|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. V Tłumaczył
Był-żył raz młodzieniec o imieniu Tancerz. W tym czasie królem był PanPanującyTenPanJestTeżPachnący. Nic dziwnego, że imienia tego króla nikt nie wymawiał, bo było długie i trudne do wypowiedzenia. Król lubił muzykę i śpiew. Ale ponad wszystko był rozmiłowany w tańcu. Kiedy przechadzał się, nie mógł spokojnie wsłuchiwać się w rytm słyszalnym tylko uchem królewskim, aby nie zacząć tańczyć. A kiedy rozpoczął, tańczył przez wiele godzin. Znał wszystkie tańce, wprawiał się w tańce najpiękniejsze i najtrudniejsze. Jego długie, zgrabne nogi i zręczne stopy wydawały się nie dotykać ziemi. Król tańczył. On tańczył. I nigdy nikt nie widział, aby kiedykolwiek Król był zmęczony. Pewnego dnia Tancerz dowiedział się, że król ma nadzwyczajnego ptaszka, który podobno śpiewa bez przerwy i wydaje najtrudniejsze tony i najmilsze trele-morele. Sam ptaszek nie jest ładny. Jego niezgrabne ciałko służyło mu do wydawania dźwięków lekkich i śpiewnych. Szybko oczarował cały dwór królewski. Król uwielbiał swego ptaszka, a dwór królewski strzegł i pilnował ptaszka dniem i nocą. Tymczasem młodzieniec miał tylko jedno pragnienie: ukraść ptaszka. Tancerz mówił sam do siebie: - Jak pięknie mógłbym tańczyć, jeśli słyszałbym śpiew tego ptaszka! Jak czarujące stałyby się moje taneczne kroki. My dwaj, ptaszek i ja, uczynilibyśmy rzeczy cudowne i ja stałbym się największym tancerzem w tym kraju. Tancerz wraz ze swoją matką mieszkał na skraju wioski w domu przy wielkich bananowcach. Pewnej nocy, kiedy wszyscy spali, owinął się szczelnie od stóp aż po pięty w swoją chustę i wyszedł z domu. Poszedł po ptaszka. Na noc król pozostawiał na wolności małego śpiewaka, który fruwał i skakał wokół królewskiego pałacu. Młodzieniec szukał ptaszka idąc za jego głosem, aż znalazł go siedzącego na szczycie dachu królewskiego pałacu. Ptaszek przez cały czas śpiewał przepięknie. Noc był przecudna dzięki jasnemu i okrągłemu księżycowi. Królewscy strażnicy byli oczarowani śpiewem i... szybko zasnęli. Żaden z nich nie usłyszał, jak Tancerz zwinnie wspiął się na szczyt dachu i tam schwytał ptaszka, który w jego ręku nie przestawał śpiewać. Na nieszczęście, zeskakując na ziemię młodzieniec nie spostrzegł, że zbyt mocno ścisnął maleńkie stworzenie pod swoją chustą. Ptaszek spadł na ziemię, w jednej chwili jego śpiew ustał i ta cisza obudziła strażników. Na moment księżyc skrył się za chmurami, ale zaraz wyszedł i rozjaśnił całą wieś. Zauważono uciekającą postać i nieżywego ptaszka na ziemi przy królewskim pałacu. Strażnicy pobiegli za uciekającym i zauważyli, że wszedł do domu stojącego na skraju wioski. Powrócili i powiadomili o tym zbudzonego króla. Tymczasem Tancerz opowiedział o wszystkim swojej matce. Biedna kobieta przestraszyła się i myślała już tylko o ukryciu swego syna. Ona dobrze wiedziała, jak straszliwe są wyroku rozgniewanego króla. Powiedziała więc do syna, aby schował się korzystając z dużej maty. Młodzieniec wyszedł z mieszkania, owinął się matą i stanął przy tylnej ścianie domu. Nikomu nie mogło przyjść na myśl, aby tam go szukać. W tym czasie ludzie zostali powiadomieni przez króla, co spostrzegli strażnicy. Wszyscy poszli pod dom złodzieja. Mieszkańcy wioski dobrze wiedzieli, że Tancerz uwielbia muzykę, więc zaraz zaczęli śpiewać, klaskać, grać na gitarze z bambusa lub uderzać w bęben. - O, Tancerza nie ma tutaj... - O, Tancerzu, zamordowałeś królewskiego ptaszka. - O Tancerzu, wyjdź i tańcz teraz. Bez wątpienia, Tancerz uwielbiał muzykę, uwielbiał tę nutę, ale nie poruszył się. Ludzie powtarzali śpiew dodając dźwięki jeszcze piękniejsze, jeszcze milej wpadające w ucho. - O Tancerzu, rozkoszą jest patrzeć na twój taniec. - O Tancerzu, twoje pląsy rozgrzewają nasze serca. - O Tancerzu, czemu ukrywasz się przed nami? Młodzieniec nie poruszał się, ale jego serce zaczęło bić w takt melodii. Żołnierze zawołali najlepszych muzyków i śpiewaków, którzy stworzyli chór. Zaśpiewali bardzo piękną piosenkę na znaną każdemu melodię chwytającą za serce. - O Tancerzu, gdzie się skryłeś? - O Tancerzu, tu cię nie ma? - O Tancerzu, zatańcz z nami, - O tancerzu, zatańcz na naszą nutę. Ostatnie zdanie powtarzała najlepsza śpiewaczka, a jej czysty, jasny głos rozchodził się po nocy. Dziewczęta klaskały w rytm śpiewu i grania, a muzykanci uderzali w bębny, szarpali struny na ozdobnych bambusach. Tancerz nie mógł już dłużej ustać i jego nogi poruszyły się w macie. Po chwili zawirował tak, że mata rozwinęła się. Jego matka zaczęła płakać. - Milcz. Synku, ucisz się! Ucisz swoje serce, bo oni cię zabiją! Ale głos śpiewaczki stawał się coraz słodszy, coraz bardziej uroczy. - O, Tancerzu, zatańcz na naszą nutę. Młodzieniec zbyt gwałtownie poruszył się w macie, która rozwinęła się cała, a Tancerz wyskoczył przed dom i zaczął tańczyć, a tańczył, jak nigdy dotychczas. Jego kroczki i ruchy były tak doskonałe i tak piękne, że muzykanci nie przerwali grania, aby tylko przyglądać się i podziwiać jego taniec. Dowiedziawszy się o tym król przybył do tłumu i patrzył na Tancerza. Pomyślał, że ten młodzieniec tańczy o wiele piękniej od niego. Urzeczony jego tańcem powiedział: - Oto mój wyrok. Ja nie chcę, aby zginął tak wielki tancerz, który nie chciał źle zrobić kradnąc mojego ptaszka. On pragnął przy śpiewie maleństwa tańczyć jeszcze piękniej. Niech więc od tej pory będzie pod moją opieką jako pierwszy tancerz w moim królestwie na zawsze. Gdy król kończył ogłaszanie wyroku, dały się słyszeć trere-morele, które nie cichły. Ich ton wydawał się chwalić królewską mądrość. Wszyscy ucichli i obrócili w kierunku, skąd dochodził śpiew. Ujrzeli ptaszka, królewskiego ptaszka, który wydawał się bardziej żywotny, niż kiedykolwiek. Tancerz nie zadusił go, ale tylko oszołomił na kilka godzin. Teraz ptaszek siadł na ramieniu króla wciąż śpiewając. Wszyscy udali się do pałacu królewskiego. Na czole pochodu szedł król, na królewskim ramieniu siedział śpiewający ptaszek. Obok króla tanecznie podskakiwał rozradowany Tancerz. Za nimi szli muzykanci nie przerywając grania. I tylko jedna osoba nie poszła do pałacu królewskiego. Matka Tancerza w małym domku przy wielkich bananowcach, dumna ze swego syna, spokojnie zwijała matę, która do niczego już nie będzie służyła. Jej syn jest szczęśliwy, co jej jeszcze potrzeba? Już od wielu dni piroga ślizgała się po wodzie wielkiej rzeki. Ludzie przy wiosłach śpiewali w rytm uderzeń: Płynie piroga po wodzie wielkiej rzeki. Szybko, wioślarzu! Twoje wiosło Niech pracuje! Piroga posuwała się przy brzegu rzeki. Zgromadzony przy wodzie tłum przyglądał się przybywającemu królowi, który na czole miał białą muszelkę, a na szarfie w kolorach czerwonym i zielonym opierał swoją ciężką strzelbę wybijaną złotymi gwoździami. Król był piękny, ba, bardzo piękny. Był jeszcze kawalerem. Przedstawiano mu wiele kandydatek na żonę i królowę, ale żadna mu się nie spodobała. Dlatego teraz opuścił pałac królewski, aby podróżując w wielkiej pirodze szukać takiej, która zawładnie jego sercem. Królestwo potrzebuje nie tylko króla, ale i królowej. Gdziekolwiek piroga przepływała przy brzegu, nad rzeką gromadziły się dziewczęta w komplecie. Wszystkie pięknie układały swoje włosy w warkoczyki i małe koki, wszystkie były wyperfumowane i wykremowane! Wszystkie ubierały się w najpiękniejsze swoje chusty z wymalowanymi kwiatami w kolorach białym, czerwonym albo żółtym. Na szyi każdej panny były trzy rzędy naszyjników, a na nitce z aloesu nanizane wszystkie amulety ze swego plemienia. Były to wydrążone zęby krokodyla pełne miłosnego napoju, kawałeczki szlachetnych drzew, drzazgi z korzeni drzew uznawanych za święte, kamienie o wszystkich odcieniach... Na ich ramionach i na kostkach nad stopami dźwięczały ciężkie bransolety ze srebra. Ale król zdawał się ich nie dostrzegać. Siedział w przesuwającej się pirodze i nie okazywał żadnego zainteresowania. Ani razu nie kazał zatrzymać pirogi. Wieczór zapadł, księżyc wystawił swoją twarz nad wodami. Na brzegu rzeki drzewa stawały się długie i czarne. Król ujrzał wioskę i polecił swoim ludziom zwolnić. W tej wiosce spędzi noc. Był zbyt zmęczony długą podróżą i teraz myślał tylko o tym, że chyba nigdy nie znajdzie tej, której szuka. Piroga zatrzymała się na piasku. Na brzegu stały trzy dziewczęta przyglądając się przybyłym. Najwyższa powiedziała do króla: - Ja jestem tą, której oczekujesz. Noc przyprowadziła cię do mnie. Jestem piękną i umiem zrobić sto obrusów z jednej tylko nitki, sto chust z nitki z jednej tylko pajęczyny. Druga, trochę niższa, wyśpiewała swoje zalety: Jeżeli ja tylko spojrzę na trzcinę, Maty i obrusy same się robią. Z jednego promienia księżyca Sto chust powstanie. Wreszcie przyszła kolej na najmłodszą: - Aby uczynić obrus, potrzebuję wiele dni i nie starczy mi roku, aby utkać jedną chustę. Ale ja też nie chciałabym być żoną takiego mężczyzny, który tylko siedzi w pirodze, nawet gdyby był prawdziwym królem, bo to jest znak, że bez wątpienia jest chorowity. - Wyciągnijcie pirogę na brzeg krzyknął zagniewany król chcę zobaczyć tę, która sobie drwi ze mnie. Król energicznie wyskoczył na piasek i zbliżył się do trójki dziewcząt. Spojrzał na najmniejszą i wtedy cała złość go opadła, a w swym sercu nie miał już nic innego, tylko miłość, miłość do tej malutkiej. Nie była piękna. Nie nosiła ozdób, tylko jedna mała muszelka na jej piersiach odbijała blask księżyca. Król spoglądał na nią i podniósł rękę, aby ją pozdrowić. - Ty będziesz królową mojego kraju powiedział jak już zostałaś królową mego serca. Pokochałem cię za odwagę i szczerość. ... Po wodach rzeki prześlizguje się piroga, przewożąc króla i królowę do królewskiego pałacu. Płynie piroga Po wodzie Wielkiej rzeki. Szybko, wioślarzu! Twoje wiosło Niech pracuje! Był-żył raz człowiek, który nazywał się Dumny. Był młodym i pięknym mężczyzną i jego rodzice pragnęli, aby wreszcie się ożenił. Ale Dumny był wymagającym i nie znalazł dość ładnej panny dla siebie, chociaż przedstawiano mu wiele dziewcząt. Jedna mówił oczy ma matowe, druga była zbyt wysoka, inna za mała... Za każdym razem rodzice musieli dać prezent tym pannom, które nie spodobały się synowi i zostały odesłane do domu. - Ponieważ wy nie potraficie wybrać dla mnie żony jak trzeba powiedział pewnego dnia ja sam jej poszukam. - A jak prześlesz nam wiadomość? zapytała matka Przecież może ci się przytrafić coś złego, jakieś niebezpieczeństwo ci grozić będzie, kto nam o tym powie? - Patrzcie na bananowca, którego zasadziłem przed domem, kiedy byłem jeszcze mały. Zawsze jadłem z niego banany i codziennie spałem pod nim w cieniu jego długich liści, które kołysały się nade mną dając mi powiew świeżego powietrza. Wierzę, że w nim jest coś czarodziejskiego. To drzewo was poinformuje i mnie nadal będzie pomagać, chociaż znajdę się daleko. A jeśli zdarzyłoby się naprawdę nieszczęście, jego liście staną się żółte i zwiędną. Młodzian wyszedł z domu rodziców i odszedł w dal. Szedł długo, bardzo długo. Zatrzymał się w jednej wiosce, potem w drugiej, jeszcze w innej. Wszędzie brał udział w zabawach i we wszystkich świętach, przyglądał się wszystkim dziewczętom: żadna mu się nie spodobała, żadna nie była wystarczająco piękna. Pewnego dnia, zmęczony i bez nadziei, usiadł przy źródle. Przyszła dziewczyna niosąc na głowie dzban. Aby dzban nie upadł, szła wyprostowana i lekko poruszała biodrami. Kiedy szła, było słychać szelest jej ciężkich bransoletek, które opierały się na kostkach u jej nóg. Jej twarz była piękna, złocista jak manga, otoczona puklami czarnych włosów. Dziewczyna zbliżyła się do źródła i udawała, że nie widzi podróżnego, ale patrzyła na młodzieńca przez swoje długie, opuszczone rzęsy. Nabrała wody i podniosła dzban, przygotowując się do odejścia. Młodzieniec zbliżył się do niej. - Dokąd idziesz, dziewczyno? zapytał ją Zatrzymaj się na chwilę, słońce praży, droga pod górkę trudna. Pomogę ci nieść twój dzban. - Jesteś bardzo uprzejmy odpowiedziała Ale jeśli ja się zatrzymam, to nie tylko po to, aby odpocząć... Powiedz mi, jak ci na imię? Ja nazywam się Pięknotka, mam piętnaście lat i przyszłam po wodę dla mego ojca. - Córka zawsze powinna iść po wodę dla spragnionego ojca, ale czy nie byłabyś szczęśliwszą, gdybyś szła po wodę dla swego męża? Droga wydawałaby ci się krótszą, a dzban lżejszy. - Nie wątpię, że mówisz prawdę. Chętniej chodziłabym po wodę, gdyby mój mąż miał pragnienie. Powiedz mi, może ty znasz kogoś, komu ja mogłabym się podobać? Ale ja jestem wymagająca. Chciałabym mieć męża, który niczego by się nie bał. - Tak, znam takiego odpowiedział młodzieniec Nazywa się Dumny i od wielu dni jest w drodze, aż przybył tutaj, aby pochylić się nad źródłem i zobaczyć swoją twarz obok twarzy twojej. I młodzi pochylili się nad źródłem, zobaczyli swe twarze jedną obok drugiej właśnie w chwili, gdy biały kwiatek wpadł do wody. Dwoje zakochanych uwierzyło, że to jest pomyślny znak, który ich jednoczy. Dumny zerwał kilka kwiatów rosnących obok źródełka i dał Pięknotce. Po chwili razem ruszyli drogą do domu panienki. Wkrótce Dumny zobaczył duży dom ze spiczastym dachem stojący na szczycie pagórka, Domyślił się, że to dom jego dziewczyny. Oboje szli w milczeniu, ale przed domem młoda dziewczyna zatrzymała się i powiedziała: - Jeszcze możesz odejść, o Dumny. Tu mieszka mój ojciec, król szalony i takie też ma imię. Jest tak samo bogaty i potężny, jak złośliwy. Jeżeli wejdziesz do środka, musisz być przygotowanym na śmierć. - Ja pragnę albo szczęścia, albo śmierci. - Mój ojciec widział cię, jak piłeś wodę ze źródła dodała i wtedy polecił mi, abym poszła i przyprowadziła cię do niego. On szuka dla mnie męża, ale tylko takiego młodzieńca, który jest silny i odważny. Młodzieniec może być biedny albo bogaty, to nie ważne, ponieważ mój ojciec jest bardzo bogaty. Pięknotka pokazała mu ręką w dali na równinie wielkie stada bydła i rozległe ryżowiska aż po horyzont. - Zanim zostaniesz moim mężem, musisz przejść przez trzy próby. One są straszliwe i wielu pragnących mnie poślubić straciło życie. Ich śmierć była dla mnie obojętna, bo ich nie pokochałam, ale ciebie kocham, kocham gorąco i dlatego wolałabym, abyś raczej odszedł, niż miałbyś zostać zabitym. - Aby ciebie posiąść, nie boję się niczego. Młodzi weszli do domu. Król ich oczekiwał. Był potężnej budowy, o twarzy ładnej, ale okrutnej. - Wszedłeś powiedział król Szalony ale ty nie wiesz, co cię tutaj czeka. - Na wszystko się zgadzam odpowiedział Dumny. W tej samej chwili król chwycił siekierę i rzucił nią w Dumnego. Ale młody człowiek szybko i zręcznie upadł na podłogę, a siekiera przebiła ścianę z desek. Tam, daleko, w wiosce młodzieńca, matka Dumnego usłyszała, jak liść bananowy złamał się, ale nie straciła nadziei, ponieważ tylko ten jeden liść zżółknął. - Czego chcesz jeszcze ode mnie, o królu? zapytał Dumny podnosząc się. Szalony wziął garnek pełny ryżu zmieszanego z piaskiem i powiedział do młodzieńca: - Trzeba, abyś szybko usunął piasek z tego garnka. Gdy zaklaszczę w dłonie, w garnku musi być tylko ryż, sam czysty ryż. Dumny wziął wielki garnek i wyszedł. Obok domu Dumny odwrócił garnek i wysypał ryż z piaskiem. Zaczął gwizdać łagodnie. Ze wszystkich strony z nieba przybyły ptaki, rzuciły się na ryż gotowe do jedzenia. Ale Dumny powiedział do nich: - Kładźcie po jednym czystym ziarnku do garnka. Nie może brakować ani jednego ziarnka! Nie może też być ani jednego ziarnka piasku przyklejonego do ryżu. I to wszystko musi być zakończone w mig. Ptaki nie lubiły króla, który codziennie na nie polował, stały się więc przyjaciółmi młodzieńca. Natychmiast rozpoczęły pracę, a skończywszy odleciały tak szybko, że Dumny nie zdążył im nawet podziękować. Zanim król uderzył swymi szerokimi i mocnymi dłońmi, Dumny wszedł do domu z garnkiem pełnym ryżu. Król popatrzył uważnie na ryż, przewracał ziarna, ale nie znalazł nawet jednego ziarnka piasku. - Jeszcze nie wygrałeś powiedział król Szalony Najtrudniejsze zostało do zrobienia. Ja chcę, abyś poszedł do lasu i przyprowadził mi Smoczka. Chociaż imię jest tak delikatne, w rzeczywistości jest to zwierzę straszliwe i jeszcze nikt nie odszedł żywy. On zjada każdego, kto tylko zbliży się do niego. - Idę do lasu powiedział Dumny ale daj mi trochę tłuszczu. To wszystko, czego potrzebuję do swej obrony. Dumny odszedł z domu bez lęku, ponieważ w kącie mieszkania ujrzał Pięknotkę: ona łagodnie wąchała biały kwiatek, a nad płatkami jej oczy uśmiechały się do niego. Po wejściu do lasu Dumny zbierał drzewo, nazbierał dużo suchego drzewa. Na każdy kawałek drzewa położył odrobinę tłuszczu. Potem zapalił stos. Rozszedł się miły zapach pieczonego mięsa. Och, jak drażnił nozdrza! Dumny czekał. I nagle zobaczył zwierzę straszliwe wychodzące z gęstwiny leśnej. Zwierzę miało pofałdowaną skórę, bardzo szerokie nogi, a jego oczy rzucały więcej płomieni, niż sam ogień. Zwierz nie zdziwił się ujrzawszy Dumnego, siedzącego spokojnie przy ognisku. Wydawało się, że straszliwe zwierzę właśnie tego się spodziewało. Smoczek podszedł do Dumnego i zapytał: - Czego tutaj szukasz? - Właśnie ciebie szukam. Ja chcę poślubić Pięknotkę, córkę króla Szalonego, a król da mi ją za żonę tylko wtedy, jeśli przyprowadzę ciebie do niego. Chodź ze mną, a dam ci tłustego wołu, nawet dwa tłuste woły, kiedy będziesz wracał do lasu. Smoczek nie lubił króla tak samo, jak ptaki, które już opowiedziały mu o młodym właścicielu bananowca. Poszedł spokojnie za Dumnym, który przed wejściem do królewskiej wioski nawet założył mu sznurek dookoła szyi. Kiedy król Szalony zobaczył młodzieńca prowadzącego zwierzę łagodne jak baranek, tak bardzo zdziwił się, że zmarł w jednej chwili. Dumny dotrzymał przyrzeczenia i powiedział do Smoczka, aby sam wybrał sobie ze stad królewskich dwa tłuste woły. Ale Smoczek tylko pospacerował spokojnie pomiędzy stadami, pożegnał Dumnego i wrócił do lasu. A daleko. W jego wiosce, cały bananowiec zazielenił się i wydawał się całkiem szczęśliwym nachylając szerokie liście w takt chłodzącego wiaterku. Przy tym drzewie zamieszkał Król z Królową: odważny Dumny ze swoją żoną, śliczną Pięknotką. Bananowiec będzie chronił ich dzieci, jak chronił ich ojca, który to czarodziejskie drzewo zasadził. Stary Łakomczuch był ubogi, ale był prawdziwym łakomczuchem, a tacy nie zawsze są szczęśliwymi zjadaczami dobrego ryżu. Rzadko w jego wiosce była sól, bo tylko podróżni przechodzący przez tę wioskę mogli dać jej nieco w zamian za jakiś drobiazg. Tylko najbogatsi czasami kupowali sól w pobliskim mieście. Pewnego dnia przez wioskę przechodził bogaty podróżnik z Europy. Starcowi udało się zabawić go opowiadaniem historyjek z dawnych czasów, za co otrzymał garść soli. Starzec był takim łakomczuchem, że nie chciał podzielić się z rodziną, ale zachował ją wyłącznie dla siebie : schował do pudełka, które ukrył pod dachem, dokładnie nad drzwiami. Przed każdym posiłkiem, kiedy do domu wnoszono garnek z ryżem, Łakomczuch troszczył się o to, aby posolić swoją porcję. Robił to w taki przemyślny sposób, aby inni tego nie widzieli. Przynajmniej tak mu się zdawało i wierzył, że wymyślił najlepszy sposób zachowania tajemnicy, gdy solił swój ryż. Przecież on jest bardzo przemyślny! Wchodząc do domu ręką przytrzymywał się nisko przybitej deski nad drzwiami i skarżył się: - Och, jaki już jestem stary... Już nie mogę wejść do domu tak lekko, jak jeszcze niedawno... Moje serce bije zbyt mocno i jeśli nie przytrzymywałbym się tej deski, z pewnością przewróciłbym się. W tym samym czasie, gdy to mówił, brał trochę soli ręką, którą wkładał pod dach. Potem siadał na swoim miejscu i mocno trzymając odrobinę soli między palcami pocierał je nad liściem bananowym, który służył mu za talerz. - Ach dodawał gdybym miał jeszcze sól, robiłbym tak... i tak... właśnie tak... Cała rodzina uśmiechała się skrycie, ponieważ szybko poznali jego lisią przebiegłość. Ale soli pod dachem było coraz mniej, a starzec niewysokiego wzrostu tego nie zauważał. Pewnego dnia jedno z dzieci postanowiło zakpić z niego i do pudełka włożyło nieco piasku. Łakomczuch odegrał tę samą komedię przed posiłkiem i... niczego nie zauważył. Był głodny i jak zawsze rzucił się na swój ryż, ale przy pierwszym kęsie ryżu ziarnka piasku zatrzeszczały między starymi zębami i to wprowadziło go w wielki gniew. - Kto czyścił dziś ryż?! krzyczał czy to ty, pierworodna? - Ależ tak, czyściłam, jak zawsze powiedziała najstarsza córka Ojcze, wszyscy uważają, że ryż jest dobry, z wyjątkiem ciebie? Zazwyczaj masz minę zadowolonego. - Już za widzę, co to jest powiedziała inna córka kawałek dachu musiał wpaść ci do twojego ryżu. Starzec zrozumiał, że jego chytrość jest znana wszystkim i zaczął śmiać się razem ze swoimi dziećmi, kiedy pierworodna zmieniała liście bananowe i dała mu inną porcję ryżu czystego. Bez piasku, ale też bez soli. Nad brzegiem rzeki przechadzało się zwierzę, które nazywało się Jeż. Na przybrzeżnych łąkach dzieci pilno-wały bydła i zabawiały się robieniem zabawek z gliny. Z daleka słychać było ich radosne śpiewy. Przy samym brzegu fale wody obmywały szerokie liście wodnych krzewów. Ale piękno okolicy, miły szum gałęzi poruszanych przez łagodny wiatr nie interesowało Jeża. On wolałby ujrzeć jakiegoś robaczka, czy gąsienniczkę u końca swego ryjka, bo jak mówią "brzuch zagłodzony widzi bardzo krótko" Kiedy Jeż tak się przechadzał, potknął się o wielki pień drzewa. Dziwny to był pień z dwoma małymi, świecącymi oczami i z ogromnymi nozdrzami! Przestraszył się, kiedy rozpoznał swego wielkiego nieprzyjaciela. To był Krokodyl. Jeż stwierdził, że nie zdoła się uratować, ale zdobył się na odwagę i mówi słodkim głosem: - Mój starszy bracie, przebacz mi, że ci przeszkodziłem w drzemce, ale dziś chcę być pierwszym, który cię pozdrowi. Po prostu przychodzą do ciebie z wizytą. Na szczęście, wielkie zwierzę było w dobrym humorze, ponieważ tego ranka zjadło obfite śniadanie. - Drogi braciszku odpowiedział Krokodyl jestem bardzo szczęśliwy i pochlebia mi to, że mogę z tobą rozmawiać. Jakże mało jest nad rzeką inteligentnych istot, a wszystkie zachowują się tak, jakby się mnie bały. Nieraz zapytuję sam siebie, dlaczego mnie się boją? Przez dłuższy czas Jeż i Krokodyl wymieniali między sobą komplementy, aż stali się prawdziwymi przyjaciółmi i każdy z nich zaprosił drugiego w gościnę. Krokodyl był starszym, więc jemu pierwszemu przypadł zaszczyt przygotowania gościny dla Jeża. Kiedy nadszedł dzień przyjęcia, Jeż z radością pospieszył do Krokodyla. Już wiedział, że jego wielki przyjaciel przygotował wołu, który nieroztropnie oddalił się od stada i sam przyszedł do rzeki napić się wody. Kiedy biedne bydlę zanurzyło swój pysk w wodzie, Krokodyl chwycił je za rogi i obił swoim brzydkim ogonem. Właśnie tego wołu przygotował Krokodyl na gościnę dla małego przyjaciela. Ale Jeż nie był przyzwyczajony do takich posiłków i przełknął zaledwie niewiele małych kawałeczków mięsa, kiedy jego starszy przyjaciel w kilku porcjach połknął całego wołu. Poza tym mięso wołu nie pachniało smacznie, gdyż każdy wie, że szanujące się krokodyle nie zjadają od razu ofiary, lecz ciągną do swoich kryjówek i tam pozwalają im "dojrzeć". Jeż wrócił głodny do domu. Po kilku dniach Krokodyl idzie w gościnę do swego przyjaciela. Mały Jeż pracował dużo, aby przyjąć tak wielkiego pana: ileż insektów i robaczków on zebrał! Na nieszczęście, Krokodyl wpadł w gniew, skoro tylko ujrzał ten posiłek. - Ty sobie kpisz ze mnie! Ten cały posiłek nie wystarczy, abym ja chociaż poczuł, że coś połykam. - Och, mój przyjacielu, to jest wszystko, co mogłem zebrać przygotowując ucztę dla ciebie. Przyjmij to, ponieważ ja ci ofiaruję wszystko z całego serca. - Ty jesteś małym stworzeniem, ale wielkim niewdzięcznikiem. Przed kilku dniami przygotowałem dla ciebie tłustego wołu i ty go połknąłeś niemal nic nie pozostawiając dla mnie. A teraz ofiarujesz mi takie nic! Ja tego nie chcę! I jednym ruchem pyska Krokodyl zgarnął wszystko to, co Jeż zbierał z takim trudem przez wiele dni. Jeż przestraszył się, ale też był wściekły na gburowatego przyjaciela i zaczął prychać ze złości. - Zamiast się wytłumaczyć, ty jeszcze prychasz powiedział Krokodyl Nie tylko jesteś skąpcem, ale jesteś straszliwie brzydki z twoimi mikroskopijnymi oczami. - Zamiast mnie krytykować, powinieneś popatrzeć na siebie. Poza tym, jesteś głupi jak panterka, która też ma łaty na swoim ciele i drwi sobie z ciebie. W tej chwili Krokodyl przypomniał sobie panterkę, która też kiedyś drwiła sobie z niego. Złość nie jest dobrym doradcą w działaniu, a rozezłoszczony Krokodyl zapomniał o tym i otworzył swą wielką paszczę, aby połknąć Jeża zapominając o igłach, które mogłyby go pokłóć. Jeż wyszedł z paszczy Krokodyla bardzo dumny. Całkowicie szczęśliwy ześlizgnął się z głowy swego przyjaciela Krokodyla i skierował swe małe kroki do domu w pniu drzewa, gdzie oczekiwała go pani Jeżowa wraz ze wszystkimi dziećmi. A kiedy Jeż wszedł do domu, zaśpiewał im piosenkę, którą ułożył po drodze: Mniejszy jest silniejszy od większego. Nie lękam się Krokodyla, A duch jest cenniejszy od ciała. Bardzo dawno temu żył piękny ptak, który miał dziób śliczny, bardzo długi i zupełnie prosty. Mógł posługiwać się nim kłując szarańczę w trawie. Lubił szarańczę, tych Zjadaczy Zieleniny, jak ją nazywał. A kiedy już był syty, zbierał szarańczę i przechowywał w swoim spichlerzu. Nieraz miał zapas jedzenia na kilka dni. Ten ptak miał na imię Papuga. Ale takie szczęście nie mogło trwać w nieskończoność. Chrabąszczyki i chrząszczyki są istotami mały-mi, ale bardzo przemyślnymi i zdecydowanymi, a przede wszystkim nie lubią być dziobane nawet, jeśli dokonuje tego dziób piękny i delikatny. Można je zrozumieć, że pewnego dnia wpadły w gniew i postanowiły zjednoczyć się przeciw dużemu nieprzyjacielowi. W wielkiej tajemnicy szarańcza przygotowała wielką wojnę przeciw Papudze. Pewnego poranka Papuga powróciła do swego domu głodna, nie spotkała nawet jednego chrząszczyka. Na drugi dzień było podobnie. Na trzeci dzień też nie miała szczęścia. Szarańcza znikła i Papuga była zmuszona zjadać swoje zapasy ze spiżarni. Ale po kilku dniach i w spiżarni nie znalazła nawet jednego wyschniętego na ząb chrząszczyka. - Kto tam zajada? dało się słyszeć pytanie w domu Papugi, ale prawdziwsze byłoby powiedzenie: "kto tam nie zajada". Coraz lepiej rozumiała to Papuga, która nocą już usnąć nie mogła z powodu głodu. Chociaż była bardzo słaba, pewnego dnia Papuga postanowiła jeszcze raz wyjść ze swego domu. Szła powoli, fruwała ociężale, wreszcie przykucnęła na gałęzi, zwinęła się w kłębek i zaczęła drzemać. Obudził ją śmieszny hałas. Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! słyszała wokół siebie. - Mam uszy, które świszczą pomyślała To z powodu głodu. Zamknę oczy, spróbuję zasnąć. - Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! Papuga jeszcze raz otworzyła oczy, ponieważ ten hałas ją denerwował. Chciała zmienić miejsce, oddalić się od jego źródła, ale całkiem już zdziwiona zauważyła, że jest mroczno i nawet nie wie, gdzie się znajduje. - Oto teraz ja nawet nic nie widzę. To mój biedny pusty brzuch spowodował. Jestem zbyt głodna, tak długo już nic nie jadłam. Niebo pokryło się bardzo gęstymi chmurami, a mgła przesłoniła horyzont. Te chmury przechodziły przed jej oczyma bez zatrzymania, były podobne do żywych, Papuga je czuła, one ją kłuły! Jak krople, zaczęły spadać na nią i uderzać, jak kamyczki małe, ale dotkliwe. - Straszne! Ależ to jest szarańcza krzyknęła, kiedy rozpoznała tych Zjadaczy Zieleniny. Rzeczywiście, były to dziesiątki, setki, tysiące małych owadów, które krążyły przed jej oczami bez zatrzymania się, bez przerwy powracając do niej uderzały w nią i dręczą. Papuga próbowała ukryć swoją głowę pod skrzydło, ale i tu nieprzyjaciele nie pozostawili jej w spokoju. Atakowały ją ze wszystkich stron. Potem uciekały, skakały z miejsca na miejsce, z gałęzi na gałąź. Wkrótce Papuga spadła z gałęzi, leżała przy pniu drzewa bez ruchu, zbyt słaba, aby się bronić. Wtedy wszystkie chrabąszczyki i chrząszczyki rzuciły się na Papugę, ale przede wszystkim usiadły na jej nosie. Wyglądały, jak małe kuleczki na pięknym, długim i prostym nosie podobnym do lufy karabinu i paf! Paf! Paf! coraz szybciej. Papuga słyszy hałas uderzających w jej nos ich szczęk twardych, odcinających kawałeczki jej dzioba, jak zęby piły: - Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! Bzzzzz! Czzzz! Wreszcie ptak upadł prawie martwy, a armia z pokolenia szarańczy w dobrym ordynku powróciła do domu po wygranej wojnie. Za kilka godzin zapadła noc i zimne powietrze orzeźwiło ptaka. Papuga myślała że śni, tak było spokojnie. Ale dlaczego czuła ból? Na szczęście, niedaleko jest źródełko. Podeszła do wody, otwiera swój dziób, aby się napić. Poczuła ból. Promień księżyca oświecił źródełko, które stało się zwierciadłem, Papuga zobaczyła swoje odbicie, ale najpierw wcale się nie poznała i zapytała samą siebie, co to za obrzydliwe zwierzę z czymś, co przypomina róg wołu, gruby i złamany między oczami? Niestety, trzeba uznać rzeczywistość. Jej piękny, delikatny i długi dziób ostukany przez małe chrabąszczyki stał się straszydłem. Papuga nie mogła już wydziobywać z trawy tak smacznych chrząszczyków. Musi zadowolić się ziarnkami lub pestkami łatwymi do zgryzienia. Zjadacze Zieleniny dokonały pięknej zemsty! Pewnego pięknego dnia trzej bracia postanowili udać się do stolicy, aby wziąć udział w święcie rodzinnym. Jak zwyczaj każe, każdy na swoich ramionach niósł łopatę, na której zawiesił swój pakunek podróżny, przede wszystkim garnek i ryż na drogę. Po kilku godzinach marszu trzej wędrowcy postanowili zatrzymać się na odpoczynek w cieniu wielkiego mangowca. Zjedli po kilka słodkich owoców i posnęli. Najstarszy, najodważniejszy i najsilniejszy z nich o imieniu Rolnik obudził się pierwszy. Dwaj bracia smacznie spali. On nie wiedział, co robić. Podniósł się i rozglądał wokoło. Niedaleko ujrzał dolinę oświetloną przez słońce, osłoniętą od wiatru. Ten pierworodny z braci dobrze znał się na roli i powiedział sam do siebie: - Oto bardzo dobra ziemia, tam mógłby wyrosnąć wspaniały ryż. Nie można zostawić tego pola. Zanim bracia obudzą się, ja przewrócę ziemię. Nudzę się, więc muszę czymkolwiek się zająć. Łopatą przewracał starannie ziemię wkładając w pracę wszystkie swoje siły i serce. Po godzinie bracia obudzili się, wołali go, ale on ich nawet nie usłyszał, więc odeszli bez niego. Kiedy Rolnik skończył przewracanie ziemi, podniósł głowę i zrozumiał, że został sam. - Ba pomyślał sobie ja ich odnajdę. Wziął szpadel na swe ramię i długim krokiem ruszył w kierunku stolicy. Garnek i zawiniątko podskakiwało za nim w rytm jego kroków. Wkrótce młodzieniec spostrzegł swoich braci przed sobą, a przed nim, w dali, wspaniały błękit nieba, a na czerwonej ziemi małe domy, które wydawały się wznosić ku szczytom pagórków i gromadzić się wokół pałacu królowej, zupełnie wysoko, jakby rzucony w niebo. Tak, to była stolica. Tydzień później jakiś człowiek też szedł do miasta i przechodził obok doliny. Zdziwiony tym, co ujrzał, pomyślał: - Człowiek, który uprawia tę ziemię, jest złym rolnikiem Przygotował pole, ale nic nie zasiał. Jeżeli będzie zwlekał jeszcze kilka dni, będzie zbyt późno na zasiew. Podróżny niósł worek ryżu, który chciał sprzedać na targu w stolicy. Zdecydował się zmienić zamiar. Ujął trochę ryżu z worka i wsiał w ziemię. Potem z niepełnym workiem ruszył w drogę Czas mijał. Ryż wychodził z ziemi. Wielkie deszcze przyszły we właściwym czasie, aby zwilżyć ziemię. Gdy przechodził trzeci podróżny znający się na uprawie ryżu, zatrzymał się i spojrzał na ryżowisko: wygląda, jakby ten wielki, zielony dywan został zapomniany przez ludzi... Ryż trzeba rozsadzić, inaczej cała dotychczasowa praca pójdzie na marne. - Właściciel tego pola chyba umarł, skoro tego nie robi powiedział do siebie bez tego, nic nie będzie z wsianego ryżu. Trzeci podróżny wziął się do pracy mówiąc sobie, że w drodze powrotnej zbierze ryż, który w ten sposób stanie się jego. Kiedy ziarno w kłosach stało się różowe i dojrzałe, przechodzący inny, już czwarty podróżny zatrzymał się także. Ryż niemal wylatywał z kłosów, więc zdecydował się na jego zbiór. Wykopał wielki dół w ziemi i tam zakopał zbiór, przyrzekając sobie, że wróci z rodziną, aby zabrać ryż do swego domu. Trzej bracia dotarli do krewnych. Zwiedzali stolicę. Potem wzięli udział w święcie zmarłych. Należało sprawić, aby krewni zmarli z rodziny Rolnika wyszli z "Domu Zimnego" do "Domu Pachnącego". Kobiety układały swoje chusty jedną obok drugiej po stronie zachodniej grobu. Były to ich chusty najpiękniejsze, a kładąc je - wszystkie tańczyły. W tym samym czasie chór mężczyzn śpiewał, a krewni i przyjaciele rodziny klaskali w rytm śpiewu i tańca. Potem każdy z przybyłych przyniósł prezent dla rodziny, ponieważ święto kosztuje bardzo drogo. Przecież trzeba kupić pogrzebowy materiał, czerwone chusty, które służą do owinięcia w nie kości zmarłych, zanim złoży się je ponownie w grobie. Trzeba kupić, zabić i podzielić między wszystkich obecnych wołu, aby nikt nie był głodny. Dopiero po uczcie przeniesie się kości zmarłych do ich grobów rodzinnych w ich pięknych, nowych chustach pogrzebowych zwanych chustami czerwonymi. Uroczystości trwały długo. Wszyscy uczestnicy święta, a więc także dwaj młodsi bracia rozeszli się, każdy do swego domu. Spełnili swój obowiązek wobec zmarłych, jak im nakazuje religia. Jedynie najstarszy, Rolnik, pozostał dłużej w stolicy. Ten człowiek nie był przyzwyczajony do życia w mieście i także zdecydował się na powrót do domu. Wracał tą samą drogą, którą przybył, obok urodzajnej doliny. Stamtąd doszedł do niego hałas i zamieszanie. Przyszedłszy bliżej zobaczył troje zagniewanych ludzi, którzy przygotowywali się do walki. Chcieli się bić. Młody wędrowiec szybko zrozumiał, co się stało. Każdy z tych trzech wierzył, że ryż jest jego. Wszyscy mówili jednocześnie i nie słuchali, co mówią pozostali. Rolnik zbliżył się do nich i poprosił, aby spokojnie powiedzieli, jeden po drugim, o co im poszło. Po chwili wszyscy zaczęli się śmiać, wszyscy trzej razem z nim, Rolnikiem. Wreszcie zadecydowali, że podzielą ryż na cztery części, bo każdy z nich ma prawo do jednej, ponieważ każdy miał wkład pracy na tym ryżowisku. I wszyscy byli zadowoleni, bo podział był sprawiedliwy. Ale gdyby Rolnik nie przybył do nich, tych trzech z pewnością biliby się jeszcze dzisiaj. Ludzie opowiadają, że raz był-żył chłopiec, który nazywał się po prostu Uczeń. Pewnego razu Uczeń wszedł na drzewo, a kiedy zawiał wiatr, chłopiec spadł na ziemię i złamał sobie nogę. - Silniejsze od człowieka jest drzewo powiedział Uczeń - bo złamało mi nogę. - Ja nie jestem silne odpowiedziało Drzewo Silniejszy jest wiatr, który łamie moje gałęzie. - Góra jest silna rzekł Wiatr Ona nigdy mnie nie przepuszcza, zawsze mnie zatrzymuje. - Szczur drąży we mnie dziury powiedziała Góra on jest silny. - Czyż kot, który mnie łapie i zabija, nie jest silniejszy ode mnie? zapytał Szczur. - Sznur jest silny powiedział Kot bo on mnie wiąże. - Nóż mnie przecina i już nie istnieję odparł Sznur więc to nóż jest silny. - Nie jestem silny rzekł Nóż bo ogień mnie piecze, a wtedy zwijam się w bólu. - Woda jest silna odparł Ogień woda, która mnie uśmierca. - Ja nie jestem silna odpowiedziała Woda przecież mnie przecina piroga przebiegając po mnie. - Gdybym ja była naprawdę silna wyjaśniła Piroga nie złamałabym się ani nie przedziurawiłabym się uderzając w kamień. - Człowiek jest silny powiedział Kamień Człowiek mnie rozbija. - Ja nie jestem silny powiedział Człowiek wiecie przecież, że zwycięża mnie woda prawdy podana przez sędziego. To woda prawdy jest najsilniejsza. - Woda prawdy jest silna powiedział Sędzia bo ona mnie też jest zdolna uśmiercić. - Nie jestem silna powiedziała Woda Prawdy Bóg mnie pokonuje, Bóg mnie zwycięża. - Tak więc naprawdę, to tylko Bóg jest silny powiedział Uczeń - Przecież Bóg zwycięża zatrutą wodę prawdy, która zabija sędziego, który uśmierca człowieka, który rozbija kamień, który dziurawi pirogę, która przebiega po wodzie, która gasi ogień, który wykręca z bólu nóż, który przecina sznur, który wiąże kota, który łapie i zjada szczura, który drąży dziurę w górze, która zatrzymuje wiatr, który wywraca drzewo, które złamało nogę Uczniowi. Dlatego Bogu posłuszny jest Uczeń, wszyscy ludzie i wszystkie rzeczy, bo Bóg jest najsilniejszym i rozkazuje wszystkim i wszystkiemu. Był czas, gdy Perliczka i Kura chodziły po polach i przy domach zawsze razem i zbierały ziarnka. Pewnego razu nic nie znalazły, więc zmówiły się, że pójdą kraść pataty. Kiedy były już blisko pola z patatami, zaczęły rozmawiać. - Będę jadła pataty małe . powiedziała kura a duży patat zabiorę ze sobą. - Nierozsądnie mówisz - odrzekła perliczka Ja zjem najpierw dużego patata, bo kiedy właściciel nas ujrzy, będę już najedzona. - Nie zgadzam się z tobą odparła kura ja zabiorę duży patat ze sobą, gdy będę odlatywała. Każda zrobiła, jak powiedziała i jak chciała. Właściciel pola szybko spostrzegł złodziejki i podbiegł do nich. Perliczka zdążyła się już najeść, jeszcze chwyciła małego patata i uciekła. Kurze trudno było unieść duży patat i została schwytana przez właściciela pola, który zaniósł ją do domu. I od tej pory ludzie jedzą jajka, kurczaki, kury i koguty. A w tej króciutkiej historyjce jest też mała nauka. Kura nie patrzyła na to, co będzie, nie umiała przewidywać przyszłości. Mały jest móżdżek kury w jej małej główce. Są ludzie, którzy żywią się kosztem drugich. Są i tacy, którzy niczego od drugich się nie spodziewają.
Przysłowie plemienia Hova Pewien bogacz miał siedmioro dzieci: trzech synów i cztery córki. Kiedy on i jego żona zestarzeli się, a dzieci dorosły i założyły własne rodziny, ojciec powiedział: - Czuję się słaby. Przywołajcie do mnie moich synów! Kiedy synowie przyszli, przywitali ojca: - Ojcze, jak się czujesz? - Wszystko jest dobrze odpowiedział ale zestarzałem się i dlatego kazałem szukać was i przyprowadzić do mnie. Oto, co chcę powiedzieć wam, trzem braciom, trzem moim synom. Teraz powróćcie do swoich domów, ale przyjdźcie do mnie jutro rano, aby opowiedzieć mi sen, jaki Bóg ześle wam tej nocy. Nazajutrz synowie powrócili do ojca. - Powróciliście wszyscy trzej, o moi synowie? zapytał ojciec. - Tak, ojcze odpowiedzieli synowie. - Co śniło ci się, mój synu pierworodny? - Śniły mi się krokodyle odpowiedział najstarszy. - A tobie, drugi mój synu, co ci się śniło? - Mnie śniły się piękne banany odpowiedział drugi syn. - A ty, mój benjaminku. O czym śniłeś tej nocy? - Mnie śniło się odrzekł najmłodszy że czułem ciężar skarbony i wiązki trzciny. - Wyjawiliście mi wasze sny powiedział ojciec zesłane wam proroczo przez boga. Teraz powróćcie do swoich domów, moi synowie, a moje córki zostają przy mnie, aby mnie pielęgnować. Synowie odeszli i powrócili do swoich domów. Kiedy starzec szykował się do bliskiej już śmierci, chciał przekazać swoje dziedzictwo. Jeszcze raz kazał przywołać swoich synów. Po ich przybyciu powiedział: - Oto, co mam do powiedzenia wam, trzem braciom, moim synom. Mam 50 niewolników i 300 monet. Tobie, mój pierworodny, daję jednego niewolnika i 20 monet. Tobie, drugi mój synu, daję jednego niewolnika i jednego wołu. Oto, w jaki sposób obdarowuję was, moich starszych synów. Resztę moich dóbr powierzam najmłodszemu, memu benjaminkowi, aby on podzielił mój majątek pomiędzy moje córki i wnuki. Dlaczego wam, starszym, dałem tak mało? Oto moje uzasadnienie. Pierworodny zamierzał zatrzymać wszystko i nie dzielić się z rodzeństwem, jak to czynią krokodyle. Drugi syn myślał, że on otrzyma wszystko i nie będzie musiał nic dawać siostrom. Przecież powiedział, że śniły mu się banany, więc uważał, że dziedzictwo będzie należało do niego, będzie jego zbiorem. A dlaczego wszystko powierzyłem najmłodszemu? Jeśli w przyszłości kobiety będą chciały podzielić mój majątek, ty dziel! Tobie ufam, bo mi powiedziałeś, że czułeś się przygnieciony ciężarem, który ci powierzyłem. To oznacza zamiłowanie do porządku, jaki powinien panować. Ty też byłeś przytłoczony przez wiązkę trzciny, to znaczy, że będziesz pobudzał ich dobrymi radami do dobrego życia. Oto, dlaczego powierzam ci moje dziedzictwo. Będziesz utrzymywał porządek wśród kobiet, nie roztrwonisz majątku zebranego przeze mnie i potrafisz żyć w zgodzie ze swoimi siostrami. Oto moja wola powiedział starzec ponieważ ten, któremu śniła się skarbona, zasłużył na zaufanie, będzie utrzymywał porządek w rządzeniu i sprawiedliwość. Komu śniły się trzciny, temu można ufać, że umie żyć w zgodzie ze swoimi braćmi. |
|
|||||||