Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. IV

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. ZWIERZ

Bardzo, bardzo dawno temu był-żył Zwierz, smok ogromny, o sile bez porównania. Zwierz marzył tylko o jednym: krzywdzić, ranić i zabijać. Toczył wiele walk i we wszystkich spotkaniach wystarczało mu jedno jedyne uderzenie, aby odnieść zwycięstwo. Świadomy swej siły szukał zaczepki w każdym stworzeniem, które spotkał na swojej drodze. Pewnego dnia spotkał "coś", co nie było ani zwierzęciem, ani rośliną. To "coś" jest śmieszne, można zobaczyć je od czasu do czasu. Rzucił się na "coś". I pokonał je.
Kiedyś przyszło mu spotkać się z innym zwierzem, jego krewnym. To dopiero była walka! Walka dwóch potworów, dwóch olbrzymów! I nasz Zwierz zwyciężył! Zawsze zwyciężał. I z tego powodu stał się nieszczęśliwy. Walczył bez ryzyka, bez chwały, niezagrożony. Jego triumf stawał się mdły, bez radości, pusty. Długo żył w lesie i zaczął się nudzić. Był silnym i prostackim.
Pewnego razy Zwierz, który nie był przebiegłym, postanowił udać się do Stwórcy.
- Chcę iść do Stwórcy, aby zapytać go... jestem pewny, że on zna wszystkie istoty żyjące na ziemi. Z pewnością zna też takie, które są najsilniejsze. Chcę zapytać go o najsilniejsze stworzenie na ziemi. Tak, ale gdzie jest Stwórca?
Przez chwilę zastanowił się, co on, biedny, mógłby zrobić, aby znaleźć Stwórcę. Pytał tych, którzy mogliby mu wskazać miejsce przebywania Stwórcy i powoli, stopniowo, zaczął domyślać się, gdzie Stwórca mieszka. I poszedł. Idzie. Biegnie. Aż przybył.
- Aaa powiedział uprzejmie, ale zapomniał pozdrowić Stwórcę Stwórco, czy jest takie stworzenie, które jest silniejsze ode mnie?
- Tak odpowiedział Stwórca jest coś silniejszego od ciebie.
- Wspaniale, Stwórco! Powiedz mi, co to jest... Chcę z nim walczyć. Jestem pewny, że zwyciężę.
- Aleś nie! Nie! Ty przegrasz, na pewno przegrasz!!!
- Nie zgadzam się z tym, co mówisz. Ja chcę bić się z nim i ja na pewno wygram!
- Dobrze! Twoja wola. Będziesz się bić... Imię tych, co są silniejsze od ciebie... one nazywają się Czaszki Długowłose.
Pewny zwycięstwa i stanowczy Zwierz nabrał chęci do walki z Czaszkami Długowłosymi. Odleciał od Stwórcy bez pożegnania, tak się spieszył, tak biegł... Ale zapomniał imienia swego przeciwnika. Wraca do Stwórcy. Nie pozdrawia. Od razu pyta:
- Jak nazywa się to coś, co jest silniejsze ode mnie?
- Oj, jakiś ty biedny! mówi Stwórca Jeśli ja powiem ci ich imię jeszcze raz, a ty do nich pójdziesz, znajdziesz tam śmierć.
- Nie! Ależ skąd! Jestem niepokonany!
- Dobrze! Imię ich, to Czaszki Długowłose.
Ledwo to imię zostało mu wymówione przez Stwórcę, Zwierz odwrócił się i pobiegł... Zatrzymał się... Powraca... Idzie jeszcze raz... Waha się... Wreszcie staje przed Stwórcą:
- Czy Czaszki Długowłose, to imię tych istot?
- Tak, oczywiście odpowiada Stwórca.
- Czasz-ki-Dłu-go-wło-se, naprawdę? I one nie mają innego imienia?
- Przecież ci mówię, że nie. One nie mają innego imienia, tylko Czaszki Długowłose. Czyś ty jeszcze tego nie zrozumiał?
- Tak, tak, zrozumiałem. A gdzie mieszkają te istoty?
- Widzisz, znasz już imię tych istot. To dobrze. Ale ty chcesz jeszcze poznać miejsce ich zamieszkania? Ja ci tego nie powiem. Zbyt boję się o twoje życie!
- Ależ mówi Zwierz - Stwórco, powiedz mi! Gdzie mogę je spotkać? Ja z nimi chcę się bić!
- Co za zwariowana myśl cię opętała? Jeśli one cię zobaczą, zabiją cię. Bądź tego pewny!
- Nie! Nie! Nie!. One mnie nie zmogą, te Czaszki Długowłose! Pozwól mi z nimi walczyć! Pozwól nam się bić! Ja je zwyciężę, te Czaszki Długowłose!
Wtedy Stwórca powiedział mu, gdzie on je znajdzie.
- Odchodząc ode mnie tak należy zrobić. Kiedy mnie pożegnasz, pójdziesz na północ. Daleko! Ale idź zawsze na północ. Gdy już będziesz na samej północy, tam znajdziesz je, te Czaszki Długowłose.
- Tak, mam iść na północ powiedział Zwierz Zawsze na północ. Czy mogę być pewny, że spotkam je, jeśli będę szedł zawsze na północ?
- Tak. Ty je tam spotkasz.
- I tam, na samej północy, znajdę najsilniejsze Czaszki Długowłose?
- Ty spotkasz najsilniejsze z nich.
- I ty mówisz, że ja będę pokonany przez te Czaszki Długowłose?
- Biada ci! Ty będziesz pokonany. One cię pokonają!
- To się okaże! Idę tam! powiedział Zwierz, odwrócił się i odszedł, nie powiedziawszy ani słowa więcej. Odszedł bez pożegnania.
Ruszył na północ. Idzie długo. Jeszcze idzie na północ. Idzie tam... Jest już bardzo daleko, gdy usłyszał dziki rozorujące ziemię i wyrywające korzenie w poszukiwaniu pożywienia.
- Co wy tu robicie? Czy to wy jesteście Czaszki Długowłose?
- Nie, my nie jesteśmy Czaszkami Długowłosymi. My mieszkamy tu, ale my się ich boimy. Jeśli tylko poczujemy ich obecność, zaraz uciekamy. Jeśli ciebie zobaczą, oni cię zmasakrują, chociaż jesteś olbrzymi.
- Tak są silne, te Czaszki Długowłose?
- Silne?! Można tak powiedzieć. Są bardzo silne.
- A to dobrze! Ja chcę je zobaczyć powiedział Zwierz ja idę do nich.
- Uważaj na siebie, bo one są silniejsze od ciebie!
- To się zobaczy! Powalczę z nimi.
- Więc jeśli koniecznie chcesz, idź tam, zawsze na północ. Tam je znajdziesz.
I Zwierz poszedł na północ. Idzie wciąż na północ, to północ, której tak bardzo pragnie. Szedł długi czas, aż znowu usłyszał hałas i pomrukiwanie w gęstwinie. To były borsuki.
- Co wy tu robicie? Czy to wy jesteście Czaszkami Długowłosymi?
- Nie, my nie jesteśmy Czaszkami Długowłosymi. My jesteśmy borsukami. Jeśli my spotkamy jakąkolwiek istotę z Czaszek Długowłosych, zaraz uciekamy. Wszystkie borsuki uciekają natychmiast. Jeśli nas spotkają przy wycinaniu drzew albo rozkopywaniu ziemi, jesteśmy zgubieni! Nie chodź do nich, bo ty też znajdziesz tam śmierć.
- Ależ nie! Ależ nie! Ja, ja właśnie ich szukam, aby się bić z nimi.
- Oj! Oj! Oj! powiedziały borsuki Ty chcesz się z nimi bić?
- Ja jestem strasznie silny. One przegrają!
- A więc idź dalej na północ, wkrótce ich spotkasz.
To północ go przyciąga. Idzie. Maszeruje. Biegnie. Spieszy się. Spotkał woły depczące ryżowisko dla zrobienia odpowiedniego błota.
- Czy to wy jesteście Czaszkami Długowłosymi? Wy, którzy wdeptujecie trawy w błoto na tym ryżowisku?
- Aaa, nie! odpowiedziały woły my nie jesteśmy Czaszkami Długowłosymi. Przeciwnie, my się ich boimy. Kiedy one rozkażą nam deptać błoto pod ryż, my musimy tam iść i chodzić po błocie. Kiedy one każą nam wracać do zagrody, my wracamy.
- Tak powiedział Zwierz pod tym względem one są naprawdę silne.
- One są bardzo silne odparły woły wszyscy, którzy chcieli bić się z nimi, przegrali. Wszyscy zostali pokonani. Zostali martwi i nie żyją... Oni są silni i umieją stawać się silniejszymi od najsilniejszych. Nie idź tam! Nie pragnij więcej ich ujrzenia, jeśli nie chcesz umierać!
- Ale właśnie ja tego chcę, aby oni byli silni, bardzo silni odparł Zwierz Ja chcę się bić z nimi właśnie dlatego, że są bardzo silni.
I Zwierz ruszył w dalszą drogę. Idzie, maszeruje i biegnie bez zmęczenia. Zbliżywszy się do miejsca, gdzie była woda, ujrzał gęsi i kaczki pływające po stawie. Zobaczył dużo gęsi i kaczek.
- Czy to wy jesteście Czaszkami Długowłosymi?
- Eee, nie odpowiedziały gęsi i kaczki Jeśli my tu jesteśmy, to tylko dlatego, że one nas wysłały tu, na to morze. Ponieważ one nas tu wysłały, abyśmy się kąpały, my musiałyśmy tu przyjść. Gdy każą nam wracać, zaraz powrócimy w pobliże ich domów.
- Ach, taaak powiedział Zwierz To one są tak silne, te Czaszki Długowłose?
- Tak, właśnie tak! One są bardzo silne, naprawdę! One są na północ stąd. One ty nie idź tam. One cię z pewnością pokonają.
- Ależ ja właśnie chcę walczyć z nimi. Ja chcę, aby były bardzo silne, bo ja chcę się bić naprawdę... Widzicie przecież, że ja jestem bardzo silny.
- Skoro chcesz, idź na północ, ty je tam znajdziesz.
Zwierz znów szedł drogą na północ. Pod manganowcem, wielkim drzewem, ujrzał małe dziecko, dziecko Czaszek Długowłosych. Zwierz zobaczył Małą Czaszkę Długowłosą.
- Kim ty jesteś? Czy ty nie jesteś przypadkiem Czaszką Długowłosą? Tak? To ty? I ty się przechadzasz w cieniu drzewa o smacznych owocach zwanych mangami?
- Taaa... mówi mała Czaszka Długowłosa jaa jeste... plawda... my jestemy... Caski Dlugowlose... jaa nie psece tobie...
Zwierz spogląda badawczo.
- Wy, Czaszki Długowłose, wy jesteście silne?
- Ach odpowiada mała Czaszka Długowłowa my mamy sefa, my wybrali sefa wioski. A sef wioski musi być silny. Ooo, on tam je, te sef wioski. Zobac, on tam coś robi, on naprawia, ija go zawoła...
Małe dziecko odeszło. Mała Czaszka Długowłosa poszła do szefa wioski.
- Tam powiedziało dziecko je wielgaśmy zwiez, który chce być sie z nami, Caskami Dlugowlosymi. Ija muse to wam powiedzieć, bo nas ucono, ze tseba tak robić, a wiec zwiez tu je, uon chce sie bić z nami.. Ija muse to wam powiedzie.
A więc trzeba zobaczyć, jak to jest, co tu się będzie działo. Szef wioski poszedł do manganowca i tam ujrzał Zwierza.
- Oto ty, wielki powiedział szef wioski Czy ty naprawdę tu przyszedłeś, aby się bić z nami, Czaszkami Długowłosymi?
- Tak, ja tu po to właśnie przyszedłem.
- To dobrze powiedział szef ja tu jestem szefem. I ja zgadzam się na twoją propozycję. Będę się bił z tobą, skoro po to aż tutaj przyszedłeś. My jesteśmy gotowi, każdy z nas jest gotowy do walki. Ale my, Czaszki Długowłose, my mamy pewne zasady, my nie lubimy rzeczy niejasnych. Kiedy my mamy zrobić coś ważnego, wcześniej robimy umowę z podpisem.
- O czym ty mówisz? zapytał Zwierz Ja nie wiem, co to jest umowa, nie wiem, co to jest podpis.
- O powiedział szef Czaszek Długowłosych to nie jest takie skomplikowane. Umowa, podpis. Oto, jak się to robi: bierze się gruby powróz i przywiązuje się do drzewa tego, kto chce zawrzeć umowę. Po złożeniu podpisu pod umową już nie będzie się wykręcał, buntował się, zmieniał warunki, stawiał nowe żądania... Potem, jest on pytany: "Zgadzasz się na tę umowę? Pragniesz jej? Naprawdę chcesz"? Jeśli przywiązany do drzewa naprawdę zgadza się na te warunki, mówi: "Ja się zgadzam, nie zmienię zdania". A więc dokonano umowy. I to jest podpis. A jeśli przywiązany powie: "Ja nie zgadzam się", to nic nie jest, nic się nie dzieje, umowa nie jest zawarta. A więc ty naprawdę chcesz się bić z nami? Jeśli tak, zrobimy umowę i będziemy walczyli. Jeśli nie odważysz się, nic nie szkodzi, spokojnie odejdziesz od nas i wrócisz do siebie.
- Ja! zakrzyknął Zwierz Ja chcę się z wami bić! Nie boję się was! Chodźmy więc! Ty powiesz sobie... Ty będziesz przywiązany pierwszy!
Czaszki Długowłose wzięły powróz i silnie przywiązały szefa wioski do drzewa. I pytano go:
- A więc jesteś zdecydowany? Ty ośmielasz się walczyć ze Zwierzem?
- Oczywiście! Ja się go nie boję.
- I chcesz się z nim bić, jak należy?
- Jestem gotowy i zaraz się schwycimy... Ten wielki, on zobaczy, że ja potrafię mu odpowiedzieć w walce.
Czaszki Długowłose odwiązały szefa wioski, a przywiązały do drzewa Zwierza, który stanął na jego miejscu. Wzięto najsilniejszy powróz, jaki tylko można było znaleźć. Ściśnięto go bardzo mocno, oj, jak mocno! Zwierz nie mógł się poruszyć. Niemożliwe, aby zrobił jakikolwiek ruch. A jeszcze dokładano sznurów. Przyniesiono wszystko, czym dało się go wiązać, ściskając coraz mocniej. Niemożliwe, aby Zwierz sam mógł się rozwiązać. Wreszcie Czaszki Długowłose skończyły i każda Czaszka Długowłosa udała się na poszukiwanie czegoś, czym można było bić. Przyniosły pałki, kije, ubijaki służące do młócenia ryżu... ale nie przyniosły noży, siekier czy tasaków, nie chciały ranić albo kaleczyć Zwierza. Mogły posiekać go na kawałki, ale nie chciały rozlewu krwi! Nie chodziło o zabicie Zwierza, chciały tylko dać mu porządną nauczkę. Każda Czaszka Długowłosa stanęła ze swoim narzędziem. Zaczynają. Jedna tłucze z góry, druga uderza z boku, inna bije od dołu.
- A więc pytały czy ty odważasz się bić z nami? Ty nie boisz się nas, Czaszek Długowłosych?
Uderzenia padały szybko, bez przerwy, nawet nie czuł poszczególnych
- Pewnie, że chcę się bić z wami krzyknął Zwierz.
I dalej szło: ja cię biję... ja cię walę... ja cię tłukę... I ja cię biję... I ja cię walę... I ja cię tłukę... I ja... I ja...
- I ty nas się nie boisz? Jesteś gotowy być się z nami, Czaszkami Długowłosymi?
Zwierz już się zmęczył... nie odpowiada... ja cię biję... ja cię walę... ja cię tłukę...te uderzenia... tyle ich! Biedny Zwierz! Życie z niego uchodzi. Bezsilny mruczy tylko:
- Ach, wstrzymajcie się! Już nie ośmielę się więcej bić z wami! Jesteście silniejsi ode mnie wy, Czaszki Długowłose...
- Cooo? Ty nie ośmielasz się bić z nami? Czyż nie po to przyszedłeś aż tutaj? Czy nie przyszedłeś, aby walczyć i zwyciężyć nas? A więc co chcesz teraz zrobić? Dlaczego nie chcesz się bić z nami?
Uderzenia posypały się na nowo... ja cię biję... ja cię walę... ja cię tłukę... A masz! Jeszcze!
Biedak nie wytrzymuje już więcej, a razy lecą nieprzerwanie. Już na pół martwy biedny Zwierz pozbył się hardości. A Czaszki Długowłose znów go pytają:
- Jakże więc, jesteś gotów bić się z nami, Czaszkami Długowłosymi?
- Oj, nie, nie, nie... Ja nie chcę się bić z wami, nie...
- Bijcie z dołu, siostrzyce, a bijcie mocno!
I znów lecą razy... ja cię biję... ja cię walę... ja cię tłukę!!! Pan-Pan-Pan! Wlan-Wlan-Wlan! Łup-Łup-Łup! Zwierz już nie może oddychać... Prawie nie oddycha. Życie już go opuszcza, więc i Czaszki Długowłose rozwiązały kilka powrozów.
- Jesteś wciąż gotowy walczyć z nami, Czaszkami Długowłosymi?
- Nie... nie... nie... Już się więcej nie odważę walczyć z wami.
Czaszki Długowłose rozwiązały go, uwalniając ze wszystkich węzłów i sznurów. I wygnały go. A on, Zwierz potężny, wlókł się, oj, jakże się wlókł! Tylko jedno tchnienie życia jeszcze w nim zostało, biedak żył tylko tą resztką. I wyruszył w drogę. Szedł na południe, tam, daleko... tak, to jest strasznie daleko, wreszcie przybywa. Idzie do Stwórcy w samo południe.
- Ach, Stwórco, oto ja, Zwierz! Prawdę mi powiedziałeś. Czaszki Długowłose są naprawdę bardzo silne, silniejsze ode mnie... Najsilniejsze na ziemi.
- O mój biedaku! powiedział Stwórca ja mówiłem ci prawdę. Pośród wszystkich istot świata nie ma żadnej, która by je zwyciężyła. To ja stworzyłem wszystkie istoty żyjące na ziemi i ja wiem, która jest najsilniejsza ze wszystkich. To ja, który stworzyłem też Czaszki Długowłose, które widziałeś. To ja uczyniłem je najsilniejszymi, silniejszymi, niż wszystkie inne na ziemi.
- Ach powiedział Zwierz to prawda! Żałuję, że ci nie wierzyłem.
Ale ten Zwierz, którego Stwórca uczynił i postawił na uziemi, był jedynym z tego rodzaju... źle potraktowany, zapadł w chorobę. Chorował, aż zmarł. I nie ma jego gatunku na ziemi, zniknął na zawsze.
A Czaszki Długowłose? To są ludzie. To rodzaj ludzki, którego jesteśmy potomkami. Ludzie, jak my, teraz, żyjący ludzie z inteligencją i rozumem. To nie jest prawda, że ludzie są najsilniejszymi na ziemi ze wszystkich istot żywych, ale mają inteligencję i spryt. I to pozwoliło im zwyciężyć Zwierza dużo silniejszego od nich. Dzięki inteligencji i podstępowi. Wielki Zwierz był bardzo silny, ale nie był sprytny. Oto, dlaczego Czaszki Długowłose go zwyciężyły!
Bajkę wam opowiedziałem,
Wysłuchaliście bajki mojej.
Ale bajka jest zawsze bajką.
Jeśli jutro będzie ładnie,
Będziemy suszyć goździki.
Jeśli jutro nie będzie ładnie,
Nie będziemy suszyć goździków.
To nie jest moja bajka!
Ja ją tylko opowiedziałem...
A teraz idę uciąć trzciny,
Bardzo słodkiej trzciny cukrowej,
Położę na czystym talerzyku
I wszyscy razem ją zjemy.


  • Góra strony

    2. ŻELAZNY TALERZYK


    Był raz człowiek, który żył w ogromnej nędzy. Ale był on bardzo odważny. Chciał się wydostać z tego dna swojej nędzy i szukał sposobu, aby móc wyżywić swoją rodzinę i zachować przy życiu. Pewnego dnia spotkał znajomą i powiedział jej o swojej biedzie.
    - Powiedz mi, daj mi jakąś radę, abym i żyć mógł i przy życiu utrzymać rodzinę.
    - Mój przyjacielu, to nie takie proste odpowiedziała znajoma Ja naprawdę nie mogę ci pomóc. Zarobić na życie teraz, w tych trudnych czasach, to nie jest łatwa sprawa.
    Ale nasz człowiek nie zniechęcił się i poszedł do jednego ze swoich znajomych.
    - Ach, mój przyjacielu, daj mi jakąż radę, abym mógł zarobić na życie.
    - Mój przyjacielu, jeśli wiedziałbym, powiedziałbym ci od razu, ale ja naprawdę nie wiem.
    Biedny człowiek poszedł do trzeciej osoby w swojej wiosce.
    - Daj mi radę, abym mógł zarobić na życie... Wyobraź sobie, że ja nie mam nic do jedzenia, nie mam co dać ani mojej żonie, ani moim dzieciom...
    - Przyjacielu, ja znam sposób, który pozwoliłby ci rozwiązać twój problem. Tak... Ale nie wiem, czy mogę ci to powiedzieć... Gdyby ci się to udało, miałbyś rozwiązany problem do końca życia. O, tak, do końca życia. Ale jest to rzecz ogromnie trudna, strasznie trudna.
    - Przyjacielu, nie wahaj się, tylko powiedz mi, co ja mam zrobić. Trudna, czy nie, nawet jeśli jest straszliwie trudna, muszę to zrobić. Tak, jak jest, dalej być nie może.
    - A więc uważasz, że mogę ci to powiedzieć? Wierzysz, że jesteś gotowy?
    - Tak, możesz być tego pewny!
    Posłuchajmy się, jakiej rady udzielił mu jego przyjaciel.
    - Dobrze, słuchaj więc uważnie, a ja ci wskażę coś, co może cię uratować, ale to nie jest łatwe. Trzeba iść daleko. Trzeba, abyś poszedł do lasu, do samego środka gąszczu. Będziesz potrzebował cały jeden tydzień, aby tam zajść. Będziesz zmęczony, przyjacielu, możesz mi wierzyć. Ale to jeszcze nic... Przybywszy tam, trzeba będzie cierpieć i to jak jeszcze! Jeśli nie możesz inaczej ułożyć swojej przyszłości, możesz spróbować... Możesz nawet zostać tam zabity i nie byłbyś pierwszym.
    - Przyjacielu, powiedz, jak? Wyjaśnij mi lepiej tę sprawę.
    - Dobrze. Więc to tak. Kiedy będziesz szedł przez cały tydzień, dojdziesz do serca lasu i tam zobaczysz grotę. Będzie to grota wielkiego pana lasu. Zapukasz do drzwi.
    - Ja mam zapukać do drzwi wielkiego pana lasu?
    - Tak, tak ci powiedziałem. Pan lasu każe ci wejść, Zapyta cię, po co tu przyszedłeś. Ty mu wyjaśnisz. On nie będzie ci wierzył i zacznie cię męczyć, aby poznać prawdę. A ty musisz milczeć! Jeśli krzykniesz, jeśli zapłaczesz, jeśli poskarżysz się chociażby cichutko... on cię zabije. A więc zastanów się i bądź rozsądny! Jeśli zniesiesz wszystkie tortury, pan lasu z pewnością da ci coś, co ci pomoże przeżyć i nawet staniesz się bogaczem.
    Cóż więc robić? Żyć w biedzie, czy spróbować szczęścia w niebezpieczeństwie? I nasz biedny człowiek wybrał: on pójdzie. Opuścił swoją wioskę i swoją rodzinę. Maszerował całymi godzinami przez las, maszerował cały dzień, od rana do wieczora! Maszerował przez cały tydzień! Rankiem ósmego dnia doszedł do groty, o której opowiadał mu znajomy. To grota pana lasu, który nazywał się PanDługiOgon. To było jego prawdziwe imię, ale w tej bajce my go będziemy nazywali Potworem. Był to leśny potwór, zwierz dziki i wielki, nie człowiek. Nasz człowiek zapukał do drzwi Potwora. Potwór otworzył.
    - Kto ty jesteś?
    - To ja, biedny człowiek.
    - Skąd przychodzisz?
    - W wioski, z daleka, spoza lasu.
    - A co chcesz robić tu, u mnie?
    - Ach, jestem chory, chory z głodu. Więc przyszedłem tutaj...
    - Co za brednie mi tu pleciesz!
    - Tak, ja mówię prawdę. Ja, moja żona i dzieci, by bardzo cierpimy z powodu głodu. My nic nie mamy, nic, aby przeżyć, głód nas zabije. Tutaj, u ciebie, jak mi powiedziano, jest jakiś środek, jakaś maszyna, coś, co pomoże mi przeżyć. A więc...
    - I z tego powodu ty tu przyszedłeś?
    - Tak, tylko dlatego.
    - Dobrze, wejdź!
    I biedny człowiek wszedł do groty Potwora. Ale ledwo znalazł się w grocie, Potwór rzucił się na niego, mocno związał go sznurami i od początku zaczął go wypytywać o powód jego przybycia. Z pewnością Potwór mu nie ufał.
    - Po coś tu przyszedł?
    - Ja... już powiedziałem... jestem chory z głodu... my wszyscy umieramy z głodu... tutaj powiedziano mi jest maszyna, jakaś rzecz, która pozwoli mi pokonać głód...
    Wciąż mocno związany, został położony na ruszt, pod którym były rozpalone węgle drzewne. Wy wiecie, takie ruszta, na których suszy się albo wędzi mięso lub ryby. I oto on leży na rusztach, a Potwór dorzuca węgli, rozdmuchuje, aby mocniej parzyły.
    - Po co tu przyszedłeś?
    - Ja już powiedziałem... to jest prawda... my wszyscy jesteśmy chorzy z głodu. Mówiono mi, że tutaj można znaleźć maszynę czy coś takiego, co pozwoli opanować głód. I tylko dlatego ja tutaj przyszedłem.
    Ogień go pali, ale on cierpi, nie narzeka, milczy. Po długiej chwili przyszły nowe tortury, cały szereg tortur. Znosił wszystko. Z jego ust nie wyszła najmniejsza skarga, ani jedna! Na szczęście dla niego. Bo gdyby tylko powiedział, na przykład: "aj, aj, ratunku... przestańcie!" już nie byłoby dla niego ratunku. Ilu innych szukało pomocy u Potwora właśnie w ten sposób! Nic nie dostali, a znaleźli tylko śmierć! Z powodu tylko jednej skargi, jednej prośby albo jednego bolesnego okrzyku on ich rozszarpał! Ale ten... on milczy, jest bardzo spokojny. Przecierpiał bez słowa wszystkie tortury, a to trwało długo. Tortury sprawiały mu ból ogromny, a on milczał... Następna tortura... on nie poskarżył się! Wreszcie Potwór rozwiązał go... biedny człowiek jest wolny. Potwór dał mu coś podobnego do talerzyka z żelaza... Ale to był drogocenny prezent, można nawet powiedzieć, że bezcenny.
    - To powiedział Pan Długi Ogon to jest prezent dla ciebie. Tu przecierpiałeś w milczeniu wszystkie tortury, które ci zadawałem. Jesteś odważny, zasługujesz, abym ci pomógł wyjść z biedy. Będziesz bogatym. Daję ci źródło bogactw. To jest mały talerzyk, talerzyk z żelaza, nawet niezbyt ładny... ale to jest bogactwo! To talizman! Oto, jak będziesz robił. Ty mu rozkażesz w imię PanDługiOgon. Tak powiesz:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj mi ...
    I wszystko, cokolwiek będziesz chciał, czegokolwiek zapragniesz, dostaniesz. Rozkazuj maszynie. Ona ci da... Jeśli ty jej rozkażesz, otrzymasz.
    - Jak to? Tylko tak, po prostu?
    - Tak. Właśnie to ci mówię.
    - Czy mogę spróbować?
    - Spróbuj, sam zobaczysz.
    Biedny człowiek zrobił próbę z małym talerzykiem.
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj mi ryżu, abym zjadł,
    Bom jest bardzo głodny.
    Cud! Maszyna posłuchała i wychodzi ryż, coraz więcej. Jest już ugotowany i smacznie przyprawiony.
    - A kiedy chcemy zatrzymać maszynę powiedział Potwór trzeba powiedzieć: "Tombobariko-balilo".
    - Tak, zrozumiałem. odparł - Tombobariko-balilo.
    I zatrzymał maszynę. Maszyna stanęła natychmiast. Biedny człowiek spogląda szczęśliwy na żelazny talerzyk.
    - Tak, to wspaniale! Jestem uratowany! Dzięki, dzięki stokrotne! Nie straciłem czasu przychodząc do ciebie. Dziękuję stokrotnie! Gdybym tu nie przyszedł, byłbym nędzarzem. Wiem, że dużo ludzi tu przyszło, ale znalazło śmierć. Ja nie przestraszyłem się takimi wieściami, przyszedłem i skorzystałem.
    Tak, ten odważny człowiek wygrał. Opuścił grotę z małym żelaznym talerzykiem, małą maszyną zadziwiającą. Teraz wraca do domu.. Idzie... idzie godzinami... idzie całymi dniami... idzie przez cały tydzień. Każdej nocy śpi w lesie. A kiedy jest głodny, rozkazuje małej maszynie, aby go nakarmiła. I talerzyk daje mu jedzenie. Po tygodniu przybył do swojej wioski. Widzi swe dzieci i żonę. Zatrzymał się przez chwilę, patrzy... Jacy oni są bladzi, mizerni i biedni, jak wynędzniali. To zrobił z nich głód! Oni prawie nic nie jedli przez dwa tygodnie. Biedne dzieci! Dzieci cierpiące głód są zawsze takie. Jego żona pyta go o drogę:
    - A więc znalazłeś coś w środku lasu, abyśmy żyć mogli?
    - Tak, mam.
    - Czy jest to coś dobrego?
    - Tak!
    - Czy zabrałeś to ze sobą?
    - Spójrz!
    I pokazuje mały żelazny talerzyk.
    - Co!? żelazny talerzyk?! Co można z nim zrobić?
    - Poczekaj trochę. Uważaj! Zaraz zobaczysz, do czego jest zdolny taki talerzyk.
    - Dość tego! Co może dać nam talerzyk? Będziemy cierpieć dalej. A ty odbyłeś daleką drogę po kawałek żelaza. Nieszczęśliwy talerzyk, niedbale wykonany. Tego my nie potrzebujemy. My chcemy jeść. Czy on nas nakarmi?
    - Oj, już dobrze, żono, zaraz zobaczysz, co potrafi zrobić ten talerzyk. To, czego my najpierw potrzebujemy, to dom odpowiedni. Nasz dom jest stary, spróchniały... jedna wielka rudera. Patrz, żono:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam duży dom,
    Abyśmy żyli w nim w pokoju.
    Ledwo wymówił te słowa, już stoi dom. Wielki dom! Nie, dwa domy, jak jest w naszym zwyczaju: dom mieszkalny i kuchnia. Oto jest dom, który wyszedł nie wiadomo skąd! Jest też drugi dom!
    - Tombobariko-balilo powiedział mąż i maszyna zatrzymała się.
    - Ha ha ha! O ha ha ha!!! krzyczała rozradowana żona Tak, to wspaniała, święta maszyna. A teraz twoja maszyna... My nie mamy nic do jedzenia. Co może ona zrobić?
    - Aleś ty niecierpliwa! Nie bój się, żono. Ja zrobię, że z tej maszyny wyjdzie wszystko, co jest potrzebne do życia.
    I rozkazał maszynie dać pożywienie, dobry posiłek! I oni jedzą, mąż, żona i dzieci. Jedli długo. A jak się najedli...
    - Już od dawna mówi kobieta nie widziałam kur, gęsi, kaczek, indyka. Czy ta maszyna może też to zrobić?
    - Oj, żono, żono, jakaś ty jest wymagająca!. Trudno z tobą wytrzymać. Powiedz maszynie, powiedz wszystko, co chciałabyś mieć.
    I w bardzo krótkim czasie mieli to wszystko, co ludzie bogaci mieć mogą. Mała maszyna zadziwiająca dawała im to wszystko, cokolwiek zapragnęli. Wszyscy to widzieli. Cała wieś była zdumiona.
    - Czy widzicie? Nędzarz z naszej wsi stał się bogaczem.
    - Tak, tak, teraz on jest milionerem.
    - Jak on do tego doszedł? Niejasna historia. Może zdarzyło się tu coś, co znamy z historii o czarownikach?
    - Trzeba się wywiedzieć.
    Szef wioski zwołał dostojników.
    - Zebrałem was dzisiaj z tego powodu i tylko z tego jednego powodu. Ta zadziwiająca wieść przechodzi z jednego końca wioski do drugiego. Biedak, który z nami żył w nędzy, jak mówią, stał się bogaczem. Trzeba się dowiedzieć, jak do tego doszło. Nie potrzebujemy iść tam wszyscy. Myślę, że wystarczy, jeśli pójdzie tam ze mną dwóch, którzy będą moimi towarzyszami i świadkami.
    I we trzech złożyli wizytę dawnemu biednemu człowiekowi. Przyszedł szef wioski i dwaj dostojnicy, którzy zastępowali go i dzielili z nim jego autorytet. Jednym z dwóch dostojników był człowiek, który powiedział biedakowi o grocie w sercu lasu. Doszli do domu jeszcze błyszczącego świeżością.
    - Och, co za śliczny dom! Czy można wejść?
    - Oczywiście! Prosimy!
    Dostojnicy oglądają wszystko: piękny dom, nie ma podobnie pięknego we wsi. Wchodzą i pozdrawiają,. Jak zwyczaj każe. Szef wioski przemawia:
    - Jeśli my dziś tutaj przyszliśmy, to nie z jakiegoś ważnego powodu, o, nie! To nie jest żaden powód nadzwyczajny. Ale dziwią się ludzie w wiosce widząc ten piękny dom i wszystko, co wy teraz macie. Oto, dlaczego przyszliśmy. Kiedy żyje się razem, trzeba, aby wszystko było jasne. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno, żyliście w biedzie, prawdziwej nędzy. Skąd więc macie to wielkie bogactwo, które teraz widzimy?
    Biedak, który stał się bogatym, przemówił:
    - O tak, macie rację, to jest zadziwiające, co mi się przydarzyło i wybawiło mnie z nędzy i z głodu, a może nawet od śmierci. A to całe bogactwo? Skorzystałem z rady, którą mi dano, nic innego. I ten, który mi dał tę radę, jest pośród was. On mi radził, abym poszedł do lasu, gdzie mieszka PanDługiOgon w samym środku lasu. Szedłem przez cały tydzień, zanim tam dotarłem. To była bardzo dobra rada. I ten dobry człowiek jest tu, szefie, jest jednym z twoich zastępców, szefie. Wycierpiałem wiele, o czym mógłbym wam opowiedzieć. Ale ten człowiek mnie o tym uprzedził. O, cierpiałem bardzo, zadawano mi tortury, ale ja milczałem, nie narzekałem nawet po cichu. Zniosłem wszystko. A potem otrzymałem prezent i zabrałem ze sobą..
    - I cóż takiego otrzymałeś w prezencie i przyniosłeś do domu?
    - Tylko taki mały, żelazny talerzyk. On jest tam, na półce. Nic innego! To dziwne, nieprawdaż? I tak powiedziałem temu, który zadawał mi tortury. Ale że zniosłem odważnie wszystkie cierpienia, który on wymyślił, nie umarłem, lecz mogłem do was powrócić.
    - A ten mały żelazny talerzyk.., do czego on służy?
    - Ach, tak, wy chcecie go obejrzeć. Jeśli ja mu rozkażę coś mi dać, to mi da, jakąkolwiek rzecz, każdą.
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam... rumu!
    Ledwie skończył mówić, buteleczka rumu stała przed nimi.
    - Tombobariko-balilo!
    I maszyna się zatrzymała. Zdziwienie odmalowało się na twarzach obecnych. Czegoś takiego jeszcze nie widziano. Taki przedmiot z pozoru bez wartości potrafi dać tak dobre, pożyteczne i wartościowe rzeczy. Gratulowali mu wszyscy.
    - Przyniosłeś wielką rzecz, to prawda. Wszystkie drogocenne rzeczy wychodzą z twojego talerzyka niby nie wykończonego, pomyślałby kto.
    I wszyscy pili i jedni. I rozmawiali. Urządzono takie małe święto.
    A w wiosce każdy chciał coś mieć, czegoś potrzebował. Jedni chcieli mieć kury, drudzy kaczki, inni gęsi czy indyki w wielkiej liczbie.. Już nie było więcej w wiosce biednych, nie było chorych, nie było zaniedbanych. Trzeba by to zobaczyć, jak wszystko dawała im dobra maszyna. Wszyscy byli dobrymi sąsiadami, a nowobogaci chętnie pomagali potrzebującym. Bo w wiosce trzeba sobie nawzajem pomagać. To dobrze, jeśli każdy trochę się wzbogaci. Teraz każdy ma małą zagrodę z ptactwem.
    Pewnego dnia szef wioski przygotował ryżowisko pod zasiew. Przyszło dużo ludzi, jak zawsze w takim wypadku. Każdy potrzebował jeść. Szef wioski pożyczył małą maszynę.
    - Oczywiście, szefie, możesz ją wziąć, ona jest nie tylko dla mnie i nie tylko moja, ona należy do nas wszystkich. Weź ją, tylko pamiętaj, co trzeba powiedzieć, kiedy wydaje się jej polecenie:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj mi ...
    I czego pragniesz, to jej powiedz... Zaraz będziesz to miał. Aby ją zatrzymać, powiesz:
    - Tombobariko-balilo!
    Ryżowisko było dość daleko od wioski. Szef zabrał żelazny talerzyk ze sobą. Przy ryżowisku polecił mu dać ryż, kiedy w południe wszyscy zmęczeni i głodni przerwali pracę. Przecież rano, kiedy szli do pracy, zjedli tylko ryż ugotowany w wodzie, bez jarzyn, bez dodatków, jak to się zwykle zjada na śniadanie.
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam smacznego ryżu.
    I w oka mgnieniu ryż z pachnącymi jarzynami zapełnił talerze, talerzyki... Już go wystarczy... już jest za dużo. Trzeba zatrzymać maszynę! Jak zatrzymać? Szef zapomniał zaklęcia. Próbuje sobie przypomnieć:
    - Kramba-Millon!
    Ryż leci dalej.
    - Kramba-Millon! Mrakba Mollin!
    Na próżno! Zaklęcia nie zatrzymują maszyny. Ugotowany ryż wysypuje się do ryżowiska, tego kwadratowego kawałka pola otoczonego wysoką groblą. To prawdziwy potop ryżu!
    - Zawołajcie szybko tego człowieka, który przyniósł tę potworną maszynę!
    Pobiegli do wioski. Szukają, ale właściciel żelaznego talerzyka wyszedł z wioski i udał się do domu przy swoim polu. A ryż wciąż leci. Wreszcie znaleziono tego człowieka... Na szczęście, mała maszyna zadziwiająca reaguje na odległość:
    - Tombobariko-balilo!
    Człowiek krzyczy głośno, jak tylko może. I maszyna stanęła. Ale ryżowisko jest przysypane gotowanym ryżem wymieszanym z pachnącymi ziołami! Ludzie musieli oczyścić ryżowisko wynosząc smaczny, ale nie przydatny do siewu ryż. Wieczorem ludzie przynieśli małą maszynę zadziwiającą do właściciela i powiedzieli:
    - Nie będziemy jej już potrzebowali. Ona zrobiła dobrą robotę. Robotnicy byli zadowoleni, najedli się do syta.
    Innego dnia ludzie mieszkający daleko od tej wioski usłyszeli o cudownym żelaznym talerzyku i przyszli prosić o jej wypożyczenie. Do czego była im potrzebna? Do dzików! Tak, do dzików! Byli oni myśliwymi, a w okolicy nie było już terenów, na których mogliby polować na te zwierzęta, więc chcieli zapełnić las dzikami. Przynieśli maszynę, wydali jej rozkaz:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam dziki!
    I maszyna zaczęły produkować dziki, żywe zwierzęta. Wyszło ich z małego talerzyka wiele. Najpierw wychodziły pojedyńczo. Potem parami, tuzinami, setkami, wreszcie tysiącami. Las już się napełnił tymi zwierzętami. Już wystarczy! Tak, myśliwym wystarczy dzików do polowania na długo. Jak zatrzymać maszynę? Zapomnieli słowa zaklęcia. Ktoś próbuje sobie przypomnieć:
    - Kramba-Millon!
    Maszyna nie staje. Drugi z myśliwych przypomniał sobie inne zaklęcie:
    - Baribarolikolo-bantarolo!
    Nie, to nie to. Trzeba wymówić słowo właściwe. Nic nie da się zrobić. Dziki wciąż wychodzą, przepychają się, podskakują szczęśliwe... Stwórca umie robić dobre rzeczy.
    Na szczęście, przechodził tamtędy właściciel żelaznego talerzyka i zapytał:
    - Dlaczego nie zatrzymujecie maszyny? Przecież ten las nie wyżywi tylu zwierząt, a i wy nie potrzebujecie tylu dzików.
    - Kiedy my nie potrafimy zatrzymać tej piekielnej maszyny.
    - A jak powiedzieliście?
    - Próbowaliśmy różnie: Kramba-Millon, Baribarolikolo-bantarolo i podobnymi zaklęciami.
    - Ach, to nie tak! Ona nie zatrzyma się na te zaklęcia. Trzeba powiedzieć:
    - Tombobariko-balilo!
    I maszyna zatrzymała się. Ludzie otworzyli gęby ze zdziwienia.
    Sława maszyny rozchodziła się wciąż i coraz dalej. Oto pewnego dnia przybyli ludzie zza morza, nawet tam, z drugiej strony morza, dowiedzieli się o małej maszynie zadziwiającej, która może dać wszystko. W ich kraju nie było soli. Trzeba było sprowadzać sól z bardzo daleka. Wypożyczyli więc okręt i przyje-chali po małą maszynę zadziwiającą. Okręt był bardzo duży, należał do największych. Przepłynęli morze, wysiedli i szukali właściciela żelaznego talerzyka. Pytali o jego dom. A kiedy dowiedzieli się, gdzie on mieszka, weszli i pozdrowili uprzejmie właściciela małej maszyny zadziwiającej.
    - Dzień dobry! odpowiedział gospodarz Co za dobry przypadek was sprowadza do nas?
    - Oj, to nie przypadek... Przybyliśmy specjalnie do was... Mówiono nam, że macie sławną małą maszynę zadziwiającą, która może dać wszystko, co się chce... U nas nie ma soli. Oto powód naszej wizyty. Chcielibyśmy wypożyczyć waszą maszynę, aby mieć sól, której nam brakuje...
    - Jeśli sprawa tak się przedstawia - powiedział właściciel maszyny my tu nie skąpimy. Jeśli mamy to, czego ktoś szuka, dajemy. Weźcie więc tę maszynę, ten żelazny talerzyk, proszę.
    - Prosimy nie obawiać się. Oddamy maszynę, jeśli tylko będziemy mieli odpowiednią ilość soli.
    - Wierzę wam! Ale nie zapominajcie, że jest to rzecz bardzo drogocenna!
    - Możecie liczyć na nas.
    Spisano umowę z nieznajomymi. Nazajutrz, o świcie, weszli na okręt i odpłynęli z małą maszyną zadziwiającą. Przed odpłynięciem właściciel jeszcze raz przypomniał im zaklęcie na rozpoczęcie pracy maszyny:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam ...
    i zaklęcie zatrzymania:
    - Tombobariko-balilo!
    Szef pożyczający żelazny talerzyk wypowiedział dwa zaklęcia kilkakrotnie i ludzie powtórzyli te zaklęcia też kilkakrotnie. A droga była daleka. Okręt płynął dzień i noc, kilka tygodni. Wreszcie ujrzeli brzeg swego kraju. Wzięli maszynę i rozkazali jej:
    Ty, mała maszyno zadziwiająca!
    Ty nią jesteś!
    To prezent, który dał PanDługiOgon!
    Daj nam soli.
    Ludzie jadący na okręcie chcieli pokazać witającym ich sól, kilka worków soli. I sól już wychodzi. Napełnili jeden worek... drugi... trzeci... napełnili wszystkie worki na okręcie. A sól wciąż wychodzi. Dość! Zatrzymać maszynę! Ale jak zatrzymać, skoro ludzie zapomnieli zaklęcie. Ktoś próbuje sobie przypomnieć:
    - Bokoroko-lole!
    Sól wychodzi.
    Próbuje szczęścia inny człowiek:
    - Alekambe- dagafoge!
    - Emisena-honacili.
    Nic nie można było zrobić. Ludzie już tracą głowę, bo dziób okrętu niebezpiecznie zanurza się w wodzie... sól jest ciężka... wysypują sól do morza, ale maszyna pracuje szybciej od ludzi. Tym gorzej! Okręt zaczyna tonąć! Trzeba ratować okręt... I wrzucili małą maszynę zadziwiającą do morza: żelazny talerzyk poszedł na dno.
    I dlatego morze jest słone. Bo maszyna wciąż jest na dnie morza i wciąż daje sól... wciąż... wciąż... Jeśli kiedyś pójdziecie na brzeg morza, jeśli tam będziecie się przechadzali i zobaczycie mały żelazny talerzyk dający sól, zabierzcie go szybko, bo to mała maszyna zadziwiająca!
    To nie ja wypowiadam kłamstwa,
    Ale ludzie żyjący innym razem.
    Ja, z lasu pod błękitnym niebem
    Nie opowiadam banaluków.
    Woda w morzu jest naprawdę słona.
    Tego wieczoru oczyszczamy goździki,
    Gdy ja wam opowiadam tę historię.
    Jeśli jutro będzie ładnie,
    Młodzi mogą suszyć goździki.
    Odmierzymy je potem łyżkami,
    Aby każdy otrzymał zapłatę za pracę
    Od właściciela drzewa i łyżki,
    Miarą sprawiedliwą, jednakową.



  • Góra strony

    3. ZDOBYWCY


    Żuje i przeżuwa Pan Szczur
    Zęby długie pokazuje.
    Pieści i gładzi swoje wąsy,
    Głaszcze swą głowę łysą...
    To nie ja zmyśliłem banaluki.
    To ludzie sprzed lat wymyślili,
    A ja powtarzam, co mi powiedzieli

    Był-żył raz książę, Wielki Książę! W swojej młodości szukał żony i znalazł taką, jakiej pragnął. Był to człowiek miły, uprzejmy, życzliwy. Umiał żyć i stworzył rodzinę bardzo szczęśliwą. Miał bogactwa, ale jednego mu brakowało, aby czuć się w pełni szczęśliwym: nie miał dziecka, ani jednego dziecka! W swoim sercu jego żona mówiła często:
    - O, jaka biedna ja jestem! Gdybym mogła mieć dziecko! Co za szczęście by mnie spotkało! Jacy szczęśliwi byśmy byli... Mamy bogactwo, ale po co te wszystkie bogactwa, skoro nikt nie będzie tego dziedziczył? Kogo one uszczęśliwią? Niewolników mamy dużo, wołów nie potrafimy nawet policzyć, ale dzieci... ani jednego...
    Gdy te smutne myśli Wielkiej Księżnej wzniosły się aż do Wielkiego Pana Nieba i ten wspomniał sobie o nich... Upragnione dzieci, dzieci legendy... Wielki Pan Nieba już wie... dzieci przyjdą szybko. Wielka Księżna wkrótce poczuła się szczęśliwa. Nosiła w sobie ciężar, który rodzi radość, wielką radość. Wkrótce urodziła dziecko: był to chłopiec, jej syn.
    - Żono, jakie imię chcesz nadać temu dziecku? zapytał Wielki Książę.
    - Och, to takie jeszcze małe dziecko... ja nie wiem, jakie imię mu nadać. Poczekajmy, niech będzie nasz syn trochę większy. Gdy będzie umiał usiąść, nadamy mu imię.
    Po krótkim czasie dziecko potrafiło już usiąść.
    - A więc, jakie imię mu nadasz? zapytał żonę ojciec dziecka.
    - Zanim nie zacznie raczkować, nie wiem, jakie imię powinniśmy mu nadać.
    Wkrótce dziecko było zdolne chodzić na czworakach..
    - Nasz synek już raczkuje. Jakie imię chcesz mu nadać?
    - Kiedy nasz syn potrafi sam stać, nadamy mu imię. Teraz jeszcze nie potrafię.
    Gdy ojciec zobaczył, że dziecko stoi już samo, zapytał żonę:
    - Patrz, żono, nasze dziecko już samo stoi. Jakie imię chcesz mu nadać?
    - Tak, tak... Ale nie dam mu imienia, dopóki nie potrafi iść za tobą, dokądkolwiek byś poszedł.
    Niezadługo Wielki Pan Nieba, który dał im dziecko, zauważył, że chłopiec już idzie za matką wszędzie, dokądkolwiek się ona uda.
    - Dziecko już umie chodzić powiedziała matka ale jeszcze nie potrafi ci towarzyszyć, kiedy naganiasz woły do zagrody... Jeszcze nie może chodzić z tobą na polowania ani przechadzać się ze mną. Kiedy potrafi rozkazywać niewolnikom, dawać im zajęcia i zajmować się naszymi dobrami... Kiedy nauczy się pomagać nam we wszystkim, wtedy nadasz mu imię.
    Dni mijały, jedne dobre, inne złe, a dziecko rosło, stawało się coraz większe. I chłopiec stał się młodzieńcem, zdolnym pomagać swemu ojcu we wszystkich zajęciach.
    - Tak, teraz nadam imię mojemu synowi powiedział Wielki Książę Bo on jest jedynym pośród wszystkich ludzi, który nie ma swojego imienia.
    Książę zebrał ludzi, wszystkich ze swego kraju. Przy nim stanęli ci, którzy pomagali mu w rządach.
    - Zwołałem was tu dzisiaj powiedział ponieważ chcę nadać imię mojemu synowi. Prosiłem was o radę. Już wybrałem imię dla mego pierworodnego. Od dzisiaj będzie nazywał się Zdobywca Bogactwa. Takie jest jego imię.
    Nieco później, a wiadomo, że w bajkach czas mija bardzo szybko, Wielka Księżna znów poczuła, że nosi w sobie ciężar. Z radością oczekiwała drugiego dziecka. I przyszło na świat: był to też chłopczyk.
    - Jakie imię nadamy naszemu drugiemu synowi? zapytała matka chłopczyka.
    - Czy ja wiem... Zaczekajmy, aż nasz synek zacznie raczkować.
    Wkrótce przy raczkującym chłopcu jego matka zapytała swojego męża:
    - A więc jak go nazwiemy?
    - Poczekajmy, aż potrafi sam ustać.
    Nie trwało długo, bo w bajkach wszystko dzieje się bardzo szybko, kiedy chłopiec sam stał, księżna zapytała:
    - Jakie będzie jego imię?
    - Zaczekaj jeszcze troszkę powiedział ojciec dziecka aż nasz synek będzie chodził za tobą.
    A kiedy chłopiec już mógł chodzić i za swoją mamą, i za swoim ojcem, Wielka Księżna zapytała:
    - Mężu, jakie imię nadasz naszemu synowi?
    - Zaczekajmy, aż potrafi pomagać mi w naganianiu wołów do zagrody i będzie towarzyszyć mi w polowaniu. Ja też chcę, aby on przejął część naszej pracy, jak już przejął jego starszy brat.
    Chłopiec rósł szybko, Nie był chuderlakiem ani słabeuszem. Był zdrowy i silny, jakimi są dzieci, które mają dobrą opiekę i otrzymują wszystko, co jest konieczne. A jego rodzice zajmowali się nim i bardzo dbali, aby nic mu nie brakowało. Rodzicom nie brakowało niczego, a wiadomo, że bogactwo pozwala dawać dzieciom to, czego nie mają biedni. Dzieci biednych rodziców nie rosną tak szybko i nie są tak zdrowe, ani piękne, ani tak silne, jak dzieci ludzi bogatych.
    Syn Wielkiego Księcia stał się pięknym i silnym młodzieńcem, odważnym i pełnym zapału do życia. Wtedy nastał właściwy moment nadania mu imienia.
    - A więc, jakie imię mu nadamy? zapytała swego męża matka młodzieńca.
    Jego ojciec zwołał zebranie wszystkich swoich poddanych. Dostojnicy stanęli przy Wielkim Księciu, jak przy nadaniu imienia pierworodnemu. Drugi syn otrzymał imię Zdobywcy Pieniędzy. Dwaj młodzieńcy, Zdobywca Bogactwa i Zdobywca Pieniędzy, byli radością domu i całego kraju. Wielki Pan Nieba nie dał już więcej dzieci Wielkiemu Księciu i Wielkiej Księżnej, ale ci dwaj synowie uczynili rodzinę szczęśliwą i radosną. Synowie zawsze byli przy swoim ojcu, zawsze blisko swojej matki. To ich obecność przy rodzicach była źródłem szczęścia przepełniającego serca.
    A jednak ci dwaj młodzieńcy nie byli podobni do innych chłopców. Co oni lubili robić? Lubili uczyć się wojować. Nie bili się nawzajem, ale robili manewry żołnierzy przed bitwą. Uczyli się posługiwać strzelbami. I to był ich ulubiony sposób spędzania czasu. Kiedy stali się dorosłymi mężczyznami, powiedzmy, że mieli po 16 lat, przyszli porozmawiać ze swoim ojcem:
    - Powiedz, ojcze, te strzelby, to są twoje strzelby, a nie nasze. My chcemy mieć strzelby, nasze, własne karabiny. Rozkaż niewolnikom, aby nam zrobili strzelby i karabiny, albo jeśli nie byliby zdolni kupmy. Ty nam zaraz powiedz, że masz bardzo dużo strzelb, ale to są twoje strzelby, ale nie nasze.
    - Nabijacie mi klina w głowę, moi chłopcy... Strzelby, my mamy ich trzy pełne magazyny. Nie ma złych czy zepsutych, wszystkie są dobre, każda jest dobrą, skuteczną bronią. Czego jeszcze pragniecie? Bierzcie tyle, ile wam potrzeba.
    - Ojcze, ty nas nie rozumiesz. Nie, ojcze, nie, matko... Te strzelby są wasze, a nie nasze. A my chcemy mieć strzelby.
    - Powiedziałem wam, że mi wbijacie klina w głowę. Czy dla nas jest coś trudnego do zrobienia? Jeśli chcemy coś zrobić, to zrobimy, to będziemy mieli. Pieniądze? Mamy ich dużo. Kupimy strzelby, kupimy zdolnych niewolników, którzy potrafią produkować strzelby. A jeśliby nie potrafili, odeślemy ich, sprowadzimy innych. U mnie nie może być miernoty. Strzelby, które nie są najlepsze, wrzucam do pieca i tam się topią. Jeśli spotkacie sprzedawcę strzelb, przyślijcie go do mnie. Ale powiedzcie każdemu, że ja kupuję tylko najlepsze.
    Niewolnicy, dobrzy kowale, rozpoczynają pracę, produkują strzelby, dużo strzelb. Wielki Książę zbudował dwa nowe magazyny i teraz kupuje strzelby, tylko najlepsze. Niedługo dwa nowe magazyny są zapełniona. Młodzieńcy idą do ojca.
    - Ojcze, mamy już dosyć strzelb powiedzieli Bardzo dziękujemy, że chciałeś je kupić dla nas. Dziękujemy ci, że dałeś nam niewolników, którzy wyprodukowali te strzelby. Ale my nie mamy armat. Powiedz im, aby wyprodukowali armaty, my je od nich kupimy.
    - Co? Armaty? Ależ armaty są rozstawione dookoła miasta! Jest ich dużo! Odstraszą każdego nieprzyjaciela, który odważyłby się nas zaatakować... A na co wam potrzebne armaty?
    - Te armaty są twoje, a my chcemy mieć nasze, własne armaty.
    - Ależ macie wymagania! Ale, skoro pragniecie, każcie zrobić armaty i wybierzcie z nich największe i najlepsze.
    Wielki Książę znów kupił niewolników, uzdolnionych kowali, którzy wiedzieli, jak kuć żelazo. Wkrótce armaty były gotowe. Wtedy synowie przyszli do ojca:
    - Oto widzisz, ojcze, nasze armaty, ale my nie mamy niewolników. Potrzebujemy niewolników.
    - Przecież wszyscy moi niewolnicy są też waszymi niewolnikami!
    - Tak, tak... ale to są twoi niewolnicy, a nie nasi.!
    Ojciec kupił dla nich niewolników. Dużo, trzy tysiące. Oni byli niewolnikami synów Wielkiego Księcia.
    - Dzięki, ojcze! Ale wysłuchaj nas. My nie chcemy zatrzymać ich u nas jako niewolników, chcemy, aby byli równi nam.
    - Co takiego? Czyście zgłupieli, chłopcy? Wy, książęta, chcecie być równi niewolnikom? Co was napadło?! Dlaczego chcecie zniszczyć porządek rzeczy? Skąd wam przyszły takie pomysły do głowy?
    - Racja, ojcze! My nie chcemy, aby oni byli naszymi niewolnikami. My chcemy zrobić z nich żołnierzy. Oni będą naszymi żołnierzami.
    - Żołnierze? Dlaczego nie? Niewolnicy, których wam dałem, są teraz waszymi, macie więc prawo nazywać ich tak, jak wam się podoba.
    W ten sposób niewolnicy stali się żołnierzami. Synowie Wielkiego księcia mieli trzy tysiące żołnierzy. I codziennie żołnierze mieli ćwiczenia przygotowujące ich do walki. Uczyli się wszystkich rodzajów walk. Mieli najróżnorodniejsze próby. Po latach żołnierze nauczyli się walczyć. Ale uczyli się pełnych dziesięć lat! Stali się armią, wobec której wszyscy mieli respekt. A nasi młodzieńcy? Mieli prawie trzydzieści lat, a jeszcze nigdy nie mówili o małżeństwie.
    - Chłopcy, czyż jeszcze nigdy nie pomyśleliście o szukaniu żon dla siebie? My chcemy mieć wnuki. Jest was tylko dwóch powiedział ojciec a wy wciąż przeprowadzacie tylko manewry i uczycie się walczyć, tylko o wojnach myślicie. Przecież bogactwa nam nie brakuje.
    - To prawda, ojcze, ale to bogactwo jest twoje, a nie nasze... Zbuduj nam okręty.
    - Co? Okręty? Ależ jest pełno okrętów w naszym porcie!
    - To prawda, ojcze, ale to są twoje okręty, a nie nasze! My chcemy mieś własne okręty.
    Budowano więc okręty. Zbudowano ich wiele: wojenne, podwodne, transportowe, małe i duże... wszelkiego rodzaju okręty.
    - Macie więc okręty, moje dzieci.
    - Dzięki ci, ojcze! Już mamy wszystko, czego nam potrzeba, aby wyruszyć w świat. I zaraz odjedziemy. Pojedziemy szukać bogactwa, będziemy się bić, zmierzymy się z ludźmi z wysp morskich na południu.
    - Moje dzieci, ja chyba zwariuję przez was. Wy tylko myślicie o zdobyczach i bitwach. To nie tak! Dlaczego chcecie odjeżdżać? Szukacie śmierci?
    - Ach, ojcze, chyba rozumiesz, że my szukamy naszego bogactwa. Twoje bogactwo jest owocem twojej pracy. My chcemy, aby nasze bogactwo było owocem naszej pracy.
    - Tak, tak, rozumiem... Co robić? Jesteście jeszcze młodzi, ale jesteście już dorosłymi. Jesteście mężczyznami. Chcecie odjechać, stać się samodzielnymi. Nie będę wam przeszkadzał.
    Dwaj synowie zebrali wszystkich swoich żołnierzy. Na okręty załadowali swoje armaty, karabiny, strzelby, amunicję, żywność. Gdy już wszystko było na okrętach, nastąpiło pożegnanie. Dniem odjazdu była sobota. Synowie wstali bardzo rano i poszli zasadzić krzew, powiedzmy, że to był kolcolist. Zasadzili go na dziedzińcu pałacowym. Każdy z braci, Zdobywca Bogactwa i Zdobywca Pieniędzy, posadzili swój kolcolist.
    - Ojcze, matko powiedział Zdobywca Bogactwa jeśli mój krzew uschnie... to znaczy, że ja nie żyję. Kula ze strzelby wroga mnie trafiła.
    - Drogie dzieci, ranicie nasze serca tak mówiąc. Czy naprawdę obaj zdecydowaliście się odjechać od nas, aby się bić? Obaj? Obaj tacy młodzi?
    - Ależ tak, wy dobrze wiecie, że właśnie tak zdecydowaliśmy.
    - O ja nieszczęśliwa! - wykrzyknęła ich matka.
    - Co czynić? powiedział złamanym głosem ojciec Bądźcie zwycięzcami! Zgromadźcie łupy, bogactwa, pieniądze... oby moje słowa stały się modlitwą i mogły być wysłuchane, oby wam nic złego się nie stało!
    - Ależ oczywiście, ojcze, twoje słowo może być wysłuchane! Daj nam swoje błogosławieństwo!
    I otrzymali błogosławieństwo, o które prosili. Ojciec im pobłogosławił. Zaraz potem wsiedli na okręt i odpłynęli. Płyną na południe, wciąż na południe, daleko na południe. Mijały godziny i dni, aż wreszcie podpłynęli do wyspy, która nazywała się Jasna. Zatrzymali się u brzegu i zarzucili kotwicę. Żołnierze i marynarze pozostali na okrętach, a dwaj bracia weszli do miasta. Było to miasto znane z fortyfikacji. Przybysze poszli od razu do pałacu królewskiego, aby pozdrowić władcę zgodnie ze zwyczajem.
    - Jaki przypadek as tu sprowadza? My wszyscy tu zgromadzeni jesteśmy gotowi was słuchać. A więc, jaka jest wasze przesłanie?
    - Przesłanie? Żadne, ale wyjawimy powód naszego przybycia. To bardzo proste. Przyjechaliśmy zmierzyć się z wami. Jeśli jesteście mężczyznami, postąpicie, jak mężczyźni. Jeśli zaś macie ducha kobiet, postąpicie, jak kobiety. My jesteśmy gotowi walczyć z wami.
    - Widać, że nie brakuje wam odwagi. Przybywacie od waszego ojca i matki waszej, aby walczyć z nami, mieszkańcami wyspy Jasnej?
    - Tak, właśnie tak! Chcemy wojować z wami. Jeśli nie chcecie się bić z nami, przynieście nam wszystkie wasze drogocenności, my je zabierzemy i powrócimy do naszego kraju. Jeśli chcecie walczyć z nami, przygotujcie się, przybędziemy jutro. Bądźcie gotowi i mocni, bo będzie gorąco!
    - Ha ha ha! Wy jesteście sławni i mocni u siebie, ale my jesteśmy u siebie. Uważacie się za bardzo mocnych i myślicie, że nam nie starczy odwagi? Że jesteśmy słabeuszami? Tak, powalczymy! Powalczymy aż do końca! O której godzinie chcecie zacząć wojnę?
    - O ósmej rano! A teraz wracamy na nasz okręt.
    Zdobywca Bogactwa i Zdobywca Pieniędzy powrócili na okręt.
    Nazajutrz dokładnie o godzinie ósmej rano żołnierze ustawili się w szyki i przystąpili do ataku. A trzeba wiedzieć, że walka ze strzelbami, to nie atak nieuporządkowany, gdy każdy w bałaganie może posuwać się naprzód na nieprzyjaciela. Nie, to nie tak. Trzeba się zastanowić, dobrze rozważyć sytuację, przestudiować manewr... Walka stała się okrutna. Bum-bum-bum! grzmią armaty. Pam-pam-pam! syczą strzelby. Puf-puf-puf- świszczą kule z karabinów. Niewolnicy... nie, oni nie są niewolnikami, oni są żołnierzami, żołnierzami, którzy uczyli się walczyć przez lata. Te dziesięć lat ćwiczeń nie poszły na marne. Walczą wokół miasta, walczą w mieście, walczą wszędzie. Dwa dni, całe dwa dni i całe dwie noce trwa już krwawa walka. Opór wojska Wyspy Jasnej osłabł. Wyspa Jasna jest zwyciężona! Obrońcy podnoszą białą chorągiew. Miasto jest zdobyte. Jego bogactwa stają się łupem. Cokolwiek ma jakąś wartość, wpada w ręce Zdobywcy Bogactwa i Zdobywcy Pieniędzy. To ich zdobycz wojenna. Żołnierze też mają swoją część, każdy jest bogaty.
    - Zwycięstwo! Gromadźcie wszystko, co jest cenne, żołnierze!
    - Robimy to, mamy już pełne kieszenie!
    - Niech żyje wolność dla zwycięzców!
    Wciąż rozlegały się okrzyki żołnierzy, którzy zebrali wszystkie skarby wyspy Jasnej. Powrócili na okręty pochyleni pod ciężarem łupu. Przyprowadzili króla i jego radę. Związali ich i uwięzili na okręcie, aby przypadkiem nie przyszła im do głowy myśl o rewanżu. Nie zabili ich, nie, ale zostali więźniami.
    - Co więc teraz zrobimy my, zwycięzcy? Czy już wracamy do domu z tymi wielkimi bogactwami?
    - Nie, jeszcze nie! Pojedziemy zabrać bogactwo Perle Wysp, która jest bogatsza od Wyspy Jasnej. Odwagi, żołnierze, na drugą bitwę! Kiedy Perła Wysp zostanie pokonana, wrócimy do domu.
    - Dla nas rzeczy drogocenne! Dla nas broń zdobyta! wykrzyknęli żołnierze.
    I popłynęli po morzu. Płynęli jeszcze długo, aż wreszcie do-płynęli do Perły Wysp. Przycumowali, zarzucili kotwicę. Żołnierze i marynarze pozostali na okrętach, gdy tymczasem młodzi Zdobywca Pieniędzy i Zdobywca Bogactwa idą do miasta, wchodzą do pałacu królewskiego, gdzie obok króla zasiadają wielcy dostojnicy pomagający w zarządzaniu miasta. Młodzieńcy pozdrawiają uprzejmie króla i jego radę, jak każe zwyczaj, a potem:
    - Jaki przypadek sprowadza was na naszą wyspę? My wszyscy tu siedzący jesteśmy gotowi was wysłuchać. A więc, jaka jest wasze przemowa?
    - Słuchajcie nas dobrze! My nie przybywamy to do was dla wygłoszenia przemowy. Jesteśmy tu tylko po to, aby się bić z wami. Jeśli są tu na wyspie mężczyźni, niech się mężczyznami okażą! Jeśli jesteście kobietami, zróbcie, jak tchórzliwe kobiety i przynieście nam wszystkie wasze kosztowności, całe wasze bogactwo. Przybyliśmy, aby walczyć z wami!
    - Widzimy, że nie brakuje wam odwagi. Opuściliście waszego ojca i matkę waszą, przybyliście tu, aby się bić z nami, chociaż my nic nie mamy przeciwko wam!
    - Tak, my chcemy bić się z wami. My chcemy posiadać wasze bogactwo, wasze złoto, wasze pieniądze i my to wszystko zabierzemy ze sobą.
    - O ho ho! Nikt jeszcze nie przemawiał tutaj w ten sposób i nikt jeszcze nie otrzymał naszego bogactwa! Nikt też nie odważył się mówić do nas w podobny sposób.
    - Więc bitwa?
    - Tak, wojna!
    - O której godzinie początek?
    - O ósmej rano!
    Nazajutrz o ósmej rano bitwa się rozpoczęła. Co za bitwa! Bum-bum-bum! grzmią armaty. Pam-pam-pam! syczą strzelby. Puf-puf-puf- świszczą kule z karabinów. To mocno rozgrzewa... ziemia jest w ogniu, miasto jest w ogniu, wszystko jest w ogniu. Zdobywca Pieniędzy jest wszędzie, jest najlepiej zaprawiony do walki. Z pewnością obaj bracia są silni, ale Zdobywca Pieniędzy zna lepiej manewry. Zdobywca Bogactwa ma przy sobie żołnierzy rezerwy i czeka na właściwy moment wprowadzenia ich do walki. Zdobywca Pieniędzy obiega miasto w ogniu, szuka możliwości zaatakowania pałacu królewskiego. Znalazł ścieżkę w wąwozie i poprowadził za sobą grupę żołnierzy. Zdobywca Bogactwa zauważył ten manewr i rozpoczął interwencję. Jest zagłuszony wybuchami bomb, oślepiony dymem. Ale nieprzyjaciel też odkrył manewr Zdobywcy Pieniędzy i próbuje go zatrzymać. Jakaś kula trafia go w głowę pod ucho... Tak! Zdobywca Pieniędzy skrwawiony pada! Zdobywca Pieniędzy nie żyje!
    Tragedia! Atakujący wycofują się na okręty, zbierają rannych. Podnoszą białą chorągiew, aby móc zabrać ciała zabitych, przede wszystkim ciało Zdobywcy Pieniędzy. Biegną do okrętów, a kiedy już byli na pokładzie, zaraz podnoszą kotwice i odpływają, aby nie powiedzieć, że uciekają. Uciekają, ale tak naprawdę, to nie zostali pokonani. Perła Wysp była już prawie pokonana! Jeszcze kilka minut, a biała chorągiew wystrzeliłaby nad miastem,. Gdyby Zdobywca Pieniędzy nie został zabity... a tak jego śmierć wszystko zmieniła.
    W tym czasie... Codziennie matka młodzieńców spoglądała na dwa kolcolisty... Ach! Krzew Zdobywcy Pieniędzy wydaje się blednąć... Ojejej! Liście uschły, zwiędnięte gałęzie opadły. Ojciec i matka Zdobywcy Pieniędzy płaczą z rozpaczy.
    Gdzie-e-e-e jesteś ty, mój synu,
    Gdzie ty jesteś, synku
    Gdzie Zdobywca Pieniędzy?
    Gdzie-e-e-e jesteś ty, mój synu,
    Gdzie ty jesteś, synku
    Gdzie Zdobywca Pieniędzy?
    Byliście na wyspie Jasnej,
    Byliście tam zwycięzcami,
    Byliście na Perle Wysp...
    O, moje dziecko, mój synku.
    Ach, Zdobywca Pieniędzy-y-y-y-y,
    Czyż tam znalazła cię śmierć?
    Zdobywco Pieniędzy, moje dziecko?
    Ludzie w krainie Wielkiego Księcia słyszeli ten żałosny lament. Zgromadzili się, pełni smutku. Płakali z rozpaczy. Matka Zdobywcy Pieniędzy obsypała się popiołem, inne kobiety także. Kobiety rwały sobie włosy na głowie, mężczyźni w rozpaczy tłukli głową w ściany i drzewa. Co za boleść z powodu śmierci tego młodego człowieka!
    Żołnierze tam, daleko, na okrętach, wiozą ciało zabitego. Spieszą się bardzo. Wracają do domu ze zwłokami, więc trzeba płynąć szybko, jak najszybciej. Tak samo szybko, jak płynęli na podbój wysp! Okręty rozbijają fale morza, rozbijają fale, rozbijają fale...Dłuży się ta podróż, aż wreszcie przybyli. Zwiastuni patrzący w morze dostrzegli okręty kołyszące się na morzu. Podwoili śpiew:
    Gdzie-e-e-e jesteś ty, mój synu,
    Gdzie ty jesteś, synku
    Gdzie Zdobywca Pieniędzy?
    Gdzie-e-e-e jesteś ty, mój synu,
    Gdzie ty jesteś, synku
    Gdzie Zdobywca Pieniędzy?
    Byliście na wyspie Jasnej,
    Byliście tam zwycięzcami,
    Byliście na Perle Wysp...
    O, moje dziecko, mój synku.
    Ach, Zdobywca Pieniędzy-y-y-y-y,
    Czyż tam znalazła cię śmierć?
    Zdobywco Pieniędzy, moje dziecko?
    Wydawało się, jakby kłody drzewa kołysały się na falach. To są okręty, które powracają. Ach, co za żałoba! Wszędzie płacz! Znak żałoby... Tak każe zwyczaj. Żałość... każdy kręci się nie wiedząc, dokąd iść i po co. Rozwichrzone włosy opadają na plecy, ciało posypuje się popiołem i błotem, niektórzy tarzają się w błocie. To żałoba z powodu śmierci syna. Matka Zdobywcy Pieniędzy odchodziła od zmysłów. Wzięła ostry kamień i płaskie żelazo, nacięła swą skórę aż do krwi i teraz chodzi nieprzytomna, okaleczona. Co za boleść z powodu utraty syna!
    Mężczyźni, oni też, są przepełnieni żałością, ale nie wyrażają jej tak, jak kobiety. Różni się serce mężczyzny od serca kobiety, różne są sposoby okazywania rozpaczy.
    Gdzie-e-e-e jesteś ty, mój synu,
    Gdzie ty jesteś, synku
    Gdzie Zdobywca Pieniędzy?
    Byliście na wyspie Jasnej,
    Byliście tam zwycięzcami,
    Byliście na Perle Wysp...
    O, moje dziecko, mój synku.
    Ach, Zdobywca Pieniędzy-y-y-y-y,
    Czyż tam znalazła cię śmierć?
    Zdobywco Pieniędzy, moje dziecko?
    Żołnierze znieśli na brzeg ciało Zdobywcy Pieniędzy i niosą do pałacu Wielkiego Księcia. Tutaj żałość jest jeszcze większa. Jest płacz, lamentacje, ale trzeba też nakarmić wszystkich, którzy przybyli na pogrzeb. Niewolnicy Wielkiego Księcia rozpalili ogniska, z daleka widać dym, ciemny i gęsty dym, jakby nawet ogień brał udział w powszechnej żałobie. Dym wznosił się aż do nieba.
    A tam, wysoko, w niebie, Stwórca urządza wielkie święto, tymczasem z ziemi wzbija się ostry, gryzący w oczy dym, który dusi zaproszonych na święto.
    - Co się dzieje na ziemi? Taki dym, który nas tu dusi. To niesamowite! Co to ma znaczyć? Przecież nie dzieje się to bez powodu.
    Tak, nic nie dzieje się bez powodu, ale nikt tu nie zna przyczyny tego dymu. Stwórca zawołał więc:
    - Hej, Posłańcu Radosny, zejdź i zobacz, co się tam, nisko, dzieje. Ten dym! Te lamentacja! Kto to urządza?
    Posłaniec Radosny schodzi na ziemię, schodzi coraz niżej, schodzi coraz bliżej ziemi... Wreszcie przybył na ziemię.
    - Co się tu u was dzieje? Z jakiego powodu taki wielki smutek? U nas, tam, w niebie, jest właśnie wielkie święto, a tutaj żałoba i lamentacje, i dym, który nam przeszkadza. Dlaczego tyle łez?
    - Stała się tutaj tragedia, o której wieść jeszcze do was nie dotarła. Tutaj było dwóch braci. Ich rodzice bardzo ich kochali. Oni byli bardzo bogaci, ale nie mieli dzieci. I oto wreszcie matka miała dwoje dzieci, dwóch synów, bardzo ładnych, bardzo odważnych. Oni byli bliźniakami, chociaż jeden od drugiego był starszy o kilka lat. I pojechali szukać bogactwa. Toczyli wojny. Na wyspie Jasnej zwyciężyli. Zaraz potem pojechali na Perłę Wysp, aby także tam się bić. Ale kula trafiła młodszego, Zdobywcę Pieniędzy. On jest martwy. W tym czasie odbywa się jego pogrzeb. Zachowujemy wszystkie zwyczaje, jak się należy. Jego ojciec, jego matka i wszyscy tutaj są w żałobie i bólu z powodu tej śmierci. Oto, dlaczego płaczemy i powstał ten dym. Gotujemy woły i ryż dla wszystkich i płaczemy wraz z rodzicami z powodu ich drogiego syna.
    - Tak, teraz rozumiem, co się tutaj stało i jakie wielkie cierpienie was trapi. Ja i moi dwaj towarzysze, Posłaniec Mały i Posłaniec Zmarłych, wracamy na górę. Tam, wysoko, są ludzie potężni.
    I odeszli. Wznoszą się, wznoszą, wznoszą się coraz wyżej, wyżej, wyżej... Wreszcie przybyli.
    - Co jest powodem tak wielkiej żałoby?
    - To proste, Stwórco. Było dwóch młodych braci, którzy popłynęli daleko szukać bogactwa. Ich matka długo nie miała dziecka. Potem urodziła ich dwoje. Potem... Potem... I potem... jeden z nich umarł... Został zabity. Co za nieszczęście!
    - Jeśli tak się rzeczy mają powiedział Stwórca zejdź nisko i powiedz im, aby już więcej nie smucili się. Powiesz im: "Ufajcie Stwórcy! Jeśli mu zaufacie, pewnego dnia wasze szczęście i wasza radość może powrócić. Weźcie ciało zmarłego i włóżcie do takiej skrzyni, do której nie może dostać się woda. Zatopcie tę skrzynię z ciałem zmarłego w głęboką wodę, tak głęboką, jak woda w porcie, gdzie stoją na kotwicy wasze okręty... Potem skrzynię wyciągnijcie i otwórzcie. Ale przede wszystkim nie rozpaczajcie! Nie płaczcie więcej!!!"
    Posłaniec radosny opuścił niebo. Schodzi-schodzi-schodzi-schodzi... wreszcie doszedł do pałacu Wielkiego Księcia.
    - Oto są słowa z wysoka: Ufajcie Stwórcy! Ponieważ on, Stwórca, dał wam to dziecko, to chociaż leży nieżywe, on je podniesie dla was. On ma moc oddać wam waszego syna żywego! Włóżcie to ciało do skrzyni dobrze zamkniętej, do której nie może wejść woda. Zwiążcie skrzynię sznurem i spuśćcie do głębokiej wody w porcie. Zostawcie przez miesiąc w tej głębokiej wodzie, a potem wyciągnijcie ją i otwórzcie.
    Ludzie wzięli ciało zabitego Poszukiwacza Pieniędzy, włożyli do skrzyni, skrzynię związali grubym i mocnym sznurem i zatopili w morzu. Po trzech tygodniach zauważyli, że odżywa kolcolist. Gałązki dostają pączków, a pączki rozwijają się. W końcu miesiąca cały kolcolist jest zielony, kwitnie! Ludzie ciągną za liny, wyciągają skrzynię... Zdobywca Pieniędzy jest tam! Jest żywy! Żywy, jak kiedyś! Wyobraźcie sobie radość jego ojca! Radość jego matki! Radość Zdobywcy Bogactwa! Radość wszystkich ich przyjaciół! Wtedy urządzono święto, jakiego jeszcze nigdy nie było!
    Jeśli dziś opowiedziałem bajkę moją,
    Niech ten dzień dzisiejszy będzie dobry!
    Jeśli jednak nie jest to moja bajka,
    Niech ten dzień także będzie dobry!
    To nie ja wymyśliłem te banaluki,
    Wymyślili ludzie sprzed wiekiem,
    A ja zapamiętałem, aby wam powtórzyć.
    Ale nie zapomnijcie tego, co ode mnie pochodzi:
    Należy to powiedzieć:
    Ufajmy Stwórcy!
    Nie trać ufności
    Nigdy w życiu!
    Stwórca dał,
    Stwórca wziął.
    Oni Mu ufali
    I syna dostali
    Znów żywego,
    Szczęśliwego.
    Stwórca wszechmocny
    Da nam, co chce
    I co my chcemy,
    Gdy szczerze prosimy.



  • Góra strony

    4. BYK DAWNYCH DNI



    Moja bajka, moje bajanie,
    Za banaluki wszystkim stanie,
    Nikt nie wierzy w te bzdury,
    Choć radość mają z tej lektury.
    Jeśli ludzie mnie okłamali, to i ja was teraz okłamuję. Powtarzam wam historię o pewnej kobiecie, która bardzo pragnęła dziecka. I tak się modliła:
    - O Stwórco, tam, wysoko, ja Cię wzywam: daj mi potomstwo, bardzo Cię proszę.
    W nocy po tej modlitwie usłyszała głos Stwórcy:
    - Będziesz miała potomstwo, ale ono nie będzie liczne. Otrzymasz jedno dziecko, które napełni twoje serce przeogromną radością i szczęściem.
    - Ach, tak, bardzo się cieszę. odpowiedziała.
    My mówimy o dziecku z bajki, a takie dziecko szybko po obietnicy przychodzi na świat, szybko rośnie, bo w bajkach czas leci bardzo szybko. A kiedy dziecko się urodziło, kobieta nazwała je imieniem Śliczny. Było to piękne dziecko, mówię wam. Chłopiec rósł szybko, nigdy nie chorował. A kiedy Śliczny stał się dużym, pięknym młodzieńcem, spotkał piękną dziewczynę, którą pragnął poślubić, a ona jego też pokochała. Śliczny poszedł więc do rodziców panny i prosił, aby zgodzili się dać mu ją za żonę.
    - O wy, ojcze i matko, dajcie mi za żonę waszą małą ostatnią, waszą Malutką, jak ją nazwaliście. Ja kocham ją z całego serca.
    - Pragniesz poślubić naszą Malutką? Naprawdę kochasz naszą małą, naszą najmłodszą? Nie dostaniesz jej, jeśli jesteś leniwy. Bądź tego pewny!
    - Ja jestem leniwy? Tak sądzicie? Wskażcie mi jakiekolwiek zadanie, jakąkolwiek pracę, a zobaczycie, jak ona będzie wykonana!
    - Dobrze, zobaczymy. Zrób pirogę ! Wydłub ją własnymi paznokciami - odpowiedzieli ojciec i matka Malutkiej i pokazali mu pień grubego drzewa.
    Tego jeszcze nikt nigdy nie zrobił! Ale Śliczny zabrał się natychmiast do pracy. Wydłubuje paznokciami pirogę w wielkiej kłodzie drzewa. Nie używa siekiery, ani noża. Drapie tylko paznokciami...
    - Ojcze, matko, zrobione!
    - Teraz mówią rodzice Malutkiej zasiej ryż. Wysiej ryż, który jest w spichlerzu.
    Spichlerz był wypełniony ryżem aż pod dach! A on sieje ryż... sam jeden.
    - Ojcze, matko, zrobione!
    - Teraz zbierz z pola nasz ryż, który wysiałeś, i zanieś do spichlerza.
    Śliczny zbiera ryż, ziarnko po ziarnku, ale na pomoc przywołał wszystkie ptaki. A były tam ptaki najróżniejsze: przyleciały do niego te, które żyją w naszej ziemi, a także ptaki z północy: wróble, przepiórki, kosy, drozdy, skowronki... przybyły wielką gromadą. Nóżkami rozgrzebywały ziemię, brały ziarnka w swoje dzióbki i zanosiły do spichlerza. Było trochę łakomczuszków, ale te ptaszki Śliczny przegnał:
    - Wy, łakomczuchy, spowodujecie, że stracę kobietę, którą pokochałem. Wynoście się stąd!
    Łakomczuchy odleciały. Spichlerz znów był pełny.
    - Ojcze, matko, zrobione!
    - Dobrze pracowałeś. A teraz masz jeszcze jedną próbę: zrobisz sznur z twoich włosów powiedzieli ojciec i matka.
    Śliczny wyrwał swoje włosy i uplótł z nich bardzo mocny sznur.
    - Ojcze, matko, zrobione! Oto sznur dla was!
    - Ach, tak... dobrze... nie jesteś leniwy, ale my ci nie damy naszej Malutkiej za żonę. Nasza córka nie będzie twoją żoną... jesteś do niczego, dla nas nie istniejesz! Naprawdę! Nasza cudowna córeczka nie będzie twoją żoną! Co to, to nie!!!
    - Bardzo was proszę... Wykonałem każdą pracę, którą mi zleciliście. To zdrada! Nie dotrzymaliście umowy. Ona musi zostać moją żoną, bo zasłużyłem na to, a ona mnie też kocha.
    - To twoja sprawa, nie nasza. Drwimy sobie z tego, co mówisz.
    - Słuchajcie więc powiedział Śliczny uroczyście Słuchajcie dobrze, ojcze i matko Malutkiej:
    Wydłubać pirogę paznokciami?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Wysiać pełny spichlerz ryżu?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Napełnić spichlerz ryżem?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Zrobić sznur ze swoich włosów?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    - Śliczny potrafi wszystko powiedział Śliczny nie jest leniwy. I wy nie chcecie mi dać waszej córki za żonę?!
    - Ty nie będziesz jej miał, nie dostaniesz jej nigdy! Nigdy!! Nigdy!!!
    Śliczny odszedł i zaraz poszedł do pewnej staruszki, tak starej, że nigdy się takiej nie spotyka. Staruszka była naprawdę stara! Jej oczy były pełne zastygłych łez, że nie mogła podnieść powieki. A do tego bezzębna szczęka, widoczna cała! Śliczny zapukał do jej drzwi: puk-puk-puk.
    Staruszka otworzyła drzwi.
    - Wejdź, Śliczny, wejdź zaprosiła.
    Młodzieniec wszedł.
    - Dzień dobry! Serdecznie was witam! Czy możecie zdjąć skorupy z moich oczu? Zdejmijcie je!
    Śliczny wziął do ręki kawałek drzewa i bije, i uderza w skorupy... Po chwili skorupy na oczach zaczynają się kruszyć, rozpadają w kawałki, rozsypują się. Znikły. Oczy są uwolnione i staruszka może widzieć. Widzi tylko jednego gościa. Wymawia zwyczajowe pozdrowienia, a gdy skończyła, pyta:
    - Co cię do mnie przywiodło, piękny młodzianie?
    - Ach, tak młodzieniec chce odpowiedzieć, aby to nie wypada od razu wejść w sedno sprawy. Podejmuje więc pozdrowienie:
    - A jak się czujesz, babciu?
    - Dobrze, dobrze, mój chłopcze! Dzięki Bogu, a i za ciebie Boga proszę, aby cię strzegł. A więc, mów, co cię tu do mnie przywiodło?
    - Taka sprawa... Chcę udać się na poszukiwanie Byka Dawnych Dni. Mówiono mi, że ty, Babciu Białogłowa, wiesz, jak mógłbym mu się przypodobać i przyprowadzić ze sobą.
    - Tak, mój chłopcze, wiem. A po co ci on potrzebny?
    - Chciałbym, aby przyszedł ze mną do pewnej wioski i pożarł wszystkich jej mieszkańców.
    - Ależ dlaczego? Dlaczego chcesz śmierci ich wszystkich?
    - Ach, oni mnie oszukali, zdradzili powiedział Śliczny.
    - Oni cię zdradzili? Wytłumacz mi to, proszę.
    - Oni nadużyli mojego zaufania, ci ludzie. Babciu Białogłowa, ja chciałem poślubić ich córkę i prosiłem, aby dali mi ją za żonę. Kazali mi wydłubać paznokciami pirogę. Jeszcze nikt tego nie zrobił, ja to zrobiłem. Kazali mi wysiać ryż, pełny spichlerz. Nikt tego nie zrobił, ja to zrobiłem. Zaraz potem kazali mi zebrać ten ryż. Nikt tego nie zrobił, ja to zrobiłem. Kazali mi upleść sznur z włosów, tylko z moich włosów. Nikt tego nie zrobił, ja to zrobiłem. Zrobiłem wszystko, co mi kazali. A oni nie chcą mi dać swojej córki za żonę. Oto, dlaczego przyszedłem tutaj i jestem taki rozgniewany.
    - Tak, mój chłopcze, posłuchaj, oto słowo staruszki, Babci Białogłowej: ty masz rację. A skoro ty masz rację, ja ci pomogę. Oto słowo staruszki, Babci Białogłowej: Weź z sobą dzban, pełen wody. Weź też flet z trzciny. To są rzeczy potrzebne przy szukaniu Byka Dawnych Dni. Będziesz musiał z nim walczyć. Jeśli przegrasz, on ci powie, że ciebie pożre. Nie, nie zje ciebie, tylko on będzie tobie rozkazywał, a ty będziesz musiał robić wszystko, co on ci rozkaże. A jeśli ty go pożresz, on będzie ci posłuszny.
    - Tak, rozumiem - powiedział Śliczny.
    - Młodzieńcze, ten dzban pełny wody będzie potrzebny do pierwszej walki. Obrócisz dzban na wschód i przechylisz go w tę stronę, z której wieje wiatr. Kiedy wiatr poruszy wodę, wtedy możesz walczyć. Nie bój się, nie miej najmniejszego lęku. Potwór ci powie: "urządźmy zawody, kto dłużej będzie pluł". Uważaj, ponieważ przegra ten, kto pierwszy przestanie. Gdy ty pierwszy zatrzymasz się, on zwycięży i ciebie pożre. A ty pluj do twego dzbana. Dzban będzie pełny i ty zostaniesz zwycięzcą. Potem on ci powie: "urządźmy konkurs, kto dłużej będzie gwizdał". Jeżeli ty gwizdniesz raz, drugi i trzeci, zmęczysz się i Byk Dawnych Dni ciebie zwycięży i pożre. Ale ty postaw dzban z wodą do wiatru i on będzie słyszał: Brrrrrom on będzie pobity. A kiedy ci powie: "uczyńmy jeszcze jeden konkurs, kto dłużej będzie ryczał", uważaj, bo twój głos ci nie wystarczy i zostaniesz pobity, a Byk Dawnych Dni ciebie pożre. Ty weź swój flet trzcinowy i dmuchaj, jak tylko możesz. Byk Dawnych Dni zmęczy się szybciej od ciebie i ty wygrasz. Uważaj, bo on jest bardzo wielki, ten Byk Dawnych Dni. Bądź więc mężczyzną, młodzieńcze, nie daj się pokonać. Ty możesz go zwyciężyć, a więc idź!
    - Idę, Babciu Białogłowa!
    - Jeszcze jedna sprawa. Zwierz nie zna słów dzisiejszych, lecz tylko dawniej używane.
    - Rozumiem i dziękuję powiedział Śliczny Już wiem, co powinienem robić.
    Młodzieniec szedł przez lasy i sawanny. Szedł długo, całe godziny, całe dni. Trzy noce z rzędu musiał spać w drodze. Wreszcie przybył do krainy Byka Dawnych Dni. Bez trudu rozpoznał, że jest na jego terytorium, bo ziemia drżała, gdy zwierz się przechadzał. Śliczny zbliżył się do niego.
    - Czuję tu człowiek powiedział Byk Dawnych Dni Tu czuć człowiek, tu czuć.
    Byk Dawnych Dni zauważył Ślicznego.
    - Co tu szukać ty?
    - Co ja tu szukam? To proste. Urządzam wielkie święto i przyszedłem, aby ciebie na nie zaprosić. Byku Dawnych Dni, ty możesz zjeść ludzi z całej wioski!
    - Co? Ty zaprosić ja zjeść wszystkie ludzie w wioska?
    - Tak, właśnie tak!
    - Zgoda! Ale nie iść tak sobie. My walczyć ze sobą. My wiedzieć, kto silniejszy.
    - Jak to? Walczyć? Bić się?
    - Najpierw my zrobić zawody, kto dłużej pluć.
    Byk Dawnych Dni skurczył się i pluł przed siebie. A Śliczny stał nad garnkiem odwrócony tyłem do Byka Dawnych Dni. Kiedy zwierz nie mógł już pluć, spojrzał na garnek, który był pełny i wciąż falowało w nim. Byk Dawnych Dni uznał się za pokonanego, ale zaraz powiedział:
    - Ty zwycieżyć ja! Teraz my zrobić drugi konkurs: kto dłużej gwizdać.
    Śliczny odwrócił dzbanek na wschód i dzióbek dzbana zaczął śpiewać: rrrum, rrrum, rrruuum. Byk Dawnych Dni zagwizdał tylko trzy razy, ale jak głośno! Aż drzewa się rozkołysały i liście zaczęły fruwać w powietrzu. Śliczny stał nad garnkiem, który gwizdał cicho, ale bardzo długo.
    - Doprawdy, młody, ty być wspaniały. Ty dwa razy zwyciężyć ja. My zrobić nowa walka, kto ryczeć długo.
    Śliczny zaczął grać na flecie z trzciny. Byk Dawnych Dni wyciągnął głowę i ryczał. Ryczeli obaj, każdy aż do utraty tchu. Flet brzmiał jeszcze, gdy zadyszany Byk Dawnych Dni zmęczył się i przestał ryczeć.
    - Przekleństwo! Ty, człowieczek, zwyciężyć jeszcze raz ja! Dobrze, wsiadać na ja grzbiet!
    Podróż do wioski trwa bardzo krótko. Ziemia drżała, kiedy byli jeszcze daleko i ludzie zrozumieli, że wraca Śliczny z pomstą.
    - Ach, Śliczny, to ty, kawalerze! wołali i trzęśli się ze strachu jaki zwierz cię tu przynosi? Dlaczego to robisz?
    - Wy nie dotrzymaliście słowa i zdradziliście mnie!
    Wtedy matka Malutkiej błagała o przebaczenie dla niej, jej męża i dla wszystkich ludzi w wiosce. Zaśpiewała słowa skargi:
    O, Śliczny! O młodzieńcze!
    Odprowadź Byka Dawnych Dni!
    Odprowadź to zwierzę
    Odprowadź do jego ziemi,
    Odprowadź, o Śliczny!
    Pannę, którą kochasz,
    Malutką, małą ostatnią,
    Weź mnie zaraz do siebie,
    Weź mnie jeszcze dziś!
    Ale Śliczny odpowiedział skargą na podobną nutę:
    O ty, Byku Dawnych Dni
    Pozostań tu ze mną!
    O, Byku Dawnych Dni,
    Wymierz sprawiedliwość im!
    Wydłubać pirogę paznokciami?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Wysiać pełny spichlerz ryżu?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Napełnić spichlerz ryżem?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Zrobić sznur ze swoich włosów?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Młodzieniec domagał się twardo:
    - Ja nie odprowadzę Byka Dawnych Dni do jego siedziby! Możecie grozić mi kamieniami, możecie wywijać włóczniami! On wymierzy wam sprawiedliwość.
    Wtedy matka Malutkiej powiedziała do swego męża:
    - Zaczynaj śpiew naszej skargi, ojcze Malutkiej, może zmięknie jego serce, może usłucha ciebie, przecież powinien mieć szacunek dla ojca swej ukochanej.
    Wtedy ojciec Malutkiej powstał i zaśpiewał swym grubym, basowym głosem:
    O, Śliczny! O młodzieńcze!
    Odprowadź Byka Dawnych Dni!
    Odprowadź to zwierzę
    Odprowadź do jego ziemi,
    Odprowadź, o Śliczny!
    Pannę, którą kochasz,
    Malutką, małą ostatnią,
    Weź ją zaraz do siebie,
    Weź ją jeszcze dziś!
    Ale młodzieniec odpowiedział skargą:
    O ty, Byku Dawnych Dni
    Pozostań tu ze mną!
    O, Byku Dawnych Dni,
    Wymierz sprawiedliwość im!
    Wydłubać pirogę paznokciami?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Wysiać pełny spichlerz ryżu?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Napełnić spichlerz ryżem?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    Zrobić sznur ze swoich włosów?
    Nikomu to się nie udało.
    Śliczny to zrobił.
    - Ach, to już nasz koniec! powiedzieli ludzie z wioski wszyscy musimy umrzeć. On nie chce odprowadzić Byka Dawnych Dni. Matko Malutkiej, zaśpiewaj! Zacznij śpiew skargi!
    - Zaczynaj, mamo, szybko powiedziała Malutka do swej matki jesteśmy już prawie martwi!... Śliczny nie chce odprowadzić Byka Dawnych Dni!
    Matka Malutkiej prosiła o przebaczenie swoim pięknym, dźwięcznym głosem. Ale na nic to się nie zdało. Ludzi już umierali ze strachu i nalegali na babcię Malutkiej:
    - Chodź szybko, babciu Malutkiej! Zaczynaj śpiewać!
    - Ha! odpowiedziała babcia wy jesteście silni! Ja jestem już jedną nogą w grobie i wy chcecie, abym ja śpiewała pieśń żalu i prośby o przebaczenie?
    A jednak wstała ta staruszka o siwych włosach. Podniosła swe stare kości i stanęła mocno na swych starych nogach. Przyszła na skraj wioski, cała zadyszana i tu zaskrzeczała starczym głosem:
    O... Śli-czny... O... mło-dzień-cze-hyyy,
    Od-pro-wadź-By-ka-Daw-nych-Dni-hyyy,
    Od-pro-wadź-to-zwie-rzę-hyyy,
    Od-pro-wadź-do-je-go-zie-mi-hyyy,
    Od-pro-wadź-o-Ślicz-ny-hyyy,
    Pan-nę-któ-rą-ko-chasz-hyyy,
    Ma-lut-ką-ma-łą-os-tat-nią-hyyy,
    Weź-ją-za-raz-do-sie-bie-hyyy,
    Weź-ją-jesz-cze-dziśśś-hyyy.
    Młodzieniec nie zmienił słów swej skargi, ale małpował skrzek staruszki:
    O ty, By-ku Daw-nych Dni,hyyy,
    Pozostań tu ze mną-hyyy,
    O, Byku Dawnych Dni-hyyy,
    Wymierz sprawiedliwość im-hyyy,
    Wydłubać pirogę paznokciami-hyyy,
    Nikomu to się nie udało-hyyy,
    Śliczny to zrobił-hyyy.
    Wysiać pełny spichlerz ryżu-hyyy,
    Nikomu to się nie udało-hyyy,
    Śliczny to zrobił-hyyy.
    Napełnić spichlerz ryżem-hyyy,
    Nikomu to się nie udało-hyyy,
    Śliczny to zrobił-hyyy.
    Zrobić sznur ze swoich włosów-hyyy,
    Nikomu to się nie udało-hyyy,
    Śliczny to zrobił-hyyy.
    Jeszcze Śliczny nie dokończył śpiewać, a ludzie już krzyczeli:
    - Uciekajmy! To śmierć nasza! On nie chce odprowadzić Byka Dawnych Dni!
    Skończywszy pieśń, Śliczny rozkazał:
    - Byku Dawnych Dni, pożeraj ich, kłamców, oszustów, pożeraj wszystkich z wyjątkiem Malutkiej, tej mojej ukochanej nie zjadaj!
    Ogromne zwierzę rzuciło się na nich i połykało wszystkich jak ptak schwytaną muchę. Byk Dawnych Dni pożarł wszystkich ludzi i zwierzęta, a nawet domy! Nie uczynił żadnej krzywdy Malutkiej. Kiedy skończył wymierzanie sprawiedliwości mieszkańcom wioski, powiedział:
    - Wejdź na mój grzbiet, Malutka.
    Malutka weszła na grzbiet po nosie, głowie i szyi Byka Dawnych Dni i usadowiła się wygodnie obok Ślicznego. Siedzieli przy sobie, ale Malutka wciąż płakała.
    - Co ci jest, że tak szlochasz?
    - I ty jeszcze pytasz? Mój ojciec, moja matka, moja wieś... oni wszyscy nie żyją, ja nie zobaczę ich więcej. Jakże nie miałabym płakać?
    - Ja jeszcze mogę sprawić, że oni będą żyli... tak... ale wtedy ty nie zostaniesz moją żoną... Oni nie pozwolą ci iść ze mną.
    - Spraw, aby powrócili... Zobaczysz, kiedy oni powrócą, już mi pozwolą iść z tobą. Oni zbyt będą się bali, aby mi zabronić.
    - Wierzysz w to?
    - Jestem tego pewna.
    I obydwoje powrócili tam, gdzie była jej wieś. Tam Byk Dawnych Dni wyrzucił z siebie mężczyzn, kobiety, dzieci, domy i wszystko, co było przed jego przybyciem.
    Malutka z radością w sercu ujrzała swojego ojca i matkę swoją, którzy już nie sprzeciwiali się temu małżeństwu.
    Oto koniec bajki-niebajki.
    Ja wam nie nakłamałem.
    Ja tylko to powtórzyłem,
    Co od starszych usłyszałem.


  • Góra strony

    5. PRZEZNACZENIE



    . Pewnego razu było czterech ludzi. Każdy z nich robić co innego, każdy chodził swoimi drogami. Nie umieli żyć tak samo. Jeden z nich zawsze nosił włócznię i polował na zwierzęta: zadawał im śmierć, egzaminował je przed jedzeniem, które są dobre, a które mogą mu zaszkodzić. Drugi chwytał ptaszki w pułapki. On również badał wszystko, co złapał, rozcinając ich piersi czy zaglądając do wnętrzności., a potem wydawał wyrok: te do zjedzenia, tamte do wyrzucenia. Trzeci szukał błyskotek i zbierał wszystko, co lśni, jak złoto, mika, kawałki metalu, srebro, owoce, ozdobne rośliny. Nieraz zanurzał się w wodzie, nieraz kopał jamy w ziemi i wydobywał rzeczy dla siebie, wśród których mieszkał. Żyć wśród swoich zbiorów było jego radością, taki miał styl życia. Czwarty z ludzi nosił przy sobie kawałek rozpłaszczonego żelaza, który służył mu do przewracanie ziemi po kawałku.
    Pewnego razu ci czterej ludzie postanowili iść do Boga, aby dał im przeznaczenie zgody i pojednania. Wyruszyli w drogę w piątek. Wkrótce stanęli przed Bogiem zajętym oczyszczaniem ryżu i przedstawili swoją prośbę.
    - Wszystko pójdzie dobrze odpowiedział Bóg ale dzisiaj jestem zajęty, ponieważ oczyszczam mój ryz. Oto macie, każdy odrobinę, zabierzcie go do domu.
    I Bóg dał każdemu garść ryżu.
    - Przechowujcie ten ryż troskliwie. Ja przyjdę do was w poniedziałek i ureguluję wasze sprawy, wyznaczając każdemu los, który będzie dla niego najodpowiedniejszy. Ale strzeżcie pilnie tego ryżu, który wam dziś daję.
    Czterej ludzie pozdrowiwszy Boga odeszli unosząc ze sobą otrzymany ryż, każdy garść ryżu jemu ofiarowanego. Szli razem przez pustynię, bacząc na ryż. Potem każdy poszedł swoją drogą, już w pojedynkę.
    Wkrótce po rozstaniu się pierwszy ten noszący włócznię spostrzegł wilka. Poszedł za nim. Kiedy biegł za zwierzęciem, zapomniał o swoim ryżu, który rozsypał się po ziemi. Nie było rzeczą możliwą wiedzieć, gdzie upadł. Biedny myśliwy na próżno wracał po swoich śladach, Ryż zniknął w drodze.
    Drugi z ludzi ten zastawiający pułapki wyszedł nocą z domu. Usłyszał głos sowy. Położył ryż na ziemi i szukał ptaka. Upolował sowę i wracał do domu. Myślał o zabraniu swego ryżu i owinięciu go we wstęgę materiału, specjalnie kupionego w tym celu. Ale ryżu nie znalazł, wiatr rozwiał na cztery strony świata.
    Trzeci z ludzi doszedł do potoku i pochylił się nad nim. Wtedy ujrzał coś błyszczącego. Położył swój ryż na brzegu i wszedł do wody Ale przypadkowo poła jego chusty przesunęła się po ryżu i zagarnęła wszystkie ziarna do strumyka. Ryż był stracony, został uniesiony przez wodę.
    Czwarty z nich mieszkał przy mokradłach. Znalazł kawałek ziemi bardziej suchy i przy pomocy noszonego przy sobie spłaszczonego żelaza spulchnił glebę. Przedtem przy tym poletku położył swoją chustę i na nim złożył ryż otrzymany od Boga. Wiatr zatrzepotał chustą i ryż się rozproszył. Zaskoczony podrywem wiatru człowiek zbierał ziarnko po ziarnku. Uzbierała się najwyżej czwarta część tego, co otrzymał od Boga, więc jego radość była zmieszana ze smutkiem: stracił większą część Bożego daru. Był przekonany, że ryż rozwiany i nieodnaleziony zginął bezpowrotnie.
    W poniedziałek przybył Bóg, zwołał zebranie wszystkich czterech ludzi i zapytał ich, co zrobili z otrzymanym ryżem. Każdy opowiedział swoją przygodę.
    Wtedy Bóg rzekł:
    - Czyż nie poznaliście, że los dany każdemu przez Boga jest nieodmienny? Inaczej być nie może. Myśliwy pozostanie myśliwym, ponieważ pochodzi z rodu myśliwych. Ptasznik pozostanie ptasznikiem, ponieważ jego przeznaczeniem jest być ptasznikiem. Kupiec pozostanie kupcem, bo jego losem jest handel, a ty, robotniku na ziemi, tworzysz ród z tymi, którzy są rolnikami i pracują na ziemi. Twój ryż upadł przypadkowo na ziemię, do której należy i która jest dla niego odpowiednia. Weź ziarna i rzucaj je w ziemię wilgotną, a kiedy wyrośnie, zbieraj go, gotuj, aż stanie się miękki. Jednak część zebranego ryżu zachowaj na przyszły rok do zasiewu, a resztą żyw siebie i innych. Niech myśliwy pozostanie myśliwym, ptasznik ptasznikiem, a kupiec kupcem. Niech każdy pozostanie przy swoim. Ale ty, rolniku, będziesz najważniejszym, bo dzięki tobie tamci będą żyli, ty im zapewnisz istnienie. Tak więc widzicie, przeznaczenie ludzi nie może ulec zmianie, każdy może i powinien przystosować się do tego, co jemu przeznaczono. A ja, Bóg, towarzyszę wam w waszym losie i prowadzę was, abyście stawali się ludźmi coraz lepszymi. Ja prowadzę was wszystkich. I chociaż nie zawsze znacie motywy mojego działania, nie zawsze spostrze-żecie, że ja towarzyszę wam także w ciężkich dla was chwilach. Ale ja wam pomogę znaleźć sposób, aby przeżyć. Tylko starajcie się wykorzystywać swoje zdolności i zamiłowania. I pomagajcie sobie nawzajem powiedział Bóg.
    I od tej pory każdy według swoich upodobań i zdolności, pomaga innym wykorzystując swoje przeznaczenie. A Bóg daje ryż na pożywienie. Sieje i zbiera rolnik, ryżem żywi się myśliwy, ptasznik i kupiec. Poluje myśliwy i dzieli się zdobyczą z rolnikiem, ptasznikiem i kupcem. Ptasznik chwyta w pułapki to, co fruwa, ale sam też wszystkiego nie zjada. Wreszcie kupiec sprowadza błyskotki, które dom rolnika, myśliwego i ptasznika czynią jaśniejszym i radosnym.


  • Góra strony

    6. ZDROWIE


    Pierwszy człowiek na ziemi nazywał się Zdrowie. Był sam, ale był bardzo szczęśliwy, ponieważ żył, chociaż nie musiał pracować. Czas przechodził mu na przyjemnościach, Najbardziej cieszył się przy robieniu figurek, które były do niego podobne.
    Bóg z nieba zobaczył, że Zdrowie ukończył właśnie dziesiąty posąg. Zawołał jedną ze swoich służebnic i powiedział:
    - Chcę, abyś poślubiła człowieka, który żyje na Ziemi. On nazywa się Zdrowie.
    - Ale czy on będzie mnie chciał? zastanawiała się służąca Jest sam i jest zupełnie szczęśliwy.
    - Zobaczymy. Weź ze sobą dzbany. W pierwszym dzbanie jest zamknięte Zimno. Gdy przybędziesz na Ziemię, otworzysz ten dzban i Zimno wyjdzie z niego. Zdrowie zmarźnie i zbliży się do ciebie, aby się ogrzać.
    - Jeśli nie zbliży się do ciebie, otworzysz drugi dzban, w którym jest zamknięty Upał. Kiedy Upał wyjdzie z dzbana, Zdrowie zbliży się do ciebie, aby się ochłodzić.
    - Jeśli nadal będzie kaprysił, otworzysz trzeci dzban, z którego wyjdzie Pragnienie. Wtedy on poprosi cię o wodę.
    - Jeśli nadal będzie uparty, otworzysz czwarty dzban, z którego wyjdzie Głód. Przed otwarciem tego dzbana przygotuj wielki i smaczny posiłek i postaw przed Zdrowiem.
    - Jeśli nie będzie chciał jeść, wypuść Komary z piątego dzbana. Trzeba, abyś pożyczyła mu swoją chustę, chroniącą przed ukąszeniami.
    - Jeśli ucieknie przed komarami, oto szósty dzban ze Świerzbem. Ten spowoduje takie cierpienie, że Zdrowie będzie szukał balsamu, który ja ci dam, abyś mogła go smarować.
    - Jeśli nadal trwałby w swoim postanowieniu spędzania czasu samotnie, pozwól wyjść Nudzie z siódmego dzbana. Wtedy Zdrowie zapragnie słuchać twoich pięknych historyjek.
    - Jeśli nie zechciałby słuchać twoich opowiadań, pozostanie ci Śmiech w ósmym dzbanie. Śmiech sprawi, że Zdrowie zapragnie słuchać ciebie i naśladować bohaterów twoich opowiadań.
    Ona przybyła na Ziemię. Zdrowie udawał, że jej nie widzi.
    Kobieta otworzyła pierwszy dzban. Wyszło Zimno, ale Zdrowie zaraz rozpalił wielki ogień.
    Kobieta otworzyła drugi dzban. Wyszedł Upał, ale Zdrowie poszedł do lasu, w którym powietrze jest chłodniejsze, a wielkie drzewa dają przyjemny cień.
    Kobieta otworzyła trzeci dzban. Wyszło Pragnienie, ale Zdrowie poszedł do drzewa podróżnika, wywiercił otwór w pniu i napił się wypływającej wody.
    Kobieta otworzyła czwarty dzban. Wyszedł Głód, ale Zdrowie urwał kilka bananów i zjadł nawet nie patrząc na służebnicę Boga zastawiającą smaczny obiad.
    Kobieta otworzyła piąty dzban. Wyleciały Komary, ale Zdrowie wychwytywał je rękami i starał się być ciągle w ruchu.
    Kobieta otworzyła szósty dzban. Wyszedł Świerzb, ale Zdrowie sam ocierał się o drzewo.
    Kobieta otworzyła siódmy dzban. Wyszła Nuda, ale Zdrowie zabrał się do rąbania drzewa i nie słuchał opowiadań służebnicy Boga.
    Wreszcie Kobieta otworzyła ósmy dzban. Wyszedł Śmiech, ale Zdrowie zatkał sobie uszy i... usnął.
    Zrozpaczona Kobieta uniosła się do nieba i oznajmiła Bogu, że przegrała. Jest stracona. Bóg posłał ją do pracy w kuchni. Po krótkim namyśle przywołał ukochaną córkę, swoją Ulubienicę, i polecił jej zejść na Ziemię. Aby przypodobać się Zdrowiu, śliczna Ulubienica założyła najpiękniejszą suknię powiewającą w siedmiu kolorach: fioletowym, granatowym, niebieskim, zielonym, żółtym, pomarańczowym i czerwonym. Zdrowie ujrzał ją tak piękną, że zapragnął zatrzymać ją przy sobie na zawsze. I poślubił ją.
    Odkąd Ulubienica była na Ziemi, wciąż była cudowna pogoda. Zdrowie już nie lepił posągów. Cały czas spędzał na patrzeniu na swoją przecudną żonę. Pewnego dnia Ulubienica powiedziała do niego:
    - Ja się tu nudzę. Chciałabym zabawić się twoimi figurkami, ale one nie poruszają się. Pójdę do mojego ojca i zapytam go, może zdołam uprosić dla nich życie.
    Ulubienica wzniosła się do Nieba i tam rozpłakała się. Bóg pocieszył ją i ona powróciła na Ziemię przynosząc dwa dzbany. W pierwszym było Słońce, w drugim było Życie. Ulubienica otworzyła dzbany, wylała na sztywne figurki, która natychmiast ożyły i stały się dziećmi Zdrowia i Ulubienicy.
    A kiedy ich ojciec zestarzał się i opuścił Ziemię idąc do Boga w Niebie, ludzie, jego dzieci nie zapomnieli o nim. Kiedy ktoś kichnie, wspominają imię swojego praojca i mówią: "Na Zdrowie!" na jego pamiątkę.
    Kiedy Zdrowie odszedł do Boga, Ulubienica zaczęła nudzić się na Ziemi. Coraz częściej odchodziła, coraz rzadziej powracała. Oto, dlaczego pada deszcz i Pogoda jest smutna. Ale kiedy w swojej najpiękniejszej sukni powiewającej w siedmiu kolorach: fioletowym, granatowym, niebieskim, zielonym, żółtym, pomarańczowym i czerwonym Ulubienica odwiedza nas i spogląda na swoje dzieci, przynosi nam Słońce, Pogoda staje się ładna, a jej dzieci uśmiechają się.


  • Góra strony

    7. MARYNARZ


    Marynarz był synem Męża Mórz. Urodził się na statku i od dzieciństwa przebywał na morzu. Jego ojciec pływał po wodach oceanu, który nie miał dla niego żadnych tajemnic. Mąż Mórz znał wszystkie wyspy, te zamieszkałe i te bezludne, przy wszystkich zatrzymywał swój stateczek.
    Przy pięknej pogodzie, popychany przez przyjazny wiatr, stateczek z czerwonymi żaglami, szybki i lekki, nieco przechylony na bok, płynął radośnie. Ojciec i syn przeżyli wiele burz. Ale Marynarz, dzielny syn Męża Mórz, nie bał się nigdy. Nie lękał się nawet wtedy, gdy statek na szczycie wysokiej fali był miotany wichrem, jak korek, albo gdy zapadał się w otchłań między falami. Huragan próbował porwać stateczek, ale ojciec Marynarza wyprowadzał go zawsze bezpiecznie. To Mąż Mórz wydawał rozkazy, których słuchały burze, cyklony i huragany, wody i wichry.
    Kiedy Mąż Mórz miał umrzeć, zawołał swego syna i wymusił na nim przyrzeczenie, że pozostanie na morze. Co więcej, on nie może opuścić stateczku na dłużej, niż na sześć miesięcy! Syn przyrzekł. A kiedy ojciec zmarł, Marynarz wrzucił jego ciało do oceanu i dał mu imię Pan Zróm Żąm, ponieważ ludzie jego plemienia nie mieli prawa wymawiać prawdziwych imion zmarłych.
    Teraz Marynarz jest panem na stateczku i jest najlepszym marynarzem na całym oceanie! Sława jego rozchodzi się daleko poza brzegi, do których przyprowadza swój stateczek. A daleko, bardzo daleko, żył pewien król, król bogaty i wielki, ale bardzo smutny. Pewnego dnia dwie jego córki bawiły się na plaży, on tam je zostawił. A kiedy przyszedł, aby je zaprowadzić do pałacu, córek nie było. Zostały tylko dwie połówki ich chust, czerwonej i niebieskiej, tak jakby te chusty chciały powiedzieć ojcu, że one nie umarły. I król był przekonany, że jego córki żyją. Król szukał ich po wszystkich morzach i we wszystkich sąsiednich krajach.
    Pewnego dnia król usłyszał o dzielnym marynarzu i swoim sługom rozkazał odnaleźć wielkiego Marynarza. A on właśnie przyprowadził swój stateczek z czerwonymi żaglami do Plaży, wioski w jego królestwie. Król zaprosił go do swego pałacu i przedstawił powód smutku. Marynarz obiecał pomoc w poszukiwaniu córek, a król przyrzekł wyposażyć stateczek Marynarza w złote sprzęty i wyzłocić wszystko, co się tam znajdowało. Oczywiście, zapłatę w złocie też miał otrzymać. Marynarz nic na to nie odpowiedział, ale kiedy usłyszał, że musi podróżować na królewskim okręcie, rzekł:
    - Zgadzam się. Mój stateczek pozostawię tutaj, przy brzegu twego kraju. Ale ja nie mogę wyjechać na dłużej, niż na sześć miesięcy. Po sześciu miesiącach opuszczę cię, panie królu, nawet jeśli nie znajdę twoich córek, nawet jeśli będziemy na pełnym morzu. Ja nie pozostanę ani sekundy dłużej i nic mnie nie wstrzyma.
    Rozmawiano jeszcze dłużej, a potem statek królewski wypłynął na morze.
    Król i Marynarz przybijali do każdej wyspy, do każdego kraju na wszystkich wybrzeżach. Nikt o córkach królewskich nie słyszał. Czas mijał. Już pięć i pół miesiąca byli w drodze i wtedy Marynarz powiedział do króla:
    - Już czas wracać.
    Ale wiatr ustał. Okręt jakby zatrzymał się na środku wód. Żagle nieruchomo zwisły wzdłuż masztów, żaden wiatr ich nie nadyma, żadna fala nie popycha okrętu. Marynarz chodzi po pokładzie wielkimi krokami, z rękami skrzyżowanymi na plecach i z głową opuszczoną. Jest w rozpaczy. Król nie odważa się mówić i smutno spogląda na dwa kawałki chust, czerwonej i niebieskiej, które zabrał ze sobą i przywiązał do pasa.
    Minęły jeszcze dwa długie dni. Bez zmian. Okręt nie porusza się, jakby stanął w morzu oliwy. Na trzeci dzień Marynarz zbliża się do króla i mówi:
    - Królu, ja muszę cię opuścić.
    - Jak ty to zrobisz, Marynarzu? Stąd nie widać żadnej ziemi.
    - To nic, trudno. Będę płynął aż do mojego stateczku, jeśli tak będzie trzeba. Rozkaż więc, królu, spuścić łódź dla mnie, daj trochę wody i bananów, znajdę chyba jakąś ziemię.
    Król zgodził się, ponieważ rozumiał, że Marynarz nic więcej zrobić dla niego nie może. Pamiętał też o umowie, jaką zawarli przed wyruszeniem na poszukiwanie córek królewskich..
    Marynarz wszedł do łodzi i zaczął wiosłować. Przez trzy dni nie odpoczywał, ale potem, wieczorem, był zbyt zmęczony, aby wiosłować dalej. Odłożył wiosła i zasnął. Kiedy słońce wzeszło, przebudził się, a właściwie obudził go wstrząs, kiedy jego łódź wyhamowała nagle na plaży. Od lądu łagodny wiatr przynosił zapach palm kokosowych. Ale Marynarz był zbyt zmęczony, aby wyjść z łodzi. Zaraz zasnął.
    Przebudził go dopiero głos rozmowy. Spostrzegł nad sobą cztery piękne oczy, które patrzyły na niego, zdziwione i przerażone jednocześnie. Marynarz podniósł się i wyskoczył na piasek. To były dwie dziewczynki, podobne do siebie. Różniły się tylko tym, że jedna miała na sobie połowę chusty czerwonej, a druga połowę chusty niebieskiej.
    - Kim jesteś? zapytała jedna z nich.
    - Skąd przybywasz? zapytała druga.
    On o nic nie pytał, ponieważ już rozpoznał te zaginione córki królewskie.
    - Byłem na okręcie waszego ojca, króla, który was szuka. Przyjechałem tutaj w tej łodzi.
    - A więc szybko odjeżdżaj na swojej łodzi powiedziała księżniczka w chuście czerwonej To jest wyspa wielkiego, skrzydlatego smoka, który cię z pewnością pożre.
    - On nas tu przyprowadził powiedziała księżniczka w chuście niebieskiej abyśmy pobawiły się na plaży. Kiedy zabierał nas z naszej plaży, pozwolił zabrać nam tylko po połowie naszych chust, aby w ten sposób powiadomić króla o naszym losie .
    - Smok skrzydlaty nigdy nie uczynił nam nic złego, ale my wiemy, że pewnego dnia nas zje, jeśli nie uda mu się polowanie.
    - Uciekaj, uciekaj stąd szybko! błagały.
    - Ale ja się nie boję powiedział Marynarz Zaprowadźcie mnie do niego.
    - On jeszcze nie powrócił z polowania powiedziały mu Ratuj się! On może przybyć tu w każdej chwili dzięki swoim ogromnym skrzydłom.
    - Poczekam na niego odpowiedział spokojnie Marynarz.
    Po pewnym czasie gałęzie drzew zaszumiały, jakby poruszone gwałtownym wiatrem. To smok przybywa. Nie jest zdziwiony widokiem przybysza, ponieważ widział z daleka łódź na plaży. Smok był ogromny, czarny jak noc, miał ciemno-niebieskie oczy. Nie miał twarzy, więc nosił straszliwą maskę.
    - Jestem dziś bardzo szczęśliwy powiedział smok przyjmując wielkiego Marynarza, a że dzisiaj niczego nie upolowałem, więc przybywasz w samą porę.
    - Z wielką radością spełnię twe marzenie - odpowiedział grzecznie Marynarz - dziękuję ci za piękne powitanie. Ale przedtem chciałbym nauczyć cię pewnej gry. Ty będziesz grał w nią później, gdy będziesz się nudził. Ta gra jest tak interesująca, że grający zapominają o wszystkim, gdy tylko rozpoczną.
    Marynarz szukał małych kamyczków i nasion. Żelazem ze swojej łodzi wydrążył w piasku dziury w czterech rzędach. Wyjaśnił smokowi zasady gry: trzeba położyć ziarna i kamyki w dziury ułożone w rzędy i wymieniać je na kamyki drugiego gracza. Smoka to bardzo zainteresowało, ponieważ takiej gry jeszcze nigdy nie widział.
    - Przyglądajcie się dobrze powiedział do dziewczynek My będziemy w to grali, gdy ja zjem tego człowieka.
    - Z wielką radością spełnię twe marzenie powtórzył Marynarz Ale słuchaj. Ja chciałbym o coś cię prosić. Jeśli ty wygrasz trzy razy, to ty mnie zjesz, prawda? Lecz jeśli ja wygram trzy razy, dam ci lekkie uderzenie tym oto prętem żelaznym, który trzymam w ręku, i będziemy grali jeszcze raz. To dotknięcie prętem sprawi, że ta gra głębiej wejdzie do twojej głowy i będziesz w niej niepokonany.
    Smok był tak głupi, że zgodził się na to. Zresztą był on przekonany, że nigdy nie przegra i nikt go nie pokona. Jest silny i inteligentny, ooo... bardzo silny i bardzo inteligentny!
    Zaczęli grać. Ale smok przegrał partię pierwszą, przegrał partię drugą i przegrał partię trzecią
    - Jest jeszcze jedna mała rzecz, której ty dobrze nie zrozumiałeś powiedział Marynarz Schyl się nieco, ty jesteś taki duży! Ja lekko dotknę moim prętem twojej głowy i wtedy już wszystko zrozumiesz lepiej.
    Smok nachylił się, a Marynarz wbił pręt w jego szyję. Smok zatrzepotał swymi ogromnymi skrzydłami, aż liście i gałęzie zaszumiały, jak podczas wichury. Po chwili wszystko się uspokoiło. Smok przestał żyć.
    - Jesteśmy uratowane! Jesteśmy uratowane! krzyczały uszczęśliwione dziewczynki Czy możesz nas zawieźć do naszego ojca? Zabierz nas, prosimy!
    - Ta łódź należy do waszego ojca, ale ona jest za mała na nas troje powiedział Marynarz Trzeba, abyście waszego ojca tu oczekiwały. Teraz już nie bójcie się więcej, nic wam nie grozi. Ojciec was szuka i nie jest daleko stąd. Dajcie mi drugie połowy waszych chust, to potrzebne dla potwierdzenia, że mówię prawdę.
    Przed odjazdem Marynarz wyrwał jedno pióro ze smoka i rzucił je na wodę. Do wielkiego pióra przywiązał dwie połówki chust i królewską łódź. Lekki wiatr dął w ten żagiel. Wszedł do łodzi. Łódź odpłynęła za piórem smoka.
    Wieczorem trzeciego dnia był tak zmęczony, że zasnął. Rano obudził go wstrząs: jego łódź uderzyła w królewski okręt, który nadal stał nieruchomo w tym samym miejscu. Król już z daleko spostrzegł czerwono-niebieski żagiel, serce napełniło się nadzieją i odtąd był pewny, że odnajdzie swe córki.
    Zmęczony Marynarz wszedł na pokład i opowiedział królowi całą historię. Spieszno było królowi ujrzeć ukochane i odnalezione córeczki. Ale wiatru wciąż nie było. Okręt wciąż stał nieruchomo. I kiedy wszyscy zwątpili, że wkrótce można będzie można płynąć do wyspy zabitego smoka, Marynarz spokojnie spojrzał w dal i powiedział:
    - Jutro rano odpłyniemy.
    Zapadła noc. Wszyscy zasnęli. Rano kilka fal zatańczyło wokół statku. Wiatr wypełnił żagle. Marynarz stanął przy sterze.
    Kiedy król z daleka ujrzał na plaży swoje córki oczekujące go na plaży, był tak szczęśliwy, że serce jego zatrzymało się. Nic nie mogło go poruszyć, a czas mijał... Marynarz miał tylko kilka dni, aby wejść na swój stateczek, więc poprowadził królewski okręt do jego kraju. Król wciąż był bez życia. Przy nim dwie córki płakały, wołały, krzyczały, rozpaczały, obejmowały swego ojca. Oddychał jeszcze, więc one nie traciły nadziei.
    Kiedy okręt zatrzymał się przy brzegu, słudzy znieśli króla przed lud, który oczekiwał przybycia swego władczy. Zgromadzeni cieszyli się z odnalezienia córek królewskich, ale mocno smucili się z powodu straty króla. Zebrani czynili tak wielki harmider, że król się przebudził. I natychmiast przywołał Marynarza.
    Ale Marynarz był już na swoim stateczku. Wtedy właśnie mijało sześć miesięcy, jak opuścił swój stateczek, więc nie miał nawet te pół godziny potrzebne do załadowania złota, które król mu przyrzekł.
    - Złoto przynosi nieszczęście powiedział odpływając od brzegu.
    A król i księżniczki patrzyli na czerwone żagle w dali, coraz mniejsze... I nie widziano więcej Marynarza w tym kraju.


  • Góra strony

    8. SMOK


    Dwaj bracia urodzili się i mieszkali w małej wiosce. Prawie wszystkie dzieci tej wioski pasły bydło. Ale ani chłopiec imieniem Ślepy, ani jego brat Chromy nie mogli przeprowadzać ani strzec bydła. Z powodu kalectwa byli nieużyteczni i pewnego dnia rodzice postanowili ich zgubić w lesie.
    - My nie możemy dłużej karmić tych dzieci tłumaczyli się także ci synowie nie będą troszczyć się o nas, kiedy my się zestarzejemy. A po śmierci? Kto nas złoży do Zimnego Domu? Kto będzie troszczył się o nasze kości? Kto złoży za nas ofiarę z wołu? Z pewnością ani Ślepy, ani Chromy tego nie zrobi, Lepiej je stracić i prosić Stwórcę o inne, zdrowe dzieci.
    Pewnego razu rodzice zaproponowali dzieciom wycieczkę do lasu. Kiedy oni będą szukać miodu, chłopcy będą odpoczywać. Poszli wszyscy, cała rodzina. Ojciec niósł Chromego, a matka prowadziła za rękę drugiego syna, Ślepca. Szli ścieżką wśród wysokich traw i gęstych zarośli, aż weszli w las. Wtedy ojciec powiedział do swoich synów:
    - Pozostańcie tutaj, chłopcy i czekajcie, aż uzbieramy trochę miodu i powrócimy do was. Macie kilka bananów, które możecie zjeść, gdy zgłodniejecie.
    I dzieci czekały. A były bardzo cierpliwe. Minęła jedna godzina, minęła druga... Zjedli banany, ponieważ poczuli głód. Po trzech godzinach zaczęli się niepokoić.
    - Dzień już się kończy powiedział Chromy już nie widzę promieni słonecznych przez listowie. Bez wątpienia nasi rodzice odeszli zbyt daleko i nie mogą nas odnaleźć. Może byśmy odeszli stąd? Ty jesteś większy i silniejszym ode mnie, więc poniesiesz mnie, a ja będę ci mówił, jaką drogą iść. W ten sposób wyjdziemy z tego lasu.
    I oni poszli. Poszli drogą, którą znał Chromy, jak mu się wydawało. Po chwili skręcili w inną drogę, wybrali jeszcze inną, aż w końcu znaleźli się w miejscu, gdzie czekali na rodziców. A więc pobłądzili, zagubili się w lesie. Jednak nie ustawali w szukaniu drogi, która wyprowadziłaby ich z lasu. Wreszcie wielce zdumiony Chromy zauważył, że są na plaży. Wyszli nad morze. Wzdłuż wybrzeża ciągnęły się plantacje palm kokosowych, owocowych drzew, bananowców... Nie kończące się plantacje aż po horyzont.
    - Zginęliśmy powiedział Chromy.
    - Co więc teraz zrobimy? zapytał Ślepy.
    - Pójdziemy po plaży. Może znajdziemy jakąś wioskę albo podróżnego, który wskaże nam drogę do domu.
    Ślepy wziął na ramiona Chromego i poszedł. Obaj milczeli, wsłuchując się w szum poruszanych wiatrem wielkich liści drzew palmowych. Z drugiej strony szumiało morze z falami rozbijającymi się o piasek.
    Niosący swego brata był już bardzo zmęczony, więc postawił go na chwilę na piasku. Ale właśnie wtedy nadepnął na coś twardego.
    - Co to jest? zapytał.
    - To jest moneta, wielka moneta ze srebra odpowiedział chromy - Zabierzmy ją. Za srebro będziemy mogli kupić coś do jedzenia, gdy napotkamy wioskę...
    Ślepy odzyskał nieco odwagi i poniósł dalej swego brata. Po chwili znów nadepnął na coś twardego. Był to róg wołu.
    - Weź to powiedział Chromy Nigdy nie wiadomo, do czego może się to przydać.
    Wkrótce omal nie przewrócił się, ponieważ żelazny pręt zranił go w nogę.
    - Weź to żelazo powiedział Chromy i daj mi, ja poniosę razem z rogiem wołu i ze srebrną monetą.
    Jeszcze raz zatrzymali się, kiedy Chromy spostrzegł na piasku leżącą kobiałkę. Zabrali ją także. A że chromy zauważył szeroką ścieżkę prowadzącą do lasu, tam skręcili. Teraz już mieli nadzieję, że spotkają ludzi.
    I po chwili Chromy ujrzał pole z bananami, a w pośrodku chatkę ze spiczastym dachem. Z komina unosił się delikatny dym.
    - Jesteśmy uratowani, mój bracie. Oto dom, a w nim ludzie!
    Był to wielki dom wyplatany z trzciny. Ale z domu nie dochodził najmniejszy szmer, drzwi były zamknięte. Chromy siedząc na ramionach swego brata żelaznym prętem uderzył w drzwi chatki raz, drugi i trzeci. I nic. Cisza. Ale gdy chcieli odchodzić, drzwi uchyliły się. Bardzo stara kobieta wychyliła głowę i powiedziała, aby sobie poszli spokojnie swoją drogą. Widać było, że bardzo się bała, ale zapytywała ich z dobrocią:
    - Dokąd idziecie, moje dzieci?
    - My przechodzimy tędy odparł Chromy, który jednak nie odważył się powiedzieć całej historii.
    - Czy wiecie, kto tu mieszka? zapytała staruszka?
    - Nie, ale zaraz będziemy wiedzieli, gdy tylko nam powiesz.
    - To wielki smok, smok straszliwy! Ja jestem jego służącą. Moje biedne dzieci, lepiej dla was, abyście odeszli stąd jak najprędzej. Idźcie swoją drogą.
    - Mój brat niemal umiera ze zmęczenia powiedział Chromy pozwól, babciu wejść na chwilę. A kiedy smok wraca?
    - Nigdy przed nocą. A więc... wchodźcie! Ale nie pozostawajcie długo, bo on was pożre!
    Dwaj bracia weszli do wielkiej izby, napełnionej drogo-cennymi przedmiotami. Ściany były pokryte bardzo pięknymi tkaninami. Na podłodze leżały dywany o różnorodnych wzorach i żywych kolorach. W jednym kącie stały wielkie bębny obciągnięte wołową skórą, w drugim na tacach leżały ładnie poukładane przedmioty ze złota i srebra. Niezliczona ilość szlachetnych kamieni lśniła przepięknymi kolorami.
    Chromy postawił swego brata na dywanie, blisko paleniska.
    - Czy te skarby należą do niego? zapytał Chromy.
    - Tak powiedziała staruszka nawet zliczyć ich nie można.
    Dopiero teraz chłopak zauważył na ścianach ciężkie strzelby i długie strzały.
    - Czy to jego broń? zapytał.
    - Nie, on nie ma broni. Ta broń należała do tych, którzy chcieli z nim walczyć, ale kule ześlizgują się po jego skórze, włócznie i dzidy nie mogły nawet zadrasnąć jego twardej skóry. A on jest zawsze głodny i połyka ludzi żywych.
    Zmęczeni Ślepy i Chromy zasnęli pomimo lęku. Zapadł wieczór. Staruszka znikła.
    W nocy obudził chłopców przeraźliwy wicher. Wszystko wokół fruwało, ziemia się trzęsła: to Smok przybył.
    - Kto tu jest? wrzeszczał wchodząc do domu Czyj to zapach?
    Na szczęście, było ciemno. Ślepy schował się pod dywan, ale Chromy nie mogąc się poruszać musiał wystawić się na niebezpieczeństwo.
    - To ja tu jestem powiedział odważnie.
    - Ty? Kto? Kto ośmielił się wejść do domu wielkiego smoka?
    - Inny wielki smok. Ty mnie nie przestraszysz, ja się ciebie nie boję.
    - Połóż swój ząb na mojej dłoni, aby przekonał się, że ty mówisz prawdę.
    Chromy położył róg wołu na palce smoka.
    - Tak, to jest naprawdę ząb smoka. Pokaż swoje ucho!
    Chromy podał mu wyplatany koszyk.
    - To jest ucho smoka. Pokaż twoją rękę!
    Chromy wyjął z paleniska rozpalone do czerwoności żelazo i podał smokowi. Ślepy wyskoczył spod dywanu i obaj zaczęli krzyczeć ze wszystkich sił. A smok poparzony, poraniony i przerażony myślał, że przybył do niego inny smok, jeszcze silniejszy od niego, więc opuścił dom i pobiegł w kierunku plaży, aby rzucić się w morze. Do uszu chłopców doszedł przeraźliwy hałas. To fale morskie huczały zabierając smoka, a niebo rozjaśniło się błyskawicami.
    Kiedy wszystko się uspokoiło, Chromy powiedział do swego brata:
    - Weźmy rzeczy najpiękniejsze! Ja mam chęć na te kamienie, one są tak piękne.
    - Nie! odpowiedział Ślepy ładne czy nie, ja ich nie widzę. Złoto będzie użyteczniejsze!
    Długi czas dyskutowali, aby pogodzić się, co należałoby zabrać. Wreszcie niewidomy w złości kopnął straszliwie swego brata w nogę, najwidoczniej w dobre miejsce, ponieważ Chromy od razu został uzdrowiony. Chromy ze swej strony nie pozostał dłużny i spoliczkował Ślepego, właśnie nad jego okiem wylądował potężny cios, a to uderzenie przywróciło mu wzrok. W jednej chwili sta-li się szczęśliwi. Już o niczym innym nie myśleli, jak tylko o szybkim powrocie do rodziców. Obładowali złotem i drogocennymi kamieniami odnaleźli drogę do domu. Kiedy byli już blisko, zobaczyli rodziców wychodzących na ich poszukiwanie, ponieważ ogromnie żałowali, że stracili swoje dzieci. Teraz już są szczęśliwi, nie mają żadnej troski, a jeśli nie umarli, to jeszcze żyją.


  • Góra strony

    9. SMOK SIEDMIOGŁOWY


    Siedmiogłowy smok był potworem: on zabił Szlachetnego, który chciał z nim walczyć. Syn Szlachetnego miał na imię Dobroduszny. Jednego razu Dobroduszny zapytał swoją matkę:
    - Mamo, kto zabił mojego ojca?
    - Ja nie wiem, synku odpowiedziała matka.
    Często pytał, ale jego matka odpowiadała zawsze tak samo. Wreszcie Dobroduszny zrozumiał, że matka boi się wyjawić imię zabójcy, dlatego przestał ją wypytywać.
    Ale pewna starsza kobieta, przyjaciółka rodziny, opowiedziała mu historię o śmierci jego ojca. Wtedy młody Dobroduszny przybrał sobie imię Mściciel i zdecydował się zabić smoka. Najpierw jednak poszedł do wróżbity, który radził się losu. Rozłożył deskę z ośmioma otworami i rozrzucił kamyki. Po układzie kamyków poznał, że Mściciel zwycięży, jeśli będzie miał silny amulet. Wróżbita lubił młodego człowieka i dał mu bardzo silny amulet zwany niebieskim kamieniem. Była to miniaturowa głowa, bardzo starannie obrobiona, wykonana ze srebra i szlachetnego kamienia niebieskiego koloru..
    Mściciel wziął niebieski kamień i opuścił wieś. Niebieski kamień był jego jedyną bronią. Wąż mieszka daleko i trzeba przebyć morze, aby dojść do jego kryjówki. Ale Mściciel jest spokojny, ma swój amulet: stanął przed morzem i zanurzył niebieski kamień w falach mówiąc:
    - O niebieski kamieniu, jeżeli ty jesteś naprawdę najsilniejszym amuletem, pomóż mi. Ty wiesz, że ja nigdy nie mógłbym spać spokojnie, gdybym nie pomścił śmierci mego ojca, Szlachetnego.
    I morze cofało się, kiedy on szedł, a zaraz za nim ponownie się zamykało. Szedł tak długo po dnie morskim, aż wyszedł na plażę, za którą była wielka sawanna porośnięta krzewami i kwiatami. Tu pełno było kwiatów. Trochę dalej od brzegu był las, także pełny pięknych kwiatów. Ponieważ szedł już długo, czuł się zmęczony. Zatrzymał się w cieniu tamaryszkowego drzewa, przy źródle. Napił się wody i wszedł na drzewo, aby popatrzeć w dal. Zobaczył kobietę, która szła do źródełka niosąc dzban na głowie. Pochyliła się nad wodą i ujrzała swoje oblicze.
    - Ach, jaka ja jestem piękna! Ja nie przypuszczałam, że jestem aż tak piękna. Ja nie muszę być służącą siedmiogłowego smoka. Niech inna przyjdzie po wodę.
    I rzuciła swój garnek, który pękł. Chociaż uważała się za piękną, w rzeczywistości była bardzo brzydka. To niebieski kamień sprawił, że ona ujrzała takie odbicie w wodzie, bo dzięki temu amuletowi wszystko było piękne, co znajdowało się w źródle i nad źródłem.
    Kobieta powróciła do domu smoka. Inna służąca zobaczyła ją i zapytała:
    - Nie przyniosłaś wody? A gdzie jest twój dzban?
    - Goniono mnie, ja upadłam i dzban zbił się.
    Inna służąca poszła więc po wodę do źródła i pochyliła się nad nim. Ujrzała swoją twarz i powiedziała:
    - Teraz rozumiem powiedziała to źródło jest zaczarowane. Ja wiem, że jestem starą kobietą, a w wodzie widzę się jako młoda, piękna dziewczyna.
    W tym momencie gałąź tamarynowca zaskrzypiała i poruszyła się lekko. Kobieta podniosła głowę i zobaczyła młodzieńca na drzewie.
    - Skąd przybywasz, młodzieńcze? zapytała go.
    - Przychodzę z drugiego brzegu morza odpowiedział.
    - Kim jesteś?
    - Mój ojciec miał na imię Szlachetny, został zabity przez smoka i ja przybywam, aby się pomścić. Zaprowadź mnie do niego.
    - Ależ to on ciebie zabije. Nikt nie jest silniejszy od niego. Uciekaj stąd natychmiast! Jeszcze nikt nie zwyciężył smoka siedmiogłowego!
    - Odejdę, kiedy zabiję go, tego smoka, zabójcę mego ojca.
    - Ja jestem jego służącą i nie chcę, aby smok był zabity.
    Staruszka zaczęła krzyczeć bardzo głośno. Mściciel położył na swoim czole niebieski kamień, bo chciał, aby ona przestała krzyczeć. Kobieta umarła natychmiast. Mściciel zdjął skórę z ciała niewolnicy i założył na siebie, a swoją skórą okrył ciało staruszki. On zamienił się skórami ich ciał i teraz wyglądał, jak staruszka. Napełnił dzban wodą ze źródełka, postawił na głowie i poszedł tak, jak chodzą stare kobiety.
    Mały smok, syn wielkiego smoka, bawił się przy drzwiach i zobaczył "starą służącą". Odkrył podstęp i zwrócił się do swego ojca:
    - Ojcze, to nie jest nasza stara służąca powiedział ja chcę zabić tego, kto nas oszukuje.
    - Ja, synku odparł dorosły smok ja nie jestem tego taki pewny. Rzuć się na nią. Jeśli jest silniejsza od ciebie, to będzie dowód, że jest to ktoś inny, nie nasza stara służąca.
    Mały smok i młodzieniec w skórze staruszki toczyli twardą walkę. Przegrał smok, zabity przez niebieski kamień, który Mściciel włożył sobie we włosy.
    - Zabiłeś mojego syna powiedział smok, a z jego nozdrzy wyszły płomienie.
    - A ty zabiłeś mojego ojca odpowiedział mu Mściciel.
    - Zaczynajmy walkę, a przekonasz się, że ja ciebie pokonam i zabiję.
    - Zaczynajmy bój, po to właśnie tu przybyłem, ale to ty umrzesz, ponieważ ja przyszedłem pomścić śmierć mego ojca.
    Zaraz na samym początku Mściciel przy pomocy niebieskiego kamienia uciął głowę smokowi siedmiogłowemu.
    - To nie jest żadna strata powiedział smok mam jeszcze dosyć innych głów.
    Wkrótce padła druga głowa.
    - To mi nic nie robi krzyknął smok.
    Ale jedna po drugiej,. Wszystkie głowy padły. Po odcięciu ostatniej głowy smok padł martwy.
    Wtedy wszystkie służące podziękowały młodzieńcowi i prosiły, aby on został ich panem, któremu odtąd chcą służyć.
    - Ty nas wybawiłeś i my z wdzięczności chcemy ci służyć aż do naszej śmierci. Wszystkie bogactwa tego domu są twoje.
    - Zgoda! Ale chodźcie do mojego kraju z drugiej strony morza.
    - My nie mamy okrętu, nie umiemy pływać, nie możemy przejść przez morze.
    - Przecież ja tu przyszedłem i w taki sam sposób powrócę razem z wami do mojej wioski.
    Zabrali cały skarb smoka i przyszli nad brzeg morski. Mściciel zanurzył swój amulet w falach i wody się rozstąpiły.
    Po wyjściu na brzeg Mściciel wysłał posłańca do swojej matki, aby powiadomił ją, że wraca zdrowy i bogaty. Bał się, że zobaczywszy go matka nie przeżyłaby zbyt silnego szoku. Lecz stara matka nie uwierzyła posłańcowi i pomyślała wprost przeciwnie, że jej syn, jak wcześniej jej mąż, został zabity przez smoka siedmiogłowego. I upadła jak nieżywa.
    Jeszcze raz niebieski kamień oddaje nieocenioną przysługę i kobieta podnosi się zdrowa. Mściciel stał się najbogatszym w wiosce. Powrócił do swego imienia, nadanego mu przez rodziców i odtąd wszyscy nazywali go znów Dobrodusznym. Wdzięczne za uwolnienie służące siedmiogłowego smoka pracowały ochotnie na jego polu i w domu, a on też był dobry dla nich, a najlepszy dla swej matki, staruszki.

  • Góra strony

    10. CÓRKA WODY


    To jest bardzo dawna historia, zdarzyła się w czasach, kiedy na naszej ziemi mieszkali pierwsi ludzie. Wtedy jeszcze spotykało się nad rzekami Ludzi Wody.
    Pewnego dnia młodzieniec imieniem Pan Długiej Włóczni odpoczywał nad wodą. Nagle, na środku rzeki, zauważył dziewczynę siedzącą na skale. Ona była taka piękna, że z wrażenia aż zaniemówił. Patrzył na nią nie mając odwagi odezwać się ani nawet poruszyć. Jej włosy były bardzo długie, że opadały w wodę. Ona z pewnością marzyła, a jej wielkie oczy patrzyły na Błękitny Las porastający wzgórze, na którym teraz stoi pałac królowej w stolicy.
    Pan Długiej Włóczni chciał okazać swój podziw i zaśpiewał słodko swoim bardzo pięknym głosem. Jego śpiew wznosił się aż do błękitu nieba, a potem opadał tonąc w rzece. Piękna o długich włosach słuchała go przez chwilę, a potem zanurzyła się w wodzie. Młodzieniec zasmucił się i z oczami utkwionymi w skałę przywoływał ją długo. Ale ona nie powróciła.
    Przez wiele dni młody człowiek wracał na to samo miejsce o tej samej godzinie i widział, że Córka Wody jest tu, że jest wierna, że przybywa na spotkanie. Ale znika, ilekroć ją zawoła.
    Pan Długiej Włóczni wymyślił podstęp. Pewnego ranka ujrzał ją, jak zwykle, siedzącą na skale. Bez najmniejszego szmeru podpłynął pod wodą aż do niej i uchwycił się jej długich włosów, które pływały po wodzie, jak giętkie algi. Zaskoczona otworzyła wielkie oczy ze zdziwienia i chciała zanurzyć się, ale młodzieniec nie puścił jej włosów i ona nie mogła się poruszyć. Pan Długiej Włóczni usiadł obok niej na skale.
    - Ja nie ucieknę powiedziała dziewczyna, a jej głos był tak samo czysty i słodki, jak jej spojrzenie ale nie ciągnij mnie za włosy, bo sprawiasz mi ból.. Powiedz mi, czego pragniesz?
    - Chcę znać twoje imię. Ja ciebie pokochałem i już nie mogę żyć bez ciebie. Czy chcesz zostać moją żoną?
    - Ojciec mój, Pan Soli, nazwał mnie Córką Wód. Mieszkam głęboko w rzece razem z Ludem Wody. Mieszkamy w grotach. Tam nie ma wody, woda nie dochodzi. To jest najpiękniejsza kraina na świecie. Ale ja... ja wychodzę codziennie na tę skałę pośrodku rzeki, bo od pierwszej piosenki zaśpiewanej przez ciebie pokochałam cię. I ja chcę opuścić mój kraj i zamieszkać z tobą na ziemi. Jeśli wypływałam tyle razy, to tylko po to, aby cię zobaczyć, czy ty powracasz. Bo to jest wielkie nieszczęście, gdy miłość nie jest odwzajemniona. Zabierz mnie do swego domu. Będę twoją żoną, ale pod jednym warunkiem i ty musisz mi coś przyrzec.
    - Mów powiedział młodzieniec przecież cię kocham.
    - Ty w mojej obecności nigdy nie wypowiesz słowa "sól".
    Pan Długiej Włóczni przyrzekł oczywiście i nad wyraz szczęśliwy zabrał swoją ukochaną do swego pięknego domu, który zbudował na skraju wioski. Wychodząc z rzeki Córka Wody podniosła swe długie włosy i zawinęła wokół głowy, aby nie brudziły się w kurzu na drodze.
    Mijały lata. Pan Długiej Włóczni i Córka Wody żyli szczęśliwie, mieli dużo dzieci... Na nieszczęście, ta historia tutaj się nie kończy.
    Pewnego poranka mąż wychodził do pracy na ryżowisku na cały dzień. Przed odejściem powiedział do żony:
    - Nie zapomnij uwiązać cielaka. On chodzi do swojej matki i wieczorem krowa nie da nam mleka.
    Córka Wody była często nierozważna, roztrzepana. Tego ranka uwiązała cielę za ogon i powróciła do domu zajmując się gospodarstwem. Cielę trzepotało się, aż wreszcie udało mu się uwolnić, pobiegło do swej matki i wypiło wszystko jej mleko.
    Kiedy mąż wracał z pola do domu, już z daleka zauważył cielę igrające przy krowie. Pan Długiej Włóczni wpadł w wielki gniew.
    - Ty jesteś zdolna do niczego! krzyczał na swoją żonę Ty zawsze pozostaniesz Córką Soli!!!
    Na to słowo Córka Wody wyszła z domu, nawet nie uściskała swoich dzieci, pobiegła do rzeki i zanurzyła się w wodzie.
    Mąż opanował się, zrozumiał, że złamał daną jej przysięgę. Wybiegł nad rzekę i zaczął ją przywoływać. Wołał i krzyczał, ale ona już nie powróciła. O, jak strasznie został ukarany! Powrócił do domu bez ukochanej i płakał, płakał, długo płakał. Jego dzieci też płakały wiedząc, że nigdy więcej nie zobaczą swej matki. Aż ich ojciec, nieutulony w bólu, wpadł w złość i krzyczał na nie:
    - Uciszcie się wreszcie, wnuki Soli!
    Ale to słowo już niczego nie zmieniło. Córka Wody nigdy nie powróciła do swego męża. Jedynie jej dzieci często widywały się z nią w snach. Ona dawała im rady. Niektórzy z mieszkańców wioski też ją widzieli kilkakrotnie. Ona mówiła do nich:
    - Jeśli o mnie nie zapomnicie, ja będę was nadal ochraniała i pomagała. Przychodźcie do Kamiennego Domu, w którym ja się ukrywam. Moje mieszkanie jest niedaleko stolicy, dobrze widoczna ze wzgórza kamienna grota nad wodą.
  •  
     
    GÓRA STRONY