyć. Oboje, mąż i żona, zbliżyli się do drzewa i ujrzeli jagnię. Wydostali je z wnęki i zabrali je do domu. Tutaj kazali tańczyć jagnięciu. Jagnię, o, ty, nasze jagnię, Ty jesteś jagnięciem z lasu, Tańcuj dla nas bez hałasu. Jagnię tańczyło czterema nogami. Przytupywało w podłogę czterema kopytkami. Po każdym uderzeniu delikatnymi nóżkami wylatywały złote monety. Teraz w mieszkaniu błyszczało od złota. Obok jagnięcia, z prawego i lewego boku pojawiały się złote monety. Małżonkowie zebrali je do woreczka i zanieśli na targ. Tam kupili wszystko, co było im potrzebne do jedzenia: ryż, przyprawy do sosu, krewetki z morza, które są tak smaczne z ryżem... Kupili też delikatne płótno siatkowe, aby zrobić z niego moskietery. O tym marzyli od dawna. Teraz już komary nie będą przeszkadzać im nocą w spaniu. Powrócili obładowani zakupami. Zjedli smaczną kolację. Wieczorem kobieta powiedziała do męża: - A może zaprowadzić to jagnię do pasterza... Zapytam go, czy potrafiłby wyhodować podobne. Rano kobieta zaprowadziła jagnię do pasterza - Powiedz mi, czy ty potrafisz wyhodować jagnię podobne do tego? - Oczywiście! Powiedz mi tylko, co ono potrafi? - Popatrz, co robi to jagnię powiedziała kobieta i jagnięciu kazała tańczyć Jagnię, o, ty, nasze jagnię, Ty jesteś jagnięciem z lasu, Tańcuj dla nas bez hałasu. - Baaah odparł pasterz zobaczywszy tańczące jagnię i wysypujące się monety - na pewno potrafię. Zostaw je u mnie, a ja zwrócę ci je po pewnym czasie razem z drugim, takim samym. Kobieta powróciła do domu bez jagnięcia. Wkrótce pasterz przyprowadził dwa zwierzątka. Ona uwierzyła, że jedno z nich jest prawdziwym jagnięciem ofiarowanym dla nich przez drzewo w lesie, ale prawdziwe jagnię zostało u pasterza. Małżonkowie mieli dość pieniędzy i różnych rzeczy, więc na razie jagnięciu nie kazali tańczyć. Kiedy skończyły się złote monety i rodzina znalazła się w biedzie, groziło im, że zginą z głodu. Kazali więc tańczyć jagnięciu, ale żadne jagnię nie zatańczyło, nie umiało tańczyć. Ani jedno, ani drugie nie było prawdziwe! Zrozpaczony mężczyzna poszedł do drzewa w sercu lasu. - Moja żona powiedział zaprowadziła znalezione tu jagnię do pasterza, który nas oszukał. Przyprowadził dwa jagnięcia, ale to prawdziwe zatrzymał dla siebie. I oto nasze jagnię zginęło, a my nie mamy już nic od jedzenia. - Ha! odparło drzewo jest jeszcze pałka w tym otworze. To pałka strzegąca prawa. Zabierz ją i każ jej tańczyć. Człowiek włożył rękę w otwór i wyciągnął pałkę, która była stróżem prawa. Jeszcze w drodze z powodu głodu czy z ciekawości, mąż kazał pałce tańczyć. A trzeba wiedzieć, że ta pałka umiała tańczyć! Ledwo skończył przyśpiewkę, pałka zaczęła tańczyć. Skakała na prawo, skakała na lewo, skakała na tego człowieka-poczciwinę: łup! łup! łup! Bije go i wali... Łup! łup! łup! Tak go bije! Tak go wali! Łup! łup! łup! Nie pominęła ani jednego miejsca na jego ciele. Wreszcie zatrzymała się. Na szczęście! Człowiek zebrał swoje myśli i zrozumiał, że dostał karę za swoją chciwość. Wstał, rozgląda się i idzie do domu, jak pijany. Zatacza się, aż dziw bierze, że jeszcze zdołał posuwać się do przodu. Wreszcie doszedł. Przybył do domu. Kobieta stała na czatach. - Oto powiedział wejdź do domu i każ tańczyć tej pałce. Kobieta promieniująca ze szczęścia wzięła pałkę, weszła do domu i zamknęła drzwi. Pałko, o, ty, moja pałko, Która jesteś pałką z lasu, Tańcuj dla mnie bez hałasu. Ledwo kobieta wypowiedziała słowa zaklęcia, pałka zaczęła tańczyć. Skacze na prawo, skacze na lewo, skacze na nią, skacze na plecy tej poczciwej kobiety. Łup! łup! łup! I bije, i wali tę kobietę, tę biedną kobietę! Łup! łup! łup! Aż kobieta jest niemal bez czucia, więcej nie wytrzyma. Mąż stojący za drzwiami już to znał. Wiedział, ile sprawiedliwości jest w tej pałce, Wiedział, że pałka bije i bije. Na jego żonę spadał deszcz uderzeń! Prawdziwa ulewa razów pałki strzegącej prawa! Żona zrozumiała, że to za jej chciwość, Łup! łup! łup! Ale to wystarczy, już wystarczy, tak, już dość. Mąż prosi: - Pałko, zatrzymaj się! Pałko, dobry instrumencie sprawiedliwości i praworządności, stań! Pałka skończyła swoją pracę. Kiedy kobieta płakała, mąż wziął pałkę do ręki i poszedł do nieuczciwego rzemieślnika, który przyniósł dwie tace, ale prawdziwą zatrzymał dla siebie: - Patrz, co przyniosłem! Jestem pewny, że ty nie masz takiej pałki! To dopiero jest pałka! Weź ją... zamknij drzwi twego mieszkania i każ jej tańczyć. Ty zbierzesz dziś... nie, nie powiem ci tego. Stolarz, zwabiony ciekawością, wziął pałkę, wszedł do swego warsztatu, zamknął drzwi i okno i kazał pałce tańczyć. Raz! Dwa! Trzy! Pałka puściła się w tany, skacze w lewo i w prawo, to jej żywioł. Łup! łup! łup! I wali, i bije, i uderza. Łup! łup! łup! Skacze na plecy. Łup! łup! łup! Rzemieślnik wybiega z warsztatu, biegnie do domu i szuka tacy w skrytce. Chwycił ją i wśród gradu uderzeń biegnie, biegnie... przynosi tacę. Pałka zatrzymała się. Cud! Ale stolarz jest osłabiony, chwieje się, nie może ustać. Musi usiąść. Siada na drodze przed swoim domem. Właściciel tacy i pałki idzie prosto do pasterza: - Pasterzu mówi widzisz tę pałkę? Jest to pałka strzegąca prawa. To jest pałka! Jestem pewny, że nie masz podobnej. Ale, sza! Weź ją, idź do swego domu, zamknij dobrze drzwi i każ jej tańczyć. Zapewniam cię, że dziś otrzymasz bardzo dużo! Pasterz wziął pałkę, zaniósł do domu i kazał jej tańczyć. Pałka nie kazała się długo prosić, od razu wpadła w trans: i wali, i bije, i tłucze! Łup! łup! łup! Pałka skacze i podskakuje. Pasterz oszukany i osłabiony, już upadł na podłogę. Kiedy mógł trochę pomyśleć, kazał pałce zatrzymać się. Tak, mądrość powróciła do niego. Pałce obiecał, że zaraz odda jagnię, to jagnię, które umie tańczyć wśród złotych monet. Nasz bohater zadowolony i wynagrodzony widokiem sprawiedliwego wyroku i udzielonej nauki powracał do domu, niosąc w jednej ręce tańczącą tacę, a w drugiej trzymał sznurek, do którego było przywiązane tańczące jagnię. Na plecach niósł tańczącą pałkę. Wkrótce stał się bogatym, bardzo bogatym człowiekiem ten, który jeszcze niedawno był biednym, któremu wraz z żoną groziła śmierć z głodu. Oszukali mnie ludzie Oszukałam was i ja. Bajka skończona! Bajka moja, nie moja, Bajka żyjąca od lat. Ja, Benedykt, opowiem wam krótką bajkę o zwierzętach, aby ucieszyć wasze serca i rozweselić was nieco. Był-żył raz Pan Dzięcioł i żyła-była Pani Sowa. Oni, Pan i Pani, postanowili zbudować dom, każdy dla siebie. Kto wykończy pierwszy? Pan Dzięcioł był bardzo aktywny i biegły w tym zawodzie, więc bardzo szybko zbudował dom. Oto wykończony jego dom. Ledwie skończył, przybyła Pani Sowa z wizytą i... już nie wyszła. Nic nie można było zrobić, aby ją wyprosić. Czy wyobrażacie sobie zmartwienie i gniew Pana Dzięcioła? On, mniejszy i słabszy od Pani Sowy, nic nie mógł zrobić. Zdarzyło się, że obok tego domu przechodził Pan Kruk i gwałtownie zaatakował pana Dzięcioła: - Panie Dzięciole, co się z Panem dzieje? Pańskie ryżowisko zaniedbane, wszystkie tamy i groble zatrzymujące wodę są zniszczone, nie złapie Pan wody i co Pan będzie jadł tego roku, co? Pan Dzięcioł odpowiedział: - Ach, Panie Kruku, jestem zniechęcony do wszystkiego! Oto mój dom, który dopiero co zakończyłem budować. Ale Pani Sowa przyszła z wizytą, a kiedy raz weszła, już nie chce stąd wyjść. Jeśli udałoby się Panu, Panie Kruk, wygnać ją stąd? Przyrzekam, że w zapłatę dałbym panu jajko. - I tylko takie ma Pan zmartwienie, Panie Dzięcioł? odparł Pan Kruk Dobrze, chodźmy zobaczyć. Wkrótce pański dom będzie od niej uwolniony. Oto dom Pana Dzięcioła, do którego wdarła się siłą i podstępem Pani Sowy. Pan Kruk zapytał ją: - Kto pozwolił ci zająć ten dom, który należy do Pana Dzięcioła? - Ja odparła Pani Sowa Ja spoglądam na niebo i ono pokrywa się chmurami pękającymi od piorunów, spoglądam na ziemię i ona trzęsie się ze strachu. Huuu. Huuuuuuuu! odparła Pani Sowa sycząc ze złości. Jej wielkie, okrągłe oczy świeciły, jak ogień w czarnej nocy. - Cóż odparł Pan Kruk uważam, że ta historia ani mnie nie interesuje, ani nie należy do mnie. Przechodził tamtędy Pan Krogulec i on również robił wyrzuty: - Panie Dzięciole powiedział jestem zdziwiony, to całkiem nie jest podobne do Pana, w jakim stanie jest pańskie ryżowisko. Wszystkie tamy rozmywają się w wodzie! Co się tu dzieje? Co pan będzie jadł tego roku? - Ach powiedział Pan Dzięcioł jestem zniechęcony do czegokolwiek. Właśnie skończyłem budowę domu. Tak! Ale Pani Sowa tam weszła mówiąc, że przychodzi do mnie z wizytą... Teraz nie chce wyjść z mojego domu. Ach, Panie Krogulec, pan jest silny. Jeśli Pan mógłby uwolnić mnie od Pani Sowy... Dam Panu małą kurkę, słowo Dzięcioła. Tylko takie zmartwienie przygniata Pana, Panie Dzięciole? powiedział Pan Krogulec Niech Pan idzie ze mną i zobaczy, jak zaraz Pani Sowa wyjdzie... i z jaką szybkością wyfrunie. Pan Krogulec wszedł do domu Pana Dzięcioła. Z autorytetem i odwagą powiedział: - Kto tu jest? Kto wtargnął do domu Pana Dzięcioła? - To ja, Sowa, Pani Sowa. Ja spoglądam na niebo i ono pokrywa się chmurami pękającymi od piorunów, spoglądam na ziemię i ona trzęsie się ze strachu. Huuu. Huuuuuuuu! - odparła Pani Sowa sycząc ze złości. Jej wielkie, okrągłe oczy świeciły, jak ogień w czarnej nocy. - Hm zamruczał Pan Krogulec ta historia nie powinna mnie interesować, jak mi się zdaje. Z kolei Pan Wróbel spotyka Pana Dzięcioła. - Panie Dzięciole! Panie Dzięciole! Co tu się dzieje? Jak nędzne jest pańskie ryżowisko? Wszystkie tamy i groble są zniszczone i nie ma z nich już żadnego pożytku. Co Pan będzie jadł tego roku, Panie Dzięcioł, ha? Zawsze uważaliśmy Pana za pracowitego, tak, był Pan wzorem pracowitości. - Ach stęknął Pan Dzięcioł jestem zniechęcony do wszystkiego. Nie ma sprawiedliwości! Oto mój dom, nowy dom, który dopiero co wykończyłem, został zajęty przez Panią Sowę. Przyszła złożyć mi wizytę, a kiedy weszła do mojego domu, teraz nie chce wyjść. Gdyby Pan Wróbel mógł mnie uwolnić od Pani Sowy, dałbym Panu szarańczę. - Dobrze powiedział Pan Qwróbel zajmę się tym i zaraz zobaczy Pan, Panie Dzięciole, jak ona będzie stąd uciekała. - Cóż opowiada Pan, Panie Wróblu? Pańscy krewni, wielkie ptaki, nie potrafiły uwolnić mnie od niej, a Pan uważa, że zdoła to zrobić? Przecież Pan jest taki malutki i delikatny. - Chodźmy, Panie Dzięciole, proszę! Pan Wróbel wszedł do mieszkanie Pana Dzięcioła odważnie i z autorytetem. Zapytał z całą surowością: - Kto tu jest? Kto sobie pozwolił zająć dom Pana Dzięcioła? - To ja, Pani Sowa. Ja spoglądam na niebo i ono pokrywa się chmurami pękającymi od piorunów, spoglądam na ziemię i ona trzęsie się ze strachu. Huuu. Huuuuuuuu! odparła Pani Sowa sycząc ze złości. Jej wielkie, okrągłe oczy świeciły, jak ogień w czarnej nocy. I wciąż syczała ze złości, otworzyła szeroko gardziel... Pan Wróbel poruszył skrzydłami i zanurzył się w jej rozwartą gardziel, szybko poruszał swymi łapkami i torował sobie drogę ku czarnemu wnętrzu Pani Sowy. Przeszedł całym jej przewodem pokarmowym... Pani Sowa wciąż miała dziób szeroko otwarty, a wielkie oczy niemal nie wypadły z jej głowy, kiedy Pan Wróbel bijąc skrzydełkami i kłując dzióbkiem przechodził przez nią. Wciąż przebierał łapkami w jej czarnych wnętrznościach. I wyszedł pod jej ogonem. Wyskoczył wciąż ćwierkając. Nie zamykał swego gardziołka. Pani Sowa cierpiała. Panią Sowę bolało. Chwiejąc się oddaliła się ciężkim lotem ku drzewom w lesie. - Oto, Panie Dzięciole, pański dom jest wolny powiedział Pan Wróbel. - Proszę ze mną po pańską szarańczę odpowiedział szczęśliwy Pan Dzięcioł. Kiedy spożywali posiłek, Pan Dzięcioł wspomniał, że wśród zwierząt są wykorzystujące słabszych, odpowiedzialne, broniące skrzywdzonych, lękliwe, jeśli sprawy przewyższają ich siły i zdolności, odważne, okazujące czynną życzliwość, przebiegłe... Czy wśród ludzi są też tacy sami? Czy nam nieraz nie pomaga ktoś, kto jest mniejszy od nas? Oto moja bajka. Oto prawdy w bajce zawarte. Ale to nie ja wymyśliłam kłamstwa. Okłamali mnie i was ludzie dawno żyjący. Bajka, bajka, bajka, bajka!!! Bajka, ale prawdziwa, oj, prawdziwa.
|
|
|||||||