Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. II

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. SIECIARZ

"Moje ciało drży na zew cieni moich przodków, a moje serce opłakuje czas, którego nigdy nie będzie"...
Dziadek przykucnął przy ognisku i długimi palcami przebiega po strunach swojego instrumentu valiha zrobionego z bambusa i śpiewa monotonne melodie z czasów, które dawno minęły... Mówią, że to godzina, w której cienie zmarłych przemykając się obok ludzi wędrują na północny wschód.
O pasterzu, czy zgromadziłeś swoje stado czarnych wołów rozproszonych na ponurych pustkowiach pagórków Imeriny?
I ty, młoda dziewczyno z wioski, o ciele zwinnym jak liany w lesie, czy napełniłaś swój gliniany garnek żywą wodą ze źródła?
To godzina, w której na gałęzi nocny ptak wyśpiewuje swój żałobny i monotonny tren.
Pokój z nieba zszedł na ziemię. Wprowadzając w zakłopotanie Przestrzeń i pozbawiając ufności Czas - cienie zmarłych wynurzają się z Cienia. To magia przywołuje długie czuwanie z dawnej przeszłości.
Opowieść! Opowieść! Dziadku czcigodny, stare legendy dawnych czasów, albo tylko patrzenie na gwiazdy zrytmizowały monotonną ucieczkę czasu.
Oto opowieść o rybaku Sieciarzu i księżniczce Dianie.

W kraju, gdzie płynie Wielka Rzeka, który graniczy z krajem naszych ojców, bardzo dawno temu, żył rybak o imieniu Sieciarz. Mieszkał samotnie w małym, wiejskim domku. Każdego dnia, który był mu dany przez Stwórcę, kiedy poranny brzask zorzy zaczynał rozjaśniać niebo na wysokości Gór Mitomandavana, Sieciarz brał na plecy swoje sieci i harpun i szedł w kierunku brzegów Wielkiej Rzeki, aby szukać swojej codziennej strawy. Najczęściej połów był bardzo mizerny, ale to dla niego nie miało znaczenia. Jedno tylko było ważne: aby żyć. Słodkie też było światło dnia, które dał Bóg. Nieskończoną wydawała się przestrzeń wodna rzeki lśniącej w słońcu. Sieciarz czuł, jak serce napełnia się radością i nadzieją na widok tego niezmierzonego zwierciadła wody mieniącego się wszystkimi barwami tęczy. "Jeśli dziś nie będę miał szczęścia mówił sobie jutro albo pojutrze mi się poszczęści. I kto wie, może Stwórca wynagrodzi mi pewnego dnia wszystkie te trudy. Ja nie przestanę prosić Przodków o codzienny pokarm dla mnie. Zawsze też będę wystrzegał się znieważania Wielkiej Rzeki, która jest Mieszkaniem Duchów Potężnych. Ci Władcy Fal poruszają wodę, aby trzymać z dala od brzegów nieczystości takie, jak tłuszcz, padlinę czy zwyczajne brudy.
Po dniach następowały noce, po nocach następowały dni. Dwa czasy, Dzień i Noc, podobne są dwom ruchom rytmu serca. Znosiły się przeciwności: pomyślność i niedostatek, połów nadobfity i zbyt skąpy, aby zaspokoić głód. Bowiem dla Sieciarza dni obfite następowały po dniach chudych. Nasz człowiek nie skarżył się. Niepewność jego pokornego istnienia nie zmniejszała radości życia. Czyż Mędrzec nie mówi, że życie jest podobne do obracającego się koła? Góry i doły, szczyty i wąwozy następują po sobie w przestrzeni ziemskiej.
A jednak pewnego dnia zarzucił na głębokie wody swe sieci mniej rześki, niż zazwyczaj. Przez kilka dni połów był mizerny. Czuł się zmęczony, jego ciało było ociężałe, wszystkie części jego ciała osłabłe, zwiotczałe. Ostatniej nocy spał krótko. Napadły go czarne myśli. Nagle jego życie wydało mu się bardzo smutne. Szczególnie ciążyła mu samotność. Gdyby przynajmniej miał kogoś, komu mógłby zaufać. Gdyby miał przyjaciela. Gdyby przynajmniej miał żonę i dzieci, które by go pocieszały, które rozgrzewałyby jego sztywniejące nogi... Lecz właśnie, jak on mógłby wyżywić tyle ust, skoro natura nie okazywała się hojna dla niego ?
Tak myślał biedny Sieciarz, rzucając sieci w wodę Wielkiej Rzeki bez większego przekonania. Miał zwyczaj częstego wyciągania sieci, ale tego dnia, wbrew swemu zwyczajowi, wyciągnął się na ziemi nie interesując się połowem. Wreszcie, znudzony, wsiadł do pirogi i zaczął ciągnąć sieć przekonany, że nic wielkiego nie znajdzie. Zdziwił go pewien opór, jaki stawiała sieć. "Pewnie moja sieć zahaczyła się o skałę albo o kępy jakichś wodorostów?" powiedział do sobie z melancholią. Podwoił wysiłek. Jego skóra pokryła się kroplami potu. Krucha nędzna piroga zakołysała się i omal się nie wywróciła, kiedy sieć wpadła do pirogi. Rybak upadł w wodę z powodu nadmiernego wysiłku po beznadziejnym oczekiwaniu, jak też z powodu zaskoczenia zmieszanego z przestrachem, że sieć nie porwała się pomimo tak wielkiej ryby. Na dnie jego pirogi leżała wielka ryba. Nie do uwierzenia, jaka jest ogromna! Rybak, jak tylko pamiętał, nigdy tak wielkiej ryby nie widział. Nie, to nie był krokodyl. To była ryba, prawdziwa ryba, którą on złapał w swoją sieć. To był Zwierz. Sieciarz nie mógł inaczej nazwać tej ryby. Zwierz poruszył gwałtownie swymi płetwami powodując niebezpieczne drganie pirogi. Rybak uznał za roztropne powrócić jak najszybciej brzegu, aby piroga osiadła na twardej ziemi. Kiedy minął pierwszy strach, Sieciarz począł zastanawiać się, co on zrobi z tak wielką fortuną, która niespodziewanie spadła na niego. Zastanawiał się, jaki majątek ten szczęśliwy połów mu przyniesie. Mógłby po-ćwiartować ją i sprzedać po dobrej cenie. Ale postanowił ofiarować ją królowi, jak jest w zwyczaju w podobnych okolicznościach. I nie tylko dlatego, że król wynagrodziłby go prezentami, ale też zostałby przyjęty na królewski dwór do usług. Tak został wynagrodzony myśliwy, który ofiarował królowi dzika ogromnych rozmiarów. Myśliwi i rybacy, to szczęściarze szczególnie uprzywilejowani przez króla, byli bowiem protegowanymi przez bogów i żyli przy królu, aby przynosić szczęście całej królewskiej rodzinie. Królowie otaczali się nimi jak fetyszami i talizmanami przynoszącymi pomyślność.
Wszystkie te wspaniałe perspektywy napełniały radością głowę rybaka, kiedy pospiesznie usiłował dopłynąć do brzegu Wielkiej Rzeki. Już opuścił go przestrach. Rozpierała go duma i radość, kiedy patrzył na dzisiejszą zdobycz. Ona, ta Wielka Ryba, była tu, ta cudowna ryba z wielkimi wytrzeszczonymi oczami patrzącymi beznadziejnie, z otwartą wielką paszczą, z dwoma długimi wąsami, które sprawiały, że wyglądała groźnie, zdolna przestraszyć każdego, kto na nią spojrzał. I ta ryba zaczęła mówić:
- O rybaku! Bardzo ciebie proszę, pozwól mi powrócić do głębin mego zamieszkania. Patrz: jestem już stara. Przez lata moje łuski zżółkły, moje płetwy także zesztywniały stając się podobne do trzciny. Pozwól mi umrzeć w głębi wody, tam gdzie żyli i umierali moi przodkowie. Kiedy wybije moja ostatnia godzina, ja stanę się, jak oni, białawą pianą i popłynę za wiecznym kołem fal, zanim zatopię się w niezmierzoności oceanu bez granic, zanim stanę się cząstką wciąż ożywających fal, które zanurzą się wraz ze mną w przeogromnym oceanie bez końca.
I ryba nie mogła już mówić. Straciła dużo sił, aby wypowiedzieć te słowa. Ale nie przestawała otwierać swych ust, jak ten, kto się dusi i za wszelką cenę chce jeszcze raz złapać trochę powietrza. I oto wielkie łzy spłynęły z jej proszących oczu. Tak! Wielka Ryba płakała cicho. Opłakiwała swoje miejsce zamieszkania w głębi wód, do którego nie może powrócić. Opłakiwała Wielką Rzekę i swoich Przodków, płakała nad losem, który ją oczekiwał i którego się spodziewała. Teraz wszystko zależy od rybaka...
Sieciarz w swym sercu poczuł wzruszenie na widok tak żałosnej sceny. Ale jakże: czy powinien on teraz zrezygnować z korzyści, które przeczuwała i którymi już żyła jego dusza? Czy ma nadal ciężko harować od rana do wieczora? Czy nadal musi rano opuszczać swoją nędzną chałupinkę, a wieczorem wracać złamany zmęczeniem? Czy nadal ma pędzić smutne życie w samotności? Biedny człowiek nerwowo ręką przetarł czoło. Naprawdę, był bardzo zakłopotany. Myślał o Wielkiej Rybie, która była tylko zwierzęciem drżącym o swój los, o rybie, której potworna wielkość była szyderstwem wobec swej bezsilności. Rybak nie mógł więcej patrzeć na cierpienia ryby, która w oczach marniała i ginęła. I wtedy po prostu zajął się tym "Zwierzęciem". Objął rękami nie czyniąc jej bólu i powoli wypuścił w wodę, odwracając głowę, jak gdyby chciał skrócić cierpienia nieszczęsnej ryby. A może chciał jak najszybciej skończyć tę pracę, aby czasem nie ulec innym myślom? Może nie chciał ryzykować, że jego serce skieruje się w inną stronę? Może zacząłby żałować tego, co robi, gdyby zanadto ociągał się w dopełnieniu odruchu swego serca? W każdym razie, gdy ryba dotknęła tylko wody, odzyskała siły i zanurzyła się w środek wielkiego wiru wodnego. Ale zaraz potem wystawiła swą wielką paszczę i powiedziała do rybaka:
- Moje serce pozostanie zawsze wypełnione wdzięcznością dla ciebie. Stanie się tak, że Wielki Potężny Duch Rzeki ofiaruje ci skarb tysiąc razy cenniejszy, niż ja, stara ryba. Będzie to skarb, z którego będziesz czerpał bez końca i którego żaden śmiertelnik nie mógłby cię pozbawić. Ten skarb znajdziesz tam, dokąd żaden śmiertelnik nie zdołał jeszcze dotrzeć.
Powstał inny wielki wir z głębi wód, towarzyszył mu hałas, jaki daje głaz wrzucony w wodę. I Wielka Ryba znikła. Rybaka pozostał sam nad wodą i zamyślił się nad usłyszanymi słowami wróżebnymi i niejasnymi, które do niego wypowiedziała Wielka Ryba.
Mijały dni. Życie niosło zupełnie te same problemy, którymi zamartwiał się zawsze. Sieciarz strzegł tajemnicy o tej dziwnej przygodzie. To mu przychodziło bez trudności. Nie był żonaty i nie rozmawiał dużo z ludźmi, bo o czym i z kim?
Ale od tej pory czuł, że to zdarzenie zawładnęło nim i coraz bardziej, z dnia na dzień, zachęcało do działania. Odkąd złapał Wielką Rybę w swoją sieć, inne ryby chyba dały sobie słowo nie pokazywać mu się więcej. Jego połowy stawały się coraz mniejsze. Rybak powiedział sobie, że fortuna odwróciła się od niego.
Pewnego poranka powziął decyzję oddalić się od tego miejsca, które nie było dla niego szczęśliwe. Udał się w kierunku zachodzącego słońca. Płynął swoją pirogą długo, długo... Kilkakrotnie pozwalał unosić się fali. Wyszedł na brzeg w czasie, kiedy słońce kończyło swoją dzienną wędrówkę i zanurzało się w Wielkiej Rzece o baśniowych kolorach, wciąż zmieniających się, wciąż olśniewających. Dotkliwy ból ścisnął serce rybaka.
- Oto ponury i samotny, w wieczór, w ziemi tajemniczej, jestem podobny do liścia przyniesionego przez wodę albo do mrówki przyczepionej do chrustu, którą wiatr przywiał w nieznane pomyślał Co stanie się ze mną? Niech dobre duchy i cienie przodków będą ze mną!
Kiedy pogrążał się w te smutne myśli, oto coś w rodzaju nawoływania się, jakieś głosy, jakiś szczery śmiech dochodził do uszu Sieciarza, który uważnie rozglądał się po okolicy. Wydawało mu się że te dziwne odgłosy dochodzą do niego zza wielkich skał, które utworzyły małą zatoczkę. Było to bardzo blisko miejsca, w którym wyciągnął na brzeg swoją pirogę i przywiązał do drzewa..
- Co to może być? pomyślał Sieciarz.
Podobno w chwili, gdy słońce wysyła swe ostatnie promienie, Syreny, Córki Fal, znajdują przyjemność w strzepywaniu się z wody nad brzegiem rzeki. Niejeden rybak opowiadał, że był świadkiem takich rozrywek, ale Syreny były tak płochliwe, że nikomu nie udało się do nich zbliżyć. Po krótkim wahaniu, z bijącym sercem, Sieciarz skierował swe kroki w kierunku skał. I ledwo przeszedł za nie... O, jakież przedstawienie, jakiż uroczy widok!!! O, jak trudno uwierzyć oczom, że to spektakl prawdziwy, a nie zjawa. Ze zdziwienia otworzył szeroko usta. Jego oczom ukazała się grupa dziewcząt zanurzających się w fale i podnoszących strumienie piany srebrzystej. Sieciarz nie zdołał powstrzymać okrzyku zachwytu. Zaniepokojone tym niezwykłym okrzykiem dziewczęta odwróciły głowy w kierunku rybaka, który stał skamieniały, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Sieciarz już nie wątpił, że są to Córki Fal. Ale co za niespodzianka! Zamiast po prostu zanurzyć się w wodzie i w ten sposób ustrzec się przed niedyskretnymi spojrzeniami śmiertelnika, dziewczęta wyszły z wody i skierowały się śpiesznie do małej groty w nadbrzeżnej skale. Przejmujący krzyk, ale spokojny jak wezwanie, rozległ się w ciszy wieczoru. Zanim biedny rybak mógł zauważyć, co się stało, dwóch ludzi o wyglądzie surowym, uzbrojonych w długie włócznie, stanęło przed nim i patrząc surowo w oczy zapytali go:
- Kim jesteś, cudzoziemcze, że odważyłeś się zaskoczyć córki naszego potężnego Króla w czasie ich codziennej kąpieli?
- Drogo zapłacisz za to świętokradztwo - ciągnął drugi - Oczy, które ujrzały nagie ciała Córek Słońca, nie mogą więcej widzieć, jak Gwiazda ponownie wznosi się na wschodzie.
Świat zawirował wokół rybaka. Zrozumiał że te młode kobiety były Córkami Fal, a ci ludzie najprawdopodobniej mieli za zadanie czuwać nad nimi. Nie miał już żadnych wątpliwości co do losu, jaki go czeka. Nie ujrzy już wschodu Słońca.
- Czcigodni cudzoziemcy zaryzykował Sieciarz już bardziej martwy niż żywy jestem tylko biednym rybakiem i przybyłym tu pirogą z daleka. Moje nieszczęście i nędza popchnęły mnie ku tym brzegom. Niech Stwórca i Potężne Duchy, które zaludniają te wody, będą moimi świadkami, że ja nie chciałem przeszkodzić w kąpieli Dostojnej Księżniczki.
Kiedy trzej mężczyźni rozmawiali, młode kobiety, które zdążyły ochłonąć z zaskoczenia, zbliżyły się powoli. "Najwidoczniej księżniczką jest idąca w środku grupy" - pomyślał Sieciarz. Wyglądem nie różniła się od swych dwórek, tylko na środku czoła miała małą muszelkę, jakby królewski diadem. Ale jak piękną ona była, jak piękną! Jakie dostojeństwo, jaki majestat w jej postawie i sposobie noszenia głowy! Sieciarz nie mógł oderwać swoich oczu od tego stworzenia tak godnego adoracji. Córki Fal bladły z zazdrości na sam widok Księżniczki. Ale czy ona sama nie była zagubioną Syreną wśród śmiertelnych? Nogi biednego rybaka ze strachu zaczęły trząść się pod nim, kiedy ujrzał Księżniczkę zbliżającą się do niego. Delikatnym gestem dłoni odsunęła towarzyszki i dwóch strażników. Zamiast gromić spojrzeniem, spoglądała na niego z sympatią. Lekki uśmiech pojawił się na jej wargach. Przedstawiła się słodkim i melodyjnym głosem:
- Jestem Diana, jedyna córka króla tego kraju. Nie obawiaj się niczego, nie spotka cię nic złego.
I jak można wierzyć niedyskretnym uszom słuchającym tego, co ona mówiła głosem jeszcze cichszym, niemal szeptem, wyznawała:
- Ty jesteś człowiekiem, którego los przysłał do mnie. Moja stara karmicielka - oby jej Duch odpoczywał w pokoju w Królestwie Zmarłych która umiała czytać na niebie przeznaczenie ludzi i znała tysiące innych cudowności, powiedziała mi pewnego dnia: "Pamiętaj, Księżniczko, że człowiek twojego życia będzie wam przedstawiony we śnie. Nie bierz innego, tylko tego, wyśnionego." Potężni książęta przybywali z dalekich krajów i już prosili i błagali mego czcigodnego ojca o mnie, ale żaden mi się nie spodobał, ponieważ żaden nie był podobny do tego wybranego we śnie i ja wciąż oczekiwałam. Mój ojciec wiele razy mi mówił o olśniewających małżeństwach, zwłaszcza o małżeństwie z synem Króla Lasu, o którym mówiono, że jego bogactwo jest niezmierzone, jak piasek morski na plaży. Wtedy mój ojciec stracił cierpliwość, wpadł w straszliwy szał. Ale wśród łez, które ja wylałam na jego kolana, kiedy je obejmowałam, jego serce wzruszyło się i już nigdy więcej nie próbował mnie przymuszać do małżeństwa. Ale ja czułam, że smutek trawi jego serce. On stawał się coraz smętniejszy. Nie widziano go nigdy więcej, aby wraz ze swymi walecznymi wojakami uzbrojonymi w tysiąc broni straszliwych gonił nieokiełznanego Niebieskiego Wołu. Podczas święta Nowego Księżyca patrzył bezmyślnie na tancerzy-akrobatów, ale jego ciało nie wpadało w rytm świętych bębnów. On stracił nadzieję, że zobaczy moje zaślubiny, że dożyje mojego wesela. A ja jestem jedyną spadkobierczynią.
- Ale teraz, od trzech nocy, Wielki Duch Snów unosił się nad moim snem i ja widziałam, jak teraz widzę ciebie, człowieka siedzącego na Wielkiej Rybie, która spokojnie płynęła po Wielkiej Rzece. Ten człowiek zbliżył się do mnie, dotknął mojej ręki i objął mnie. Ten człowiek miał twój wygląd i zachowywał się tak samo, jak ty. Zrozumiałam, że moja godzina szczęścia przybyła. Ten człowiek, to ty! Podobasz mi się.
- Czcigodna Księżniczko wymamrotał Sieciarz pełny emocji moje uszy ledwo wierzą tym cudownym wyznaniom, która właśnie usłyszały. Czy biedny rybak, taki jak ja, jest godny tak wielkiego zaszczytu, który chciałabyś, o Księżniczko, uczynić dla mnie?
W odpowiedzi na tę wątpliwość Diana wzięła rękę tego, którego Przeznaczenie przysłało do niej i którego serce już ukochało. Przedziwny orszak uformował się i ruszył w kierunku pałacu Wielkiego Króla. Strażnicy szli na przedzie nie ośmielając się nawet pytać o powody tak dziwnego zachowania się Księżniczki. Jej towarzyszki szły za nią, w odległości wyrażającej pełny szacunek, ale po cichu podśmiewały się z Księżniczki.
Sieciarz zrozumiał... Tak, Duch Rzeki właśnie ofiarował mu skarb tysiąc razy cenniejszy od Starej Ryby. Serce Wielkiego Króla napełniło się niezmierną radością, gdy jego córka przedstawiła mu wybrańca swego serca. Jej ojciec zarządził wielkie święto, aby radować się ich zaślubinami.
A kiedy Król umarł, rybak Sieciarz i księżniczka Diana odziedziczyli jego królestwo. Żyli długo i mieli duże dzieci. Ale nikt nie wie, jak skończyło się ich życie na ziemi. Często wychodzili z pałacu nad rzekę, aby pospacerować w miejscu ich pierwszego spotkania. Wychodzili bez straży. I jednego wieczoru znikli i nie powrócili do królewskiego pałacu. Starzy ludzie powiadają, że w nocy przy pełni Księżyca, można rozpoznać niewyraźne sylwetki kobiety i mężczyzny wśród gwiazd, które odbijają się w spokojnej toni Wielkiej Rzeki.

"Bajka! Bajka! Legenda! Legenda! Ale to nie ja was okłamywałem, to nie ja wymyśliłem tę historię. To nasi przodkowie opowiadali przede mną".
Nie spiesząc się, dziadek odłożył swój instrument i zbliżył do paleniska swe palce suche i długie, jak patyki. Ale ogień przygasł, w ziębnącym popiele drży i migocze tylko kilka czerwonych punkcików, podobnych do zapomnianych gwiazd.
"Moje ciało drży na zew cieni moich przodków, a moje serce opłakuje czas, którego nigdy nie będzie"...


  • Góra strony

    2. OWOC NIEZNANY

    Żuje i przeżuwa Pan Szczur
    O długich zębach.
    Pieści i gładzi swe długie wąsy
    Pan Szczur z łysą głową...
    O czym tu wam opowiedzieć?
    Ale to nie ja opowiadam kłamstwa.
    Kłamią ludzie, którzy mi to opowiedzieli.
    Żyli dawno ci, którzy wymyślili tę bajkę.

    Był-żył Mężczyzna. I żyła-była też Kobieta. I oni się pokochali. Pobrali się, wybudowali dla siebie dom i w nim mieszkali. I stali się małżonkami, a potem stali się rodzicami. Mieli dziecko, piękne dziecko. Nazwali je Pierworodne. Potem mieli drugie dziecko. Było tak samo piękne. Nazwano je Najmłodsze.
    Dzieci rosły i stawały się coraz piękniejsze. Były zdrowe i silne, tak Pierworodne, jak i Najmłodsze. Zaczęły pomagać swoim rodzicom, ale Pierworodne miało przewagę: było starsze, silniejsze i większy był pożytek z jego pracy.
    Pewnego dnia rodzice wysłali swoje dzieci do lasu, aby odnalazły drzewo podróżnika i przyniosły do domu jego liście: długie, piękne, gładziutkie i czyste, a tak wielkie, jak obrus. Jak mały obrus, oczywiście. Dzieci poszły do lasu i odnalazły drzewo podróżnika. A kiedy zbierały liście, było słychać trzask: "puk! puk! puk!" To liście zawsze tak pukają, kiedy się je zbiera.
    Szybko zmęczyło się, a może tylko znudziło się, Najmłodsze i zaczęło się bawić... Biegało za motylkami i owadami, wchodziło między kwiaty i paprocie... Przechodził tam pewien człowiek i ujrzał dziecko biegające po lesie. Poszukał Pierworodne i powiedział:
    - Powiedz mi, czy z tobą przyszło do lasu to dziecko, które tak biega? Pilnuj je, bo może zabłądzić.
    - Ja pracuję odpowiedziało Pierworodne ja się nie bawię. Zbieram liście z drzewa podróżnika, jak polecili mi rodzice.
    - Ale ja ci zwracam uwagę na Najmłodsze. Jesteście rodzeństwem, a starsze dziecko zawsze odpowiada za młodsze! Ono zginie w lesie.
    - Eee odpowiedziało Pierworodne proszę zostawić mnie w spokoju. Ja pracuję.
    - I taka jest twoja odpowiedź? Tak odpowiada starsze dziecko odpowiedzialne za młodsze?
    - Tak
    Rozmawiali przy drzewie pokrytym liśćmi, cienkimi, gładkimi liśćmi, które Najstarsze łamało i układało w wiązkę do niesienia.
    - Skoro tak powiedział człowiek leśny skoro najwidoczniej nie kochasz swego młodszego rodzeństwa, ja to dziecko zabiorę i oddam ci je, gdy mi powiesz, jak nazywa się owoc drzewa, które tutaj rośnie. Tego oto drzewa.
    - To nic mnie nie obchodzi!
    - To prawda, to ja widzę, że Najmłodsze nic ciebie nie obchodzi!
    Najstarsze dalej zbierało liście, trochę złe na Najmłodsze, trochę zgorzkniałe i niezadowolone samo z siebie.
    Najstarsze skończyło swoją pracę i krzyknęło, aby zawołać Najmłodsze. Odpowiedziało mu tylko leśne echo i śpiew koników polnych. Zaniepokojone zawołało jeszcze raz: cisza. Pierworodne zabrało więc uzbierane liście i szybko zaniosło do domu. Szybko też rzuciło wiązkę liści i prędko odszukało swojego ojca i swoją matkę.
    - Najmłodsze zginęło! Poszło bawić się w lesie w czasie mojej pracy. Na moje wołanie odpowiedziało tylko echo. Na pewno ktoś je uprowadził!
    - Nie pleć głupstw! powiedział ojciec.
    - Nikt nie czyni krzywdy małym dzieciom! dodała matka.
    - Może uprowadził Najmłodszego ktoś, kto się ukrył i dlatego nie było go widać.
    - Głupie z ciebie dziecko. Chodźmy szybko, Najmłodsze nie może być daleko...
    Ojciec, matka i kilkoro sąsiadów pobiegło do lasu razem z Pierworodnym. Szukano wszędzie, wołano żadnej odpowiedzi. Zwyciężył niepokój, niepewność, smutek... Szukają daleko, szukają blisko... szukają wysoko, szukają nisko... szukają w zaroślach, szukają wśród krzaków... nic... nigdzie... nikogo... Nie mogli znaleźć Najmłodszego. Zbliżała się noc. Trzeba było wracać do wioski. Nie znaleziono też Najmłodszego na drugi dzień, chociaż poszukiwano od rana do południa.
    Po obiedzie Pierworodne mówi do rodziców:
    - Idę na poszukiwania Najmłodszego.
    - Lepiej było uważać na nie wczoraj... Pokazało się, jak ty kochasz Najmłodsze!
    Pierworodne wyszło niby na poszukiwanie Najmłodszego, ale tak naprawdę poszło po kilka owoców nieznanego drzewa. Potem poszło drogą przez las. Już odeszło daleko od wioski, ale idzie... wciąż idzie... nadal idzie... Zobaczyło ludzi, którzy karczują kawałek lasu, ludzi oczyszczających ziemię pod uprawę ryżu. Korzystają oni z pomocy sąsiadów. Takich pomocników nazywa się karczownikami rumu. Każdy, kto przyjdzie pomagać i pomaga przez całe popołudnie, w nagrodę otrzymuje buteleczkę rumu . I Pierworodne zaśpiewało, prosząc o rozwiązanie tej zagadki:
    O wy, karczownicy rumu, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Aaa odpowiedzieli nie wiemy. A może ty z nas drwisz!? Idź sobie dalej!
    I pierworodne poszło dalej drogą przez las. Idzie... idzie... aż spotkało ludzi na brzegu wody myjących talerze.
    O wy, zmywający naczynia, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - My nie znamy tych owoców. Idź do innych ludzi, może ci powiedzą.
    I Pierworodne poszło dalej. Wspina się na pagórek, schodzi w dolinę. Z daleka spostrzega ludzi kopiących kanał, aby doprowadzić wodę na ryżowisko. Ci ludzie usłyszeli także zagadkowy śpiew:
    O wy, kopiący kanały, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale i oni nie wiedzieli. I też z gniewem odpowiedzieli, bo myśleli, że z nich się kpi. Więc Pierworodne poszło w drogę, znów jest na leśnych ścieżkach, idzie przez pagórki, idzie przez doliny, znów spotyka ludzi, którzy oczyszczają ryż w drewnianych moździerzach, tłukąc drewnianymi ubijakami:
    O wy, czyściciele ryżu, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Eee... my tego nie wiemy. Nie mamy pojęcia.
    I Pierworodne poszło dalej, bo nic innego nie mogło zrobić. Podjęło przerwaną wędrówkę, idzie przez las i równinę. Oto spotyka ludzi chroniących pole ryżowe przed ptakami, bo ryż jest już prawie dojrzały.
    O wy, stróże ryżowisk, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Oczywiście, że i oni nie rozwiązali tej zagadki, bo też nie wiedzieli. Więc Pierworodne zapytało:
    - Dokąd mam iść, aby się dowiedzieć, jak nazywają się te owoce? Jeśli nikt mi nie powie, Najmłodsze nie powróci do domu, ja będę samo przy moich rodzicach!
    Pierworodne odeszło. Idzie i idzie dalej. Pyta tu, pyta tam. Pyta jednych, pyta innych ludzi. Ale zawsze słyszy tę samą odpowiedź:
    - Nie wiemy.
    - Cóż więc mam począć? Ja chyba oszaleję! Ale mam pomysł. Zaraz udam się do Stwórcy, wysoko! W drogę!
    I poszło. I idzie. I zmęczyło się. I drepcze. I jeszcze drepcze.
    I doszło.
    Stwórca znajdował się blisko drogi. Pierworodne go odnalazło, już go widzi. Stwórca jest tam, w rzece, razem ze swoimi dziećmi się kąpie: plum-plum, plum-plum.... Wszyscy pląsają się w wodzie.
    - Stwórco, który wszystko znasz i który wszystko wiesz mówi Pierworodne.
    Ale Stwórca wydaje się zagniewany. Może jego oblicze wypogodzi się w czasie jej śpiewu? I Pierworodne zaczyna:
    O wy, kąpiący się w wodzie, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Ach mówi Stwórca ach, moje dzieci! Czy słyszeliście? Jest tu pewien ptaszek, który nam zaśpiewał. Jaki piękny śpiew, moje dzieci! Sza! Bez mru mru! Posłuchajcie tego pięknego śpiewu!
    I Pierworodne zaśpiewało jeszcze raz, ale śmielej i śpiew wydał się jeszcze piękniejszy:
    O wy, kąpiący się w wodzie, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Na imię mojego imienia! zakrzyknął Stwórca to małe dziecko tak pięknie śpiewa. Ono jest tam, to małe, Pierworodne. W ręku trzyma pomarańcze-cytryny! Pierworodne, nie wiesz, że te owoce nazywają się pomarańcze-cytryny? Albo cytryny-pomarańcze, jeśli tak wolisz. Pomarańcze-cytryny, cytryny-pomarańcze! Rozumiesz, dziecko?
    - Tak odpowiedziało radośnie Pierworodne.
    I oddaliło się. Z radością biegnie i powtarza: Pomarańcze-cytryny, cytryny-pomarańcze, pomarańcze-cytryny, cytryny-pomarańcze!
    Jest już u kresu swej drogi, już jest bardzo blisko. Już widzi to drzewo. Aj! Nazwa tych owoców nie przychodzi więcej do głowy! Zapomniało! Pierworodne zapomniało nazwy owoców. Pierworodne wraca do Stwórcy, biegnie, staje blisko kąpiących się i śpiewa:
    O wy, kąpiący się w wodzie, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Aaa- mówi Stwórca moje dzieci, czy słyszeliście ptaszka, który dla nas śpiewa? Cudownie śpiewa! Sza, słuchajcie!
    I w ciszy rozległ się powtórnie śpiew. Pierworodne śpiewało:
    O wy, kąpiący się w wodzie, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Olala! To znów to głupiutkie Pierworodne. Śpiewa pięknie, ale zapomniało mojego pouczenia! Głupiutkie, zaraz zobaczysz, jak tymi pomarańczami-cytrynami czy też cytrynami-pomarańczami rozsadzę twoje uszy! Bo ty masz chyba uszy zatkane, nieprawdaż? - krzyknął Stwórca głosem silnym i przejmującym grozą.
    - Już wiem, rozumiem, już przypominam sobie odparło Pierworodne.
    I znów powtarza: "Pomarańcze-cytryny, cytryny-pomarańcze, pomarańcze-cytryny, cytryny-pomarańcze... pomarańcze... pomarańcze... pomarańcze...
    - Ojejej, zapomniałam... pomarańcze...
    A Pierworodne było już tak blisko człowieka, który strzegł Najmłodsze, to dziecko, którym Pierworodne miało się opiekować.
    Cóż miało zrobić Pierworodne? Nic innego, jak tylko powrócić do Stwórcy. Miał on minę zagniewanego, przerażał, to prawda. Ale co innego można zrobić? Pierworodne idzie do Stwórcy tam, na brzeg rzeki i podejmuje jeszcze raz swój piękny śpiew.
    O wy, kąpiący się w wodzie, o!
    O, wy wszyscy tu, o!
    Co to jest? Co to za owoce?
    Jaki to owoc widzicie?
    Może z jarzębiny przyniesiony przez ptaki?
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    Ale ja wam nie powiem, o, nie!
    - Aaaaaach, moje dzieci! woła Stwórca wychodzimy z wody i idziemy sprawić tęgie lanie. To pięknie śpiewające dziecko nie ma mózgu w głowie! Pomarańcza-cytryna, cytryna-pomarańcza... Istoto bez mózgu! Zapamiętaj wreszcie!!!
    Pierworodne szybko oddaliło się od Stwórcy i biegnie powtarzając: pomarańcza-cytryna, cytryna-pomarańcza, pomarańcza-cytryna, cytryna-pomarańcza...
    Nie zatrzymało się, aż dobiegło do człowieka, który porwał Najmłodsze. Woła zadyszane:
    - Pomarańcza-cytryna, cytryna-pomarańcza!!!
    - Hmmm wycedził robotnik leśny Hmmm... oto dziecko, za które odpowiadasz.
    Natychmiast Pierworodne pochwyciło je za rękę, razem już szybko wybiegli z lasu i razem jak najszybciej biegli do domu. Wreszcie są!
    - Oto nasze Najmłodsze krzyczy Pierworodne jest ono z nami, to maleństwo, tak, to ono. Oto jego dom! Oto twoi rodzice, oto twój ojciec! Oto twoja Matka! Jakiż szczęśliwy mamy dzień dzisiaj! Jak szczęśliwe ja jestem, wasze dziecko Pierworodne, ojcze i matko!
    - Oto nasze dzieci, oto Pierworodne i Najmłodsze wołają szczęśliwi rodzice.
    A jak bardzo cieszą się sąsiedzi w wiosce! Przybywają do domu szczęśliwych i pytają:
    - Gdzie byłyście, dzieci, dokąd biegałoś, Pierworodne? Czego nauczyli ciebie? Czego nauczył cię Stwórca?
    Tego dnia urządzono święto! Jest wół tłusty! Przyprowadzają go, zmuszają, aby się położył, zabijają. Jest drzewo, jest woda, jest ogień. Mięso już się gotuje. I ryż, wielki kocioł ryżu, bo dziś trzeba jeść dużo. Bo oto święto wielkie, dzień tańców i śpiewów. Jest też woda, nie zapomniano o wodzie! Nie ta woda z rzeki, hela! To jest woda zwana wodą białą albo też wodą życia. Bo nie ma święta bez rumu! Pomyślcie tylko: odnalazły się dzieci, które zginęły, powróciły do domu, które oddaliły się na zbyt długi okres czasu. One żyją, są znów tutaj. I możecie mi wierzyć, że nie pozostała ani jedna kropelka wody, ani jedno ziarnko ryżu, ani odrobinka mięsa. Takiego święta jeszcze nie było! Takiego święta ta wieś nie widziała!
    I niech się stanie nędzarzem
    W domu swej teściowej
    Ten, kto mi nie powie: "bajka, bajka"!
    Ale to nie ja wypowiadam banialuki,
    Lecz ludzie żyjący innym razem...
    Nie, nie ludzie innym razem,
    Ale ci, którzy tę bajkę wymyślili.
    Bajka, bajka, bajka, bajka!!!



  • Góra strony

    3. PRZYNIEŚ MI SERCE
    TWEGO OJCA I TWEJ MATKI


    Był-żył raz chłopiec, a właściwie był już młodzieńcem, dzielnym myśliwym. Potrafił upolować każde zwierzę, na które ludzie polują. Przyzwyczaił się do tego sposobu życia i każdego dnia przebiegał pola i lasy, a nie przebiegał nigdy na próżno. Pewnego dnia zapędził się na ziemię bogacza, zaczaił się w cieniu najpiękniejszego w całej okolicy drzewa, które miało bardzo gęste listowie i trudne do zliczenia gałęzie. Cichutko, bez szelestu, zbliżył się do drzewa. Spojrzał w górę. Nie mógł uwierzyć własnym, oczom
    Na drzewie, na samym wierzchołku, jest coś. Nie widzi dokładnie, ale wydaje mu się, że to coś żuje. Patrzy uważniej. Na samym wierzchołku drzewa, wśród gałęzi, siedzi dziewczyna. Jest młoda. A była taka piękna, że jeszcze żadnej tak pięknej w swym życiu myśliwy nie widział. Ona była piękna, ale piękna! Tak piękna, że aż chwyta za serce. Myśliwy zaczął rozmyślać:
    - Przyszedłem tutaj, aby upolować dzika, ale zadowoliłbym się jakimkolwiek zwierzątkiem. Nawet, gdybym nic dziś nie upolował, powróciłbym do domu ze znalezionym w lesie miodem, uzbieranym przez dzikie pszczoły. Ale spotkałem coś, czego nigdy nie widziałem, nawet nigdy bym nie pomyślał o czymś takim. Najpiękniejsza dziewczyna! Jaka gładziutka jej skóra, jaka piękna jej cera! Jest tak piękna, że wydaje się, jakby błyszczało złoto na szczycie tego drzewa... Możliwe to? Może tylko śnię? Może zaraz się przebudzę i przepiękne widzenie zniknie? A jednak moje oczy widzą i widzą to, czego jeszcze nigdy nie widziały.
    Koniec z polowaniem na dzisiaj. Nie potrzebuję już dzika, nie potrzebuję miodu. Znalazłem skarb znacznie większy to cud, który jest tam, wysoko, na drzewie. Podejdę jeszcze trochę bliżej, aby ją zobaczyć.
    I piękna z góry zauważyła myśliwego, otworzyła usta i doszedł do niego głos z góry:
    - O ty, przechodniu! Ty, który szukasz zwierzyny do upolowania, który przebiegasz góry i doliny, nie zatrzymuj się tu bezczynnie. Idź swoją drogą, a dziś znajdziesz to, czego szukasz. Idź i szukaj - powiedziała piękna z drzewa.
    - Och - odpowiedział młodzian. - To prawda, że ja szukam coś dobrego do jedzenia. Chciałbym też dziś zjeść coś smacznego. Ale dziś znalazłem ciebie! Kim jesteś? Co robisz na drzewie, siedząc wśród liści tak wysoko?
    - Ja? odpowiedziała piękna Ja, którą widzisz, też szukam... Szukam młodzieńca, który pokochałby mnie na tyle, aby mnie poślubić. Czekam na młodzieńca, który zaofiaruje mi wszystko, czego potrzebuję do szczęścia.
    - Jeśli tak się rzeczy mają odpowiedział chłopak możesz być pewną, że jesteś najpiękniejszą panną, tak piękną, jakiej jeszcze nigdy nie spotkałem i od chwili, gdy cię ujrzałem, coś płonie w moim sercu. Już nie czuję głodu, bo we mnie całym płonie miłość ku tobie. Czyż ja mógłbym miłować jakąkolwiek inną dziewczynę, gdy ciebie ujrzałem? Jestem w tobie zakochany do szaleństwa. Jak widzisz, nie jestem już dzieckiem, a mój starzejący się ojciec chciałby mnie widzieć żonatym.. "Szukaj dziewczyny i żeń się" . powtarza bo my, twój ojciec i twoja matka, my już się zestarzeliśmy. My też potrzebujemy w domu odważnej dziewczyny, córki, która byłaby twoim skarbem". Ja szukałem, tak, szukałem, ale nie znalazłem żadnej, którą mógłbym pokochać. Ale dzisiaj... dziś już znalazłem taką, którą mogę pokochać. Jeśli chcesz iść ze mną... Bo chyba Stwórca nie zesłał mi przed oczy ciebie na moją zgubę?
    - Głupiś odpowiedziała dziewczyna nie zesłał mnie tutaj, aby ciebie zgubić... Jeżeli ty mnie tak kochasz, jak mówisz, zgadzam się iść z tobą tam, dokąd ty pójdziesz. Zgadzam się być twoją żoną, ale... ja muszę się przekonać, że ty mnie naprawdę miłujesz i chcesz mojego dobra i szczęścia. Oto, co musisz uczynić: przynieś mi serce twego ojca i serce twojej matki˛. Serce twojej matki w prawej ręce, serce twego ojca w lewej ręce. Przynieś je, te dwa serca, wtedy ja pójdę z tobą i będę twoją żoną.
    - Wyruszam natychmiast spełnić twoje życzenie postanowił chłopak i pobiegł do domu.
    Spieszno mu było powrócić do niej. Pracował u pewnego hindusa i pasł stado kóz indyjskich. Jak opowiadają, zabił on kozła, a potem kozę. Wyjął serce kozła i serce kozy. Mówią, że serce kozy i serce kozła jest bardzo podobne do serca ludzkiego. I pobiegł nie zatrzymując się nigdzie, aż stanął pod drzewem, na którym siedziała ta piękna dziewczyna. W prawej ręce trzymał serce kozy, w lewej zaś serce kozła.
    - Widzisz powiedział oto przyniosłem ci serce mojego ojca i serce mojej matki. Dotrzymałem przysięgi, więc i ty też musisz dotrzymać danego mi przyrzeczenia i zostać moją żoną. W mojej prawej ręce jest serce mojej matki, w mojej lewej ręce jest serce mojego ojca. Zejdź więc szybko z drzewa, idziemy do naszego domu.
    - Och! Och! Och! powiedziała piękna siedząca na czubku drzewa ty jestem najemnikiem. Ty tam, u Hindusa, twego pracodawcy, ośmieliłeś się zabić to, czego miałeś strzec i pilnować... w dodatku jesteś kłamcą. Okładałeś mnie dzisiaj, okłamiesz mnie jutro. Jesteś niewierny dziś i będziesz niewierny potem. I ja miałabym iść i zamieszkać z tobą?! Ty będziesz postępował podobnie, jak zrobiłeś dzisiaj... Ty mnie okłamałeś!!! I później będziesz mnie oszukiwał, a może nawet mnie zabijesz? Nie, nie pójdę z tobą, nie!!! Idź sobie! Idź precz, precz stąd!!!
    Młodzieniec odszedł zasmucony, nieszczęśliwy, bez nadziei. A na dodatek, gdy przyszedł do swego praco-dawcy, został oskarżony o zabicie kozy i kozła. Nie bronił się, pozwolił się aresztować, zakuć w kajdany, wrzucić do więzienia... koniec z nim.
    Ale ta wieść rozeszła się po całym kraju. Powstał hałas nie do stłumienia. Wszyscy wiedzieli i dyskutowali o tym, że dziewczyna o nieporównywalnej piękności, o piękności czarującej, siedzi na wierzchołku największego w kraju drzewa.
    Przybył młody człowiek, drugi zalotnik. I on szukał dla siebie żony, dziewczyny swego serca.
    - Och, dziewczyno, jakaś ty piękna na twoim drzewie - wykrzykiwał - Wiedz, że kocham ciebie! Kocham ciebie do szaleństwa! Mówią, że chcesz serce ojca, który sprawił, że urosłem. Mówią, że chcesz serce matki, która pozwoliła mi ujrzeć słońce. I ja mam ci przynieść te dwa serca, jeśli naprawdę chcę, abyś została moją żoną, Czy to prawda?
    - Ha! powiedziała piękna Nie jesteś głuchy, to najprawdziwsza prawda! Dobrze słyszałeś. Jeśli chcesz, abym była twoją żoną, przynieś mi więc serce twego ojca w lewej ręce i serce twojej matki w ręce prawej.
    - Tak powiedziałaś! odparł zalotnik A więc, jeśli przyniosę ci serce mojego ojca i serce mojej matki, zostaniesz moją żoną? I pójdziesz ze mną!?
    - Przysięgam odpowiedziała piękna pójdę z tobą!
    - Wspaniale! Czekaj na mnie, zaraz wrócę!
    Młodzieniec odszedł pospiesznie i udał się do swoich rodziców.
    - Ach, ojcze, ach, matko powiedział uprzejmie i czule Oto stałem się mężczyzną. Oto czas, abym zna-lazł sobie dziewczynę. Przynaglaliście mnie do ożenku. Tak, szukałem długo. Nie mogłem znaleźć dziewczyny, którą mógłbym pokochać. Ale dzisiaj, tak, dziś znalazłem taką. Znalazłem tę, którą miłuję do szaleństwa. Jestem pewny, że to kobieta mojego serca. Chodźcie więc ze mną, jak to jest w zwyczaju, prosić za mną, aby chciała być moją żoną.
    - Piękna to i słuszna sprawa powiedział ojciec, potwierdziła to matka Wreszcie dasz nam chłopców i dziewczynki. Nareszcie będziemy mieli wnuki... Nie zestarzejemy się w samotności. Skoro to jest prawdą, pójdziemy z tobą i poszukamy tę piękną pannę, która potrafiła wzruszyć twoje serce.
    Jak powiedzieli, tak zrobili. Poszli we troje. Ale syn myślał o tym, że panna oczekuje go... że nie pójdzie z nim, jeśli nie przyniesie serca swego ojca i swojej matki... Powiedział więc do rodziców, aby poszli przed nim, a on tymczasem pójdzie przez las, na skróty, a spotkają się na skraju lasu.... Ich dom w wiosce stał najbliżej lasu. I on tam pobiegł, wszedł do domu niezauważony przez nikogo. Wziął swoją maczetę... naostrzył, jak brzytew... i szybko przebiegł przez las. Niósł maczetę na ramieniu, jak to mają w zwyczaju wszyscy mężczyźni udający się do lasu. Przybył jeszcze przed swoimi rodzicami. Ukrył się w zaroślach. Podły!!! Był zakochany do szaleństwa w tej pięknej, choć okrutnej. I tam zabił swego ojca! I zaraz potem zabił swoją matkę! Maczetą otworzył ich piersi, wyrwał im serca i szybko, bardzo szybko, pobiegł pod drzewo, gdzie wysoko wśród liści siedziała ta piękna, umiłowana przez niego dziewczyna.
    Na prawej dłoni położył serce swej matki, w lewym ręku trzymał serce swego ojca.
    - Zejdź szybko z drzewa, dziewczyno mego serca powiedział oto dowód mej miłości. Tyś mi powiedziała: "przynieś mi serce twojego ojca i serce twojej matki". Oto jest serce ojca w lewej ręce, serce mojej matki w prawej. Spójrz na moją prawicę, spójrz na moją lewą rękę! Kocham cię do szaleństwa! Spełniłem twoje życzenie! Zejdź! Chodź do mnie! Pójdź ze mną!
    - Ach powiedziała dziewczyna z wysokości drzewa ja widzę... Ja widzę, coś uczynił! Ale ty nigdy nie będziesz moim mężem, jak ja nigdy nie zostanę twoją żoną! I nie pójdę z tobą. Twoja matka... ta, która pozwoliła ci ujrzeć słońce i jego promienie... ty ją zabiłeś! Twój ojciec... ten, który troszczył się o ciebie, trudził się i cierpiał, abyś mógł urosnąć...ty go zabiłeś! I ja? Ja miałabym iść z tobą? Mielibyśmy być współmałżonkami? Ja miałabym mieszkać w jednym, domu z tobą, zabójcą swoich własnych rodziców? Pewnego dnia, w gniewie, mogłabym usłyszeć twoją groźbę: "uważaj na moją maczetę, uważaj na moją maczetę!" Nie, nie zejdę z drzewa, nie pójdę z tobą!!!
    Aż dech mu zaparło. Myślał, że już umiera. Ale powróciło mu uczucie bardziej ludzkie: beznadziejność. Łzy kapały mu z oczu, deszcz ulewny na glebę jego serca. Jego ojciec nie żyje. Ojciec, który doprowadził go do wieku dojrzałego, aż stał się mężczyzną! On go zabił! Jego matka, która go karmiła i opiekowała się nim. On ją zabił! I ta dziewczyna, taka piękna odrzuciła go ze wstrętem! Odszedł bez nadziei. Przybył zakochany. Odchodził zrozpaczony. Przyszedł jako zalotnik. Odchodził jako bandyta. Odchodził jak najdalej od swej wioski i swego kraju. I już nigdy więcej go nie widziano ani wspominano. Umarły za życia.
    Wieść i o tym zdarzeniu, oczywiście, obiegała kraj cały. Młodzi mężczyźni przygotowani do ożenku nie mniej od poprzedników marzyli o pięknej dziewczynie na drzewie. Jeden z nich, trzeci z kolei, postanowił kusić szczęście. "Może zdobędę serce młodej dziewczyny, jeśli postawi podobne warunki" pomyślał i poszedł pod drzewo.
    Piękna dziewczyna była wciąż na drzewie: jaśniejąca, promienna jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek.
    - O. Ty najpiękniejsza ze wszystkich pięknych! powiedział Możesz mi wierzyć, że cię kocham, jak nikt jeszcze nie pokochał cię aż dotąd. Ja nie jestem z takich, którzy chcieliby cię oszukać albo zabić kogoś lub siebie. Nie, ja kocham ciebie i pragnę twego dobra. I to będzie moim szczęściem, gdy ty będziesz szczęśliwa przy mnie. Przychodzę do ciebie pomimo tych dwóch historii, które obiegają kraj cały. Chcę ci powiedzieć, że jesteś moją umiłowaną! Wiem wszystko, co o tobie mówią, ale ja ciebie kocham! Chodź ze mną, bądź moją żoną!! Zejdź z drzewa!!!
    - Ha! powiedziała piękna To, co mówisz, jest prawdą. Ja chcę być twoją żoną, ale twoja miłość... chcę ją wypróbować. Jeśli mnie kochasz, przynieś mi serce twego ojca i serce twej matki... Jeśli to zrobisz, tak, będę pewna twojej miłości i pójdę z tobą, i stanę się twoją żoną.
    Zalotnik odszedł do domu i w drodze rozważał to, czego ta piękna dziewczyna oczekiwała.
    - To pewne, że nie zabiję mego ojca i mojej matki powiedział do siebie ja nie zrobię tego nigdy... A może znalazłem sposób? Mam pomysł... Jeśli poproszę mego ojca i moją matkę, aby poszli ze mną do tej dziewczyny mego serca? Z pewnością zgodzą się iść ze mną. Przecież oni mnie kochają!
    Wszedł do domu i nie tracąc czasu powiedział:
    - A, mamo, a, ojcze! Mówiliście mi, abym szukał sobie żony. Kobietę, którą kocham, znalazłem... Tak, Ja ją znalazłem! Widziałem ją tam, na drzewie, za lasem. Dziewczyna cudna, cudowna! Dziewczyna, którą kocham aż do szaleństwa. Ale ja nigdy nie zdobędę jej sam. Chodźcie ze mną, wy ją dla mnie zdobędziecie. Wy przecież macie jedno serce, ponieważ wy mnie kochacie i dla-tego ja mogłem ujrzeć światło słoneczne.. jestem pewny, że wasza miłość jest zdolna pomóc tej pięknej dziewczynie w podjęciu decyzji. Wasze dwa serca i wasze myśli będą mogły to sprawić, gdy przy niej się znajdziemy.
    - Tak powiedzieli zgodnie ojciec i matka jeśli to może ciebie uszczęśliwić, pójdziemy z tobą. To nie będzie takie trudne. Idziemy z tobą i to zaraz.
    W domu mieli sześć monet. Zabrali je i poszli razem, we troje. Przyszli do drzewa; piękna dziewczyna była - jak zwykle, może nawet od swego urodzenia - na wierzchołku.
    - O najpiękniejsza dziewczyno, zejdź teraz z drzewa - powiedział syn - spójrz, oto po mojej prawicy jest serce mego ojca, przy mojej lewej ręce jest serce mojej matki.
    - Tak powiedział ojciec młodzieńca zejdź szybko, będziesz naszym dzieckiem. Nasz syn cię kocha i wraz z nim przyszliśmy, aby was i siebie uszczęśliwić. Spójrz! On przyniósł ci to, czego żądałaś: serce swego ojca i serce swej matki. Te dwa serca też są dla ciebie. Te dwa serca też będzie ciebie miłowały. Będziesz żoną naszego dziecka i będziesz też naszym dzieckiem. Zejdź szybko! Jesteś potrzebna w naszej rodzinie! Uszczęśliwisz nas wszystkich!
    Panna z góry odpowiedziała pytaniem:
    - To ja widzę! Serca, o które prosiłam, są tutaj. Ale czy te dwa serca są zjednoczone tak mocno, jakby było tylko jedno serce? Czy wasze serca mogą kochaś mnie tak samo mocno, jak serce waszego syna? Czy nie boicie się mnie?
    - Eee... ani troszeczkę! To z jednego niepodzielnego serca wypływa nasza prośba, abyś poszła z nami. Zejdź i chodź z nami, o, śliczna!
    - Dobrze, zgoda, ponieważ jest tak, jak ja sobie marzyłam. - powiedziała piękna dziewczyna - Dziś jest dzień mojej radości. Serce ojca i serce matki są tu, przy sercu mego ukochanego. Będę żoną waszego syna, a wy przyszliście aż tutaj, abym mogła być waszą córką... Tak, jestem już przekonana, że mogłabym już iść. Ale - krzyknęła - jest jeszcze jeden problem. Ja nie mam nic na drzewie! Nie mam posagu, nie mam bagażu, nie mam nawet ubrania.
    - Nie masz bagażu!? Nie masz wyprawy?! Nie masz ubrania?!
    - Nie mam, niczego nie mam.
    - Więc weź liście z drzewa, na którym się urodziłaś. Nigdy nie będziesz miała piękniejszego stroju, jak te liście. Weź ze sobą, ile tylko możesz: to będzie twój posag i twoje bagaże. Nie przyjdziesz do nas jak nędzarka.
    Dziewczyna wzięła tyle liści, ile tylko mogła udźwignąć, i zeszła z drzewa: to była jej wyprawa, jej posag. A jej mąż, uszczęśliwiony niezmiernie miłością do niej, niósł ten wielki bagaż. I szli razem: zakochany z piękną panną. Rodzice wprowadzili ją do wioski. I stała się żoną kawalera, ich syna, który znalazł sposób, jak zdobyć jej serce.
    I tutaj mogłaby się skończyć bajka stwierdzeniem, że oboje żyli długo i szczęśliwie, a rodzice kawalera znajdowali pomoc i pociechę na stare lata.
    Malgasz mocno stawia nogi na ziemi. Świat romantyczny jest piękny, lecz nie zawsze prawdziwy, a miłość może spowszednieć. Przecież przez całe dalsze życie ci ludzie muszą żyć razem. Codziennie trzeba porządkować problemy oczyszczając miłość. Tylko u młodego człowieka niekiedy miłość jest tak szaleńcza, że aż ogłupia. Dlatego ciąg dalszy jest konieczny.
    Uczta weselna rozpoczyna życie rodzinne. Taka jest rzeczywistość.
    A więc wchodzi do wioski piękna pani ubrana w liście (ravina po malgasku) z drzewa Nanto. Dlatego nazwano ją Ravinanto, czyli po polsku Synowa. Kiedy wchodzi się do wioski, często trzeba przejść przez zarośla, wśród krzewów rosnących na brzegach mokradeł i głębokich kałuży wypełnionych wodą. Często w piasku można zobaczyć nory zrobione przez skorupiaki zwane po malgasku foza. I ci ludzie widzieli w mokrym piasku otwory zrobione przez skorupiaki, które są tak smaczne z ryżem. Chłopcy z wioski zaraz poszli sprawdzić, czy nie można by znaleźć tych przysmaków? To był dobry dzień: znaleźli tyle, ile tylko mogli schwytać. W ten sposób mieszkańcy wioski przygotowali ucztę weselną, ale... pani młoda, tak piękna, tak niewypowiedzianie piękna, nie miała rodziny. Obawiano się, aby ktoś nie wypomniał jej skąpstwa, gdyby posiłek nie był obfity. Przecież jej rodzina nie kupiła jej materiału na ubranie. Nie było ceremonii podarowania tego materiału. Nie było zabitego wołu. Na szczęście, wszystkich zadowoliły ugotowane kraby, oczywiście z ryżem. Posiłek był zaiste obfity.
    Skończyła się uczta. Od tego dnia małżonkowie razem pracowali, troszczyli się o wspólny dom. Pracowali, jak w każdej rodzinie. Każdego dnia jest przecież coś do zrobienia, oczywiście w dobrej rodzinie.
    Czas mijał. Pewnego dnia synowa zdenerwowała się na matkę swego męża. I ta też się zdenerwowała, choć była starsza, a jej język stał się złośliwy.
    - Oto, co robisz w domu twego męża! I coś przyniosła do jego domu, do domu mojego syna? Coś wniosła?! Liście Nanto. Nic, tylko same liście nanto. Oto twoja suknia, wszędzie! Oto twoje imię: Ravinanto liście z drzewa nanto. Oto, kim jesteś: Synowa Ravinanto liście nanto!!!
    -A ty wykrzyknęła synowa ty masz tylko długi język w gębie, nic więcej! Kiedy zaślubiłam się z twoim synem, potraktowałaś mnie jak przechodnia na jeden dzień! Nie zabiłaś mi wołu, ani indyka, ani gęsi tłustej, ani nawet kury, na moje wesele... Uczta weselna!!! Nic, tylko kraby, tylko małe pospolite skorupiaki mi podarowałaś. Więc kim ty jesteś? Tak, niczym więcej, jak tylko Panią Krabów!!! Rafozana (po malgasku teściowa; Ra rodzajnik osobowy w znaczeniu "pan", "pani" oraz foza krab).
    I tak już pozostało, i tak jest dzisiaj. Gdy ludziom brakuje jedzenia, gdy szukają czegoś na świąteczny posiłek, a są biedni, to biorą liście i kraby, aby jeść z ryżem. Starsze kobiety (Rafozana = teściowe) zajmują się poszukiwaniem krabów, a młodsze (Ravinanto = synowe) ubierają się w liście drzewa nanto na pamiątkę historii o tej pięknej i ubogiej dziewczynie żyjącej na drzewie.
    I oto cała historia.


  • Góra strony

    4. ŻONA Z HACZYKA

    Dawno, bardzo dawno temu, opowiadali mi starcy, że żył raz człowiek bardzo bogaty. Miał wiele dzieci, samych synów. Było to wielkie szczęście dla nich, bo gdy córka opuszcza dom rodzinny i udaje się do domu rodziców swego męża, zabiera ze sobą część ojcowskiego majątku. Każdy z synów stał się bogaty. Tylko najmłodszy, ten jeden, był biednym, o, bardzo biednym człowiekiem. I jego bracia wyrzucili go z rodziny.
    Zrobił sobie lepiankę w lesie i łowił ryby, aby żyć. Ale z tych połowów miał tylko tyle, aby nie umrzeć z głosu, aby tylko przeżyć.
    Pewnego dnia, łowiąc, wyciągnął z wody poduszkę, innym razem przyniósł z połowu obrus, potem znalazł buty, gęsi, woły... wszystko to pochodziła z rzeki. Na końcu z wody wyłowił kobietę. Wraz z nią z wody wyszło wiele jej sług i niewolników, których ona zabrała ze sobą. W ten sposób dzielny chłopak stał się bogatym. A kiedy stał się najbogatszym w kraju, jego bracia zmówili się, aby złożyć mu wizytę. Ale żona najmłodszego z braci powiedziała do niego:
    - Ja jestem Tabu. Nie wolno ci nigdy powiedzieć, że mnie wyłowiłeś z wody. Jeżeli komukolwiek powiesz, że mnie złowiłeś na haczyk, ja zniknę na zawsze.
    - Nie obawiaj się powiedział rybak do swojej żony nigdy nie powiem czegoś tak obrzydliwego.
    Jego bracia przyszli w odwiedziny. Przynieśli gąsior rumu. Urządzili święto. A kiedy stali się już bardzo radośni, wszyscy go pytali:
    - Powiedz nam, bracie, jak zdobyłeś taką kobietę? Powiedz nam, bracie, bo każdy z nas chciałby mieć żonę podobną do twojej.
    - Ho, bracia, to Stwórca mi ją dał odpowiedział im.
    Nie udało się, nic im nie powiedział! Bracia powrócili do siebie i postanowili znów odwiedzić najmłodszego. Tym razem przynieśli trzy gąsiory rumu. Następnym razem zabrali ze sobą pięć gąsiorów. Podczas drugiej i trzeciej wizyty wypytywali go:
    - Powiedz nam, bracie, jak zdobyłeś te wszystkie bogactwa, ponieważ my chcemy mieć podobne.
    - Ho, bracia, to Stwórca mi je dał odpowiedział im.
    I tym razem odeszli bez sukcesu. Następnym razem przynieśli dziesięć gąsiorów rumu z trzciny cukrowej. Przez trzy dni trwało święto, które oni zgotowali swemu bratu! Nasz chłopak był oszołomiony, alkohol przyćmił mu rozum.
    - Bracie, a skąd ty masz tę kobietę?
    - Po prostu, ja ją znalazłem na haczyku!
    Jego żona była w sąsiedniej izbie i słyszała wszystko. Gdy nadeszła noc i usnął, w tym czasie jego żona znikła. Nikt nie wie, gdzie i jak. Kobiety nie ma, ani śladu. Kiedy on się obudził, ze zdziwieniem stwierdził, że znajduje się w swojej starej, nędznej lepiance. Wczesnym rankiem powrócił do swojej wioski. Jak odnaleźć żonę? W wiosce nikogo nie zastał.
    Niedaleko wioski, w lesie, żyła pewna staruszka, mała starowinka, która wszystko widziała, o której mówiono: "Widząca". Smutny opuszczony przez żonę poszedł ją odwiedzić.
    - Co ciebie sprowadza, moje dziecko? powiedziała do niego.
    - Ach, babciu, ja już jestem jak umarły! Moja żona znikła! Nie wiem, dokąd poszła?... I gdzie ją mam szukać? Długo siedziałem nad wodą łowiąc ryby, ale ona nie wyszła z wody.
    - Oj, mój drogi synku - powiedziała do niego staruszka - Ja widzę, gdzie ona jest. I ty musisz zaraz iść tam, gdzie się znajduje. A kiedy będziesz szedł, dojdziesz do starego mostu, pod którym jest pełno krokodyli w wodzie, Tam, nisko, zobaczysz, jak kłębią się krokodyle. A z boku jest most zupełnie nowy. Nie przechodź przez ten nowy most, idź po starym. Czy to zrozumiałeś? Po starym... Nieco dalej ujrzysz ananasy dojrzałe, soczyste ananasy. Kiedy tam dojdziesz, nie jedz tych wspaniałych owoców, ale zjedz jeden z tych, które już się psują. Bądź pokorny, mój synku. I nie wdawaj się w poszukiwania tego, co lepsze! Nieco dalej zobaczysz kilka rzeczy nad-zwyczajnych: czaszkę, która pije rum z trzciny cukrowej. Samą czaszkę! I nie śmiej się wtedy! Sama czaszka!
    - Tak - szepnął rybak - rozumiem.
    - Nieco dalej - mówiła staruszka - zobaczysz woły, które walczą. Będą to woły złośliwe, woły zaciekłe, woły walczące. Nie lękaj się, przejdź obok spokojnie. Jeszcze nieco dalej zobaczysz wioskę. Wejdź do niej. Tam złe psy rzucą się na ciebie! "O, jakie piękne jesteście, książęta, o jakie piękne" - to wszystko, co powiesz. Ale nie uderzaj żadnego z nich! A kiedy dojdziesz do pięknego domu, zaproszą cię do środka i poproszą cię, abyś usiadł na honorowym miejscu. Chcieliby... Nie idź tam! Po prostu usiądź na ziemi.
    - Rozumiem - powiedział opuszczony przez żonę, podziękował starowince i poszedł.
    Czy uwierzycie, co on przeżył? To wszystko, co mała staruszka widziała, on to przeżył! Doszedł do zniszczonego mostu, a most nowy był obok: przeszedł po starym. Doszedł do ananasów, widział dojrzałe, a wybrał nad-psutego i tego zjadł. Wreszcie doszedł do czaszki pijącej rum wyprodukowany z trzciny cukrowej... czaszka zupełnie biała, wyschnięta. Ona piła rum zrobiony z trzciny.
    - Cześć, bracie! - powiedziała, ponieważ ta czaszka umiała mówić - jak się masz?
    - Cześć - odpowiedział - ja tylko przechodzę tędy.
    To właśnie tylko tyle należało powiedzieć, jak go pouczyła staruszka. Doszedł do złych psów. Nie przystanął ani na chwilę. Nie bał się. Sfora złych psów szła za nim od chwili, gdy zbliżył się do wioski. Psy rzucały się na niego, atakowały go.
    - O, jakie piękne jesteście, książęta, o jakie piękne tylko tyle powiedział.
    Wreszcie stanął u celu, przed domem swego teścia. Dom był zapełniony ludźmi. Wszedł do środka. Wszyscy prześcigali się w uprzejmościach. Poprosili, aby usiadł na honorowym miejscu, na złotym krześle! O, jak piękne było to krzesło! Wszyscy odzywali się do niego bardzo życzliwie, wprost zarzucali go uprzejmościami, jakie tylko były możliwe...
    - Nie, dziękuję powiedział pozwólcie mi usiąść tu, na ziemi, ja tylko tędy przechodzę...
    - Dlaczego nie wejdziesz na zaszczytne miejsce, czcigodny wędrowcze?
    - Tutaj, na ziemi, jest mi bardzo wygodnie.
    Podali mu bardzo smaczny posiłek, usługiwali mu. Ale on nie przyjął zaproszenia i poszedł jeść razem z dziećmi. Jedzenia było dużo, łatwo było sięgnąć po więcej, ale on jadł tylko tyle, co dziecko. Na noc ofiarowano mu okazałe łóżko. Położył się na nim, ale nie pozostał tam długo: położył się obok łóżka, na podłodze. Przykrył strąkami, które tam się znajdowały
    Wczesnym rankiem jego teść mówi do niego:
    - Przyszedłeś szukać swojej żony?
    - Tak.
    - Ach to ty przyszedłeś szukać mojej córki. Dobrze, będziesz ją miał. Ale teraz jesteś moim synem i ja mam prawo ci rozkazywać. Tam jest dom, piękny dom, cały błyszczący! Twoja żona jest tam... Jeśli znajdziesz drzwi, aby wejść do niego, będziesz miał swoją żonę... Jeśli nie znajdziesz właściwych drzwi, nigdy jej nie będziesz miał!
    I młody mężczyzna szybko pobiegł do domu. Ale wszystkie drzwi były podobne. Ponieważ nie wiedział, za którymi drzwiami jest jego żona, szybko pobiegł do małej staruszki.
    - Babciu, jest jeszcze coś, czego nie wiem. Nie umiem rozpoznać drzwi mojej żony.
    - Poszukaj osę, mój synku - odpowiedziała - i przed domem ją uwolnisz. Kiedy ją wypuścisz, ona usiądzie na drzwiach, za którymi jest twoja żona! Ty zapukasz do drzwi. Wierz mi, że drzwi otworzą się same.
    Chłopak schwytał osę, powrócił do pięknego domu, w którym była jego żona. Wypuścił osę. Zapukał do drzwi, na których osa usiadła... Drwi się otworzyły! Wierzcie mi, że drzwi same się otworzyły!
    - Zabierz swoją żonę - powiedział teść - któregoś dnia powrócisz tu, aby mnie odwiedzić. Pragnę twoich odwiedzin, dobry synu. A teraz zabieraj swoją żonę i wracaj do siebie.
    I on ją zabrał i powrócił do swego domu.
    Wkrótce jego bracia przyszli go odwiedzić. Przynieśli jeszcze więcej rumu, niż ostatnim razem.
    - Co zrobiłeś, aby ją odnaleźć? wypytywali.
    - He, he! Zaraz wam powiem, jak ja ją zdobyłem! He, he, he! Wy pójdziecie tam, gdzie jest staruszka, to ona po-wiedziała mi wszystko, co trzeba zrobić, aby ją odzyskać...
    Wszyscy bracia poszli do staruszki i wypytywali. Ona im powiedziała:
    - Odchodząc stąd dojdziecie do starego mostu, a z boku jest most zupełnie nowy. Nie przechodźcie przez ten nowy most, idźcie po starym. Nieco dalej ujrzycie dojrzałe, soczyste ananasy. Kiedy tam dojdziecie, nie jedzcie tych wspaniałych owoców, ale zjedzcie jeden z tych, które już zaczynają się psuć. Nieco dalej zobaczycie kilka rzeczy nadzwyczajnych: czaszkę, która pije rum z trzciny cukrowej. Nie śmiejcie się wtedy!
    - Tak szepnęli bracia rozumiemy.
    - Nieco dalej - mówiła staruszka - zobaczycie woły, które walczą. Przejdźcie obok nich, spokojnie. Jeszcze nieco dalej zobaczycie wioskę. Tam złe psy rzucą się na was! "O, jakie piękne jesteście, książęta, o jakie piękne" to wszystko, co wtedy powiecie. A kiedy zaproszą was do domu i poproszą, abyście usiedli na honorowym miejscu, na złotych krzesłach. Chcieliby was uhonorować... Nie idźcie tam! Po prostu usiądźcie na ziemi. A w nocy też śpijcie na ziemi.
    - Dziękujemy powiedzieli bracia i ruszyli w drogę.
    Przybyli do mostów:
    - Dlaczego ja mam przechodzić przez stary, spróchniały most? Mam dobre oczy! Dlaczego wybierać zły, skoro jest dobry?
    I przeszli przez most nowy... i przybyli do ananasów.
    - Dlaczego miałbym jeść zepsute banany, skoro mogę jeść to, co lepsze? Mam dobre oczy.
    Doszli do miejsca, w którym czaszka piła rum zrobiony z trzciny cukrowej.
    - Cześć, bracia! - powiedziała czaszka - dokąd idziecie?
    - Ha, ha, ha! - odpowiedzieli - Chłopaki, czaszka, która pije rum! Odebrać jej rum! Czaszka, która pije rum z trzciny cukrowej!
    Przybyli do złośliwych byków.
    - Dlaczego miałbym narażać swoje życie w spotkaniu ze wściekłym bykiem? Miałbym ryzykować życiem? Ona jest głupia, ta stara!
    Kiedy weszli do wioski, co za afera! Psy wściekłe rzuciły się na nich, więc oni uciekli i pochowali się w zakamarkach wioski, między domami... Zaczęto ich szukać, aby mogli wejść do przygotowanego dla nich domu ze złotymi krzesłami. Dano im miejsca honorowe. Usiedli. Podano im królewski obiad: jedli przy pierwszym stole... Na noc zaofiarowano im okazałe, złote łóżka: spali w nich aż do rana.
    Rankiem, gdy jeszcze spali... oto teść ich najmłodszego brata przyszedł, aby obudzić śpiących. Każdego obdarzył solidnym kopniakiem.
    - Wychodzić! Wychodzić! Psy, wynocha stąd.
    I oni uciekli... przemienieni w psy. Powrócili do swojej wioski. Zaczęli wałęsać się wokół domu ich pana, ich brata. Pewnego dnia żona ich brata powiedziała do swego męża:
    - Ja wiem, że to są twoi bracia. Oni nie umieli szanować rad i nie nauczyli się pokory. O tym wszystkim, jak się mają zachowywać, mówiła im staruszka. Ale twoi bracia nie posłuchali jej rad, dlatego zostali zamienieni w psy. Nigdy nie chcieli zająć ostatniego miejsca...
    Ich brat najmłodszy miał żonę, którą schwytał na koniec swej wędki, na haczyk, ponieważ on umiał słuchać rad, umiał się upokarzać... A ci... eh, ci nie chcieli słuchać rad, nie byli pokorni. Poszli szukać żony, poszli znaleźć bogactwo, a oto zostali zamienieni w psy!

  • Góra strony

    5. WIELKA OBIETNICA

    "Zajęty był toaletą
    Pan z Wielkim Wąsem,
    Z głową łysą.
    Mamrotał i mamrotał Pan Szczur
    Między swymi długimi zębami.
    To nie ja wymyślam kłamstwa,
    Ale ludzie kiedy indziej (żyjący)."

    Zresztą, to nie są kłamstwa, to historia prawdziwa, którą zaraz wam opowiem.
    Razu pewnego było sobie dwoje młodych ludzi, chłopak i dziewczyna. Oni się kochali ... gorąco... mocno... coraz mocniej. A kto się tak kocha, jak oni, to nic dziwnego, że pewnego dnia chłopak proponuje dziewczynie małżeństwo. I wy już się domyślacie, że ona niczego innego nie oczekiwała, za niczym innym nie tęskniła, jak tylko właśnie tego jednego pragnęła! I on ją poślubił. Pobrali się, wyprawili wesele. Po roku mieli małe dziecko, a po kilku latach, jak mówiono, mieli troje dzieci. Ich uczucia były tak samo gorące, jak poprzednio, kiedy byli narzeczonymi. I wciąż się kochali. Gorąco, mocno. Po urodzeniu trzeciego dziecka, gdy jeszcze było maleńkie, żona powiedziała do swego męża:
    - My tak bardzo się kochamy... zróbmy coś, aby nasze uczucia przetrwały śmierć. Czy ty wiesz, jak się czyni "Wielką Obietnicę"?
    - Wiem - odpowiedział mąż - "Wielka Obietnica", to jest zgoda na to, że w wypadku śmierci zmarły współmałżonek przyjdzie szukać żyjącego, aby się z nim złączyć.
    Kochający się wciąż do szaleństwa zrobili tę "Wielką Obietnicę". I oto, kiedy urodziło się czwarte dziecko, jego matka umarła. Żona umarła wcześniej, niż mąż.
    Kobieta nazywała się "Kwiat Milczenia", a jej mąż nazywał się "Ostatni Bez Podobnego". Kiedy minęło sześć miesięcy od śmierci Kwiatu Milczenia, przypomnieli sobie o swojej obietnicy. Ostatnie dziecko było jeszcze takie maleńkie. Ale zmarła przyszła na szczyt wzgórza w pobliżu wioski i zaczęła wyśpiewywać swoje wołanie:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku
    ,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Takie było jej wołanie.
    Ostatni bez Podobnego odpowiedział jej:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwanie.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Spojrzyj, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy teraz odejdę.
    Potrzebują mojej opieki.
    Gdy będą większe, przyjdź po mnie.
    Ja nie zawiodę cię
    , o Kwiecie Milczenia".
    Kobieta czekała. Mijały dni i tygodnie, mijały miesiące, a dzieci rosły. Kiedy najstarszy był zdolny zaopiekować się rodzeństwem, ze wzgórza do wioski doszedł śpiew Kwiatu Milczenia:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Było to w czasie wypalania pola pod uprawę ryżu na górskich zboczach. Ostatni Bez Podobnego odśpiewał:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwanie.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Ale spójrz, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy odejdę.
    Pozwól mi ściąć ciernie i krzewy.
    Niech ryż urodzi się dla naszych dzieci!
    Kiedy ujrzysz pole płonące,
    Przyjdź do mnie.
    Wtedy pójdę za tobą,
    O Kwiecie Milczenia!"
    Ciernie i krzewy zostały ścięte. Na zboczu pagórka ogień przemieniał je w życiodajny popiół. A kiedy dym uniósł się do góry, Kwiat Milczenia powróciła na szczyt pagórka i rzuciła śpiewne wezwanie:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Ostatni bez Podobnego odpowiedział:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwanie.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Ale spójrz, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy odejdę.
    Ryż trzeba zasiać. Już go przyniosłem.
    Zasieję, będę gotowy pójść z tobą.
    Moja ty ślicz
    notko, Kwiecie Milczenia!"
    Ryż został zasiany. Po ukończeniu tej pracy znów dało się słyszeć wezwanie ze wzgórza:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Ostatni bez Podobnego odpowiedział:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwanie.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Ale spójrz, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy odejdę.
    Nastała pora pielenia ryżu.
    Gdy pole będzie oczyszczone z chwastów,
    Przyjdę, ślicznotko, Kwiecie Milczenia".
    Kobieta jeszcze poczekała. Kiedy praca przy pieleniu ryżu została zakończona, ponownie rzuciła swoje wezwanie:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Ostatni bez Podobnego odpowiedział:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwani
    e.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Ale spójrz, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy odejdę.
    Ryż piękny, daje nadzieję dobrego zbioru.
    Powróć, kiedy ryż dojrzeje.
    Gdy dziś umrę, kto zwróci pieniądze,
    Które pożyczą na mój pogrze
    b?
    Wezwij mnie zaraz po żniwach.
    Przyjdę, ślicznotko, Kwiecie Milczenia".
    Kobieta czekała. Ryż dojrzał. Nastała pora żniwa. Kwiat Milczenia zbliżyła się do wioski. Była bardzo blisko, gdy zaśpiewała:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni bez Podobnego!"
    Ostatni Bez Podobnego odpowiedział:
    "O, Kwiecie Milczenia, moja ślicznotko!
    Słyszę twoje wezwanie.
    Ale oboje kochamy nasze dzieci.
    Ale spójrz, jak są jeszcze maleńkie.
    Nieszczęśliwe się staną, gdy odejdę.
    Bo ryż jeszcze nie zebrany.
    Przeniosę go do spichlerza.
    Dzieciom zapewnię pożywienie.
    Okaż jeszcze trochę cierpliwości,
    Przyjdę, ślicznotko, Kwiecie Milczenia".
    I kobieta czekała. On nie odstąpił od Wielkiej Obietnicy, ale tym razem spieszył się. Ostatni Bez Podobnego rozumiał, że przyszła jego ostatnia godzina. Chciał połączyć się z tą, którą kochał najgoręcej, najmocniej gdy żyła i gdy zmarła. Ale kochał też swoje dzieci, która ona zrodziła.
    Gdy wszystek ryż został zniesiony do spichrza, zwołał zebranie rady wioski i zebrał wszystkich z rodziny, aby się pożegnać.
    - Oto, co ja chcę wam powiedzieć - rzekł - wam, moim krewnym... Te oto dzieci... Troszczcie się o nie dobrze, troszczcie się, jak o własne dzieci. Przed śmiercią mej żony złożyliśmy sobie obietnicę, że ten, kto z nas pierwszy odejdzie, przyjdzie zabrać drugiego. Taka była nasza umowa. Taką jest przecież "Wielka Obietnica". Teraz nadeszła godzina dopełnienia tej obietnicy. Moja żona zaraz przyjdzie, aby mnie zabrać ze sobą. Ja was wszystkich żegnam. Bądźcie zdrowi, a wy wszyscy tutaj zebrani, o wy, cała rodzino, o wy, wszyscy moi przyjaciele, którzy tutaj się zebraliście!
    - Ale dlaczego opuszczasz dzieci? Dlaczego uważasz, że miłość do żyjących dzieci jest mniej ważna, niż miłość do nieżyjącej żony?
    - To właśnie jest ciężarem mego serca, ale co ja mogę uczynić? Kiedy byliśmy zaślubieni, uczyniliśmy taką umowę. Jak mógłbym nie wypełnić "Wielkiej Obietnicy"?
    Mąż jeszcze wyjaśniał zebranej radzie wioski, gdy po raz ostatni przybyła Kwiat Milczenia i wyśpiewała swoje wezwanie:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Tym razem jej wołanie było skuteczne. Nogi Ostatniego Bez Podobnego zagłębiały się w ziemię. A on jeszcze wołał do zgromadzonych:
    Czy słyszycie?
    Ona tu jest, moja żona,
    Kwiat Milczenia mnie wzywa!
    M
    iłość silniejsza jest, niż śmierć
    Kobieta zawołała go ponownie:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Ostatni Bez Podobnego wciąż się pogrążał w ziemię. A kiedy był już pogrążony po piersi, pożegnał swoje dzieci i całe zgromadzenie. Ludzie po raz ostatni usłyszeli wezwanie jego żony, Kwiatu Milczenia:
    "O, Ostatni Bez Podobnego, o!
    O, Ostatni Bez Podobnego,
    Ty jesteś szczęściarzem, o Ostatni.
    Ty możesz spać w wygodnym łóżku,
    Położyć głowę na miękkiej poduszce.
    Oto woła cię Kwiat Milczenia.
    Ona ma twardą poduszkę grobu.
    Przypomnij sobie naszą Obietnicę.
    Wielką Obietnicę!
    O, Ostatni Bez Podobnego!"
    Ostatni Bez Podobnego zniknął w ziemi i nikt już więcej go nie widział.

    Oby stał się nędzarzem
    W domu swej teściowej
    Ten, który nie powie:
    "Bajka, bajka, bajka".
    - Bajka, bajka, bajka!!! odpowiadają chórem słuchający.

  • Góra strony


    6. TYSIĄCKROĆ SZCZĘŚLIWY


    Był-żył raz młodzieniec. Nazywał się Tysiąckroć Szczęśliwy. Miał dwóch braci. Pewnego razu wszyscy udali się dziewcząt. Każdy poszedł do swojej. Kiedy nazajutrz spotkali się, pierwszy zapytał:
    - Kiedy twoja dziewczyna chce cię spotkać ponownie?
    - Moja kazała mi przyjść pojutrze.
    - A twoja?
    - Za trzy dni.
    - A twoja, Tysiąckroć Szczęśliwy?
    - Moja powiedziała mi, abym przyszedł dziś jeszcze.
    - Co takiego?
    - Tak, jeszcze dziś.
    Trzej bracia wracali do domu. Tysiąckroć Szczęśliwy poczuł pragnienie. Bracia zaprowadzili go do bardzo głębokiej studni, ale nie mógł się napić. W studni nie było wody. Oni go tam wepchnęli. Tysiąckroć szczęśliwy umierał z pragnienia. A Bóg wysoko w niebie poczuł straszliwy smród. Cuchnęło strasznie ciało zmarłego człowieka. Odór doszedł do Boga.
    - To nie jest odór byle kogo, to odór Tysiąckroć Szczęśliwego. Leć, Ptaku Wielkich Lotów, wyciągnij go na wierzch ze studni!
    Ptak Wielkich Lotów przybył, wyciągnął zwłoki, położył obok studni, potem wzniósł się wysoko, aż do Boga.
    - Czy jest on tam? - zapytał Bóg.
    - Tak, oto on.
    - Idźcie, Mrówko i Kanio* - krzyknął Bóg - poskładajcie jego ciało!
    Mrówka przyszła i Kania przyszła, aby złożyć rozpadające się ciało. Mrówka odnawiała ciało, a Kania trzepotała skrzydłami śpiewając:
    Och, Och, Och...!
    Och, Mrówka składa, składa ciała zmarłych,
    Kania trzepocze, trzepocze nad ciałami zmarłych.
    Och, Och, Och, Och!
    Tak właśnie Kania śpiewała do Mrówki:
    Och, Och, Och...!
    Och, Mrówka składa, składa ciała zmarłych,
    Kania trzepocze, trzepocze nad ciałami zmarłych.
    Och, Och, Och, Och!
    Powoli kość po kości Tysiąckroć Szczęśliwego odnawiały się, powoli Mrówka składała jego kości. Kania wciąż trzepotała skrzydłami. Mrówka łączyła kości. Kania trzepotała. I Tysiąckroć Szczęśliwy ożył. Kania go chłodziła. Tysiąckroć Szczęśliwy wstał, upadł, podniósł się, znów upadł, aż wreszcie mocno stanął na swoich nogach.
    Mrówka i Kania wróciły do Boga.
    - Skończyłyście? - zapytał Bóg.
    - Tak.
    - Leć, Ptaku Wielkich Lotów, odnajdź go!
    Ptak poszukał Tysiąckroć Szczęśliwego, uniósł w powietrze i postawił przed Bogiem.
    - Jaką drogą chciałbyś wrócić do domu: przez ziemię, czy przez powietrze? - zapytał go Bóg.
    - Ja byłem już martwym - odpowiedział Tysiąckroć Szczęśliwy - i nie chcę podróżować nisko. Wolę drogę górną.
    - A więc ty, Ptaku Wielkich Lotów, odprowadź go. Kiedy dolecisz do pastwiska, na którym ludzie strzegą swoje bydło, pozostaw go. Niech oczekuje na ludzi prowadzących swoje bydło, gdzie są pastwiska przy wiosce Tysiąckroć Szczęśliwego.
    Ptak Wielkich Lotów pozostawił Tysiąckroć Szczęśliwego na tamaryszku, który rósł blisko wioski.
    Jego matka i ojciec nie paśli bydła. Nosili czarne ubrania płacząc w smutku i żałobie po swoim synu.
    Rankiem, kiedy bydło wyprowadza się z zagrody na pastwisko, Tysiąckroć Szczęśliwy lamentował:
    - Moje woły, matko, gdzie są? - wołał widząc stada prowadzone na pastwiska.
    Tysiąckroć Szczęśliwy nie dojrzał swoich wołów. Woły zostały zabite na ofiarę, kiedy on umarł. Jego rodzice w rozpaczy nie znieśliby ich widoku.
    Moje woły brązowe, matko, gdzie są?
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł
    Ich już nie ma, Och, moja matko.
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł
    Ich już nie ma, Och, mój ojcze.
    Usłyszał jego śpiew chłopiec wyprowadzający swe woły. Zdawało mu się, że to śpiew ptaka, którego nie lubił, ponieważ śpiewał o zmarłym krewnym. I chociaż był dopiero poranek, chłopiec zawrócił i zagnał woły do zagrody.
    - Dlaczego przyprowadzasz stado tak wcześnie - pytali go mieszkańcy wioski.
    - Boli mnie głowa - odpowiedział wykrętnie chłopiec - oto powód.
    - Idźcie więc, wy, starsi - polecili mieszkańcy wioski młodzieńcom.
    Młodzieńcy wyprowadzali stado. A kiedy Tysiąckroć Szczęśliwy ich ujrzał, powiedział.
    Moje woły brązowe, matko, gdzie są?
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł,
    Ich już nie ma,
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł,
    Ich już nie ma,
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Moje woły czarne z jasną głową, matko, gdzie są?
    Moje woły czarne z głową cętkowaną, ojcze, gdzie są?
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł,
    Ich już nie ma,
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Odkąd Tysiąckroć Szczęśliwy zmarł,
    Ich już nie ma
    Och, moja matko, Och, mój ojcze.
    Pasterz nie zawrócił, gdyż nie był dzieckiem. Szedł dalej za wołami. Doszedł do tamaryszku, ujrzał młodzieńca
    - Zejdź z drzewa - powiedział pasterz.
    I Tysiąckroć Szczęśliwy zszedł z drzewa i opowiedział pasterzowi, jak został zabity przez braci z zazdrości, że on odniósł pełny sukces w zalotach u dziewcząt.
    - Mnie - powiedział Tysiąckroć Szczęśliwy - moja dziewczyna powiedziała, abym odwiedził ją następnego dnia. Mój brat do swojej mógł przyjść po dwóch dnia, a drugi dopiero po trzech dniach. Oni byli zagniewani na mnie. Kiedy chciało mi się pić i stanęliśmy przy studni, wepchnęli mnie... i umarłem. A kiedy byłem martwym i Bóg poczuł odór nieboszczyka, Ptakowi Wielkich Lotów polecił mnie wyciągnąć, potem przysłał Kanię i Mrówkę, które poskładały moje ciało i ożywiły.
    I wtedy wprowadzono Tysiąckroć Szczęśliwego do wioski, do jego matki. Zabito wołu, aby świętować. Oczyszczono go**. Tysiąckroć Szczęśliwy stał się w pełni przywróconym do życia. I wyrzucono z wioski jego braci, którzy go zabili. I Tysiąckroć Szczęśliwy objął w posiadanie całą wieś. On stał się Ojcem-i-Matką*** swojej rodziny.

    * Niektóre plemiona malgaskie wierzą, że mrówki są zdolne złożyć kości zmarłego.
    ** Pełny powrót do życia następuje dopiero po rytualnym obmyciu przed ucztą.
    *** "Ojciec-i-Matka" - tytuł szefa rodziny, opiekuna i sędziego.
  • Góra strony


    7. PTAKI WYBIERAJĄ KRÓLA

    Powiadają, że kiedyś wszystkie ptaki powstały i po-stanowiły wybrać króla, ale nie przyszła Sowa, ponieważ właśnie wtedy był czas, że rodziły się małe i wraz z mężem była zajęta małymi. Z tego powodu wszystkie ptaki postanowiły, że kto spotka Sowę i nie zabije jej, staje się prawdziwym wrogiem ptaków i zostanie wyrzucony z ptasiej społeczności. Więc Sowa nie wychodzi z domu w ciągu dnia, ponieważ wie, że wszystkie ptaki pragną ją zabić, a jeśli zobaczy ją choćby jeden, inne przybiegną do niego. Wszystkie ptaki jednoczy pragnienie zabicia Sowy.
    Ptaki chciały wybrać Orła na króla. Jednak to nie wszystkim się podobało, ponieważ jest on największy i najsilniejszy, a taki staje się nieprzyjacielem wszystkich, bo bezkarnie porywa wszystko, co zobaczy i co mu się podoba, nawet małe ptaszki.
    Wreszcie ptaki zgodziły się, aby ich królem był Railovy. Jest śliczny, ma długie pióra, śpiewa pięknie
    i melodyjnie. Ludzie też uznali Railovy za króla ptaków: jest piękny i nie śpiewa monotonnie.

  • Góra strony

    8. ŻONA WĘŻA

    Był-żył raz Wąż i ten Wąż zastawiał pułapki na przepiórki. Zostawiał je na cały dzień. Przed wieczorem powracał i złapane niósł: część przed sobą, część za sobą. Uginał się bardzo pod takim ciężarem. W pewnej chwili kobieta powiedziała do niego:
    - Wężu, daj mi kilka przepiórek, które złapałeś w sidła. A kiedy ja urodzę dziecko i ono będzie dziewczynką, to ty weźmiesz ją za żonę. Jeśli ono będzie chłopcem, stanie się twoim synem.
    - Zgoda odpowiedział Wąż.
    Wąż poszedł znów łapać przepiórki. Nałapał ich wiele i jak zawsze, kiedy wracał, niósł: część przed sobą, część za sobą. Uginał się bardzo pod takim ciężarem. I kobieta zawsze przyrządzała je, jadła, jadła, jadła... wszystkie, które Wąż przyniósł.
    Po pewnym czasie - w bajkach czas leci bardzo szybko - kobieta porodziła. Porodziła córkę. Wąż powiedział:
    - Oto ja będę mógł się ożenić.
    I dzień po dniu Wąż składał wizytę swojej narzeczonej.
    - Moja żono... moja żonko... - i śmiał się, i ona też się śmiała - moja żono, moja mała kobietko!
    Dziecko śmiało się wciąż.
    Po pewnym czasie - w bajkach czas leci bardzo szybko - Córka stała się dorosła. Kiedy stała się duża, Wąż przyszedł do kobiety prosić, aby jej Córka została jego żoną. Śpiewał:
    - Przybywam szukać mojej kobiety, matko, szukam mojej kobiety.
    - Został w spokoju moje dziecko - odśpiewała Kobieta - dam ci ja sto wołów.
    - Sto wołów? Ależ mój Ojciec już ma sto wołów. Czyżbym miał dla stu wołów zrezygnować z mojej ukochanej?
    Dziewczyna nie chciała być żoną węża. Uciekła i pobiegła do Babci.
    - Skoro tak, to tak: od dzisiaj zawsze będę chodził za tobą.
    - Przybywam szukać mojej kobiety, Babciu, szukam mojej kobiety - śpiewał - przybywam szukać mojej kobiety, babciu, szukam mojej kobiety.
    - Zostaw w spokoju to dziecko, ja ci dam sto wołów.
    - Sto wołów? Ależ mój Ojciec już ma sto wołów. Czyżbym miał dla stu wołów zrezygnować z mojej kobiety?
    Dziewczyna pobiegła do swego Wuja
    - Skoro tak, to tak: ja zawsze będę chodził za tobą.
    - Przybywam szukać mojej kobiety, Wujku, szukam mojej kobiety - śpiewał - przybywam szukać mojej kobiety, Wujku, szukam mojej kobiety.
    - Zostaw w spokoju to dziecko, ja ci dam dziesięć wołów.
    - Dziesięć wołów? Ależ mój Ojciec już ma sto wołów. Czyżbym miał dla dziesięciu wołów zrezygnować z mojej kobiety?
    Córka nie wiedziała, co robić dalej. Wąż powrócił do siebie.
    Po pewnym czasie Córka powiedziała sama do siebie:
    - Lepiej, gdy się zabiję.
    Młoda kobieta przebrała się. Założyła na siebie najpiękniejsze suknie, najładniejsze ubrania. Kiedy już była ubrana, powiedziała do Kobiety:
    - Mamo, idę na święto. Świętujemy z moimi przyjaciółmi.
    - Ale gdzie pójdziecie świętować? zapytała ją matka.
    - Tam, gdzie zawsze odpowiedziała Córka.
    I wyszła. I poszła, ale naprawdę nie poszła na święto. Poszła się zabić! I szła w kierunku grobów, na wschód od wioski. Szła, szła, szła, a kiedy doszła do grobów, zawołała:
    - Powiedz mi, Pierwszy Grobie,
    powiedz mi, Pierwszy Grobie,
    Jaka jest śmierć, jaka jest śmierć,
    Ponieważ ja chcę umrzeć!
    Śmierć odpowiedziała:
    Idź zobaczyć Drugi Grób
    - Powiedz mi, Drugi Grobie,
    powiedz mi, Drugi Grobie,
    Jana jest śmierć, jaka jest śmierć,
    Ponieważ ja chcę umrzeć!
    Śmierć odpowiedziała:
    - Idź zobaczyć Trzeci Grób.
    I tak dalej, aż doszła do dziesiątego grobu. Śmierć z Dziesiątego Grobu usłyszała wezwanie:
    -Powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    Jaka jest śmierć, jaka jest śmierć,
    Ponieważ ja chcę umrzeć!
    - Ty chcesz umrzeć? - zapytała ją Śmierć z Dziesiątego Grobu.
    - Tak, ja chcę umrzeć.
    - Jeśli chcesz umrzeć, wróć do siebie, poszukaj wszystkie twoje ozdoby i przynieś je wszystkie tutaj.
    Dziewczyna pobiegła, biegła, biegła, aż dobiegła do domu.
    - Skąd przybywasz, Córko? - zapytała ją matka.
    - Przyszłam szukać moich ozdób. Tam święto jest w pełni.
    Zabrała wszystko, co mogło ją ozdobić i wybiegła, i pobiegła, i biegła, aż dobiegła. I stanęła przy Dziesiątym Grobie.
    - Nazbieraj liści tamarynowca powiedziała jej Śmierć z Dziesiątego Grobu.
    Córka nazbierała liści tamarynowca.
    - Połóż się tutaj powiedziała jej Śmierć.
    Dziewczyna położyła się na kamieniach przykrywających grób okrywając się liśćmi tamarynowca. Wtedy grób zachwiał się gwałtownie, rozwarł się i ona wpadła do środka, tylko skrawek jednej z jej sukni pozostał widoczny.
    Po pewnym czasie - w bajkach czas mija bardzo szybko - Kobieta zapytała jej przyjaciółki.
    - Moje dziewczęta, dokąd poszła moja Córka?
    - My jej nie widziałyśmy - odpowiedziały.
    - A gdzie urządzałyście wasze święto?
    - A to dopiero historia! My nie miałyśmy żadnego święta.
    Matka poszła szukać rady u wróżbity. Wróżbita powiedział:
    - To dziecko się zabiło - rzekł ze smutkiem - Ona się zabiła, ale jeszcze może ożyć, jednak nie powróci do życia nigdy, jeśli będziecie zwlekali chociażby jeden dzień. Musicie poszukać i znaleźć ją, zanim skończy się dzień dzisiejszy. Ona jest właśnie tam, przy grobach przybyszów.
    Były to groby ludzi przybyłych i zmarłych w tej wiosce, ale oni nie należeli do rodziny, która mieszkała w tej wiosce.
    Ludzie udali się wskazaną drogą. Oni poszli, szli, aż doszli. Zatrzymali się przy Pierwszym Grobie. Wtedy Ojciec Córki powiedział:
    - Tak, dobrze, oto jesteśmy na miejscu.
    I zaraz zaśpiewał:
    - Powiedz mi, Pierwszy Grobie,
    powiedz mi, Pierwszy Grobie,
    Czy Córka szła tędy, czy Córka szła tędy?
    - Ona nie szła tędy, Ojcze, ona nie szła tędy.
    Ona nie należy do żyjących,
    już nie należy do żyjących.
    Podeszli do Drugiego Grobu i Ojciec zapytał:
    - Powiedz mi, Drugi Grobie,
    powiedz mi, Drugi Grobie,
    Czy Córka szła tędy, czy Córka szła tędy?
    - Ona nie szła tędy, Ojcze, ona nie szła tędy.
    Ona nie należy do żyjących,
    już nie należy do żyjących.
    - Powiedz mi, Trzeci Grobie,
    powiedz mi, Trzeci Grobie,
    Czy Córka szła tędy, czy Córka szła tędy?
    - Ona nie szła tędy, Ojcze, ona nie szła tędy.
    Ona nie należy do żyjących,
    już nie należy do żyjących.
    ...
    Doszli do Dziewiątego Grobu i Ojciec zapytał:
    - Powiedz mi, Dziewiąty Grobie,
    powiedz mi, Dziewiąty Grobie,
    Czy Córka szła tędy, czy Córka szła tędy?
    - Ona nie szła tędy, Ojcze, ona nie szła tędy.
    Ona nie należy do żyjących,
    już nie należy do żyjących.
    Doszli do Dziesiątego Grobu i Ojciec zapytał:
    - Powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    czy moja Córka tu była,
    czy moja Córka tu przyszła?
    Dziesiąty Grób pozostał niemy. Ojciec zapytał jeszcze raz:
    - Powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    powiedz mi, Dziesiąty Grobie,
    Czy moja Córka tu była,
    czy moja Córka tu przyszła?
    - Ona przyszła tutaj,
    Ojcze, ona tu przyszła.
    Oto ona!!!
    I Dziesiąty Grób zatrząsł się od fundamentu i młoda kobieta ukazała się na grobie. Widziano ją i jej oczy były zupełnie białe, jej plecy były zniszczone przez liście tamarynowca, którymi się przykryła. Zdjęli z niej piękne szaty i nałożyli proste ubranie. Jeden z mężczyzn zaniósł ją na plecach do wioski. A kiedy byli już w wiosce, Ojciec Córki powiedział do Wróżbity, którego wcześniej prosił o radę:
    - Ty będziesz ją leczył.
    - Mogę odpowiedział wróżbita zobowiązuję się leczyć ją przez miesiąc. A jeśli ją wyleczę, co dasz mi za to?
    - Jeśli ją wyleczysz powiedział Ojciec - dam ci wołu.
    I ten człowiek leczył ją, leczył, aż wyleczył. Po miesiącu młoda kobieta była zdrowa. A kiedy Córka powróciła do domu, przyszedł też Wąż.
    - Przybywam szukać mojej kobiety,
    matko, szukam mojej kobiety.
    Przybywam szukać mojej kobiety,
    matko, szukam mojej kobiety.
    - Zostaw w spokoju moje dziecko - odśpiewała Kobieta - dam ci ja sto wołów.
    - Sto wołów? Ależ mój Ojciec już ma sto wołów.
    Czyżbym miał dla stu wołów
    zrezygnować z mojej kobiety?
    Dziewczyna pobiegła do swego Wuja, a Wąż poszedł za nią. Przed domem jej wuja zaśpiewał:
    Przybywam szukać mojej kobiety,
    Wujku, szukam mojej kobiety
    przybywam szukać mojej kobiety,
    Wujku, szukam mojej kobiety.
    - Zostaw w spokoju to dziecko, ja ci dam dziesięć wołów.
    - Dziesięć wołów?
    Ależ mój Ojciec już ma sto wołów.
    Czyżbym miał dla dziesięciu wołów
    zrezygnować z mojej żony?

    - Oto ona, twoja kobieta, weź ją - powiedział Wuj wymierzając mu potężny policzek.
    Wąż odwrócił się, odszedł, pobiegł do domu i przygotował zemstę.
    - Tak naprawdę, to potrzebny był mi ten bolesny policzek, bym otrzymał swoją żonę. Ale jeszcze dzisiaj zmierzymy się ponownie!
    I poszedł z krótkim kijem ukrytym za przepaską, jaką nosi człowiek przygotowany do walki, aby u Wuja upomnieć się o swoją żonę. Przed progiem zaśpiewał:
    - Przybywam szukać mojej kobiety,
    Wujku, szukam mojej kobiety
    przybywam szukać mojej kobiety,
    Wujku, szukam mojej kobiety.
    - Zostaw w spokoju to dziecko, ja ci dam dziesięć wołów.
    - Dziesięć wołów?
    Ależ mój Ojciec już ma sto wołów.
    Czyżbym miał dla dziesięciu wołów

    zrezygnować z mojej żony?
    - Oto ona - powiedział Wuj - twoja kobieta, bierz ją.
    I w chwili, gdy Wuj chciał go spoliczkować, Wąż uderzył go małym kijem tak dokładnie, że jego głowa rozpadła się na dwie równe części.
    Leczono go długo, długo, bardzo długo, wreszcie wyleczono go. Kazano zawołać Węża. Mężczyźni zebrali się na placu wioski i sądzili go.
    - Wężu, wytłumacz nam, dlaczego uderzyłeś tego pana?
    - Ja go uderzyłem powiedział wąż ponieważ mi powiedziano, że Kobieta, gdy porodzi, a będzie to córka, to ona stanie się moją żoną. Jeśli Kobieta porodzi chłopca, on będzie moim synem. I przez cały miesiąc nosiłem jej przepiórki. Ile przepiórek jej zaniosłem? Więcej, niż sto tysięcy! A ona teraz sobie drwi ze mnie.
    Ojciec tego Węża był bogaty, bardzo bogaty. Bracia węża mówili bardzo dużo o jego bogactwie.
    Teraz ludzie rzucili się na Węża. Wąż schronił się w ziemi, schował się bardzo głęboko. Młodzieńcy i chłopcy gonili go, chcieli go schwytać. Kiedy chłopcy powrócili na plac, przyszedł za nimi Wąż.
    - Oni - krzyczał wskazując na młodzież - rzucali we mnie kamieniami, te idioty, te debile, jak jakie zjawy, co wynajdują kamienie w ziemi! Tak, rzucali we mnie!
    I wtedy - w bajkach wszystko idzie bardzo szybko - ojciec Węża wziął sprawę w swoje ręce. Kiedy ojciec zapoznał się ze wszystkim, starsi bracia udali się na poszukiwanie Węża. Znaleźli go i zapytali:
    - Co się właściwie stało?
    - Ja chwytałem przepiórki w sidła i pewna kobieta powiedziała mi, abym chwytał przepiórki dla niej, a jak porodzi, a będzie to córka, to ona stanie się moją żoną. Jeśli Kobieta porodzi chłopca, on będzie moim synem. I przez cały miesiąc nosiłem jej przepiórki. A teraz, gdy ona ma córkę, teraz ta Kobieta nie chce mi jej dać, a wszyscy zabawiają się ze mnie drwiąc i bijąc mnie.
    - Idziemy- powiedzieli bracia.
    Przyszli we trzech, licząc też Węża, który był najmłodszym z nich. Oni poszli, szli, szli, aż doszli. Na placu było dużo ludzi.
    - Dzień dobry panom - pozdrowiono przybyłych.
    - Dzień dobry - odpowiedział Wąż - przyszliśmy zapytać was, dlaczego mnie, Węża, bito, dlaczego obrzucano kamieniami?
    - A to tak się działo - powiedział jeden z braci Węża, najbardziej groźny - wy wszyscy: szef, radcy czy dostojnicy wioski, słuchajcie! Teraz ja mam większe znaczenie, niż wy wszyscy. Mówcie teraz, jeśli jeszcze macie coś do powiedzenia.
    Nikt nic nie odpowiedział. Wszyscy byli przestraszeni.
    - Dajcie mi moją kobietę!
    Dano mu ją za żonę. On zaprowadził ją do swojej wioski. I tam mieszkali.
    Po pewnym czasie ona miała dziecko, potem drugie i jeszcze jedne. Kiedy mieli już troje dzieci, umarł ojciec Córki, żony Węża. Wszyscy się zebrali.
    - Chodźcie, zbierzmy się i zanieśmy tradycyjne ofiary, aby pochować teścia.
    Najstarszy brat Węża dał na ofiarę wołu, drugi dał w prezencie wołu, a sam Wąż przyprowadził trzy tłuste woły i 20 tysięcy srebrnych monet. Zebrani ujrzeli Węża, jak przybywa ze swoją żoną i poprosili go, aby usiadł na honorowym miejscu i nie dopuszczono, aby czynił cokolwiek, co zazwyczaj było obowiązkiem zięcia. Oto tak! I pochowano tego człowieka, a kiedy pogrzeb się skończył, wszyscy rozeszli się i powrócili do siebie, do swoich domów.
    "Chwyciłem małe ptaszki.
    To nie ja kłamię, to ludzie z pokolenia Sara.
    Chwyciłem ptaszki vivy.
    To nie ja kłamię, to ludzie z pokolenia Tejory".
    - Bajka, bajka, bajka, bajka krzyczały dzieci wysłuchawszy bajarza.
  • Góra strony


    9. CHŁOPIEC NAJCZARNIEJSZY

    Żuje i przeżuwa
    Pan Szczur o długich zębach,
    Pieści i pieści swe białe wąsy.
    Pan Szczur łysogłowy
    O czym nam dziś opowie?
    W jednej wiosce żyło swoje ludzi. On był mężczyzną, ona była kobietą. I oni się pobrali. A kiedy zamieszkali razem, stworzyli rodzinę. I oto małe dzieciątka zaczęły się im rodzić.
    Pierwsze dzieciątko: było ono białe.
    Drugie dzieciątko: było ono białe.
    Trzecie dzieciątko: było ono białe.
    Czwarte dzieciątko: było ono białe.
    Piąte i ostatnie dzieciątko: ono było czarne. Czarne jak noc! Nieszczęście i przekleństwo dla niego! Czarne!
    - My ciebie nie chcemy, takiego czarnucha, jakim jesteś powiedzieli do niego ojciec i matka.
    - Wy mnie nie chcecie? powiedział mały czarny syn - I wyrzucacie mnie z domu?
    - Tak! Właśnie tak! Co my zrobimy z tobą, czarnym jakim jesteś? I ty jesteś jedynym czarnym wśród nas.
    - Zobaczymy - powiedział mały. - Dobrze, zostawcie mnie. Ja pójdę i uczynię wszystko, abyście mnie pokochali... Wychodzę na posztkiwanie wybielacza, idę szukać człowieka, który wybiela skórę. Ale ja powrócę do was. Ja was kocham i wy mnie pokochacie.
    I chłopiec odszedł. Idzie. Idzie drogami, idzie przez pagórki. Idzie przez doliny. Pewnego dnia spotkał ludzi karczujących ziemię. Śpiewając zapytał ich:
    O, wy, wszyscy karczujący brus,
    O wy, wszyscy wycinacze kolców!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    - Ha! Uciekaj stąd, Czarnuchu z najczarniejszych! Uciekaj, brudzie! Chyba, że chcesz tu umrzeć! Tu nikt nie lubi takich chłopców, jak ty. Wracaj, aby nikt cię tu więcej nie widział!
    I mały odszedł. Idzie. I idzie. Idzie drogami, wspina się na pagórki, schodzi w doliny. Idzie w prażącym słońcu, idzie w deszczu... I oto pewnego dnia ujrzał ludzi pracujących na ryżowisku. I wyśpiewał im taką piosnkę:
    O, wy, wszyscy pracujący przy ryżu,
    O wy, wszyscy uprawiający ryż!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    - Uciekaj stąd, najczarniejszy czarnuchu! Uciekaj, obrzydliwości chodząca! Odejdź i zajmuj się twoją sprawą. Wynoś się, dnie sagana! Tu jeszcze nigdy nie widziano kogoś tak odrażającego, jak ty!
    Malec oddalił się... I odszedł... i idzie. I idzie. Idzie przez pagórki, idzie przez zarośla... Pewnego dnia spotyka staruszkę. Staruszka gotowała ryż dla siebie. I on jej wyśpiewał swoją pieśń:
    O, powiedz mi, staruszko dobra,
    O powiedz mi, wielka matko!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    - Podejdź do mnie powiedziała staruszka.
    - Już przychodzę, Wielka Matko. odpowiedział.
    - Czego szukasz, synku, czego pragniesz?
    - Wielka Matko, ja, jak widzisz - powiedział zostałem wyrzucony z domu przez mego ojca moją matkę. Oni nie kochają mnie, czarnego, jakim ja jestem. Jak widzisz, idę, aby znaleźć człowieka umiejącego mnie wybielić. Jeśli znasz takiego, powiedz mi, gdzie mieszka, która droga prowadzi do niego? I to wszystko, co mnie boli, Wielka Matko.
    - Dobrze, mój synku - powiedziała Wielka Matka - Zaraz coś dostaniesz o jedzenia, a potem opowiem ci o ludziach i wskaż ci drogę...
    - Oj, nie! Nie, Wielka Matko! Ja się bardzo spieszę, bo ja chcę jak najszybciej stać się białym. Powiedz mi o tych ludziach natychmiast, wskaż mi drogę już teraz! Proszę cię!
    - Dobrze odparła starowinka Czy widzisz tę drogę tam, daleko? Idź nią prosto. Ja kiedy zobaczysz gęsi, całe stado gęsi, idź dalej. Bo to jest znak, że jesteś na dobrej drodze. Potem zobaczysz dom pod blachą, błyszczący w słońcu, błyszczący od białości. To tam! To twój cel!
    - O, dzięki ci, Wielka Matko, dzięki stokrotne! powiedział najczarniejszy chłopiec - Dzięki ci, Wielka Matko. Teraz już muszę cię opuścić.
    I mały odszedł. I idzie. Idzie drogą na wprost. Idzie przez pagórki, idzie dolinami. Oto są gęsi, całe stado gęsi, więc idzie dalej. Oto walczący koguty. Idzie więc dalej. Oto dom i jego błyszczący dach. Wchodzi do domu i grzecznie pyta:
    - Czy to tutaj mieszka ktoś, kto umie wybielać ludzką skórę?
    - Tak, tutaj, z całą pewnością.
    - Dobrze! Oto ja, taki jaki jestem, przybyłem do was, abyście zajęli się moją skórą, abyście mnie wybielili. Mój ojciec i moja matka mnie nie kochają, bo dla nich jestem zbyt czarny. Tak mówią... więc...
    - To nie jest trudne, to da się zrobić. Trzeba cię położyć na ziemi, trzeba cię zakopać w ziemi na całe siedem dni. Po tym czasie, jeśli nie byłbyś jeszcze białym, trzeba będzie zakopać cię na pełne siedem lat....
    - Zgoda! powiedział chłopiec najczarniejszy.
    I zakopano go na siedem dni. A po tygodniu odkopano go, obejrzano. Niestety, wciąż jeszcze był czarny, jak noc! Więc zakopano go na pełne siedem lat. A po siedmiu latach, które spędził głęboko w ziemi, wyciągnięto go: był biały. On był biały! On był olśniewająco biały!
    - Pięknie dziękuję - powiedział - Dziękuję wam wszystkim. A teraz wracam, do domu. Wracam do mojego domu. Niedługo będę wiedział, czy mój ojciec i moja matka teraz mnie pokochają.
    - Tak, wracaj do domu - powiedział wybielacz skóry - wracaj do domu, wracaj do rodziny! I szczęśliwej drogi!
    I chłopiec odszedł. Idzie drogą, przy której walczą koguty. Widzi wielkie stado gęsi. Idzie ku staruszce, która przygotowuje ryż na obiad. I on zaśpiewał dla mniej:
    O, powiedz mi, staruszko dobra,
    O powiedz mi, wielka matko!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    Staruszka podskoczyła, gdy tylko ujrzała chłopca tak białego. Wyleciała z domu krzycząc:
    - Ojojojojoj! Co to za chłopiec, tak biały! Ja ginę! Ja już umarłam! Ja już jestem śmiercią! I ja uciekam! Uciekam!!!
    I nie zatrzymała się, aż w środku lasu.
    A chłopiec poszedł, tak, on odszedł. I idzie przez pagórki, idzie przez doliny. Idzie swoją drogą. I spotkał ludzi pracujących na ryżowisku. W ciszę popłynęła piosenka: wielkiej przestrzeni
    O, wy, wszyscy pracujący przy ryżu,
    O wy, wszyscy uprawiający ryż!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    - Haaaaa! Haaaaaa! Biały!!! Biały to jest!!! Ratuj się, kto może!!! Wszyscy!!! Giniemy!!! Giniemy!!!
    I uciekli wszyscy. Uciekali jeden przez drugiego. Nikt nie został. Nikogo nie widać na ryżowiskach, na swojej ziemi.
    Chłopiec odszedł. Idzie swoją drogą. Wspina się na pagórki, schodzi w doliny, aż zbliżył się do ludzi karczujących ziemię. I znów zaśpiewał swoim jasnym głosem:
    O, wy, wszyscy karczujący brus,
    O wy, wszyscy wycinacze kolców!
    Dokąd mam się udać, abym stał się białym?
    Dokąd iść powinienem?
    Powiedzcie mi, ojcze i matko,
    Powiedzcie mi, starsi i młodsi,
    Kto mi to uczyni?
    Kto mnie wybieli?
    Mnie, najczarniejszego?
    Jam czarny z najczarniejszych.
    - Ojejejejejej! Ohohohohohoh! O, tam! Tam!!! Biały! Tam. Uciekaj, kto może! On nas zaraz pozabija!!!
    I odeszli wszyscy. Nie odeszli. Uciekli, każdy pobiegł do swojej kryjówki, każdy drżący ze strachu.
    Więc chłopiec poszedł. Idzie swoją drogą. Idzie przez las. Idzie przez zarośla. I oto przybywa do domu! Przybywa do swego domu. Wchodzi do domu swojego ojca i swojej matki. Do domu, w którym, jest starsze rodzeństwo. Staje przed drzwiami, Puka, tak, puka do drzwi. I drzwi się otwierając. Jego matka patrzy... milczy... dziwi się...
    -O lala! Skąd przybywasz, moje dziecko? Czy to ty, mój syn? Czy to naprawdę ty, mój synu!? Dokąd poszedłeś, gdzie byłeś przez siedem lat? Co zrobiłeś, aby powrócić do nas białym? Tak bardzo białym. Ach, moje dziecko! Eee! Ty jesteś naprawdę naszym dzieckiem! Tak. My będziemy cię kochać, moje dziecko! Gdzie przebywałeś tak długo? Ależ tak, my ciebie kochamy. Moje dziecko, moje drogie dziecko! Ej, co za święto!
    - Tak, to ja jestem. Ja poszedłem bardzo daleko. Bardzo daleko. Wy mnie nie kochaliście, więc... poszedłem do człowieka, który naprawia ludzi. I oto zakopali mnie do ziemi. Na siedem lat. Na siedem długich lat! Ale oto tak, oto mój powrót! Ja zmieniłem się, stałem się białym, jak Biały z Europy. Oto ja! Czy teraz mnie kochacie?
    - Oczywiście, że my cię kochamy. Trzeba zrobić wielkie święto! Przecież powróciłeś!!!
    - Tak! Ale teraz, skoro powróciłem biały jak Biały, ja jestem tu jak książę. Ja powinienem być księciem tego kraju...
    - Ach powiedziała matka oto twój powrót. Jesteś biały, jak Biały... Ty jesteś tu Księciem... My powinniśmy tak robić, jak nam rozkażesz. Ty będziesz księciem tego kraju. Ależ tak!
    I tak się stało. Długo, bardzo długo był księciem tej krainy. Ten książę, czarny z najczarniejszych, opuścił rodzinę, wioskę, kraj i poszedł do ziemi bardzo odległej. Powrócił biały, bielszy, niż Biały.
    Chłopiec najczarniejszy, wyrzucony ze swego kraju, stał się księciem kraju, w którym się urodził, a nawet jego matka była mu służka.

    Oto moja bajka.
    Niech w strzępy zamieni się ubranie
    Tego kto nie powie: bajka!
    To nie ja nakłamałem.
    To ludzie żyjący kiedyś,
    Którzy wymyślili tę bajkę.
    Bajka, bajka, bajka, bajka!!!
    I wy, czytający, też podejmijcie okrzyk:
    Bajka, bajka, bajka, bajka!!!

  • Góra strony

    10. NIGDY NIE ZOSTANĘ ŻONĄ

    Była-żyła kobieta, która miała dziecko. To była dziewczynka. Gdy dorosła, miała męża i też miała dziecko. To dziecko też było dziewczynką. Rodzice nazwali ją Upragniona Księżniczka. Rodzice dbali o nią. Dziewczynka rosła. A kiedy dorastała, przestała mieszkać z rodzicami, zamieszkała w innej chacie. Nie bawiła się więcej przy ich domu, ale chodziła bawić się z drugiej strony rzeki. Rzeka płynęła i rozdzielała Upragnioną Księżniczkę od jej rodziców.
    Gdy stała się bardzo duża, gdy była już dorosłą panną, przyszli rodzice prosić, aby chciała być żoną ich syna. Matka poszła nad rzekę i zawołała do niej:
    Księżniczko Upragniona,
    Piękny młodzian szuka żony,
    Piękny młodzian znalazł ciebie.
    Księżniczka odśpiewała:
    Ja nie wyjdę nigdy za mąż.
    Ja nie będę zaślubiona.
    Moim wybranym jest mężczyzna,
    Który samotny u ujścia rzeki mieszka.
    Ja tak chcę, ja, Upragniona Księżniczka!
    I tak było zawsze. Za każdym razem, gdy przybywał zalotnik, jej matka szła nad rzekę i śpiewała:
    Księżniczko Upragniona,
    Piękny młodzian szuka żony,
    Piękny młodzian znalazł ciebie.
    A córka zawsze odśpiewywała:
    Ja nie wyjdę nigdy za mąż.
    Ja nie będę zaślubiona.
    Moim wybranym jest mężczyzna,
    Który samotny u ujścia rzeki mieszka.
    Ja tak chcę, ja, Upragniona Księżniczka!
    I tak było zawsze. Odpowiadała, że kawaler, którego ona pragnie, mieszka u ujścia rzeki.
    Po długim oczekiwaniu przybył mężczyzna, który jej się podobał i z nim zawarła małżeństwo, jego poślubiła. Ale gdy już została jego żoną, on jej powiedział, że nie jest człowiekiem, jest Zwierzęciem, a przybył przebierając się za człowieka, aby ją poślubić. Niedługo zabierze ją daleko, do kraju bardzo oddalonego. Ona, zakochana, wcale się nie zlękła ani przestraszyła tą wiadomością. Nawet zdziwienia nie okazała, tak była zakochana.
    Gdy wszystko było już przygotowane do odejścia, gdy bagaże młodej małżonki były powiązane, tuż przed ich odejściem zjawił się jej młodszy brat. Był on bardzo brzydki, cały pokryty wrzodami i ranami. Powiedział do starszej siostry:
    - Poślubiłaś tego mężczyznę, ale czy ty naprawdę wiesz, kogo poślubiłaś? Może przypadkiem jest to człowiek złośliwy?
    - A ty po coś tu przybył? Chcesz mnie pozbawić szczęścia, głupcze? Uciekaj stąd!
    Ale chłopiec nie pozwolił się odegnać i poszedł za nimi. Doszedł za nimi aż do kraju, z którego przybył pan młody. I tam został razem z siostrą. Oto człowiek, który był jej mężem, pokazał się, jak naprawdę wygląda. To był Diabeł! Pozostawił ich w domu samych i powiedział:
    - Wy będziecie jeść tutaj.
    Przygotował dla nich pokarmy wszelkiego rodzaju i dał im. A sam odszedł i więcej już go nie widzieli aż do północy. Powrócił przyprowadzając swoich przyjaciół, aby zabić ją, swoją żonę. Kiedy Diabeł i przyjaciele przybyli, brat ostrzegł swoją siostrę:
    - Ho, ho, ho!!!
    Kobieta się przebudziła.
    - Dlaczego nie śpisz? zapytał ją mąż.
    - To dlatego, że pchły mnie gryzą, pchły mnie wciąż kłują.
    Rano mały chłopiec powiedział do niej:
    - Moja starsza siostro, twój mąż, to nie człowiek, tak, to nie jest człowiek.
    I zaczęli się sprzeczać.
    A była tam stara, oj, jak bardzo stara kobieta, a taka brzydka, że kryła się w dziurze, którą sobie wykopała, tam weszła i przykryła tę norę, aby zwierz jej nie znalazł.
    - Trzeba, abyście zdecydowali się odejść stąd i powrócić do siebie. Ten mężczyzna, to nie człowiek, to nawet nie zwierz. Kiedy on znika tak jak teraz, to po to, aby zgromadzić swoich przyjaciół i wraz z nimi przybyć i zabić was, gdy będziecie spali.
    To wreszcie przekonało młodą panią. Ona też zrobiła sobie piwniczkę, małą ziemiankę z liści rafii. Staruszka powiedziała:
    - Weźcie ze sobą ryż, sadzonki ryżu, igłę i jeszcze coś więcej. Powinniście mieć trzy rzeczy.
    Jej mąż powrócił sam wczesnym popołudniem. Przed wieczorem powiedział, że zaraz odchodzi, ale za kilka godzin powróci. To właśnie był dzień, w którym wraz z przyjaciółmi chciał ją zjeść.
    Oni rozpoczęli przygotowania do ukrycia się. Szybko skończyli. I kobieta, i jej młodszy brat zrobili sobie domek w ziemi, piwniczkę. Tam weszli oboje, kryjąc się. Staruszka przypomniała im jeszcze o trzech rzeczach, które mieli zabrać:
    - Weźcie ze sobą ryż i igłę, nie zapomnijcie też sadzonek ryżu.
    A kiedy skryli się, kryjówka zaczęła poruszać się i zbliżać do kraju ich pochodzenia. Jechali.
    O północy powrócił Zwierz wraz z przyjaciółmi, ale już ich nie ujrzał.
    - Dokąd oni poszli? Och, dokąd poszli? Kto im powiedział, kim ja jestem? Phiii! Oni sobie poszli!
    Mąż, Zwierz, Diabeł razem z przyjaciółmi zaczął ich szukać. On szedł za nimi. Szedł, szedł, doganiał ich. A kiedy był już zupełnie blisko, tak że dzieci go widziały, rzuciły za siebie ryż. I ryż zaczął rosnąć, rósł, rósł, jak w krainie baśni, jak w krainie kłamstwa. Ryż urósł tak, że dzieci nie widziały ani Zwierza, ani jego przyjaciół. Zwierz przestał też widzieć uciekających. Ani on, ani jego przyjaciele nie mogli przejść przez ryżowisko. Musieli zatrzymać się, aby ściąć ryż, przygotować sobie przejście. I tną ryż, oni go tną, oni go tną, aż nie zostało nic ryżu. Zrobili drogę. Poszli dalej. Idą, biegną, biegną, idą. A kiedy uciekający ich ujrzeli, krzyknęli:
    - Oto Zwierz! Och, jak jest blisko nas!
    Dzieci rzuciły igłę. I igła zaczęła rosnąć, rosła jak trawa, rosła tak gęsto, że nie można było postawić stopy. Zwierz z przyjaciółmi powrócił do domu szukać szpadla, aby wyrywać te kłujące trawy. Wyrywają, wyrywają, wyrywają, aż doszli do samego końca. Porzucili szpadle, puścili się w pogoń za uciekającymi. Byli już bardzo blisko nich, widzieli ich, przybliżyli się do ich wioski.
    Właśnie w tym momencie dziewczyna i jej młodszy brat przybyli do wioski. Dziewczyna była cała we łzach. Zapłakana powiedziała do swoich rodziców:
    - Byłabym umarła bez mojego młodszego brata. Tak, właśnie tak, umarłabym.
    Mąż przybył za nimi do ich wioski. Zmienił się, przebrał, założył piękne szaty, jak człowiek. Kiedy wchodził do wioski, krzyczał, jak jest w zwyczaju:
    - Oto zięć, który przybywa! Oto zięć, który przybywa!
    Rodzice kupili alkoholu, dużo alkoholu. Poczęstowali go, dali mu pić, zachęcali do picia. Był pijany. Wtedy zabili go i wyrzucili jego zwłoki na śmietnisko, do dołu. I wszystkie śmieci spalili. Oto cała historia tej, która nie chciała zostać żoną.
    Ja ściąłem baobab, ...bab,...bab.
    Ja go ściąłem, ...łem, ...łem.
    Ja obaliłem baobab, ...bab, ...bab.
    Ja przewróciłem termitierę, ...erę, ...erę.
    Ale to nie ja, który kłamię.
    To inni, innym razem, którzy tak nakłamali.
    - Hm, hm, w ognisku jest patat słodki, którego tam włożyłem, aby się upiekł. Dzieci, przynieście mi go!
    Dzieci słuchające bajki pobiegły, ale w ognisku nic nie znalazły, bo bajarz sobie z nich zakpił. I w ten sposób wszyscy opuścili krainę marzeń i powrócili do codzienności.


  •  
     
    GÓRA STRONY