|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. III Tłumaczył
Mówi się, że las jest niebezpieczny i zły, ale w przeciwieństwie do innych krajów, malgaski las jest dobry dla człowieka: chroni go, daje cień, owoce, budulec i lekarstwa. Codziennie też chodzi się doń na polowania. W malgaskim lesie nie ma zwierząt złośliwych ani drapieżnych, nie ma jadowitych węzy. Z wyjątkiem... Bestii z tej bajki. Żył raz człowiek. Był bardzo dobry i bardzo stary, mocno pochylony ku ziemi. Nazywał się Skulony. Był bardzo biedny. Ażeby nie umrzeć z głodu, pewnego dnia poszedł szukać miodu w lesie nieco oddalonym od jego wioski. I oto ujrzał wielką dziurę w skale, otwór, z którego wylatywały i wlatywały zapobiegliwe pszczoły. Skulony wszedł przez ten otwór do jaskini i zobaczył ogromny rój pszczół gorączkowo uwijających się. Nie obawiał się ukłuć pszczół, gdyż znały go i od czasu do czasu przygotowywały miód dla niego. Zajął się tym pszczelim darem, aby przygotować niewielką ilość miodu do przeniesienia do domu. Zaskoczył go wrzaskliwy głos: - Co tu robisz, bracie?! Zabierasz mój miód!!! Starzec odwrócił się. Ujrzał jakieś wielkie zwierzę podobne do jeża, o oczach pałających gniewem. - Twój miód? To nie jest twój miód, bracie... - To jest mój miód powiedział Kolczak. - Twój miód? powtórzył starzec Miód w środku lasu, w jaskini wypłukanej przez deszcze należy do wszystkich, bracie. Gniew rozgrzał uszy Kolczaka. - A nie wstydzisz się powiedział Jeż dyskutować ze mną? Jesteś taki mały! Jesteś stary! Człowiek, jak ty, powinien być pełen spokoju, napełniony mądrością. Starzec przybrał groźną postawę i chciał zabić to natrętne i bezczelne zwierzę na jego drodze! Ale Kolczak nie uciekł, on też przybrał groźną postawę i on zaatakował pierwszy. Starzec musiał się bronić. Podczas walki okładali się razami i obelgami, jak dwa zagniewane koguty. Zwierzę okazało się zdumiewająco silne i Skulony zadyszał się. Upadł na ziemię poniżony, pokonany, pobity. Kolczak zabrał go do jaskini tak wielkiej, jak dom. To była ogromna grota, Skulony nigdy tak dużej nie widział i tak wielkiej nie było w lesie otaczającym jego wioskę. Starzec zupełnie wyczerpany siedział oparty o ścianę groty i jadł miód ofiarowany mu przez zwierzę. Jadł tylko miód, nic więcej. Potem położył się w kąciku jaskini na stosie suchych liści i trawy. Śmiertelnie zmęczony usnął natychmiast. Rano Kolczak i Skulony obudzili się jednocześnie. - Ty tu pozostaniesz . powiedział Kolczak a ja pójdą do lasu i poszukam miodu dla nas dwóch. - Rozumiem, dobrze powiedział starzec z rezygnacją. Kolczak szybko zniknął z oczu Skulonego. Jeże chodzą przecież bardzo szybko. Starzec pozostał sam. Rozejrzał się na wszystkie strony, potem poszedł ścieżką, którą poprzedniego dnia przyprowadził go Kolczak. Próbował biec swoim ciężkim krokiem starca myśląc tylko o tym, aby jak najdalej uciec od tej groty. On biegł, biegł i biegł. Bardzo zmęczony zatrzymał się przed drzewem wysokim, o gęstym listowiu. Skulony spojrzał w górę, przyglądał się konarom i w pewnej chwili podskoczył, chwycił się gałęzi, podciągnął się i wspiął się, jak tylko mógł, najwyżej. Usiadł w rozwidleniu konarów, bezpieczny. Odpoczywał. Oddychał coraz równiej, spokojniej. Po pewnym czasie Kolczak powrócił do groty. Nie znalazł starca! Nie znalazł nikogo! Szuka wszędzie, węszy po ziemi. Nie ma wątpliwości, Skulony uciekł. Z nosem przy ziemi Kolczak idzie ścieżką i mruczy: - On przeszedł tędy... i tędy... i tędy... i tędy mówił Kolczak, wciąż węsząc przy ziemi. U stóp wielkiego drzewa Kolczak zatrzymał się, znieruchomiał... po chwili podnosi nos... podnosi nos wciąż węsząc. - Zejdź, ty tam!. Ty jesteś tam, ja wiem! A tam, u samej góry, starzec siedział zupełnie cicho. - Zejdź tu!!! wrzasnął Kolczak. Cisza. Ani słowa, ani mru-mru. Wtedy Kolczak kopnął swoją delikatną nóżką w twardy pień ogromnego drzewa i drzewo rozsypało się w proch. Skulony upadł przed Kolczaka. - Wejdź na mój grzbiet powiedziało zwierzę zaniosę cię do domu. Starzec ostrożnie wspiął się na Kolczaka. Pomyślcie! Usiadł na igłach, jakie mają jeże. Kolczak pomknął do groty, jak wiatr. Starzec tylko stękał raniony przez igły zwierza: oj! oj! ojoj!! ojojojojoj! ojojojoj! Dopiero w grocie mógł zejść ze swego kłującego rumaka. - Ty, starcze, miałeś tu zostać, prawda? Jeśli jeszcze raz się oddalisz, biada ci! powiedział Kolczak groźnie. I poszedł do lasu swoim krokiem szybkim i drobnym. Zadyszany i wyczerpany starzec siedział przez chwilę spokojnie. Potem wstał, wyszedł z groty i znów ruszył znaną mu drogą. Znów uciekał. Uciekał tak szybko, jak tylko mógł. Ucieka... ucieka... ucieka... aby jak najszybciej... aby jak najdalej, aby jeszcze dalej. Oto drzewo, ogromne. Zadyszany, zatrzymał się przy tym drzewie. - O drzewo powiedział - ty możesz mnie uratować, prawda? Jeśli chcesz uratować mi życie, otwórz się i ja wślizgnę się i ukryję w twoim pieniu. Wtedy ty się zamkniesz za mną. Drzewo się rozwarło, otworzyło przed Skulonym całe swoje wnętrze i starzec mógł wejść do jego wnętrza. Potem wolniutko drzewo znów się zamknęło, a pień stał się tak gładki, jak był przedtem. Tymczasem Kolczak powrócił do groty przynosząc miód. Starca znów nie ma! I zwierz poszedł jego śladem. - On przeszedł tędy... i tędy... i tędy... i tędy mówił Kolczak, wciąż węsząc przy ziemi. Oto pień ogromny, drzewo majestatyczne! Kolczak zatrzymał się i podniósł głowę - Wychodź! Ja wiem, że jesteś tam, w pniu tego drzewa! Skulony starał się wstrzymać oddech. - Wychodź! Milczenie! Cisza! Po chwili Kolczak powoli przysunął się do drzewa i zaczął drapać jego pień. To były tylko delikatne draśnięcia, ale drzewo rozdzieliło się, wszystkie słoje i poszczególne włókna rozproszyły się, jak stos zapałek. Skulony znalazł się bezbronny pośród szczątków majestatycznego drzewa. - Wejdź na mój grzbiet, bracie, zaniosę cię do domu powiedziało zwierzę. Starzec musiał posłuchać. Usiadł okrakiem. Dobry człowieczek był niesiony przez małe zwierzę. Chociaż człowiek był kilka razy większy, zwierzę niosło go, niosło... jak wiatr. Starzec i tym razem stękał i jęczał: oj! oj! ojoj!! ojojojojoj! ojojojoj! Wreszcie jaskinia. Schodzi z kolczastego grzbietu zwierza cały pokłuty, cały zbolały, połamany. Od razu skierował się do stosu liści i upadł na swoje posłanie bezwładnie. Kolczak przyniósł mu miód i starzec zjadł trochę. Jadł z apetytem. Przyszła noc. Starzec zasnął twardo. Kiedy rano obudził się, Kolczak wychodząc do lasu na poszukiwanie miodu powiedział szorstko: - A więc, mój stary, dlaczego ty wciąż uciekasz? Zostań tu! Gdy zwierz oddalił się, starzec postanowił jeszcze raz spróbować ucieczki, chociaż był zmęczony i obolały, że wyprostować się nie mógł. Szedł przez cały dzień, prosto przed siebie, nie zważając na zmęczenie. Idzie i idzie, idzie i idzie. Wreszcie zatrzymał się przy wielkim stawie, tak wielkim, że nie widział drugiego brzegu. Wszedł w wodę. Schodzi... schodzi... wkrótce zanurzył się cały i zniknął w wodzie, która zamknęła się nad nim. W tym czasie Kolczak powrócił do jaskini. Gdzie jest staruszek? Jeszcze raz uciekł! I zwierzę poszło jego drogą - On przeszedł tędy... i tędy... i tędy... i tędy mówił Kolczak, wciąż węsząc przy ziemi. Przybywszy nad brzeg stawu zatrzymał się, skierował nos do wiatru i krzyknął: - Wyjdź z wody! Wiem, że schowałeś się w tym stawie! Z pewnością domyślacie się, że starzec starał się nie poruszyć. - Wyjdź, starcze, ja ciebie widzą! Cisza. - Wyjdź!!! Kolczak nachylił się nad wodą i zaczął pić. I w oka mgnieniu, jednym haustem, wypił wszystką wodę ze stawu. Na suchym dnie pojawił się starzec, który już nie miał się gdzie ukryć. - Wejdź na mój grzbiet, zaniosę cię do naszego domu powiedział Kolczak. I Skulony musiał jeszcze raz usiąść na kolczastym grzbiecie. A zwierz pochylił się i oddał wszystką wodę, którą wypił. Znów staw był na swoim miejscu z wodą czystą i spokojną. Co to była za przejażdżka! Starzec stękał, jęczał, popłakiwał, jak nigdy dotąd, nękany przez tysiąc igieł, które kłuły jego ciało. oj! oj! ojoj!! ojojojojoj! ojojojoj! Wreszcie przybyli do groty. Skulony od razu padł na swoje posłanie bardziej martwy, niż żywy. Gdy się obudził, wysoko na niebie świeciło słońce. Kolczak już wychodził, ale zobaczywszy przebudzonego starca, powiedział: - Stary, to w twoim własnym interesie jest pozostać tu i czekać na mój powrót. Jeśli zależy ci na życiu, nie ruszaj się stąd więcej! Zrozumiałeś!? - Nie lękaj się, ja nawet poruszać się już nie mogę. Gdy Kolczak oddalił się, Skulony zebrał wszystkie swoje siły i znów uciekł przez las. I biegnie... i biegnie... Mimo zmęczenia, biegnie... Idzie... Jeszcze idzie. Doszedł do skraju lasu. Czy była to polana, czy zagajnik? Nie wiedział. Ale zobaczył wieś! Wieś, w której ludzie przerwali swoje prace, wszystkie zajęcia. On widzi tych ludzi i do nich idzie. - Ratujcie mnie! Ratujcie mnie!!! krzyczał ratujcie mnie, albo ja jeszcze dziś stanę się martwy!!! Opowiedział całą historię ludziom, którzy zebrali się, aby go słuchać, a potem wzięli go i ukryli w domu. Teraz każdy z nich wziął swoją broń: karabiny, włócznie, szczepy, tasaki... nawet igły wzięli ci, którzy nie mogli znaleźć nic innego. I czekali przygotowani do walki. - Zwierz był mały, tak mówił starzec. W tym czasie Kolczak powrócił do groty. - O, jeszcze raz uciekł, ten wstrętny staruch! I zwierz poszedł jego śladem. Węszył. Szedł z nosem przy ziemi, bez wahania, pewny, że tędy uciekał Skulony. Kolczak szybko dotarł do wioski. A jak został przyjęty! Ludzie krzyknęli: - Chwytać za broń! Strzelać! Świstały kule, ale Kolczak szedł naprzód, nawet nie zraniony. Chwycono za włócznie te się powyginały, poskręcały... Tasaki połamały się. Nic nie mogli zrobić. - Ratuj się, kto może! I wszyscy uciekli. Starzec skulił się w kącie, ale Kolczak idzie wprost do tego domu, wchodzi i mówi: - Wskakuj na mój grzbiet, bracie! Zaraz zaniosę cię do naszego domu. - Oj! oj! ojoj!! ojojojojoj! ojojojoj! - stękaj Skulony przez całą drogę. Przybyli do groty. - Oto masz swój miód, jedz! powiedział Kolczak. Starzec zjadł trochę miodu, położył się na swoim posłaniu i zaraz zasnął. Rano obudził go przeszywający głos Kolczaka: - Starcze, ja wychodzę do lasu po miód. Ty zostań tutaj. Już wiesz, że ja zawsze cię znajdę. Cóż przyszło ci z ucieczek? Nic. - Tak, masz rację, bracie. Nie będę więcej próbował. Ja nawet nie mogę się już ruszyć. Kolczak oddalił się tupiącym krokiem jeża. Po chwili Skulony też wyszedł z groty. Szedł swoim starczym krokiem, załamany, porozbijany. Skierował się tam, gdzie mieszkają ludzie. Przybył do pewnej wioski. - Ludzie, ratujcie mnie! Ratujcie mnie!!! błagał Jestem zgubiony! Ludzie ukryli go w skrzyni, w ciemnym kącie domu bez okien. Potem wzięli swoje strzelby, włócznie, tasaki, maczety... wszystko, co było ostre, wszystko, co mogło ciąć i kłuć, wszystko, co miało szpic, czym można było żgać. Czekali. Pewna starowinka też się przyłączyła z małą laseczką w dłoni. - Hej, babciu! Nie podchodź tutaj! Tu będzie bitwa! Czy ty naprawdę wierzysz, że czegoś dokonasz swoim patyczkiem? Jak wiesz, wczoraj karabiny i włócznie nie przydały się na nic, kule były bezskuteczne. Ale staruszka usiadła na progu, przed drzwiami ciemnego domu i czekała, jak wszyscy. A w lesie, daleko, Kolczak wchodzi do groty. - Co?! Jeszcze raz ucieka też stary? powiedział. I poszedł jego śladem. - On przeszedł tędy... i tędy... i tędy... i tędy mówił Kolczak, wciąż węsząc przy ziemi. Zwierzę weszło do wsi, wpadło jak tajfun, rozepchnęło ludzi nie zważając na kule, włócznie i maczety. Na ziemię padali wszyscy, których tylko dotknął lub którzy tylko otarli się o Kolczaka pędzącego tropem starca. Zwierzę natarło na staruszkę... Staruszka podniosła swoją laseczkę i... bach! Piękne, delikatne stuknięcie! Kolczak wysoko podskoczył w górę i upadł, jak szmata. Niemożliwe!!! Nie rusza się więcej. Leży martwy, nie żyje! Umarł od razu. Zwycięstwo! Starzec jest uratowany! Zaprowadzono go do szpitala, ponieważ bardzo cierpiał, całe ciało porozdzierane, pokrwawione i podziurawione przez ohydne zwierzę podobne do jeża. Oto, co opowiada moja historia A ci, którzy nie powiedzą Bajka! Bajka! Bajka! Ci niech zmarnieją W domu swej teściowej. Bajka! Bajka!! Bajka!!! O długich zębach. Pieści i gładzi swe długie wąsy Pan Szczur z łysą głową... O czym tu wam opowiedzieć? Ale to nie ja opowiadam kłamstwa. Kłamią ludzie, którzy mi to opowiedzieli. Żyli dawno ci, którzy wymyślili tę bajkę. Lasy nasze umiłowały Zwierzęta o długim ogonie, Małe jak myszy i duże jak wilczur, Podobne do małp i wiewiórek, Z oczami okrągłymi, zaciekawionymi, Zdziwionymi i wyłupiastymi Jak kule w kociej głowie. Skaczą - zwinne! - drzewa na drzewo. Zanim drzewo z trzaskiem się zegnie, Jakby się chciało złamać, Lemur już krzyczy z drugiego! Ta historia kiedyś się zdarzyła, historia o Panu Lemurze i Pani Lemurowej. Teraz ja wam o nich zaśpiewam. Pan i Pani Lemurowie wychodzili z domu, Szli codziennie do zielonego lasu. Tam jedli jabłka z dzikiej jabłoni. Ale Pan Lemur był zazdrosny I niestały w uczuciach. Widziała Pani Lemurowa, jego żona: Oglądał się na młodą Lemurównę, (Widziała Pani Lemurowa, jego żona). Zapominał o niej, swojej pani. Ale szybko wracał do niej I pełen zazdrości wypominał jej: O la la! wykrzykiwał Co to za żona, jaką ja mam! Pani Lemurowo, żono ma, Jak nieładnie postępujesz, Jak brzydko się prowadzisz! Pani Lemurowa odśpiewuje: Ja nieładnie postępuję? Ja się źle prowadzę? Tobie potrzebna kula Ze strzelby mego ojca. Choć pragniesz, co w garnku Panna Lemurówna przyrządza. Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Powtarzał za nimi las. Ale poszli do lasu Pan Lemur z Panią Lemurową nazajutrz. I następnego dnia, i następnego. I codziennie śpiewali w lesie, Codziennie wypominali sobie Pan Lemur i Pani Lemurowa: Zmienny małżonek, Pan Lemur I oczy, i myśli miał zwrócone Tylko ku pannie Lemurównie. Często przybiegał do swej małżonki I zazdrośnie jej wypominał: O la la! wykrzykiwał Co to za żona, jaką ja mam! Pani Lemurowo, żono ma, Jak nieładnie postępujesz, Jak brzydko się prowadzisz! Pani Lemurowa odpowiadała: Ja nieładnie postępuję? Ja się źle prowadzę? Tobie potrzebna kula Ze strzelby mego ojca. Choć pragniesz, co w garnku Panna Lemurówna przyrządza. Niezmiennie powtarzał las. Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! A co dziś mówią zazdrośni Pan Lemur i Pani Lemurowa, Tam, daleko w lesie, Który otacza wieś? O la la! wykrzykiwał Co to za żona, jaką ja mam! Pani Lemurowo, żono ma, Jak nieładnie postępujesz, Jak brzydko się prowadzisz! Pani Lemurowa odpowiadała: Ja nieładnie postępuję? Ja się źle prowadzę? Tobie potrzebna kula Ze strzelby jej ojca. Choć pragniesz, co w garnku Panna Lemurówna przyrządza. Echo leśne powtarza ten śpiew: Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! Tak, oto, co robią dziś, Co zrobili wczoraj i zrobią jutro Pan Lemur i Pani Lemurowa: Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! To krzyczy, to dyskutuje, to papla, Hałasem napełnia cały las Przeczucie Pani Lemurowej. Ja nieładnie postępuję? Ja się źle prowadzę? Ach, tak, tobie potrzebna kula Ze strzelby mego ojca. Tobie potrzebny garnek jego córki. Najpierw cię zabiją, zastrzelą, Potem ona cię ugotuje W garnku, za którym tęsknisz. Potem zjedzą z apetytem. Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! - śpiewa nieustannie las. I wierzcie mi, że oni to mówią Każdego dnia, każdej chwili. Słuchajcie lasu, wsłuchajcie się: Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! Pan Lemur i Pani Lemurowa Bez ustanku wyrzucają sobie Grożą, dyskutują, wypominają, Przycinkami zrzędzą nieustannie: Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta! Grou-ta! grou-ta! grou-ta! grou-ta!!! - śpiewa za nimi las. Wsłuchajcie się w ten śpiew, gdy wejdziecie do malgaskiego lasu. Jak krab zjadany: Występują obok siebie Delikatne mięso i niestrawna skorupa O czym tu wam opowiedzieć? Ale to nie ja opowiadam kłamstwa. Kłamią ludzie, którzy mi to opowiedzieli. Nie, bo kłamał ten, który wymyślił tę bajkę Byli-żyli trzej bracia. Najstarszy nazywał się Pierworodny, młodszy od niego został nazwany Drugi, a trzeci, najmłodszy, Beniaminek. Bracia postanowili pracować razem na swoich ryżowiskach. W dniu, w którym powzięli takie postanowienie, mieli pracować na polu Pierworodnego. - Idźcie na moje pole powiedział najstarszy - a ja przygotuję i zaniosę wam obiad. - Zgoda odpowiedzieli bracia. Młodsi bracia, każdy ze swoją rodziną, poszli na ryżowisko najstarszego. Pierworodny pozostał w domu, gotował obiad i opiekował się dziećmi, które były zbyt małe, aby pracować. Do ryżu dokupił wołowiny do okraszenia. Wziął mięso, pokrajał na kawałki i położył w gorącym oleju. Olej skwierczał, a miły zapach rozchodził się daleko. Pierworodny troskliwie zajmował się kuchnią. Kiedy obiad był już prawie gotowy, wyszedł z lasu mały potwór i zbliżył się do garnków. Kiedy Pierworodny zauważył, przyjrzał mu się i powiedział do niego: - Dlaczego ty masz takie czerwone oczy? - Osiem kropli wody wpadło mi do środka oka. - A dlaczego twoje nogi są takie płaskie i śliskie? - Często wspinam się na drzewa. Daj mi trochę ognia, abym ugotował kraby, które dzisiaj złapałem. - Ugotuj je tutaj, to mi nie przeszkadza. Kiedy kraby były ugotowane, Potworek powiedział: - Daj mi trochę ryżu, abym zjadł z krabami. - O, nie! Moi pracownicy od rana nic nie jedli. Nie mogę ci dać tego, co jest dla nich, ciężko pracujących. - Czy chcesz się ze mną bić? Nie boisz się mnie? Co wybierasz: walkę w postawie stojącej, czy dowolnej? - Walkę w postawie stojącej powiedział Pierworodny pewny zwycięstwa. I natychmiast się chwycili. I natychmiast zaczęli okładać się razami, jakby mieli się pozabijać. Szybko Pierworodny został rzucony na ziemię. Potworek przytrzymywał go tak, że powalony nic nie mógł zrobić. Oczy potworka stały się fioletowe. Zwycięzca wyrwał sobie kilka włosów, aby związać nimi pokonanego.. Kiedy Pierworodny był już silnie powiązany, Potworek jak paczkę wyrzucił go z domu na słońce, a sam zabrał się do jedzenia ryżu i mięsa ugotowanego przez Pierworodnego. Obżarł się, a do reszty, której zjeść nie mógł... tak, tak! Wszystko zabrudził, zabrudził mięso, zabrudził ryż. Potem krzyknął: - Chodźcie wszyscy jeść, wyyy i-i-i-i-inniii. I Potworek poszedł do siebie, do lasu. A "ci inni" przyszli z pola. Masz ci los!!! Nie ma naszego brata... ale są garnki. Co w nich dobrego? Ryż! Ale brud w nim!!! Mięso! Też cuchnie!!! - Bracie, gdzie jesteś? Gdzie jesteś, Pierworodny? krzyczeli. - Ja jestem tu powiedział słabym głosem mocno mnie pobito, jestem prawie umarłym! - Co się stało, bracie? - Jedno paskudne małe zwierzę wyszło z lasu, tak, naprawdę, małe, ale mocne, bardzo mocne, możecie mi wierzyć. - Aj, mój stary powiedział Drugi Małe zwierzę... i nie zabiło ciebie?! I związało cię?! Ty więc nie jesteś mężczyzną! Pozwolisz, że jutro ja zrobię obiad dla wszystkich. Nazajutrz Drugi gotuje dobry i smaczny obiad: ryż, gęś i pach-nące jarzyny do ryżu. Potworek poczuł zapach gęsi skwierczącej na ogniu. Wyszedł z zarośli otaczających las. Przygląda się temu, co się tu dzieje i mówi: - Daj mi ryżu, chcę jeść. - Jeszcze czego! Pracujący jeszcze nie jedli, a ty chciałbym, abym już dał tobie? - Czego ty szukasz? Guza? Chcesz się bić ze mną? I bójka się zaczęła. Pom! Pam! Pum! Leciały razy z obu stron. Ale mały potwór był silniejszy. Powalił Drugiego na ziemię, związał go włosami długimi na cały metr. Związał go mocno i rzucił w kąt. Potem chwycił pokrywę z wielkiego garnka, położył na swojej głowie i zabrał się do jedzenia. Jadł ryż, gęś, pachnące jarzyny. Ale nie zdołał zjeść wszystkiego. Zabrudził całą resztę. Zanim powrócił do lasu nie pozostawiając śladu swej drogi, Potworek zawołał do pracujących na ryżowisku: - Chodźcie jeść-ć-ć-ć!!! - Ach, posiłek już jest gotowy, idziemy jeść, co nam Drugi ugotował. Przybyli i patrzą na wszystko: jarzyny pachnące i sos do ryżu... tego nie ma. Ryż i mięso pełne nieczystości. Zaczęli się bać. - Obawiam się, że my tu pomrzemy z głodu. Pozwólcie mi powiedział Beniaminek jutro zrobić obiad. Nazajutrz przygotował wszystko: ryż, indyka, sos do ryżu, pachnące jarzyny. A kiedy ugotował ryś, potwór tam się zjawił i kręcił się. Nie ustał w miejscu, wdychając zapach smakołyków, które Benjaminek przygotowywał. Trzeba przyznać, że Potworek nie miał częstych okazji jadać takich smacznych potraw.. - Daj mi ryżu, abym zjadł z moimi krabami. - Co?! Pracujący jeszcze nie jedli, a ty chciałbym, abym ja im ukradł i już dał tobie? I bójka zaczęła się. Obaj walili się bez litości. Pom! Pam! Pum! Walczyli długo, ale w końcu Beniaminek został rzucony na ziemię. Potworek rzucił go na ziemię, ale nie pokonał. Beniaminek, ten najmłodszy, znał judo i dobrym kopniakiem przewrócił potworka. Potem związał go jego własnymi włosami, powiązał silnie jego ręce i nogi, a potem rzucił go jak worek do śmietnika. Kiedy obiad był gotowy, zawołał pracujących: - Chodźcie wszyscy je-e-e-e-e-e-e-e-ś-ć! - Tak, tak! Idziemy!!! Przybyli, ależ tak. Lecz co zrobią? Beniaminek z pewnością leży związany... Nic innego nam nie pozostanie, jak rozwiązać go. Nic nie ma z pracy w tym domu. Przychodzą blisko kuchni, z miną skwaszoną. Najmłodszy przyjmuje ich i lekko kpi: - Mówiono, że wy znacie wszystko, co długowłosa czaszka może dokonać. - Czy Potworek nie przyszedł? - Tutaj go zobaczycie! Tymczasem jest wśród śmieci.. - On nie przyszedł tutaj na spacer Rzeczywiście wśród śmieci coś się poruszało. Ale w domu wszyscy jedli z apetytem. Tymczasem paskudny mały potwór leżał związany w śmietniku i wąchał dochodzące zapachy wspaniałych potraw, których dziś nie mógł nawet skosztować. - Przynieście mi koniuszek kości, którą zostawiliście powiedział gniewliwym głosem. - Kto tu jeszcze mówi? Potworek?! - Tak, to głos małego odrażającego potworka powiedział Pierworodny. - Dajcie mi koniuszek kości, której nie zjedliście... chcę tylko tyle. Wszyscy się podnieśli. Idą zobaczyć Potworka w śmieciach. O ha ha ha!!! Paskudny mały potwór jest tam. Jest związany! - Czy to ty, Beniaminku, związałeś go? Trzej bracia naradzali się przez chwilę i zaproponowali Potworkowi: - Przychodzisz tutaj codziennie... jesteś głodny... Jeśli chcesz, zostań z nami. Co wolisz: pracować na ryżowisku, czy gotować dla tych, którzy pracują? - Wolę gotować w kuchni i strzec waszych dzieci, które są zbyt małe, aby pracować. - Zgoda! Będziesz pilnował naszych dzieci i gotował nam obiad. W tym czasie my będziemy pracowali na ryżowisku. Czy nie byli oni zbyt dobrzy? Czy byli roztropni wierząc Potworkowi? Na drugi dzień dorośli poszli do pracy na ryżowisko. Potworek przyszedł z lasu rano i pozostał w domu przy kuchni. Wziął nóż i naostrzył starannie na kamieniu. Potem zawołał do dzieci: - Chodźcie, dzieci, do mnie! Będziemy się bawili. Dzieci przyszły. Bawiły się, śpiewały, tańczyły. Dzieci były zadowolone. - Teraz nauczę was piosenki powiedział Potworek Będziecie śpiewały: Mały Ładny z rudymi wąsami Dostał coś smacznego. Ale Mały Ładny jeść nie chce. Mały Ładny: jedz, jedz, jedz. I wstrętny nauczyciel zebrał popiół i rzucił w oczy dzieci, które wcierały w swoje oczy. Teraz już nic nie widziały. Potworek wziął swój nóż... ucina wszystkim dzieciom głowy, rzuca na stos i śpiewa: Mały Ładny z rudymi wąsami Dostał coś smacznego. Co za potwór z tego Potworka! Rzucił popiół dzieciom w oczy! Uciął im głowy! Wszystkie głowy są tu, na stosie, okrąglutkie, milczące... Ich ciała pokrajał na kawałeczki... daleko odrzucił ich rączki i nóżki, główki też odrzucił... Ale ich wątroby, tłuszcz, ciało pokrajane w kawałeczki to wszystko wrzucił do garnka i gotował. A kiedy wszystko było już ugotowane, zawołał pracujących: - Przybywajcie wszyscy jeść-ć-ć-ć-ć! - Idziemy-y-y-y-y-y! odpowiedzieli z ryżowiska. Przybyli z ryżowiska... głodni. Jedli z apetytem. - Dlaczego ty nie jesz? zapytali Potworka. - Ja? Ja już zjadłem... wątróbkę, serce... Jutro będę jadł razem z wami. - A gdzie są nasze dzieci? - One się bawią, tam, za domem. One same sobie ugotowały głowy, nogi, ręce... One dobrze się najadły, a teraz bawią się w naganianie wołów do zagrody. - Umiesz sobie poradzić. Będzie dobrze, jeśli z nami zostaniesz. Ale za domem nie ma nikogo, nie ma nic. Gdzie dzieci, które miały być pilnowane? Nie ma ich tam. On, paskudny mały potwór, zabił je, są teraz w garnku, a ich rodzice właśnie je zjadają!!! Potworek uciekł, skrył się, ale dał się słyszeć jego skrzypiący, brzydki, cichy głos: - Oni jedzą swoje dzie-e-e-e-e-eci-i-i-i-i! - Co?! O czym to coś mówi?! - Oni jedzą swoje dzie-e-e-e-e-eci-i-i-i-i! - Co??? - Oni jedzą swoje dzie-e-e-e-e-eci-i-i-i-i! Wtedy już wszyscy zrozumieli... Zrozumieli, że wstrętny mały potwór ugotował ich własne dzieci i... i oni je zjedli! Okropność!!! Wszyscy zaczęli wymiotować. W tym samym czasie Potworek uciekł. Zniknął! Niemożliwe go odnaleźć, niemożliwe rozpoznać po nim jakikolwiek ślad. - Co my teraz zrobimy? powiedział Pierworodny Trzeba zabić Potworka, tego obrzydliwego potwora! Jak zwykle. Beniaminek miał myśl. - Uczyńmy coś w rodzaju posągu z żywicy, statuę w kształcie człowieka, który trzyma ugotowanego kurczaka: to będzie pułapka na tego potwora! - To dobry pomysł pochwalił Drugi. Szukali żywicy, zebrali dużo i uformowali ją na kształt człowieka jedzącego udko kurczaka. Powrócili do domu, jakże nieszczęśliwi i zbolali! Nazajutrz Potworek przechodził, jak zwykle, koło ich domu. Przyszedł w pobliże miejsca, w którym ludzie codziennie gotowali. Zauważył statuę i uznał ją za żywego człowieka. - Ty, daj mi to udko kurczaka! Posąg nie odpowiada. - Mówię ci, daj to udko! krzyczy Chcesz się ze mną bić?! I silny cios dosięgnął żywicznego człowieka. - Dawaj mi to udko! Ale ręka przykleiła się do żywicy, Mały wstrętny potwór nie mógł jej oderwać. Potworek bił i kopał, jak mógł: jego broda, jego podbródek i nogi też się przykleiły. Takiej zapłaty doczekał się za swoje łakomstwo i swoje złośliwości. Ale nie dostał pożądanego kurczaka! Szamocze się. Wyzywa. Na próżno. Tylko traci siły. Drży ze zmęczenia i głodu. Na dodatek, deszcz zaczyna padać... przyszła burza, grzmoty... Potworek trzęsie się z zimna. Jego oczy przestają widzieć, życie z niego ucieka. Teraz przyszli ludzie. Przyszli z maczetami. - Obdarzyliśmy cię zaufaniem, a tyś narobił tyle ohydy! Zabiłeś nasze dzieci! Teraz my musimy zabić ciebie, tak, ciebie zabijemy. I zabili Potworka, paskudnego małego potwora, który przyklejony do żywicy już był na wpół martwy. I niech zmarnieje W domu swej teściowej, Kto mi nie odpowie: bajka! Bajka! Bajka!! Bajka!!! Bajka!!!! Nie trwało długo, jak znalazł pannę, jakiej pragnął. Panna miała piękne imię: Głos Drogocenny. I oni się spotykali. Kapelusz Spiczasty przychodził do Głosu Drogocennego. Oni rozmawiali ze sobą, rozmawiali coraz dłużej. I podobali się sobie. Należało więc postawić pytanie o małżeństwo. Rodzice zgodzili się. Jakże panna była szczęśliwa! Jakże zadowolona była Głos Drogocenny, że właśnie on, Kapelusz Spiczasty, będzie jej mężem. Zgodnie ze zwyczajem, urządzono wesele, świętowano to małżeństwo. Potem ona poszła za nim na południe. Założyli szczęśliwą rodzinę, bo bardzo się kochali, a ich dom stał się dla nich skarbem. Wszystko robili razem i wszystko im się udawało. Na przykład ryż. Razem przygotowali ryżowisko. Razem zasiali, razem pielęgnowali... Wyrósł pięknie. Wszyscy podziwiali. Wszyscy, którzy ujrzeli ich pole, powtarzali z zachwytem: - Ach, co za ryż! Ach, jaki ryż! Jaki piękny! Jaki ładny! Ale teściowa Głosu Drogocennego nie lubiła jej i ohydne myśli rodziły się w jej głowie. Ona też widziała ten ryż, ale daleka była do radości. Ten ryż wzbudził w niej myśl o zabójstwie. Pomyślcie, ona tę myśl zaaprobowała! Pewnego dnia powiedziała do swego męża: - Co myślisz o tym wspaniałym ryżu, który należy do naszego syna? - Ach, ten ryż?... Ich ryż, chciałaś powiedzieć, nie jest marny. Niestety, jego żona ma w nim swój udział. Oni uprawiali razem. Co robić? - A gdyby ona znikła, ta kobieta? Wtedy wszystko byłoby naszego chłopca. - Jak to zrobić, aby ona znikła? Ona nie mieszka u nas. - Trzeba by ją zabić! - I to ty, moja żono, tak myślisz? - Zobaczy się! Można by... wymyśleć pracę, w której mogłaby być pomocną. A po pracy ofiarowalibyśmy wszystkim rum. Rum byłby naszym podziękowaniem dla wszystkich, którzy przyjdą nam pomagać... Ofiarowalibyśmy rum z okazji zbioru rafii, to czas najodpowiedniejszy. A więc rum! Każdy będzie pił. To jest łatwe. Nasza synowa otrzyma rum specjalnie dla niej przygotowany. - Masz rację, tak! zaprośmy ludzi, aby pomogli nam zebrać rafię. Potem urządzimy przyjęcie, aby im podziękować. Bardzo dobrze do wymyśliłaś, żono! Ogłoszono głośno, którego dnia ta rodzina spodziewa się przyjścia ochotników pomocnych w zbiórce rafii obficie "pokropionej" rumem. W oznaczony dzień przyszło bardzo dużo ludzi, aby pracować przy rafii. Mężczyźni cięli liście, kobiety oddzielały rafię swoimi płaskimi laseczkami. Jednego dnia wykonali całą pracę, więc przygotowano kubki z bambusa na rum. Właściciel rafii wygłosił mowę dziękczynną i ofiarował rum, obdzielając nim wszystkich pracujących. Ale Głos Drogocenny w nocy miała sen: widziała, jak chciano otruć ją właśnie w dniu zbioru rafii. Szczególnie była podejrzliwa przy rumie. - Duże kubki dajmy mężczyznom, małe będą dla kobiet powiedziała teściowa Głosu Drogocennego. Teść wziął mały kubek i zaniósł swej synowej w sposób, jakby szczególnie chciał ją wyróżnić. Przy tym zaśpiewał ku jej czci: Oto rum, przodownico! Oto rum! Oto rum, przodownico! Oto rum! Rum od twej teściowej! Przyjmij rum, przodownico! Młoda kobieta odpowiedziała śpiewem: Ja nie piję rumu, teściu Ja nie piję rumu! Ja nie piję rumu, teściu Ja nie piję rumu! Życzenie to ojca i matki Abym ja nie piła rumu! Wtedy teściowa wzięła kubek i powiedziała do męża: - Daj mi! Ja jej ofiaruję rum. Oto rum, przodownico! Oto rum! Oto rum, przodownico! Oto rum! Rum od twej teściowej! Przyjmij rum, przodownico! Młoda kobieta podjęła powtórnie swój śpiew: Ja nie piję rumu, teściu Ja nie piję rumu! Ja nie piję rumu, teściu Ja nie piję rumu! Życzenie to ojca i matki, Abym ja nie piła rumu! A kiedy tak natarczywie zmuszali ją do wypicia rumu, mąż stanął w jej obronie: - Dlaczego zmuszacie moją żonę do wypicia tego rumu? Nie zmuszajcie jej, skoro nie chce wypić. My wszyscy już dość dużo wypiliśmy, czemu zmuszacie nas do dalszego pijaństwa? - Daj spokój . powiedziała zdenerwowana jego żona przecież widzisz, że to ich pomysł, abym ja wypiła ten rum. - Jeśli chcą, aby ten rum był wypity... dobrze, ja go wypiję, ja!!! powiedział mąż Głosu Drogocennego. I wypił jednym łykiem. Ale ten rum był zatruty!. Pracę skończono i wszyscy rozeszli się do swoich domów. Gdy młodzi małżonkowie byli już u siebie, mąż mówi do żony: - Nie wiem, co mi jest, ale nie czuję się dobrze. Jest mi zimno, moja kochana, zimno mi, moja mała. - To dlaczego piłeś ten rum? Masz teraz! Przecież rano opowiedziałam ci mój sen... I ty wypiłeś to, co oni przygotowali dla mnie, oni chcieli mnie zmusić. Wiesz, boję się... tobie może się coś stać. - Śpijmy już, moja mała kobietko, nie myśl o tym więcej. I położyli się. Noc była spokojna. Rano teść przyszedł, aby ich obudzić. Ona się obudziła i budzi swego męża. Porusza nim. Co się dzieje? Nieszczęście! Jej mąż nie żyje! Jej mąż jest martwy! Co robić? Pochowano go w rodzinnym grobie. Po pogrzebie rodzice Kapelusza Spiczastego mówią między sobą w tajemnicy: - Jesteśmy idioci, my oboje! Nie potrafiliśmy uśmiercić tej młodej kobiety, a nasz pomysł obrócił się przeciw naszemu własnemu synowi. Trzeba ją zabić, aby ryż był nasz. Jak to zrobimy? - To nie jest trudne. Kiedy ona pójdzie na swoje ryżowisko, tam my z kijami będziemy ukryci na jej polu. Niedługo potem, rankiem, Głos Drogocenny poszła obejrzeć swoje pole. Teść i teściowa ukryci w ryżu spostrzegli ją z daleka. Oczekiwali z kijami w ręku. Widzieli, jak Drogocenny Głos przybywa i przebiega po groblach ryżowiska. Podbiegli do niej. Obili ją kijami, uderzali okrutnie. Ona upadła. Tak, upadła, ale jeszcze oddychała. Jeszcze zostało w niej nieco oddechu życia, ale nie zauważyli tego jej wrogowie. Teściowie powrócili do domu. Zajęli się codzienną pracą. Z ich twarzy nikt nie poznałby, że uczynili tak straszną rzecz Tymczasem na groblę przyleciał zielony ptak, gołąb. - Kulukulu... kulukulu kulukulu... kulukulu kulukulu kulukulu...kulukulu kulukulu... kulukulu kulukulu kulukulu... - Ach, gołąbku powiedziała uprzejmie Głos Drogocenny ach, gołąbku, posłuchaj mnie. - Słucham odpowiedział uprzejmie gołąb czego pragniesz? - Leć tam, na północ, do mojego ojca i matki i powiedz im o moim nieszczęściu. - Jak ja mam powiedzieć im o twoim nieszczęściu? - Ty im powiesz: Głos Drogocenny, która poszła za swoim mężem do ziemi dalekiej, poszła za nim także w śmierć. Ona też umarła. To właśnie tak, powiesz im w ten sposób. - Rozumiem. Ale nie martw się powiedział gołąb jeśli ja na nieszczęście usiadłem na twoim polu, aby zjeść trochę ryżu, tylko tyle, aby skosztować, to ty krzyczałaś: "Szaaach! Uciekaj, podły gołębiu!" I ty mnie teraz prosisz o zaniesienie wiadomości do dalekiej krainy? O, nie, dziękuję! Kulukulu kulukulu kulukulu... Gołąb odfrunął. Przybyła papużka: " kiku kiku". - Papużko, papużko, posłuchaj mnie... - Czego pragniesz? - Idź do mojego ojca i mojej matki, tam, daleko na północy... i powiedz im o moim nieszczęściu... - Jak ja mam powiedzieć im o twoim nieszczęściu? - Ty im powiesz: Głos Drogocenny, która poszła za swoim mężem do ziemi dalekiej, poszła za nim także w śmierć. - Powiedzieć tak? Ja nie potrafię. - Spróbuj jednak. - Kiku kiku kiku kiku kiku kiku... - Tak, masz rację, ty nigdy nie potrafisz tego powiedzieć. I papużka odleciała Przybył sokół "Rijo, rijo, rijo". Umierająca zawołała go: - Sokole, sokole, posłuchaj mnie. - Czego pragniesz? - Leć szybko do mego ojca i mojej matki tam, daleko, na północ. Leć i powiedz im o moim nieszczęściu. - Jak ja mam im to powiedzieć? - Ty im powiesz: Głos Drogocenny, która poszła za swoim mężem do ziemi dalekiej, poszła za nim także w śmierć... Powtórz. - Głos Drogocenny, która poszła za swoim mężem do ziemi dalekiej, poszła za nim także w śmierć... - Bardzo dobrze, właśnie tak. Wypowiedziawszy te słowa do sokoła młoda kobieta zmarła. A sokół poleciał na północ. Pofrunął do matki Głosu Drogocennego. - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Staruszka babcia mu odpowiedziała: Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół zaśpiewał: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. Staruszka Babcia odśpiewała: Głos Drogocenny trzeba ją znać. Głos Drogocenny ale ja jej nie znam. Głos Drogocenny nikt jej tu nie zna Głos Drogocenny nie wyszła z tej wioski. Podjął lot pan Sokół. Oto następna wioska. - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Starzec dziadek mu odpowiedział: Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół zaśpiewał: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. Starzec Dziadek odśpiewał: Głos Drogocenny trzeba ją znać. Głos Drogocenny ale ja jej nie znam. Głos Drogocenny nikt jej tu nie zna Głos Drogocenny nie wyszła z tej wioski. Pan Sokół poleciał dalej. Przeleciał nad wieloma wioskami. Wiele razy śpiewał. I zawsze jednakowo odpowiadali mu mieszkańcy. Aż wreszcie usłyszał z ziemi odpowiedź ludzi: - My właśnie powróciliśmy z sąsiedniej wsi. Ludzie urządzili wielkie święto. Zaprosili nas, bawiliśmy się razem. Słyszeliśmy, jak ktoś wypowiedział imię: Głos Drogocenny. Nazwano kogoś Matką Głosu Drogocennego. Leć dalej, tam... Może znajdziesz tę, której szukasz. Silny Pan Sokół odleciał we wskazanym kierunku. Zobaczył wioskę. Posłał swoje wezwanie: - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Do sokoła doszła prośba: Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół zaśpiewał: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. A kiedy skończył śpiew, stara babcia odpowiedziała mu także śpiewem: Panie Sokole, nosicielu prawdy, Panie Sokole, nosicielu nowin, Który przynosisz nowinę dla mnie, Usiądź na drzewie, pod którym ja usiadłam Nie odlatuj, zanim nowiny nie wyśpiewasz. Lecz jeśli ta nowina nie dla mnie, Odleć, Panie Sokole, daleko odleć. Sokół rozłożył skrzydła, spływał po niebie i usiadł na wskazanym drzewie. - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Matka Głosu Drogocennego poprosiła: Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół powtórzył swój śpiew: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. A kiedy sokół skończył śpiewać, kobieta poprosiła: Panie Sokole, nosicielu prawdy, Panie Sokole, nosicielu nowin, Który przynosisz nowinę dla mnie, Usiądź przy mnie, pod drzewem tym, Nie odlatuj, zanim nowiny nie wyśpiewasz. Lecz jeśli ta nowina nie dla mnie, Odleć, Panie Sokole, daleko odleć. Sokół sfrunął z drzewa i usiadł na krześle obok staruszki. Wykrzyczał swoje wezwanie: - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Matka Głosu Drogocennego powtórzyła prośbę śpiewając: Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy Sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół zaśpiewał: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. Zbolała kobieta poprosiła sokoła jeszcze raz o śpiew: Panie Sokole, nosicielu prawdy, Panie Sokole, nosicielu nowin, Który przynosisz nowinę dla mnie, Usiądź przede mną, na macie, Nie odlatuj, zanim nowiny nie wyśpiewasz. Lecz jeśli ta nowina nie dla mnie, Odleć, Panie Sokole, daleko odleć. Sokół usiadł przy nogach wołającej i rzucił swój apel: - Oj! Rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo rijo, rijo... Ach, uprzejmy Panie Sokole, Ach, mój miły przyjacielu! Twój śpiew radością serca mego. Uprzejmy Sokole, śpiewaj dla mnie! Sokół zaśpiewał: Matko Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Ojcze Głosu Drogocennego, Czy mieszkasz w tej wiosce, tu? Wasza córka odeszła daleko, W dalekiej ziemi mieszkali. Tam umarł jej mąż otruty, I ona w śmieć poszła za nim Głos Drogocenny, wasza córka. Wtedy wszyscy mieszkańcy wioski zaczęli lamentować i płakać, jak jest w zwyczaju, gdy dojdzie wieść o śmierci kogoś bardzo bliskiego. - Aj, aj, aj! Moja wnuczka umarła! Moja mała Głos Drogocenny lamentowała jej babcia. Ale trzeba było też zająć się nosicielem wieści, posłańcem Głosu Drogocennego, sokołem. - Panie Sokole, przybyłeś z bardzo daleka, aby przynieść nam wiadomość od Głosu Drogocennego. Jakiej zapłaty oczekujesz? - Poszukajcie mi pomrowików, pełny, okrągły kapelusz pomrowików, a do tego ryż słodzony, pełny moździerz, w jakim ubijacie kawę. - Idziemy szukać pomrowików! Uzbieramy pełny kapelusz krzyknął szef wioski A wy, kobiety, przygotujcie ryż słodzony, nie zwlekajcie z przygotowaniem ryżu! W wiosce kilka kobiet pozostało, aby ugotować ryż dla sokoła, a wszyscy inni mieszkańcy wioski poszli do lasu i w zarośla. Szukali pomrowików. Migiem napełnili kapelusz. Ryż słodzony też już był gotowy. Podano sokołowi. I sokół jadł pomrowiki i ryż słodzony. Matka Głosu Drogocennego też poszła szukać i nie szukała nadaremnie. Znalazła jednego pomrowika. Przyniosła też ryż słodzony. I chociaż sokół miał już wszystko, o co prosił, ona chciała przyrządzić i dać swój ryż, jeszcze gorący, ze znalezionym przez nią pomrowikiem. Zgłodniały Pan Sokół dorwał się do jedzenia i wziął pełny dziób... - Aj, aj, aj! Ten ryż pali! Sokół trząsł dziobem na wszystkie strony. I rozgniewał się; - Coście mi zrobili? Spaliliście mi gardło! Sparzyliście mnie, który przybyłem z daleka i przyniosłem wam wiadomość o śmierci! Nigdy, nigdy więcej nie będę się trudził, aby nieść takie nowiny! Nigdy!!! Sokół podniósł wrzask straszliwy i odleciał! Przyleciał do pobratymców i polecił swoim potomkom: - Moje dzieci! Moje wnuki! Jeśli dojdzie was wieść i śmierci kogoś w wiosce... krzyczcie i płaczcie...... Okażcie, że jesteście dobrze wychowani... Oby was zawsze dobrze przyjmowali... Lamentujcie i wspominajcie swego przodka, którego śmiertelnie poparzyła ta, która dowiedziała się ode mnie o śmierci Głosu Drogocennego. Zabiła mnie, chociaż dzięki mnie mogła dokonać ceremonii wspomnienia zmarłej i uzupełnić ryt pogrzebowy. I odtąd sokoły krzyczą i lamentują latając wokół wioski, gdy tylko usłyszą płacz i rytualne zawodzenie przy zmarłym. Z sza-cunkiem wspominają swego przodka, któremu tak brzydko odpłaciła matka Głosu Drogocennego. Podstępem poparzyła go śmiertelnie, gdy przyniósł jej nowinę o śmierci córki i jej męża.
Żył-był raz ktoś, kto nazywał się Posłuszny, o którym mówili, że ma dużo wiedzy, dużo rozumu. Był jeszcze bardzo mały, kiedy umarł mu ojciec, a jego wychowaniem zajmowała się tylko matka. Wszyscy mówili o nim: "ten umie słuchać", "ten jest posłuszny". Gdy stawał się duży, zaczął myśleć o swojej przyszłości. Żyć samemu tylko z matką? To nie byłoby najlepsze rozwiązanie. Poszedł więc do swojej matki i prosił o radę: - Mamo, powiedz mi, co powinniśmy zrobić? Co zrobić, abym ja znalazł środki do życia? Mój ojciec nie żyje, a ty, mamo, mogłabyś być już babcią i nie możesz dużo pracować. Nie możesz żywić mnie dłużej, ja sam muszę znaleźć jedzenie, muszę szukać pracy. - Najlepiej odpowiedziała matka jeśli znajdziesz kogoś, kto dałby ci pracę i za nią płacił. Posłuszny poszedł szukać pracy. I znalazł. Pracował, Otrzy-mywał zapłatę. Oszczędzał. Po pewnym czasie uzbierał trzysta pieniążków. A wtedy za jeden albo dwa pieniążki można było kupić wołu! Z takim majątkiem powrócił do matki i powiedział: - Mamo, mam pieniądze, ale to nie wystarcza, aby żyć, abyśmy żyli obydwoje, ty i ja. Jeszcze jest coś potrzebne. Co powinienem zrobić z tymi pieniędzmi? - Co zrobić z tymi pieniędzmi? W pewnym państwie jest ktoś, kto ma dużo mądrości, on jest bardzo mądry. Ten ktoś nazywa się Mędrzec... Myślę, że powinieneś iść, odnaleźć go i kupić trochę jego ducha, jego rozumu, umiejętności i mądrości. Zaraz Posłuszny udał się w drogę i poszedł do Mędrca, aby u niego kupić umiejętności zycia. A kiedy przyszedł, sprzedający mądrość zapytał go, czego potrzebuje. - O czcigodny Mędrcu powiedział kupujący przybyłem cię zobaczyć, przybyłem kupić u ciebie trochę rozumu i wiedzy. Czy możesz mi ją dać? - Tak odpowiedział sprzedający mogę, ale nie za darmo, bo wiedza jest bardzo droga. Ja powiem tylko jedno słowo, a to już będzie kosztowało sto pieniążków. Posłuszny dał mu sto pieniążków. Kiedy Mędrzec miał je już w swojej dłoni, powiedział: - Prawda! Oto słowo, które chcę ci powiedzieć. Nie mów nigdy kłamstwa, mówię ci, abyś zawsze mówił prawdę. Oto, co ja ci powiedziałem. Oto, co ja ci dziś mówię. Sto pieniążków odeszło. Posłuszny powrócił do swojej matki. - Mamo, co ja mam dalej robić? Co ja mam teraz robić? Mędrzec powiedział mi tylko jedno słowo, dał tylko jedną radę, tylko jedno wskazanie... I sto pieniążków odleciało. - To jeszcze nie dosyć, mój synu. Idź jeszcze raz i jeszcze raz zanieś mu sto pieniążków. To nie jest zbyt drogo. Młodzieniec powrócił do Mędrca ze stoma pieniążkami, z połową tego, co mu pozostało. - Daj mi jeszcze trochę mądrości i rozeznania powiedział Posłuszny- jeszcze brakuje mi wiedzy. Kiedy Mędrzec przyjął pieniądze, powiedział: - Dobrze, moje dziecko. Oto, co dziś odkrywam przed tobą: nie śpij nigdy na ziemi wśród wody, nie śpij nigdy na wyspie! Posłuszny wrócił do domu. - Mamo, otrzymałem drugie słowo, drugą radę. Oto dwieście pieniążków odeszło. Pozostało mi tylko sto. Co teraz zrobimy? - Masz już dwa razy więcej mądrości i rozeznania, ale ja myślę, że tobie jeszcze to nie wystarczy. Powróć do Mędrca, przecież masz jeszcze sto pieniążków. Młodzieniec po raz trzeci idzie do Mędrca po umiejętność, daje mu pieniążki i mówi: - Daj mi jeszcze trochę mądrości i wiedzy. Oto jeszcze sto pieniążków, po raz trzeci kupuję u ciebie umiejętność. - Dobrze, moje drogie dziecko. Daj mi sto pieniążków... Taka jest cena... Oto nauka, którą dziś tobie daję: jeśli cię ktoś zaprosi do domu i zatrzyma na posiłek, pozostań i jedz razem z nim! - Zrozumiałem odrzekł młodzieniec. Posłuszny powrócił do swej mamy i powiedział: - Stało się już, jak mi radziłaś, mamo, ale trzysta pieniążków znikło. Już nie mam żadnego. A mimo tego jeszcze nie wiem, jak i z czego będziemy żyli. - Idź więc i szukaj pracy za sprawiedliwą zapłatę, to przeżyjemy. - Dobrze, mamo. Tym razem spróbuję znaleźć pracę u samego księcia. Tak, u samego księcia idę szukać pracy i zapłaty sprawiedliwej. Posłuszny poszedł do księcia najpotężniejszego w tej krainie, który miał najwięcej wiosek w tym państwie. Przybył do niego i pozdrowił go uprzejmie, jak nakazywał zwyczaj. Prosił o pracę. Otrzymał pracę i zapłatę odpowiednią Po pewnym czasie, kiedy już lepiej poznał księcia, opowiedział mu swoje życie. - Mój księże, wiesz, że nazywam się Posłuszny, czyli "ten, który umie słuchać". Powinieneś więc wiedzieć, że jestem chłop-cem, który kupował mądrość. Kupiłem pierwszą radę i zapłaciłem bardzo drogo; sto pieniążków. Powiedziano mi: "Mów zawsze prawdę" Nigdy nie kłam!" I dlatego, jeśli ja coś mówię, to mówię prawdę, tylko prawdę. I jeśli mnie o coś zapytasz, to ja też powiem tylko prawdę. -. Tak powiedział książe właśnie szukam prawdy, szukam tych, którzy mówił tylko prawdę. Ale takich nie jest łatwo znaleźć. Po długim czasie służby książę poznał, że Posłuszny mówi zawsze prawdę, jest mądry i zasługuje na całkowite zaufanie. Pewnego dnia otrzymał polecenie, aby z sześcioma towarzyszami poszli w góry i kupili woły. Posłuszny był szefem grupy. I dano mu 200 pieniążków na zakup stu wołów, gdyś mówiono na płaskowyżu woły są droższe, po dwa pieniążki. Poszli więc na płaskowyż, aby kupić woły dla księcia. Ale gdy tam przybyli, okazało się, że za woły płaci się po jednym pieniążku. Kupili więc dwieście wołów, zamiast sto, gdyż otrzymali 200 pieniążków. Z dwustoma wołami powracali przez góry tak szybko, jak tylko pozwalała im powolność wołów. Sześciu towarzyszy próbowało rozmawiać z Posłusznym: -Książe myśli, że kupiliśmy sto wołów, a tymczasem za te same pieniądze kupiliśmy dwieście zwierząt. Oto, co możemy zrobić: sprzedać w drodze sto wołów i podzielić się pieniędzmi. Do księcia doprowadzimy tylko sto wołów. - Nie zgadzam się powiedział szef Kiedyś kupiłem trochę mądrości i Mędrca, który mi powiedział: "Nie mów nigdy tego, czego twoje oczy nie widziały... Nie kłam nigdy..." A ja widziałem moimi oczami, jak my kupowaliśmy dwieście wołów i widziałem ich cenę... Nie, nie zgadzam się! Bądźmy prawdomówni! - Jeżeli nie zgadzasz się na nasz pomysł powiedziało sześciu strzeż się! Droga przez góry jest długa i niebezpieczna. Wypadek może się zdarzyć. Posłuszny, ich szef, był sam jeden przeciwko sześciu! Musiał zgodzić się na ich krętactwo i przygnać tylko sto wołów do księcia, a drugie sto wołów sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Droga z płaskowyżu do księcia była rzeczywiście długa, schodziła wraz z rzekami, które powiększały się zbierając wodę. Pewnego dnia ich droga prowadziła przez wyspę na środku rwącej rzeki. Był wieczór i jego towarzysze zdecydowali się nocować na wyspie wraz ze stadem. Jednak Posłuszny sprzeciwił się temu. - Nie - powiedział - lepiej przejdźmy na drugi brzeg, ponieważ ja kiedyś kupiłem nieco mądrości u Mędrca. Za sto pieniążków pouczył mnie: "Nie śpij nigdy na ziemi pośrodku wody." A oto my jesteśmy na wyspie. Przejdźmy na drugi brzeg, ponieważ ja tutaj nie będę spał. Nawet jeśli zapada noc, ja przejdę przez rzekę. - Rób, jak chcesz drwili z niego my zostajemy tutaj. - Róbcie, jak chcecie, ale mamy jeszcze trochę dnia i jeszcze przed wieczorem możemy przeprowadzić woły. Ja nimi zajmę się na drugim brzegu, to nam zaoszczędzi trochę czas w dniu jutrzejszym. Wy możecie spać tutaj, jeśli koniecznie chcecie. Wprowadzili woły do wody, a kiedy były na drugim brzegu, Posłuszny zajął się nimi. Sześciu ludzi pozostało na wysepce na środku rzeki. W nocy przyszła burza. Padało bez przerwy. Woda wciąż podnosiła się, Byli szczęśliwi, gdy znaleźli duże drzewo. Woda podnosiła się wciąż. Rzeka huczała, Drzewo trzeszczało. W pewnym momencie drzewo wraz z sześcioma ludźmi zostało porwane przez rozszalałe fale. Rano Posłuszny spogląda na rzekę. Nie zobaczył wyspy, tylko trochę piasku na środku. Z pewnością zginęli wszyscy, ci moi towarzysze powiedział do siebie. Wyspa znikła, została tylko ławica piasku pośrodku rzeki. Ale ja sam nie mogę prowadzić dwustu wołów, trzeba znaleźć pomoc, aby zastąpić tych sześciu ludzi. Poszedł do najbliższej wioski i zgłosiło się kilkoro ludzi, którym obiecał zapłatę przewidzianą dla sześciu zaginionych, chociaż teraz droga przez równinę była już łatwiejsza i mniejsza liczba poganiaczy by wystarczyła. Po kilku dniach doszli do domu Wielkiego Księcia. Posłuszny opowiada historię swej podróży: - Pamiętasz, Wielki Książe, że w dniu naszego wyjścia stąd myśleliśmy, iż jeden wół kosztuje dwa pieniążki, ale na płaskowyżu okazało się, że możemy zapłacić po jednym pieniążku za jedną głowę. Tak więc masz dwieście wołów, które dzisiaj przyprowadziliśmy do ciebie. Co to sześciu mych towarzyszy, którzy poszli ze mną... oni nie żyją, zabrały ich fale i oni utonęli w wodach dużej rzeki u stóp góry. Oni chcieli, abyśmy przyprowadzili ci tylko sto wołów, a resztę sprzedali innym dzieląc się pieniędzmi. Tak, abyśmy podzielili się pieniędzmi, ponieważ ja musiałem się zgodzić ze strachu. W górach jest wiele przepaści, bałem się o życie i wszedłem w zmowę z nimi. Ale kiedy przybyliśmy do rwącej rzeki, oni na noc zostali na wyspie. Ja nie chciałem tam spać, ponieważ kiedyś Mędrzec sprzedał mi za sto pieniążków wiedzę: "Nigdy nie śpij na wyspie, nigdy nie śpij między wodami". Ja więc przeszedłem rzekę wraz z wołami, ale oni spali na wyspie. W czasie nocy wody wskutek ulewnego deszczu tak wezbrały, że zalały wyspę, a wraz z wyspą także sześciu moich towarzyszy. Oto są ludzie, którzy ich zastąpili, aby pomóc mi w prowadzeniu stada. Ja obiecałem im zapłatę przeznaczoną dla sześciu moich towarzyszy, którzy zginęli. Oto, co zrobiłem. Wielki Książę był zdumiony, ale trzeba też powiedzieć, że był szczęśliwy posiadając aż dwieście wołów. Najętym poganiaczom dał chętnie zapłatę obiecaną przez Posłusznego. Potem zaczął sprzedawać woły. Sprzedał dwieście wołów. Wszystkie. A widząc wielką mądrość Posłusznego Wielki Książę zaczął traktować go nie jako robotnika pracującego za pensję, ale jak własnego syna. Aż pewnego dnia powiedział do Posłusznego: - Wkrótce udaję się na płaskowyż. Ty zostaniesz i będziesz stróżem mojego domu. Będziesz czuwał nad swoim młodszym bratem i nad twoją matką podczas mojej nieobecności. "Twój młodszy brat" przecież to był jego syn! Książęcy syn!!! "Twoja matka" to była księżna! To była jego żona! - Dobrze, Wielki Książę, możesz na mnie liczyć. Książę odjechał, a Posłuszny czuwał nad tym, aby wszystko w książęcym domu szło dobrze. Ale nie wszystko szło dobrze. Pani Wielka Księżna miała swoje plany i chciała skorzystać z nieobecności Wielkiego Księcia. Poczuła się w pełni wolną. Miała człowieka, mężczyznę, którego kochała. Nadszedł moment, aby z nim się spotkać. Ale Posłuszny był w domu i wiedziała, że ten sługa niczego nie ukryje, powie zawsze prawdę, także o niej. Wiedziała też, że Posłuszny zna jej pragnienia... Co robić? Kiedy mąż wróci i wysłucha sprawozdania opowiedzianego przez sługę, to dopiero będzie historia! "Byłabym zniesławiona w oczach wszystkich ludzi, całego świata!" Wiedziała też, że nie jest możliwe kupić jego milczenie, on na to za żadną cenę się nie zgodzi. Trzeba, aby zniknął. Ale jak? Myślała o śmierci Posłusznego i oto, co wymyśliła. W fabryce obok pałacu królewskiego pracował człowiek, którego nazywano "Zabijający". Była to fabryka konserw, które potem rozwożono po całym kraju. Do jego obowiązków należało zabijanie wołów i oddzielanie części mięsa, które sam sprzedawał mieszkańcom tej wioski. Gdyby jego udało się namówić, aby zabił Posłusznego! Przecież nie będzie nieszczęścia z powodu jednego sługi, a ona uwolni się od zgryzot! Wielka Księżna zawołała tego człowieka i powiedziała: - Tak, ty zabijesz Posłusznego, zbyt dużo cierpię przez niego i ja mu nigdy tego nie wybaczę. Jutro rano, około godziny ósmej, wyślę go do ciebie, aby kupił mięsa. Postaraj się, aby zniknął na zawsze. Zabij go! Nie będziesz żałował! - To będzie dokonane i zrobione dobrze powiedział ten człowiek Na drugi dzień Wielka Księżna dała pieniądze Posłusznemu i wysłała go, aby zakupił mięsa. Była godzina prawie ósma. Posłuszny poszedł, ale gdy był w drodze, przechodził koło staruszki sprzedającej fasolę i pozdrowił ją uprzejmie. Staruszka powiedziała do niego: - Wejdź do mego domu, Posłuszny. Posłuszny wszedł. Po tradycyjnym pozdrowieniu staruszka mówi: - Jeśli chcesz zrobić mi przyjemność, nie odchodź przed posiłkiem, który zjemy wspólnie. Przygotuję specjalnie dla ciebie coś dobrego. - Jeśli tego pragniesz powiedział Posłuszny i przypomniał sobie trzeci dzień zakupu mądrości. Mędrzec powiedział mu wtedy: "Jeśli ktoś cię zaprosi i chce z tobą jeść, zawsze przyjmij zaproszenie". Posłuszny cierpliwie czekał na posiłek, który przygotowywała staruszka. Najpierw długo szorowała garnki. Potem wzięła fasolę, którą jaka każdy wie trzeba długo gotować. Wreszcie na dobrym ogniu fasolka była ugotowana, miękka. Staruszka zaczęła gotować ryż. Nie spieszyła się... Wreszcie około godziny jedenastej zakończyła pracę. Obiad był gotowy. Jedli razem, nie spiesząc się. W tym czasie Wielka Księżna była bardzo niespokojna. Około godziny dziewiątej nie mogła się już opanować i posłała swego syna po mięso do fabryki konserw i poleciła mu, aby zapytał, czy jej rozkazy zostały wykonane. A był to jej syn jedyny! Kiedy on przybył do sklepu, był jednym z pierwszych kupujących mięso, ponieważ Posłuszny był przez cały czas u sprzedawczyni fasoli. Zanim młodzieniec mógł się spostrzec, co się dzieje, już nie żył. Sprzedawca wykonał polecenie Wielkiej Księżnej. A Wielka Księżna nie mogła doczekać się powrotu swego syna i pytała sama siebie niespokojnie: - Co też tam mogło się stać? Może pracownik fabryki nie rozpoznał Posłusznego? Może nie udało mu się go schwytać? Kiedy wreszcie skończyli posiłek, Posłuszny poszedł do fabryki konserw kupić mięso, jak poleciła mu Wielka Księżna. Teraz spokojnie wraca do domu. Czy wątpicie w zaskoczenie Wielkiej Księżnej, gdy go ujrzała? - Dlaczego wracasz dopiero teraz do domu? Kiedy byłeś w sklepie? Dlaczego dopiero teraz? Czy nie widziałeś tam mojego syna? O, nieszczęście! Mój syn nie żyje! A ten, którego chciałam uśmiercić, żyje! Jest tutaj! Jest przy mnie! A mój syn!... mój syn!... mój biedny syn!!!... I lamentowała, i krzyczała, i płakała przepełniona beznadziejnością. Przeklinała siebie! Przeklinała wszystkich w swojej boleści. Któraż matka nie zrozumiałaby tego nieszczęścia i jej obecnej nędzy! Płakała każdego dnia i nie mogła nic innego robić, jak tylko płakać. Łzy lały się z jej oczu strumieniami. Aż jej oczy wyschły. Załatwiwszy wszystkie sprawy na płaskowyżu Wielki Książę powrócił do domu, przyprowadzając przy okazji wielkie stado wołów. Ledwie wszedł, Posłuszny zbliżył się do niego i poprosił o rozmowę na osobności. Opowiedział, co się stało. - Wielki Książe, podczas twojej nieobecności zaszło tyle rzeczy, co za nieszczęścia się zdarzyły! Niewiarygodne! Trudno ci będzie w to wszystko uwierzyć. I poinformował Wielkiego Księcia szczegółowo, jak chciano zabić jego, Posłusznego.. - Chciano mnie zabić, ale został zabity twój syn! Twój syn nie żyje! Wielki Książę powoli zaczął rozumieć, co się stało... A Po-słuszny zakończył: - Oto teraz, Wielki książę, poznałeś zło, jakie czyniono w twoim domu: zły duch w nim zamieszkał. - Naprawdę, co za nieszczęście! - powiedział Wielki Książę - I jakie obrzydliwości! A jednak jest coś, co mnie ratuje od popadnięcia w beznadziejność. Ten syn, którego zabito z powodu złośliwości mojej żony, nie był moim synem. Ja nigdy nie miałem dziecka! Co się stało, to kara dla niego i dla niej! To nie był mój syn i mnie jako ojca jego śmierć nie może dotknąć... Muszę wyrzucić z domu tę kobietę... Na szczęście, ty jesteś tutaj. Ty będziesz moim synem i wiem, że ciebie kocham, jak ojciec kocha dziecko, jak ojciec kocha swego pierworodnego syna. Zgódź się być moim synem, jeśli jesteś życzliwy dla mnie. Oto cała historia o Posłusznym, którą wam opowiedziałem. Opowiadałem wam bajkę, ale to jest coś więcej, niż bajka. To historia o "tym, który umiał słuchać".
Było raz dwoje dzieci, dwóch chłopców, którzy był Pan Wielki Król. Chłopiec, syn jego, nazywał się Pan Wielki Książe. Drugi z chłopców był biednym, nie miał nic, bo i jego ojciec i jego matka byli ludźmi bardzo ubogimi. W tym kraju wszystkie dzieci bawiły się razem, biedne i bogate, a tych dwoje, o których opowiada ta historia, byli zawsze razem. Obaj rośli tam, w tej wiosce i stawali się ładnymi chłopcami, dobrze zbudowanymi. Oto pewnego dnia bogaty chłopiec, syn króla, mówi do chłopca biednego, syna ludzi ubogich: - My obaj jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, zawrzyjmy braterstwo krwi. - Ależ odpowiada chłopiec ubogi to niemożliwe! Ja nie mogę zawrzeć braterstwa krwi z tobą. I wiem, że nic nie da się zrobić, abyśmy stali się braćmi przez krew. - Dlaczego? zapytał syn bogatych rodziców. - My odpowiada syn ubogich rodziców my nic nie mamy. Obawiam się, że mój ojciec i moja matka nie byliby w stanie dać mi tego wszystkiego, co potrzebowałbym w czasie ceremonii zawierania braterstwa krwi. - Tak, wszystko trzeba przewidzieć powiedział Pan Wielki Książe bo tak jest rzeczywiście. Ale jest wyjście. Oto, co należy uczynić. Postaraj się, aby twoi rodzice w tym roku uprawiali kukurydzę, dużo kukurydzy. Tak trzeba. A jeśli twój ojciec i twoja matka nie chcieliby się zgodzić, powiedz, że Pan Wielki Król wydał takie rozporządzenie i będzie karał za nieposłuszeństwo. On tak chce i do krnąbrnych pójdzie ze strzelbami. - Zgoda powiedział syn biednego możemy spróbować. Rodzice biednego chłopca mieszkali na samym końcu wsi. Po powrocie do domu syn powiedział od swego ojca i swojej matki: - Jest nowa wiadomość. Tego roku trzeba uprawiać kukurydzę, dużo kukurydzy. Tak zarządził Pan Wielki książę. Jeśli my tego nie zrobimy, z pewnością przyjdzie do nas i to nie sam, ale ze swoimi ludźmi niosącymi strzelby. Tak powiedział. Gdy rodzice chłopca to usłyszeli, zaraz zajęli się przygotowaniami do obsiania kukurydzą dużej części swego pola. Oczyścili je, skopali, wyrównali. Ale oni nie mieli kukurydzy! Poszli więc do księcia i powiedzieli, że ziemię pod zasiew już przygotowali i proszą o kukurydzę do siewu. Pan Wielki Książę dał im dwa duże kosze kukurydzy. I oni zasiali. Kukurydza rosła wspaniale, plony były nadzwyczajne. A kiedy kukurydzę już można było zbierać, syn przyniósł rodzicom nową wiadomość: na tym samym polu trzeba zasiać ryż takie jest nowe polecenie Pana Wielkiego Księcia. Rodzina biednego chłopca szybko zebrała kukurydzę - z pośpiechem, ale starannie - oczyściła pole i zasiała ryż. I tym razem plony były wspaniałe, zbiór był obfity, ryż udał się nadzwyczajnie! Tego roku rodzina nie biedowała. Czuli się bogaczami. Bez wstydu i lęku o pomówienia można było urządzić ceremonię braterstwa krwi. Będą bogate podarunku, obfity posiłek i wielkie święto. Dwaj przyjaciele kochający się jak bracia dokonali ceremonii braterstwa krwi wobec wszystkich mieszkańców wioski, wobec Pana Wielkiego Króla i jego ministrów, wobec szefa wioski i jego rady. Dwaj przyjaciele ofiarowali sobie nawzajem po kropli krwi, która wypłynęła z ich palców. A szef wioski przypomniał, że braterstwo krwi jest przypieczętowaniem przyjaźni silniejszej, niż miłość małżeńska. Bo żona może opuścić męża i mąż rozstać się z żoną, ale braterstwo krwi nigdy nie ustaje. O, jak straszne nieszczęścia słusznie spadłyby na tego, kto zdradziłby swego brata! Bo przyjaźń jest silniejsza od miłości! Bo braterska przyjaźń jest silniejsza od śmierci. Wszyscy mieszkańcy wioski długo wspominali ucztę jedząc wszystko, co przygotowali im Pan Wielki Król i biedacy. A syn Pana Wielkiego Księcia i syn biedaków stali się prawdziwymi braćmi, jeszcze ściślej złączeni ze sobą, niż synowie jednego ojca i jednej matki, ponieważ oni sami siebie wybrali na braci. Niedługo potem każdy z nich znalazł sobie dziewczynę, która mu się szczególnie podobała i oni się pobrali: jeden z braci w wiosce swego ojca Pana Wielkiego Króla, drugi w wiosce sąsiedniej, która też należała do Pana Wielkiego Króla. I razem pracowali, razem chodzili do lasu na polowania, razem łowili ryby. W pobliżu wioski przepływała rzeka, a z drugiej strony było jeziorko. Tam łowili ryby. Pewnego dnia udali się nad rzekę i wsiedli do pirogi. Piroga była niezbyt duża, ale bardzo ładna. Łowili razem. Zarzucili sieci i po pewnym czasie wyciągnęli. Było tam dużo ryb, tego dnia połów był udany. Ale kiedy wracali do wioski, syn Wielkiego Króla zasnął w pirodze. I spał twardo! Tak twardo, że nie słyszał, jak wzburzyła się woda i z głębi rzeki wyszedł zwierz. Wielki zwierz zamieszkiwał wody głębokie. Zwierz zatrzymał pirogę i zapytał o śpiącego: Kto to jest ten, który śpi? - Aaa odpowiedział ten, który nie spał ten jest moim bratem krwi. - Powiedz więc swemu bratu, że jeśli zje chociażby jedną z tych złowionych ryb, on umrze. Ale jeśli ty byś go o tym nie uprzedził, to ty umrzesz. Zwierz zniknął w głębi wód. Co za historia! Teraz ta wieść rozsadza mu głowę. Co ma robić?! Podprowadza pirogę do brzegu i przez moment zastanawia się. Tymczasem jego brat krwi śpi, na szczęście. On wciąż śpi. I ten, który nie spał i znał tajemnicę, wyszedł z pirogi na brzeg, zabrał wszystkie ryby, zaniósł do lasu i ukrył je wrzucając do grzęzawiska. Gdy powrócił do pirogi, obudził swego brata krwi. - He! Stary! Obudź się! wołał. Przebudził się wreszcie brat krwi z głębokiego snu. - Słuchaj, bracie! Kiedy ty spałeś, wydarzyła się bardzo brzydka historia. Nie widziałeś tłumu ludzi, którzy rzucili się na nasze ryby jak armia wojowników na wojnie... zabrali nam wszystkie . Patrzyłem, ale nic nie mogłem zrobić, bo wcześniej mnie pochwycili, związali, obezwładnili. A ty, ty spałeś przez cały czas. - Wybacz mi, bracie, ale nie trzeba się tym tak przejmować. Jest jeszcze dużo ryb w rzece. Wracajmy do domu. Innego dnia ponownie wypłynęli pirogą na połów, obaj razem. I łowili razem. Kiedy nadeszła godzina powrotu, znów zasnął syn Wielkiego Króla i spał w pirodze, która spokojnie płynęła ku wiosce. A kiedy ten spał, zwierz wyszedł z wody, zatrzymał pirogę na miejscu. - Kim jest ten oto człowiek, który śpi? zapytał. - Ten powiedział drugi to mój brat krwi. - Ach, tak. Powiedz mu, że jeśli tego wieczoru będzie spał w swoim domu, to on umrze. Ale jeśli ty mu tego nie powiedz, to ty umrzesz. Co za okropna historia! Co za potwornie ciężki problem do rozwiązania! Co ma zrobić? Jak powiedzieć? A zwierz już odszedł i zniknął w wodzie. Trzeba obudzić swego towarzysza. - Stary! Ty myślisz tylko o spaniu! Musimy wracać do domu. A kiedy piroga ślizgała się po falach i zbliżała się do wioski, syn biednych zapytał swego brata krwi: - Powiedz mi, bracie, który zawarłeś ze mną braterstwo krwi, czy ty jesteś naprawdę moim bratem? Jak odpowiedz? - Tak powiedział syn Wielkiego Króla z całą pewnością ja jestem twoim bratem, bratem krwi. - Bratem, którego mogę o wszystko pytać? - Dlaczegożby nie? Czy ja kiedykolwiek odmówiłem ci czegoś? - Tak, to prawda. Dobrze! Jeśli jesteś moim bratem, mam dla ciebie jedno pytanie. Ty mi odpowiedz "tak" albo "nie", ale nie pytaj mnie, dlaczego. Czy pozwolisz mi dziś spać w twoim domu, a ty pójdziesz na noc do mojego? Jego brat krwi o nic nie zapytał. I tak zrobili zamieniając domy na tę jedną noc. I znów łowili razem. A kiedy zbliżał się wieczór, skierowali swoją pirogę ku wiosce. I znowu syn Wielkiego Księcia zasypiał. Jego brat krwi doświadczony pojawianiem się zwierza chciał mu w tym przeszkodzić i wołał: - Słuchaj, stary, nie śpij! Wracamy! Ale zwierz wypłynął na powierzchnię wody i był już przy nich. Zatrzymał pirogę. - Hej! Wy tam, co wy tu robicie? - My łowimy ryby. - Kim jesteście? Kim jest ten, który śpi w pirodze? - Tan... to jest mój brat krwi. - Tak! Oto, co mam do powiedzenia o twoim bracie krwi. Tej nocy wyjdzie z rzeki potwór ogromny i zbliży się do wioski Wielkiego Króla. On wzniesie się, pójdzie na tylnych nogach i będzie pożerał wszystkich ludzi. Twój brat krwi też będzie pożarty. Ale jeśli ty powiedz o tym komukolwiek, to ty umrzesz! Zrozumiałeś? Jeśli ty mu nic nie powiedz, to on zginie, a jeśli ty powiedz o tym komukolwiek, to potwór zje ciebie! A teraz... spokojnie wracaj do domu. To powiedziawszy zwierz skrył się w głębokiej wodzie. Syn biednych obudził swego brata krwi: - Ty, stary, ty wciąż śpisz! Noc przychodzi, obudź się, bo musimy wracać do domu! Słońce już zachodziło, kiedy bracia krwi wynieśli z pirogi złowione ryby i położyli na brzegu. Ale ten, który rozmawiał ze zwierzem, wciąż zastanawiał się, jak wybrnąć z tej nowej historii: - Opowiedzieć mu o tym? To niemożliwe, bo wtedy ja umrę! Milczeć? To wtedy on zgonie... Problem naprawdę nie do rozwiązania. Obaj przywiązali pirogę do drzewa i poszli do swoich domów, zabierając złowione ryby. Wchodząc do swego domu syn biednych powiedział do swojej żony: - Słuchaj, matko Szczęścia. Takie imię nadali swojej córeczce i syn biednych zawsze w ten sposób zwracał się do swojej żony. - Słucham cię - odpowiedziała jego żona. - Dziś przygotuj mi wcześniej kolację. Muszę jeszcze coś zrobić u mego brata krwi. Będę tam długo i nie chcę jeść po powrocie, późną nocą. A kiedy zjadł przygotowany przez żonę ryż, wziął siekierę, tasak i maczetę zwaną też długim nożem, jaki zawsze noszą na ramieniu ludzie idący do lasu. Ostrzył te narzędzie bardzo starannie na kamieniu polewanym wodą, aż ich ostrza wszystko rozcinały, jak brzytwa. Zabrał to wszystko ze sobą i poszedł w pobliże wioski Wielkiego Króla. Doszedł do brzegu rzeki i nad rzeką czekał w skupieniu na potwora, który miał wyjść tej nocy z wody. W wiosce wszyscy ludzie spali. A noc była czarna, bez księżyca, bez gwiazd. W pewnej chwili delikatny wietrzyk się podniósł, wzmógł się wiatr i w końcu dmuchnął całą siłą wichury. Wtedy potwór wynurzył się z rzeki. Głowa potwora była już nad wodą. Kiedy potwór chciał stanąć na brzegu, syn ubogich zamachnął się maczetą i odciął część ciała potwora. Odcięte ciało upadło na piasek, a potwór skrył się w wodzie po skoku potężnym, aż woda zabulgotała. Ale po chwili znów się wychylił nad wodę, znów świsnęło ostrze, znów kawałem ciała potwora zmieszał się z piaskiem i wodą, a ranny potwór atakował już bez przerwy. Starał się wyjść na brzeg. Syn biednych nie miał chwili czasu na odpoczynek. Szybko i silnie trzeba było machać ostrymi narzędziami. I syn biednych macha maczetą, wciąż odcinając płat ciała potwora, jak tylko wysunie się nad powierzchnię wody. A potwór wciąż próbuje wydostać się na brzeg. I człowiek tnie. Macha. Wywija narzędziami: szybko, mocno, uważnie... aż do północy. I północ przeszła, a syn biednych wciąż przy swoim obowiązku machając narzędziami i odcinając wychodząc z wody coraz to nowe płaty ciała potwora. Wreszcie czerwona od krwi woda przestała się otwierać. Potwór przestał wychodzić z wody. Syn biednych położył swoją maczetę i odetchnął: on zwyciężał! Zwyciężał potwora!! On jest zwycięzcą!!! Ale na brzegu rzeki, przy wodzie, leżały płaty mięsa z ciała potwora, cała sterta mięsa! On musiał je zabrać, ponieważ nikt nie mógł się dowiedzieć, co się stało, przecież tu chodziło o jego życie. Zbierał je więc i wrzucał do bagna znajdującego się tuż przy wiosce. Już pierwszy kogut piał, a on jeszcze nosił i rzucał . Niebo już zaróżowiło się, kiedy udało mu się zakończyć tę pracę. Ale kiedy właśnie wrzucił ostatni płat mięsa i wracał nad rzekę, oto ze swego domu wyszedł Wielki Król i ujrzał syna biednych ludzi. Wielki Król nie lubił go, ale zgodził się na braterstwo krwi jego syna z nim, chociaż wbrew swemu sercu. - Halo! wykrzyknął Wielki Król co ty tu robisz nocą? - Ja... ja przechodzę tylko tędy odpowiedział syn biednych ludzi pamiętając żądanie zwierza, że nikt nie może dowiedzieć się tego, o czym on go powiadomił. - Przechodzisz tędy... Po co, przyznaj się, jeśli masz odwagę przyznać się. - Tak sobie odpowiedział syn biednych. - Tak sobie powtórzył ze złością Wielki Król Ty... Ja ciebie zabiję. - Zabij mnie, jeśli chcesz, ja nic nie mogę zrobić, aby ci w tym przeszkodzić odpowiedział Ja nie przyszedłem tutaj kraść, nic złego tutaj nie uczyniłem. Czyś ja nie mam prawa przechodzić tędy, chociaż jest noc? - Ty! Ty jesteś bardzo przewrotny! Zawarłeś braterstwo krwi z moim synem. To był podstęp! Oszustwo! Ty wcale go nie miłujesz, tylko pożądasz naszego bogactwa. I mówisz, że przyszedłeś tej nocy nie mając tu nic do zrobienia? Powiedz, po coś przyszedł? Powiedz, co tu robiłeś, co chciałeś tutaj zrobić?! Słucham! Jutro staniesz przed radą wioski i możesz być pewny, że będziesz skazany. I za zabiję ciebie, zabiję własną ręką! Wielki Książę odszedł, a syn biednych zabrał swoje narzędzia, obmył starannie maczetę, siekierę i tasak i powrócił do domu. Ale niedługo potem, strażnicy Wielkiego Króla przyszli i wyprowadzili go z domu. Uwięzili brata krwi syna Wielkiego Króla! W zamknięciu czekał na zabranie się Rady Księcia. I stanął przed radą, na placu przed pałacem Wielkiego Króla. Przybyli wszyscy mieszkańcy wioski i otoczyli Radę i oskarżonego. Wielki Król rozpoczął swą mowę oskarżycielską. Mówił uroczyście, głośno, doniośle. - Wy wszyscy, słuchajcie! Zebrałem was tego ranka z prostego powodu: spójrzcie na tego typa, którego wy macie osądzić. Ty! Ty przyszedłeś tej nocy do naszej wioski, aby kraść i niszczyć, aby zabierać nasze! Wkradłeś się w środku nocy, ale ja cię widziałem! Co tutaj robiłeś, tego nie wiem, ale chcę, abyś nam to wyjaśnił. Odpowiedz na wszystkie pytania mojej Rady. Czyś to, co powie-działem, nie jest prawdą? Zasłużyłeś na los złodzieja i zabójcy. - Ja odpowiedział oskarżony ja byłem tutaj tej nocy, to jest prawdą. Ale ty, Wielki Królu, oskarżasz mnie niesłusznie. Ty nie wiesz, czy ja kradłem, czy ja coś niszczyłem. Z pewnością tego nie możesz powiedzieć, bo ja nie zrobiłem tu nic takiego, o czym mówisz. Ale ja wiem, że ty, Wielki Królu, nienawidzisz mnie i chcesz mnie zabić. I szukasz powodu. Dziś znalazłeś pozór. Zabij mnie, jeśli chcesz. Moje życie jest w twoim ręku, ale ty sam wiesz o tym dobrze, że ja nie jestem ani złodziejem, ani zabójcą. W tej chwili wstawił się za nim syn Wielkiego Króla. - Ojcze powiedział Wielki książę - ty nie możesz skazać tego człowieka. To mój brat krwi, ty to wiesz... - Drwię sobie z tego przerwał mowę swego syna Wielki Król on zasługuje na los złodziei i zabójców. Niech powie, co robił tu w środku nocy! Brat krwi, czy nie, on zginie! - Jeśli umrze, to ja umrę razem z nim. To mój brat krwi. - Ty jestem moim synem i ja nie uczynię ci nic złego, ja ciebie nie ukarzę, ale ten... on musi zginąć. - Nie, nie i nie!!! powiedział syn Wielkiego Króla - Przecież on nic zasługującego na śmierć nie uczynił. Oszalały ze złości Wielki Król przeciska się przez tłum, groźny. Podnosi miecz. I wtedy stało się coś niezwykłego. Zdziwili się wszyscy. W chwili, kiedy Wielki Król podniósł miecz, syn ubogich ludzi pogrążył się w ziemię tak samo, jak ktoś, kto zanurza się w wodę. Wielki Książę, Syn Wielkiego Króla, stał jak sparaliżowany. Oto przed chwilą jego brat krwi stał obok niego, a teraz już go więcej nie widzi. Wszyscy widzieli, jak pogrążał się w ziemię i nie pozostawił po sobie nawet żadnego znaku. Nie ma śladu na ziemi. Kiedy kogoś złoży się w grobie, wtedy jest umarłym, ale syn biednych ludzi nie został pochowany, więc on żyje! Nie widzi go jego brat krwi, syn Wielkiego Króla, dlatego teraz płacze, tak wielka jest jego boleść! Ale w głowie pozostającego na ziemi syna Wielkiego Króla powstał zamęt. Zaczął wątpić, czy naprawdę jego brat krwi umarł. Zmarłego składa się w grobie, a ten pogrążył się sam we wnętrzu ziemi... I syn Wielkiego Króla posłał swego sługę do wieszcza, tego który ma kontakty z tymi, którzy są już po drugiej stronie życia. - Co ty myślisz o tym zdarzeniu? Czy mój brat krwi zmarł w miejscu , gdzie odbywał się sąd nad nim? A może on dzisiaj jeszcze żyje? - Ha! odparł wieszcze on jest żyjącym nadal, ale ty nie możesz go więcej ujrzeć. Chyba że ty mu ofiarujesz dziecko, swego najstarszego syna, w miejscu, w którym zniknął. Usłyszawszy tę odpowiedź od wieszcza syn Wielkiego Króla powiedział do swej żony: - Moja droga kobieto, ja nie mogę uratować mego brata krwi, ale ja wiem, że on żyje. Wiem też, że mogę go wybawić, jeśli ofiaruję swego syna pierworodnego i miejscu, w którym zniknął. I wtedy moje oczy ujrzą go, mego brata krwi. - Gdybyś ocalił życie swego brata krwi, to przyniosłoby nam nieszczęście z powodu gniewu tego ojca. Ale ty chcesz ofiarować nasze dziecko, naszego pierworodnego! Co, to nie!!! A może widzący pomylił się? Wtedy nie tylko nie ujrzysz swego brata krwi, ale także stracisz swego syna pierworodnego. - Czy ja mógłbym dłużej żyć nie wykorzystując wszystkich możliwości?, aby ocalić mojego brata krwi? Ja muszę poświęcić nasze dziecko, naszego pierworodnego. I tak też zrobił. Wielki Książę naostrzył swój długi nóż. Ostrze było jak brzytwa... I wziął swego syna pierworodnego, związał mu ręce i nogi i położył go na miejscu sądu. I podniósł rękę, aby zadać śmiertelny cios swemu pierworodnemu. Błysnęło ostrze noża. I w tej właśnie chwili wyszedł z ziemi jego brat krwi. Oto, co powiedział do trzymającego nóż: - Nie uderzaj w to dziecko! Nie zabijaj go! Nie kalecz go! To nasze dziecko, o ty, mój bracie krwi, mój wybawco! Oto historia ludzi sprzed lat, którzy niegdyś żyli. To nie jest historia moja, historia mej myśli. Jeśli kiedyś to było kłamstwo, jeśli to nie było prawdą, Także dziś jest kłamstwem, nie jest prawdą dziś. Oto bajka ludzi, ludzi dawno żyjących. Oto jest bajka, ale bajka nie moja, lecz ich.
To ja, Julian, opowiadam. Powtarzam to, co opowiedział mi Ten, co już kończył opowiadać. Ja nie potrafię opowiadać barwnie, Ale opowiadam, aby nauczyć się Mówić pięknie, was zainteresować. Kiedyś był mężczyzna i była kiedyś kobieta. Oni się pokochali, oni się pobrali I zbudowali domek dla siebie Tam, na samym końcu wioski. Płynął czas spokojnie, radośnie, Aż ona powiedziała do męża: Ciesz się! Dziecko czuję, Dziecko żyje w moim wnętrzu! Wkrótce ujrzeli dzieciątko. Maleństwo się urodziło. Potem ujrzeli drugie dziecko I jeszcze jedno, trzecie. Wszystkie były dziewczynkami Trzy dziewczynki przyszły na świat W małym domku tych ludzi. Najstarszej dali imię Pierworodna Drugą nazwali Liść Rafii A ostatnią tak po prostu Ostatnia, Mała Ostatnia. Otoczone opieką i sercem Trzy dziewczynki rosły, Były coraz większe, Aż stały się zdolne do pomocy I rodzice mogli wydawać im polecenia. Pewnego dnia poszły do lasu Szukać ziela pachnącego, Aby przyrządzić sos do ryżu. Trzy siostrzyczki weszły do lasu I szukały ziół pachnących, Jakie zjada się z ryżem. I znalazły trzy jajeczka, Trzy jajeczka ujrzały w gnieździe. Jajeczko dla każdej z nich. Och, jak były zadowolone Z jajeczkiem, które każdej przypadło. Powróciły do domu z zielem pachnącym I każda ze swoim jajeczkiem. I co uczyniły trzy siostrzyczki? Głodna była Pierworodna, Jeść się chciało Małej Ostatniej, Nie mogły doczekać się obiadu Podanego przez ich mamę. I one ugotowały swoje jajeczka I każda zjadła to, które jej przypadło. Zaś Kwiat Rafii zaniosła swoje Na koniec wsi, tam je złożyła W rozpadlinie wypłukanej przez wodę, Gdzie w skale też była grota, A nikogo tam nie było, więc dziewczę Starannie ukryła swoje jajeczko. I każdego ranka odwiedzała skrycie Jajeczko w wydrążeniu w skale, A gdy zbliżała się do groty, Śpiewała, śpiewała zaklęcie: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Tak śpiewała Liść Rafii. I oto pewnego dnia Tam, w rozpadlinie skalnej Znalazła jajeczko pęknięte. Malutkie pisklę stąd wyszło. Pisklę ptaka. Mały ptaszek. Ptaszynka. I tego dnia Liść rafii zaśpiewała: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Pisklę słuchało śpiewu zaklęcia, Chociaż było tylko ptaszynką. Każdego ranka mała Liść Rafii Odwiedzała swoją ptaszynkę, Która rosła, rosła, rosła Każdego ranka mała Liść Rafii Przynosiła mu jedzenie. Każdego ranka przynosiła olejek I gładziła jego skórę I wcierała olejek kokosowy. Skóra stawała się gładka, błyszcząca Ptaszynka rosła, rosła szybko, Ale pióra nie wyrastały. Każdego ranka mała Liść Rafii Wcierała olejek kokosowy. I ptaszynka rosła, rosła, rosła I wyrosła wielka, ponad miarę. Pewnego ranka mała Liść Rafii W rozpadlinie nie ujrzała ptaka. Liść Rafii ujrzała coś dziwnego. Złożyła jajeczko, Ptaszynka się narodziła, O ptaka się troszczyła, A teraz ujrzała małego wołu. Piękny cielaczek w rozpadlinie. Mały, wspaniały, lśniący wół. Nie dziwiła się wcale I każdego ranka go karmiła, Przynosiła mu jedzenie, Strzegła swego cielaczka. I nie zjadała przysmaku, Ryżu, który przywarł do garnka, Ryżu zastrzeżonego dla dzieci, Bo to jest ich przysmak. Nigdy nie zapomniała O olejku kokosowym, Nacierała skórę cielaczka, Nacierała całe jego ciało, Aby stawało się piękne, Aby cielaczek piękny i silny. Codziennie wczesnym rankiem Szła zobaczyć małego wołu I śpiewała przed grotą, W której cielaczka ukryła I zamaskowała wejście. Obok groty zrobiła zagrodę, Aby cielaczek mógł pobiegać trochę.. Liść Rafii śpiewała zaklęcie: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Wtedy grota się otwierała, A cielaczek podbiegał do niej. Aż pewnego dnia Jej cielaczek odpowiedział: - Me-e-e-e-e-e... Był jeszcze mały, malutki I jego głos brzmiał cichutko, Ale rósł, stawał się wielkim Wspaniałym i pięknym wołem. Każdego dnia wczesnym rankiem Liść Rafii przychodziła Zobaczyć swego wołu, Z pożywieniem i olejkiem pachnącym. Mówiła szczęśliwa do siebie: - Z pewnością mój ojciec i moja matka Zobaczą moje bogactwo. Z pewnością stanie się to Pewnego pięknego poranka. Matka już ją raz zapytała: Co robisz każdego ranka? Dokąd biegasz, córeczko? Druga córka milczała, Mamie nie odpowiedziała. I matka zapytała: Córko pierworodna i córko najmłodsza, Przyjdźcie do mnie, mam prośbę. Czy wy widzicie Kwiat Rafii, Jak wychodzi każdego poranka? Dokąd tak się zawsze spieszy? Sprawdźcie to, moje córeczki, Musimy to wiedzieć. Idźcie za nią skrycie. Chcę znać jej tajemnicę. Nie lubię ukrywania. Córka najstarsza z najmłodszą Wczesnym rankiem ją śledzą, Szły aż do rozpadliny skalnej, Tam, gdzie Liść Rafii Spotykała małego wołu I troszczyła się o niego. Tam dwie siostry się ukryły Ale widziały Liść Rafii Jak stanęła przed wejściem do groty Zamkniętym wielkim kamieniem I tam dziewczynka zaśpiewała. Siostry oczarowane słuchały Jak Liść Rafii śpiewa zaklęcie Które dochodziło do ich uszu: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Tak robiła Liść Rafii, Tak śpiewała swe zaklęcie. A oto mały wół zaryczał Długo, przeciągle, przyjaźnie. A trzeba to powiedzieć, Że był już dużym wołem, Wołem pięknym i silnym. Długo, przeciągle, przyjaźnie Ryczał wbiegając do zagrody, Przybiegając do Liścia Rafii, Szczęśliwy przy opiekunce. I dwie siostry tam były I słuchały, słuchały Te, które się wśród skał skryły I widziały Liść Rafii Jak czule pieści swój skarb. Zanim Liść Rafii przestała go głaskać, Zanim wół wszedł do groty, Zanim kamień zamaskował wejście, Zanim Liść Rafii odeszła od groty, Dwie jej siostrzyczki, Najstarsza i najmłodsza, Powstały cichutko, bez szmeru I powróciły do domu. Ojciec i matka tam byli, czekali. Teraz słuchają swych córek, Co one widziały i słyszały: - Ach nasz ojcze i matko nasza, Tam, za wioską, w skalnej grocie Jest wół cudowny, wół piękny. Nasza siostra otacza go troską. Wół twej córki jest w grocie, Która powstała w skałach. Tam Liść Rafii woła zaklęcie, Głaz się usuwa, grota się otwiera I wół do niej przychodzi, Gdy wyśpiewa to wołanie: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Siostry wyjawiły tajemnicę, Ale ojciec temu się dziwił: - Jak to się dzieje, córeczki? - Tak, jak opowiadaliśmy. - Jeśli jest tak, jak mówicie - Powiedział smutno ojciec - Nie wyjawiajcie tej tajemnicy. Rodzice nie lubią dzieci, Które coś ukrywają Które o czymś marzą. My już coś wymyślimy, Nie lubimy już Liścia Rafii, Która ukrywa wołu. A czyż on nie należy do nas? Jest on tylko jej własnością? On jest własnością rodziny, Należy do nas wszystkich. Matka jeszcze dodała: - To mi się bardzo nie podoba. Zakończmy więc tę sprawę, Niech się skończy ta historia. Liść Rafii nakarmiła swego wołu, Wypieściła, wygłaskała, Natarła olejem kokosowym I powróciła do domu. W południe cała rodzina: Ojciec, matka, trzy córki, Wszyscy siedzieli na macie I jedli swój ryż w milczeniu. A kiedy skończyli posiłek, Przemówił ojciec: - Ach, słuchaj, Liściu Rafii, Dziś rano babcia mi mówiła... - Cóż takiego mówiła babcia? - grzecznie zapytała córka - - Jest wiadomość dla ciebie. Powiedz mej miłej wnuczce, Że jej babcia w domu za wzgórzem Dziś ciebie prosi do siebie. Twój dziadek wychodzi z domu, Ma coś do załatwienia. Twoja babcia nie chce być sama Nocą w chatce na ryżowisku. Dlatego oni przysłali prośbę, Abyś towarzyszyła babci tej nocy. Wiesz więc, co masz zrobić. Liść Rafii milczała zaskoczona, Nie mogła zrozumieć słów słyszanych, Ale potem... coś jej mówiło... Coś jej serce podpowiadało. Jednak ona była zawsze posłuszna. Jeśli jej dziadek i jej babcia, Jeśli jej ojciec i jej matka Takie mają życzenie, O to ją proszą, Ona nie odmówi, Bo jest im posłuszna, Choć powiedziano jej tak mało. Liść Rafii odpowiedziała Tylko jednym słowem: - Idę... Wzięła swój koszyk, W nim prześcieradło do spania, Dwa orzechy kokosowe dla babci I resztę ryżu z obiadu. Podniosła koszyk Postawiła na głowie I ruszyła w drogę do babci. Ale z drogi zawróciła, skierowała się do groty, zawróciła do swego wołu. Przy grocie zaśpiewała: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Śpiew już skończony, A wół trzy razy zaryczał. Trzy razy!!! Muu! Muuu!! Muuuu!!! Liść Rafii weszła do groty. Pogłaskała, popieściła wołu, Dała mu ryżu, jej przysmak. Resztę z obiadu. Potem powiedziała do wołu swego: - Jak widzisz, jestem w drodze, Do babci mojej idę. Ona mnie wzywa do siebie. Mój dziadek o to mnie prosi. Ale ty, mój drogi, najdroższy, Uważaj, kto cię wzywa! Jeśli usłyszysz głos nie mój, Nie odpowiadaj... Ja się czegoś boję. Boję się, aby cię nie zabito Aby cię nie zjedzono. Czy mnie zrozumiałeś, Mój piękny wole? - Muuu odpowiedział przyjaźnie wół. Liść Rafii odeszła do babci, Wspina się na pagórek. Babcia nie mieszka blisko, Ale przed wieczorem doszła. Tego popołudnia Jej ojciec i jej matka Starsza siostra i siostra młodsza Knują spisek Oto nadszedł moment Podejścia do skały I zakończenia tej historii. Dwie córki pokazują drogę: Oto pęknięcie w skale, Oto grota w rozpadlinie skalnej, A w rozpadlinie skalnej wół. - Oto doszliśmy, to tu. Tam jest wół jeszcze nie dorosły, Ale też już nie mały. - Co zrobimy ojciec zapytał Aby wół wyszedł do nas? - Nic trudnego mówią córki - Zaśpiewamy zaklęcie, I to wszystko. Ojciec zaśpiewał. To była melodia Liścia Rafii: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Cisza, nie ma odgłosu. Wół nie odpowiedział, Nawet jego oddechu nie słychać. Nic dziwnego, wół nie rozpoznał głosu Swej pani, Liścia Rafii. - Słuchajcie - powiedziała matka - ja zaśpiewam głosem Liścia Rafii. I matka zaśpiewała zaklęcie. A gdy skończyła, Nic, w skalnej rozpadlinie Cisza kompletna. - Ja spróbuję mówi najstarsza - teraz na mnie kolej. Pierworodna rozpoczyna śpiew Ton dźwięczny, śpiew piękny. Nadal cisza. Nic się nie poruszyło. - Tak, tylko ja zostałam - Powiedziała najmłodsza Siostrzyczka Liścia Rafii Ja spróbuję, ja też! O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Wół odpowiedział swoje Muu! Trzy razy zaryczał radośnie. Podszedł do wejścia w skale, Odsunął kamień. Przybiegł na głos, To był głos Liścia Rafii! Ach, nie! Pomylił się! To śpiew najmłodszej. Oto błąd, masz ci los!!! I ledwo wół zaryczał, Ledwo wejście się rozwarło, Jeszcze kamień się toczył, A już ujrzał powróz gotowy Przyniesiony z wioski. Został schwytany, Mocno związany, Do wioski przyniesiony. Wszyscy ludzie już przyszli I święto się szykuje. Tak, oni zabiją pięknego wołu, Pokrają, poćwiartują. Już wół zabity, porozcinany. Rozpalono ogień pod garnkami. Mięso wkrótce się ugotuje. Ludzie mają trochę czasu, Biegną do rozpadliny skalnej I rzucają zaklęcia, Zaklęcia milczenia i tajemnicy. Rzucili je na wszystko, Co ujrzeli w grocie: Uwaga!!! Nieszczęście!!! Nieszczęście dla was, Jeśli coś zdradzicie! I wyszukują wszystko Rzucając zaklęcie tajemnicy: Na końce drzewa, Na talerz po ryżu, Na dzbanek do wody, Na kamienie, na kamyki, Na wszystko, Nawet na ślady wołu, Na ślady tu i tam Rzucili zaklęcie tajemnicy. Ale był tam nóż Liścia Rafii. Mały nóż do zbierania kłosów, Mały nóż do ścinania ryżu. Był pod kamieniem, A ludzie go nie dostrzegli. Wszystko już skończone, Ludzie odchodzą od groty, Wracają do wioski na święto. Wół został poćwiartowany, Mięso się już ugotowało. Wszyscy jedzą... I wszyscy się najedli. A wczesnym rankiem w chatce u babci Budzi się Liść Rafii Tam, daleko, na ryżowisku. Żegna swą babcię... Nie wiadomo, czy się domyśla, Czy coś przeczuwa... Wraca do domu. Matka daje jej ryż pachnący, I przysmak rzadki w domu: Kawał wołowiny do ryżu. Liść Rafii przerywa jedzenie. - Nie jestem głodna więcej jeść nie będę. Tylko te słowa powiedziała I wyszła z domu. Idzie, gdzie rozpadlina skały, Staje przed grotą i wyśpiewuje: O jajeczko w skalnym wydrążeniu, O ty, moje małe jajeczko! Jajeczko pierwsze i trzecie Wpadło do garnka. Ty, drugie jajeczko Jesteś w skalnej rozpadlinie. A ja jestem tu, przy tobie! Przyszłość należy do mnie! Ryczą woły Rycząąąą... ryyyyczą... Cisza w skalnej grocie, Cisza całkowita. Żadnej odpowiedzi. Liść Rafii wpatruje się w skałę Z trwogą i nadzieją zarazem. Odsuwa kamień przy wejściu do groty: Pustka!!! Nic!!! Nic żywego!!! Pyta każdej rzeczy w grocie, Do wszystkiego w skalnej rozpadlinie, Kieruje pytanie: - Końce drzewa, kamyki, talerzu, Wszystko, co tu się znajduje Powiedzcie, kto tu jest? Powiedzcie, kto tu był? Kto tu szukał mojego wołu? Nic! Żadnej odpowiedzi. Cisza! Liść Rafii przypomniała sobie nóż. Mały nóż do zbierania ryżu. Położyła go pod kamieniem. On tam jest, on może powiedzieć. Bierze w rękę swój nóż i pyta: - O mój mały nożu, co ryż ze mną zbierasz. Powiedz mi, kto tu był, Kto przyszedł do tej groty? - Ja wiem powiedział mały nóż - Wiem i powiem ci. To twój tatuś tu przyszedł I twoja mamusia tu przyszła, I starsza twoja siostra I młodsza twa siostrzyczka. Oni tu szukali małego wołu, Twojego wołu w skalnej grocie. Liść Rafii wyszła z groty Nieszczęśliwa i zła. Odeszła stąd i poszła do wioski. Na drodze spotkała siostry: - Idziemy się kąpać, siostrzyczko. Czy pójdziesz z nami? Liść Rafii przystanęła na chwilę I pomyślała o rzece przy wiosce... Jest tam głęboka woda, Jest tam woda czarna przy ławicy piasku... Idzie z siostrami swoimi I schodzi na sam brzeg. Zdejmuje ubranie, jak jej siostry, Składa na ciepłym piasku. Siostry kąpią się przy brzegu. Liść Rafii wychodzi na ławicę piasku Bielącego się pośrodku rzeki. A dwie jej siostry patrzą... Liść Rafii woła do nich: - Ooo!!! Wy dwie dziewczynki! - Ooo!!! odpowiadają dwie małe - Idźcie szybko do domu, Zawołajcie ojca, zawołajcie matkę, Bo ja odchodzę od was. Zaraz odejdę daleko od wszystkich! - O czym ty mówisz. Liściu Rafii? Odchodzisz od nas? Dokąd? - Nie pytajcie. Ja odchodzę. Niech przyjdą: nasz ojciec i matka nasza. Dwie siostry: starsza i młodsza Patrzą na Liść Rafii, Wychodzą z wody, ubierają się I biegną do wioski, do domu. Wołają swego ojca, Wołają matkę swoją. Ojciec i matka, i dwie siostry Stanęli na brzegu rzeki. Liść Rafii jest tam, na środku rzeki, Na piasku przy czarnej wodzie. - Żegnajcie wszyscy! Żegnaj, ojcze! Żegnaj, matko! Żegnajcie, siostrzyczki, ja odchodzę! Bo nikt z was mnie nie kocha! Nikt nie kocha mnie w moim domu! Zabiliście mojego małego wołu, Więc... już wszystko skończone! I nie zobaczymy się więcej! - Ach, nasz kochany Liściu Rafii, Nie odchodź, Listeczku! Nie czyń sobie krzywdy I wróć, powróć do nas! Dam ci trzy woły! Trzy piękne woły! Wróć do nas, Listku Rafii! Dam ci całą zagrodę pięknych wołów! One zastąpią tego z groty skalnej! Twój wół będzie miał zastępców! Wracaj do nas, wróć! - Eee mówi Liść Rafii nie!!! One nie zastąpią mi nigdy Tego jedynego, tego mojego, Pięknego, którego lubiłam. A wyście go zabili I wyście go zjedli! Więc... Żegnajcie wszyscy! Odchodzę! Nie powrócę już więcej! Ojciec i matka i dwie siostry, Czworo stoją na brzegu, nad wodą. A Liść Rafii odwraca się, Rzuca się w głębię ciemną, Gdzie woda bardzo głęboka Przy ławicy piasku. I aż do dzisiaj, gdy to opowiadam, I aż do dzisiaj, gdy tego słuchacie, Nikt, nigdy i nigdy więcej Nie ujrzał jej, Liścia Rafii. Oto moja bajka. Skończyłem. Gdy już jej wysłuchaliście, Utnijcie mi trzciny cukrowej, Trzciny bardzo słodkiej - zapłata dla opowiadacza. Utnijcie też trzciny wyblakłej, Trzciny złej, bo niesłodkiej Dla tych, którzy mi nie powiedzą: Bajka, bajka, bajka.
Oto bajka tak prawdziwa, że aż banalna. Bo który kawaler nie chciałby za żonę pojąć księżniczkę, a któraż panienka nie marzy o poślubieniu księcia? Ile niebezpieczeństw trzeba pokonać i problemów rozwiązać, aby dopiąć swego celu? Słuchajcie! Był-żył raz książę daleko, w górskiej krainie. Był młody i piękny. Spotkał śliczną księżniczkę, której się podobał i którą pokochał i pojął za żonę. Po pewnym czasie w ich domu zjawiło się dziecko. Był to mały chłopiec, który przybył z krainy małych dzieci. Chłopca nazwano Błękitem Nieba. Chłopiec rósł szybko, bo w bajkach wszystko rozwija się szybko. Stał się młodym, pięknym, dumnym i nieustraszonym mężczyzną. Oto pewnego dnia zwraca się uprzejmie do swego ojca: - A... ojcze... - A... odpowiada ten równie uprzejmie. - Wiesz, ojcze, że teraz jestem już mężczyzną. Mam chęć ożenić się, aby dać tobie małe dzieci... wnuków... - A, to słusznie powiedziałeś odparł ojciec Dobrze. To nie jest nic niezwykłego. Żona? Ją się znajduje. Dlaczego nie miałbyś szukać tam, gdzie możesz znaleźć jedną według twego upodobania? Są woły, aby urządzić wesele. Jest ich nawet dużo. Mamy też pieniądze, jest ich sporo. Nawet jeśli potrzebowałbyś całą skrzynię pieniędzy srebrnych czy złotych, będziesz je miał! - Ojcze, jeśli tak się rzeczy mają powiedział Błękit Nieba Jeśli tak jest... Mam zamiar iść nad morze. Tam są wielkie targi, przyciągają tłumy ludzi. Są tam wtedy liczne panny. Jestem pewny, że przybędzie ich wiele także tego roku. Pójdę tam i być może znajdę księżniczkę mego serca. - Dobra myśl powiedział ojciec idź więc tam, mój synu. - Wyjdę jutro... albo najpóźniej - pojutrze. - Więc idź, mój synu. Ale... jak chcesz się tam dostać? W naszych czasach są już samoloty. Poleć samolotem, mój synu! - Tak, to dobra myśl, ojcze. Ale wiem, ojcze, że kobieta, którą ja chcę, to kobieta doskonała, kobieta piękna, najpiękniejsza. Kobieta o skórze tak delikatnej i tak gładkiej, że nie powstanie żaden ślad, jeśli ja zadrasnę paznokciem jej skórę. - Chwat z cienie, mój synu! Idź więc i zobacz, może znajdziesz taką, jakiej szukasz. Błękit Nieba odszedł. Przybył do miasta nad morzem i zaczął poszukiwać panny, która mogłaby być damą jego serca. Tyle ludzi przyszło tu z okazji wielkich targów! Błękit Nieba poszedł do dostojników miasta i przedstawił się Radzie Miejskiej. - A... Panie Prezydencie Rady Miejskiej powiedział tysiąckrotnie przepraszam, że zabieram czas, ale ja, tutaj mówiący, jestem synem księcia panującego w górach, tam, daleko, na górach, górach południa. Jeśli przyszedłem tutaj do was, to z powodu żony, której szukam. Ale ja pragnę kobiety bez wady, kobiety o skórze tak delikatnej, że nie pozostanie żaden ślad, jeśli się ją zadraśnie paznokciem. - A, mój młodzieńcze powiedział pan prezydent to poszukiwanie żony sprowadza cię do nas? Więc szukaj wśród naszych dziewcząt. Jeśli znajdziesz u nas pannę twego serca, proś ją, aby została twoją żoną. Być może, ona też będzie ciebie chciała. I to usłyszawszy, Błękit Nieba zaczął szukać. Przebiegał ulice i uliczki, ścieżki i place. Dziewcząt nie brakowało. Były bardzo śliczne, takich nie brakowało, były też z zagranicy, nawet z Chin dalekich, wszystkie o piękności niezwykłej, wyszukanej. Ale on tylko przechodził wśród nich. Ta, którą on chciał, powinna pochodzić z mieszkanek jego kraju. I oto ujrzał jedną! Jedna z pewnością taka, jakiej szuka. Zaczyna rozmawiać z nią i delikatnie przeciąga paznokciem po jej skórze. Niestety, szary ślad pozostał na jej ręce! Druga... trzecia... następna... Szare ślady... szare ślady... szare ślady... Wszystkie te piękne ramiona noszą teraz szare ślady. - Oj, tak, tak powiedział do siebie niestety, tutaj nie znajdę damy mego serca. I poszedł dalej. Szukał w okolicznych wioskach i miasteczkach, w których były podobne targi lub święta, gdzie gromadzili się ludzie. Szanował zwyczaj i wszędzie najpierw szedł do Prezydenta Rady Mieszkańców. - Panie Prezydencie! Ten, którego tu widzicie, jest synem księcia w górskiej krainie, tam, daleko, na południu. Dlaczego przybywał tutaj do was? To proste! Chcę się ożenić i przyszedłem do was, aby zobaczyć, czy tutaj przypadkiem nie znajduje się dama mego serca, która zapewni mi dobro i szczęście na całe życie. Chcę poznać jedną z najpiękniejszych, tak piękną, że żaden ślad nie pozostanie, jeśli ja przeciągnę paznokciem po jej delikatnej i pięknej skórze. - Ha, mój chłopcze! - powiedział jeden ze starszych w Radzie - Nie brakuje u nas pięknych dziewcząt. Szukaj! A jeśli znajdziesz, my też będziemy się cieszyli. Życzymy ci powodzenia! Pierwsza panienka zbliżyła się do niego i on dokonał próby, potem podeszła druga, trzecia, następna i jeszcze inna, każde piękna, każda z nadzieją. Ba! Każda odchodzi z szarą smugą na ramieniu. U każdej widać szary szlag. I więcej panien nie było, a on nie znalazł panny doskonałej. Wszystkie panny odeszły zasmucone, z szarą smużką na ramieniu.. Ale Błękit Nieba nie zniechęcił się! Skierował swoje kroki ku wioskom leżącym w dolinie, na zachodnim wybrzeżu. I za każdym razem, w każdej wiosce i każdym miasteczku, jak zwyczaj nakazuje, przedstawiał powód swego przyjścia Radzie Mieszkańców: - Nie przyszedłem tutaj, Panie Prezydencie, z innego powodu, jak tylko dlatego, że szukam żony, szukam kobiety, którą chcę poślubić. Może wśród was znajdę? Ale ja jestem wymagającym. Ja szukam takiej panny, która na skórze nie będzie miała żadnego śladu, gdy przeciągnę paznokciem po jej ramieniu. Oto, dlaczego tutaj przybywam i dlaczego do was to teraz mówię. - Eeech powiedział Prezydent Rady Ja nie wiem, czy u nas znajdziesz taką pannę, której ty szukasz. Ale mogę cię zapewnić, że opowiadano mi, że tam, na zachodzie, daleko stąd, jest panna, jakiej ty pragniesz. Tam, z drugiej strony morza. Jej imię brzmi Piękność Wysp, jak mi mówiono. Ona jest najpiękniejszą dziewczyną, tak piękną, jak tylko można sobie wymarzyć, ale nie jest łatwo ją ujrzeć. To córka olbrzyma, człowieka, czy zwierzęcia, dokładnie nie wiadomo, ale wiadomo, że jest to potwór krwiożerczy. Nie ma piękniejszej od niej panny na ziemi i na wyspach, a jak opowiadają, jej skóra jest tak delikatna i tak piękna, że nie pozostaje żaden ślad, jeśli zostanie zadraśnięta paznokcie. - Ha! Co ty mówisz, Panie Prezydencie? Gdzie ja mogę znaleźć tę rzadką perłę? - He! Mój młodzieńcze! Powiem ci, gdzie jest ta perła. Z drugiej strony morza, na wyspie morskiej znajduje się ta córka Wielkiego Potwora. - Czy jest prawdą to wszystko, co tu teraz powiedziałeś? - Ja jej nie widziałem, ale wszyscy ludzie u nas o niej opowiadają. Błękit Nieba zastanawiał się przez chwilę, rozmyślał, bo ta wiadomość przyszła nagle, jak błyskawica. - Jeśli tak jest powiedział sam do siebie powrócę do mego ojca i matki mojej, bo jeślibym nie poszedł do nich i udał się od razu do Piękności Wysp, oni mogliby się niepokoić o mnie, bo moja podróż może trwać bardzo długo. Ta szczęśliwa wiadomość przyszła tak nagle. I decyzja Błękitu Nieba była też błyskawiczna. Powrócił do swoich, do swego domu. - A więc, mój synu powiedział Książę jak udała ci się podróż? - Ojcze odpowiedział byłem wszędzie, odwiedziłem każdą wioskę nad morzem. Ale nie znalazłem żony. Żadna dziewczyna nie była według mego upodobania. Jednak czasu nie straciłem. Opowiadano mi o morzu na zachodzie. Z drugiej strony morza, na wyspie, żyje najpiękniejsza panna ziemi. Nazywają ją Pięknością Wysp. Jest ona jedyną, o której się mówi, że na jej skórze nie pozosta?e żaden ślad, gdy jej ramię zadraśnie się paznokciem. Ale jest ona trudna do zdobycia. Jest ona córką Potwora Wysp, jak opowiadają ludzie. Oto wszystko, co przeżyłem i z czym powróciłem. - Mówisz, że to wszystko? A co chcesz teraz zrobić? - Pójdę tam, muszę ją zobaczyć, chociażbym miał stać się martwym. Nie mam nic innego do zrobienia. - Skoro tak . postanowił Książę nie będę ci przeszkadzał. Idź, mój synu, ale powróć do nas, wracaj żywy! Ojciec Błękitu Nieba miał wielu niewolników, którzy byli jego żołnierzami i sługami. Błękit nieba zwołał zebranie tych ludzi i powiedział o swoich pragnieniach. - Pójdziemy tam powiedzieli to jest prawdziwa przygoda. Powrócimy z chwałą i bogactwem. Syn Księcia i poddani jego ojca poszli tłumnie, jak opowiadają. Błękit Nieba już nie szedł pieszo, słudzy nieśli go na krześle, jak się nosi wszystkich dostojników tej ziemi. I poszli drogami i ścieżkami, szli dzień po dniu. Jest prawdą, że przeszli przez dwanaście miast, zanim doszli do morza zachodniego. Ale wtedy nie było tak, jak jest teraz. Kiedy ktoś zbliżał się do wioski, patrzono na niego podejrzliwie, pytano o powód przybycia. W miastach i wioskach byli strażnicy i nikt nie mógł wejść bez wyjaśnienia, kim jest i po co przychodzi. Kiedy Błękit Nieba z całą grupą zbliżał się do pierwszej wioski, ludzie pełniący straż dostrzegli go i usłyszeli też śpiew. A trzeba powiedzieć, że ta grupa śpiewała bardzo głośno dla dodania sobie odwagi. Stróże wioski krzyknęli: - Alarm! Strzeżcie się! Czuwajcie! Nieprzyjaciel się zbliża! I Błękit Nieba usłyszał śpiew wartowników wioski: Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu-tu-tuuu! Błękit Nieba nie odpowiedział i szedł dalej z całą swoją grupą. W następnej wiosce to samo. Strażnicy zaśpiewali pieśń czatujących: Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu!, trzy razy według zwyczaju. Ale tym razem syn Księcia odpowiedział: - To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! Idę poślubić Piękność Wysp! To ja, Błękit Nieba! Brzmi mój śpiew miłości, To ja, Błękit Nieba! Przechodził Książę Sprawiedliwy? To ja, Błękit Nieba! Syn Ziem Górzystych Idę jego śladem. To ja, Błękit Nieba! Książę tej wioski odśpiewał mu: - Nieszczęśniku, mój mały! Zawracaj, nie idź tam! Smok ogromny jest niczym Przy Wielkim Potworze. Tam poszedł Książę Sprawiedliwy, Ale nie powrócił już żywy Książę Ptaków Czerwonych Tam znalazł śmierć! I ty, niemal jeszcze dziecko, Tam idziesz? Chcesz śmierć znaleźć? Nie chodź tam, młodzieńcze, o, nie! - A jednak pójdę odpowiedział Błękit Nieba Znasz przysłowie: Uderz włócznią o skałę, nic nie odłupiesz. To ja jestem taką skałą. Poszli dalej, całą grupą, nielękliwi. Idą drogą, idą przez góry, przez doliny przesuwa się cała grupa. Idą i idą... I oto nowa wieś. I znów trzykrotnie brzmi pieśń wartowników. Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Błękit Nieba nie odpowiedział. Wartownicy krzyczę: - Alarm! Strzeżcie się! Czuwajcie! Nieprzyjaciel się zbliża! Grupa niosąca Błękit Nieba nie zatrzymała się. Doszli do następnej wioski. I znów trzykrotne ostrzeżenie wartowników: Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Błękit Nieba przedstawił się śpiewając: - To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! Idę poślubić Piękność Wysp! To ja, Błękit Nieba! Brzmi mój śpiew miłości, To ja, Błękit Nieba! Przechodził Książę Sprawiedliwy? To ja, Błękit Nieba! Syn Ziem Górzystych Idę jego śladem. To ja, Błękit Nieba! Usłyszał ten śpiew książę wioski i zaraz zaczął śpiewać O lala, mój maleńki! Wróć do siebie, wróć! Potwora zna cały świat. Śmierć znaleźli nierozumni od miłości Przy jego domu dolina pełna kości Wszystkie białe, wszystkie wyschnięte. Wszystkich pożarł Potwór wielki. Do domu, do rodziców wracaj, Jeśli życie ci miłe i rozum w głowie. - Eh odparł Błękit Nieba - Uderz włócznią o skałę, a nic nie odłupiesz... Ja jestem taką skałą. Syn Księcia nie przestraszył się. Wszyscy poszli dalej, ale przyłączyli się do nich wszyscy mężczyźni podnieceni słowami Błękitu Nieba. - Chodźcie, chłopcy, chodźcie wszyscy, skoro jesteście mężczyznami! Stąd już nie jest daleko. Książę wioski też dodał im otuchy i wszyscy poszli. A jaka wspaniała atmosfera zapanowała w grupie idących!!! Krzyczeli i śpiewali, jak podczas największego święta, jak podczas świątecznych zgromadzeń. I jeszcze jedna wioska - Alarm! Strzeżcie się! Czuwajcie! Nieprzyjaciel się zbliża! Wszędzie rozchodzi się wołanie wartowników. Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu-tu-tuuu! Błękit Nieba odśpiewał: - To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! Idę poślubić Piękność Wysp! To ja, Błękit Nieba! Brzmi mój śpiew miłości, To ja, Błękit Nieba! Przechodził Książę Sprawiedliwy? To ja, Błękit Nieba! Syn Ziem Górzystych Idę jego śladem. To ja, Błękit Nieba! Książę wioski mu odpowiedział: Dokąd idziesz? Wracaj! Książę Piękno poszedł tam, Bieleją już jego kości Książę Ptaków Czerwonych poszedł I tylko kości zostały z niego. Książę Sprawiedliwy poszedł I nie ujrzeli go rodzice. Tyś młody, upojony miłością, Też zostawisz tam swoje kości. - Uderz włócznią o skałę, a nic nie odłupiesz... Ja jestem taką skałą odpowiedział Błękit Nieba. - Widocznie takie jest twoje przeznaczenia powiedział książę tej wioski i zapytał Czy są tu mężczyźni, którzy chcieliby przyłączyć się do grupy Błękitu Nieba? Każdy mężczyzna zakrzyknął i zaraz wszyscy podjęli drogę ku morzu. Przez pagórki i doliny przechodziła grupa radosna i dumna. Maszerują. I maszerują. Wreszcie przybyli do wioski blisko brzegu morskiego. Przeszli rzekę i stanęli w stóp wzgórza. I znów okrzyki przerażenia: - Alarm! Strzeżcie się! Czuwajcie! Nieprzyjaciel się zbliża! Wszędzie rozchodzi się wołanie wartowników. Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu! Oto wojsko idzie, oto wojsko się zbliża tu-tu-tuuu! Błękit Nieba uspakaja: - To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! To ja, Błękit Nieba! Idę poślubić Piękność Wysp! To ja, Błękit Nieba! Brzmi mój śpiew miłości, To ja, Błękit Nieba! Przechodził Książę Sprawiedliwy? To ja, Błękit Nieba! Syn Ziem Górzystych Idę jego śladem. To ja, Błękit Nieba! - Hej! krzyknęli mieszkańcy na wzgórzu wracaj do domu! Poszedł tam i nie wrócił Książę Sprawiedliwy. Zginął tam Książę Piękno. Książę Czerwonych Ptaków też tam poniósł śmierć. Młodzieńcze! Też chcesz zginąć? Nie jest już miłe ci życie? - Baaa! Czcigodni Starcy! powiedział z szacunkiem Błękit Nieba - Uderz włócznią o skałę, a nic nie odłupiesz... Ja jestem taką skałą, ja... I poszli, przybyli nad brzeg morza. Błękit Nieba rozkazał swym ludziom: - Idźcie do lasu ścinać drzewa. Zatnijcie dużo, bo musimy zbudować statek, aby popłynąć do Piękności Wysp. Wszyscy rzucili się do pracy. Ci ścinają drzewa, tamci ściągają je na brzeg aż do samych fal. Cieśle wyciągnęli swoje narzędzia. Brrruch padają drzewa. Hooo-hop. Hooo-hop dopowiadają tragarze i rzucają kloce na plażę. Pum-pum-pum mówią młoty. Pan-pan-pan słychać basowe tony siekier. Wreszcie okrzyk: - Wsiadajmy! Ludzie, statek gotowy! My jesteśmy jak włócznie z dobrej stali, nic nas nie złamie. Związano bagaże, zabrano żywność i w drogę ku wielkiej przygodzie. Statek kołysze się na falach i płynie, płynie. Płynie jeden dzień, płynie drugi. Płynie nocą, płynie wciąż. I ziemia się ukazała. Ziemia!!! To Wyspa Wielkiego Potwora! Przybyli! Błękit Nieba zachęca swych ludzi: - Czy widzicie tę dolinę tam, daleko? Ona jest cała biała, nieprawdaż? To są kości wszystkich tych, którzy przybyli tu przed nami, tych wszystkich, których Wielki Potwór połknął jednym haustem. Stańcie, ludzie, przy mnie! My go zwyciężymy! Ja jestem z wami, ja, Błękit Nieba! - Niech żyje Błękit Nieba!!! krzyknęli wszyscy. I statek zbliżył się do wyspy wśród głośnych krzyków, jakby wszyscy przybywali na święto, rzucając w morze krzyk i radość. To uczyniło wielki hałas, który doszedł aż do Wielkiego Potwora. Ten zapytał swoją córkę: - Co to za hałas i wrzawa tam, daleko, na morzu? - Fiut odpowiedziała Piękność Wysp jest harmider i śmieszka tratwa. Ja też chciałabym wiedzieć, co to jest... Ale oni płyną tutaj... Spójrz, ojcze! Trzeba działać. Przybywa cała armia! O, tam, jakaś banda. Jeśli nas zaatakują, nie będzie łatwo jej się oprzeć. Załóż swój pas wojenny, bo już czas. - Dlaczego panikujesz, córeczko? Spójrz na wzgórze, o, tam! Co widzisz: zarośla, czy las? - Kości, wszystkie białe! To są ci, których pokonałeś. - Więc czego się boisz? Oni nie są liczniejsi od tych, którzy są tam, na wzgórzu. - Tak, ojcze, masz rację, przecież jesteś królem potworów morskich, prawda? W tym czasie okręt przybił do brzegu i zatrzymał się przy plaży. Błękit Nieba był na nim. Na tej samej plaży, w swojej kryjówce, był Wielki Potwór, gotowy już do walki. - Przybyliśmy tu powiedział Błękit Nieba po zwycięstwo. Wydajcie więc okrzyk wojenny. Rozległ się śpiew wojenny i doszedł aż do uszu Potwora. Ludzie Błękitu Nieba zbliżyli się do potwora dumni, zuchwali, bez lęku. Przybyli tu walczyć i zwyciężyć. - Stój! Zaczekajcie!!! krzyknął Błękit Nieba Najpierw ja pójdę! Postawiono na ziemi książęce krzesło. Błękit Nieba zeskoczył zwinnie, trzymając włócznię w ręce. Potwór był w swojej kryjówce, dwa kroki od Błękitu Nieba. Wielka skała zagradzała wejście. Błękit Nieba rzucił włócznią w tę skałę: tylko jeden raz! I skała rozsypała się w piasek, Po tym uderzeniu Wielki Potwór stracił pewność siebie. W tej samej chwili zaczął się trząść i dzwonić zębami. - A... Ojcze, czy mogę wejść? grzecznie zapytał Błękit Nieba. Z kryjówki wyszedł drżący głos starca: - Wwwwejdź, mmmmój ssssynu. Czy uwierzycie w to? On drżał, jak listek. On szczękał zęba. Mówiono o nim, że jest dumny i ma postawę konia... a jego głos drżał. I wszedł Błękit Nieba do kryjówki, swobodny, bez lęku. Wielki Potwór paplając zapytał go: - Ccccego żżżżądasz, mmmmój ssssynu? - Mój wielki ojcze! powiedział Błękit Nieba przybyłem tutaj tylko po to, aby prosić ciebie o pozwolenie, bym mógł poślubić twoją córkę, Piękność Wysp. Jestem młodzieńcem, który przybył tu z drugiej strony morza. Dowiedziałem się, że masz córkę najpiękniejszą ze wszystkich panien, jakie żyją na ziemi. Przybyłem tu, aby dowiedzieć się, czy zechciałaby zostać moją żoną. Oto, dlaczego tu jestem. - Aaaa mmmmy ttttu ssssię bbbbaliśmy ttttak bbbbardzo! Mmmmoja ccccórka mmmmi ppppowiedziała: "Sssspójrz, oooojcze! ttttu ptttrzybywa ccccała aaaarmia! Oooo ttttam, jjjjakaś bbbbanda". .. Aaaale jjjjeśli tttty pppprzybywasz ttttylko ppppo tttto... Eeeej! Nnnnie zzzzabraniam... jjjja mmmmyślałem, żżżże tttty pppprzybysza mmmmnie zzzzniszczyć... Ddddlatego jjjja mmmmiałem llllęk. Aaaa cccco ddddo ttttwojej pppprośby, tttto jjjjej zzzzapytaj, mmmmojej ccccóreczki. Jjjjak oooona oooodpowie, ttttak jjjja zzzzrobię. Iiiidź wwwwięc ddddo nnnniej, pppporozmawiaj... oooona jjjjest ttttam, wwww ttttej mmmmałej chchchchatce. Sprawa nie przedstawiała się źle. Błękit Nieba poszedł do piękności Wysp. Ach, jakaż ona jest piękna! Piękniejsza, niż mógłby ją sobie wyobrazić. Ale pomimo zachwytu nie stracił głowy, przeciwnie, mówił bardzo roztropnie: - A powiedział uprzejmie Jeśli ja pozwoliłem sobie przy-być aż tutaj, to z powodu bardzo ważnego. I tylko z jednego powodu. Wysłuchaj mnie. Ja, który mówię do ciebie, przybywam, zza morza. Przybywam z bardzo daleka. A jeśli tu przybyłem, to tylko dlatego, że ja chciałbym się ożenić. Ale ja nie łatwo zgodzę się na małżeństwo. Jestem wymagający. Moja żona musi być tak piękna, że na jej ramieniu nie pozostanie żaden ślad, jeśli zadrasnę ją paznokciem. Mówiono mi, że z tej strony morza, na wyspie, żyje pewna panna, właśnie taka, jakiej szukam, a nazywa się Piękność Wysp. Jest córką Wielkiego Potwora. Moje serce jest owładnięte miłością do niej od dawna i przybyłem tutaj, aby przekonać się, czy to jest prawdą. Oto, dlaczego tu jestem. - Rozumiem powiedziała marząco Piękność Wysp Rozumiem, co cię tu przywiodło. Już dawno dwaj piękni młodzieńcy przybyli tutaj... obaj zakochani we mnie... Mój ojciec mnie oszukał, nie wiem, dlaczego... Powiedział mi, że są to dzicy, którzy przyszli nas zabić... Byli też inni... wielu... I wszystkie ich kości są tam, wysoko, na wzgórzu! Oni przybyli, aby ofiarować mi swoje serce... A ty jesteś pierwszym, któremu udało się dotrzeć do mnie... Ty jedyny umiałeś pokonać wszystkie przeciwności. Nie może istnieć człowiek bardziej odważny, niż ty jesteś. Nie wątpię, że mnie uszczęśliwisz. Zgoda! Błękit Nieba powrócił do Wielkiego Potwora. - Dobrze powiedział Błękit Nieba Ojcze, my rozmawialiśmy razem, twoja córka i ja. Ona się zgadza, ona chce być moją żoną. Ale ja nie znam waszych zwyczajów, poucz mnie o obrzę-dach małżeńskich u was, aby nasze małżeństwo stało się tak silne, jak skała postawiona na pamiątkę tego małżeństwa. Poucz mnie, co powinienem zrobić. - Eeeh powiedział Wielki Potwór jjja jjjestem ppprostak, jjja nnnie wwwiem... Zzzwyczaje mmmałżeńskie? Nnnie mmma pppowodu rrrobić cccokolwiek... Zzzresztą zzzapytaj mmmoją cccórkę, ooona wwwie. Mmmoja cccóreczka zzzasłużyła nnna dddobrą pppamięć uuu mmmieszkańców tttej wwwyspy. Ppprzyprowadź jjją tttutaj. Tak powiedział Wielki Potwór, to jego własne słowa. A kiedy Piękność Wysp przyszła do swego ojca, Wielki Potwór powiedział do niej: - Aaa... Cccóreczko, ppprzygotuj wwwielki ppposiłek, uuucztę śśświąteczną, pppożegnalną, bbbo wwwy ppprzecież zzzaraz ooodjedziecie. I tak zrobiła Piękność Wysp. Szybko przygotowała posiłek, prawdziwą ucztę. Została przedstawiona Błękitowi Nieba, jego towarzyszom i także wszystkim mieszkańcom wyspy. Wielki Potwór zabił pięć tłustych wołów na to święto. Jakie to święto, moi przyjaciele! Wszyscy jedli i pili, ile chcieli. Mieszkańcy wyspy i towarzysze Błękitu Nieba długo o tym wspominali. I jeszcze dzisiaj wspominają... Ale był to posiłek pożegnania. Trzeba było odjeżdżać. Wielki Potwór ofiarował jeszcze kilka wołów, które zabito, aby przygotować jedzenie na drogę powrotną przez morze. Oczywiście, na okręt wniesiono też ryż, tyle ryżu, ile było potrzeba. Wtedy Błękit Nieba wydał rozkaz: - Nadeszła pora odjazdu, przygotujcie swoje bagaże! Idźcie też z Pięknością Wysp, aby pomóc jej w spakowaniu tego, co pragnie zabrać. A wy, moi towarzysze, szukajcie drugiego krzesła książęcego. Gdy zakończycie pracę, odpływamy! - Oo powiedział Wielki Potwór oo, wwy wwszyscy, wwam nnie zzabraniam wwziąć mmojej ccórki jjako żżony wwaszego kksięcia. Ttutaj nna wwyspie nnie mma zzakazu, aaby bbrać ddziewczęta ii wwywozić ddo sswego kkraju. Ii tty, Bbłękicie Nnieba, mmożesz jją zzabrać ddo sswego kkraju... Aale ppewnego ddnia oodwiedźcie ppotwora ttutaj. Praca szła. Zakończono łado |