Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. VI

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. PTASZEK NIETYKALNY


Bardzo, bardzo dawno temu do wschodniego wybrzeża Madagaskaru, na małych żaglowcach, przybili tragiczni żeglarze z Malezji i Melanezji. Zdawali sobie sprawę z faktu, że wiatry nie pozwolą im powrócić do ich ojczyzny i ta ziemia stanie się dla nich nową ojczyzną. A widok nie był przyjemny. Pomiędzy czernią drzew rozpościerała się bez końca biel piasków jak niezmierzony cmentarz. Wszystko, co było widać, robiło wrażenie gnicia i butwienia od wieków. Czaszki i rogi wołów sterczały , jak ogrodzenie cmentarzysk. To tu, to tam, nad brzegami lagun, uderzał widok drzew przybranych gnijącymi liśćmi, w zaroślach kałuże napełnione krwistym sokiem starych korzeni i liści, pod kępami obszarpanych krzewów omszałe strzępy gałęzi, zwrócone jak pirogi ku morzu. Ocean obmywa plażę sinobladą pianą z pogrzebową monotonią. Obok tego pomruku oceanu słychać stękanie palm, które są wielkimi harfami ciszy południa. Zadziwiająca cisza zwiastowała nie tyle śmierć, co resztki życia między wybrzeżem, a falami. I stąd samotny, na moment jak tajemnica, rozbrzmiewał głos niewidzialnego ptaszka.
- Kim jest ten, kto śpiewa tak głośno, a nie można go zobaczyć? zapytywali się nawzajem przybysze.
Minęły lata, dziesiątki lat, setki lat. Żeglarze stali się narodem zamieszkującym tę krainę. Stali się Malgaszami.
Kiedyś do wyspy przybił żeglarz. Poprzez niegościnne wybrzeże ujrzał wioskę, do której skierował swe kroki. Przybysz słyszał śpiew niewidzialnego ptaszka i zadał pytanie, jakie postawili sobie pierwsi przybysze:
- Kim jest ten, kto śpiewa tak głośno, a nie można go zobaczyć? zapytał jednego z mieszkańców wioski, który stał się jego przewodnikiem, tragarzem, kucharzem i tłumaczem.
- To? odpowiedział miękko z małą uszczypliwością to nie ma imienia, ale ma historię o swojej rodzinie.
- Jaką?
- Historię malgaską. W południe opowiem ci o tym.
Po obiedzie, kryjąc się przed żarem słońca przybysz i jego towarzysz zatrzymali się w cieniu szałasu ze słomy. Kurz dławił im gardła.
- A więc, mój przewodniku, słucham cię.
Przewodnik rzucił pytające spojrzenie na towarzyszy, opuścił powieki i opowiadał:
Szczęśliwym był człowiek imieniem Wieśniak. Miał żonę, czterech synów, osiem par wołów. Nigdy nie opuścił swojej wioski. Aż pewnego wieczoru szef wioski przywołał go i powiedział:
- Wieśniaku, wezwałem ciebie, abyś wykonał moje polecenie. Jutro pójdziesz do miasta i zaniesiesz podatek, który zebrałem.
- Każdemu jego obowiązek powiedział Wieśniak jutro zaniosę pieniądze do naszej Królowej.
Wieśniak przez całą noc oczy miał zamknięte, ale nie spał. Gdy tylko brzask poranka wszedł do jego domu, spojrzał na swoją żonę, na swoje dzieci, na swoje woły i opuścił swoją wioskę.
W drodze spotykał ludzi, którzy zatrzymywali się, pytali go o nowości, pili rum wyprodukowany z trzciny cukrowej, niekiedy przystawali w milczeniu bez celu. Wieśniak szedł ścieżką prosto przed siebie, spoglądał tylko ku miastu, do którego miał dojść jeszcze tego samego dnia. Z daleka, na szczycie góry, widział dom Królowej. Po całym dniu marszu doszedł wieczorem. Złożył pieniądze, przedrzemał do rana i o pianiu koguta wyruszył w drogę powrotną. Wieśniak maszerował prosto przed siebie, myśląc tylko o swojej wiosce, o domu, w którym oczekiwała go żona, dzieci, woły. Tak czynią ludzie, którzy mają mądre serca.
Niestety, wraz z nim po tej samej piaszczystej ścieżce maszerowało słońce, które jest na niebie. Słońce wciąż się podnosiło i posyłało żar w powietrze. Powietrze wpychało żar w piasek. Środek dnia wkłada ten żar do gardła Wieśniaka. Piechur, cały spocony, poznał obłęd pragnienia. Zaczyna szukać ochłody. Spogląda wokół siebie. Nie ma źródła. Może jest rzeka? Nie ma rzeki. Może jest chociażby cień drzewa? Nie ma drzew, nie ma owoców, które zwilżyłyby usta.
Wieśniak zszedł ze ścieżki. Krąży, poszukuje. Ale im dłużej chodzi, tym więcej drży. Lęka się, aby nie zgubił ścieżki. Ten lęk powiększa jego pragnienie, ściska mu gardło, dusi go. Już doznaje zawrotów głowy. Jest przekonany, że zaraz upadnie.
O, Wieśniaku, otwórz oczy! Tu właśnie, w piasku, przed twoimi stopami, jest pełna kałuża wody. To prawda, że woda jest stara, lepka, czerwonawa, od której biały człowiek odwraca się z mdłością, ale dla nas, dla Malgasza, którego oślepia pragnienie, woda jest bez koloru. Człowiek czuje się szczęśliwym, gdy może obmyć swoje spocone ciało.
Mówią, że Stwórca przemyślał wszystko, zanim coś stworzył. To ten, który umieścił księżyc na niebie, miód w lesie, ryż w wodzie. Ale dlaczego w każdym bajorku wody ukrył krokodyla? I tam był krokodyl, czatował wśród korzeni, pod dużymi liśćmi. Kiedy człowiek umiera z pragnienia, krokodyl umiera z głodu.
Kiedy krokodyl zauważył człowieka, wystający jak korek koniec swego nosa delikatnie zanurza w wodzie, rozkłada szeroko swe cztery kończyny i nie porusza się więcej. Pozwala spragnionemu wejść do wody, zanurzyć słomkowy kapelusz, nabrać wody, podnieść głowę, jak kura, która dziękuje niebu za wodę spływającą z nieba podczas deszczu. Człowiek pije z rozkoszą jeden łyk, drugi, trzeci... i szczęśliwy odwraca się, aby wyjść z bajorka pokazując krokodylowi swe plecy. I w tym momencie, kiedy człowiek już się rozluźnił, krokodyl rzuca się na człowieka, jednym uderzeniem wbija swe zęby w miękkie jego ciało.
- O przodkowie! O moje dzieci!! Na pomoc!!!
Wieśniak wyje z bólu, jak pies, ale odpowiada mu tylko echo. Aby wyrwać nogę z paszczy krokodyla, odwraca się do ziemi, stara się wyciągnąć na suchy piasek. Ale krokodyl zakotwiczony czterema wielkimi kończynami ciągnie go do wody. Jeden, spocony, walczy o swoje życie, drugi, zanurzony w błocie, walczy o pokarm dla swego brzucha.
Nieszczęście! Człowiek, który ma tylko jedną nogę wolną, ślizga się po mule, jego ciało się wije i skręca, głowa wpada do wody. Krokodyl zwyciężył. To jego metoda, która daje mu zwycięstwo: schwycić, odurzyć, pochłonąć.
Tymczasem z góry widział go świadek bardzo maleńki. Był to ptaszek, który buduje gniazdko w krzewach nad wodą, a jego pióra mają kolor nocy. Ptaszek należy do tych, którzy mają zwyczaj mówić: " Maleńkie jesteśmy, aby nikt nas nie widział, ale także maleńkie jesteśmy, aby widzieć wszystko, co się wokół nas dzieje".
Z wody wynurza się krokodyl: ogromny, czarny, pyzaty, pękaty, kolczasty, obrzydliwy dla oka, przeraźliwy, okropny. Jego widok powoduje lęk i mdłości. Między szczękami twardymi jak młyńskie kamienie ściska ludzkie ciało ociekające błotem. Zatrzymuje się, obrzmiałymi oczami rozgląda się wokoło i cofając się ciągnie zdobycz pod drzewo. Między korzeniami drzew, jak to widzimy przy brzegu rzeki, woda w bajorku jakby zamarła w bezruchu na błocie. Liście, gałęzie, padlina i wszelkiego rodzaju paskuctwa tam się rozkładają razem. W górze, nad wodą, brzęczy dużo much, na dole, w wodzie, wije się mnóstwo robaków. To jest spiżarnia krokodyla! Odkąd zdobył sobie pokarm, krokodyl zostawia go na trzy albo cztery dni i wraca, kiedy poczuje głód. Kierując się węchem, otwiera psujący się brzuch ofiary. Ponieważ krokodyl pożera tylko wnętrzności, nic więcej, dlatego daliśmy mu imię Pan Smrodliwy, albo Pan Śmierdzący.
W górze, na drzewie, siedzi ptaszek i drży. Kiedy krokodyl odchodzi od spiżarni i wraca do swojej dziury nie czyniąc hałasu więcej, niż motyl, ptaszek sfruwa nisko, siada na gałązeczce zwisającej nas zatopionym człowiekiem, zatrzymuje się i słucha tak, jak tylko słuchają ptaszki ukryte w konarach drzew. Nagle serce zaczyna bić głośno. Ptaszek słyszy, jak serce bije głośniej, niż jego małe serce. To bije serce człowieka, ono nie umarło, bije w jego piersi! Bije!!! A więc ten człowiek nie umarł, tylko zasnął. Co robi ptaszek, taki mały? Całkiem mały? Nie tracąc chwili śpiewa na całe gardło.
- Dlaczego? zapytasz mnie, opowiadającego?
- Aby obudzić tego człowieka, aby uwolnić go z niewoli u krokodyla.
- A jeszcze dlaczego? zapytasz mnie.
- To, co zostało stworzone ze skrzydłami, aby fruwać po niebie, brzydziło się bym, co zostało stworzone ze skorupą, aby pełzać w błocie.
- W końcu dlaczego jeszcze?
- Ptaszek, który wije gniazdo, aby tam umieścić i wykarmić matkę i małe pisklęta, miłuje człowieka, który splata szałas, aby umieścić i wykarmić żonę i dzieci.
Ptaszek śpiewa, śpiewa, śpiewa. Od południa aż do wieczora. A im bardziej obniżało się słońce, tym wyżej podnosił się głos ptaszka. Niestety, człowiek leżał w błocie bezwładny, zapomniany, w słońcu.
- Człowieku! Człowieku! krzyczał mały ptaszek coraz głośniej i wyżej, z całych sił Obudź się! Powstań! Uciekaj! Brzuch krokodyla nie jest trumną dla człowieka!
A człowiek pozostawał zdrętwiały, jak motyl pozbawiony swoich skrzydeł, niezdolny do odfrunięcia. W pewnej chwili otwarł w pół oko, zaczynał się budzić. Już błyszczą gwiazdy, błyszczą wszystkie razem, aby przebić noc, a ptaszek wciąż śpiewa, śpiewa, śpiewa, aby przerwać sen człowieka. W końcu śpiący podnosi rękę, otwiera oczy szeroko, rozgląda się wokół siebie i podnosi się.
Ach, co za uderzenie skrzydłami! Co za śpiew! Co za ptasi krzyk! To tak, jakby głos małego ptaszka miał okryć całą ziemię, tylko on sam! Oby tylko krokodyl nie usłyszał człowieka, który mu się wymyka. Mały ptaszek śpiewa, jak obłąkany, do utraty tchu, jakby sam chciał umrzeć z wysiłku!
Noc była w pełni. W lesie migotały gwiazdy z nieba, każda na swoim miejscu, jak gniazdko światła, kiedy woły w zagrodzie rozpoznały węchem swego pana i zaryczały.
- O, mój męża! krzyknęła żona i dzieci, jak tylko wszedł do domu dlaczego wracasz tak późno? Dlaczego pozwoliłeś, abyśmy drżeli z lęku o ciebie?
-O, moi kochani zakrzyknął, jak ktoś, którego serce płonie do mówienia jak długo Wieśniak, jego żona, synowie i prawnuki moich prawnuków będą jedli ryż na tej ziemi, tak długo nikt z rodziny nie skrzywdzi ptaszka, nie uszkodzi nawet jego piórka. Ja o to proszę i tego chcę. Bóg-Stwórca pozwolił mi wyrwać się z brzucha krokodyla za sprawą tego ptaszka, więc ja i moi potomkowie będziemy mieli serce gotowe do ochrony przed ludzkim brzuchem tego ptaszka i wszystkich jego potomków, aby na zawsze dla waszych ust mięso ptaszka pozostawało zakazane świętym prawem.
Od tej nocy ptaszek pozostaje nietykalny, święty, zakazany. Mały, żyjący pod listowiem, stał się królem wszystkiego na wybrzeżu. I dlatego mamy to przysłowie:
Najmniejszy ze wszystkich ptaków ma prawo śpiewać głośniej, niż wszystkie inne, bo on wie, że jego przodek uratował człowieka.

  • Góra strony

    2. BRACIA I SIOSTRA


    Opowiadają, że kiedyś rządził król, którego ludzie nazywali sprawiedliwym. Podobało się to królowi, więc podwładnym rozkazał, aby nazywano go imieniem Sprawiedliwego. Król był dobrym, przykładnym, szanował poddanych, którzy odwzajemniali się szczerą życzliwością, ludzie byli szczęśliwi, a królestwo żyło w pokoju. I nikt z sąsiadów nie chciał rozpoczynać wojny, ponieważ wiedzieli, że siłą tego królestwa jest sprawiedliwość i jedność całego ludu.
    Pewnego dnia trzy młode dziewczyny, trzy siostry, przechadzały się po placu, gdzie zwykle strzyżono królewskie owce. Były one najpiękniejszymi dziewczętami owej krainy. Kiedy przechadzały się, ludzie zawsze przyglądali się im, aby rozstrzygnąć, które z nich jest najpiękniejsza. Najstarsza, o imieniu Pierwsza, jest piękna, druga, której na imię Następna, jest śliczna, ale najpiękniejszą jest z pewnością najmłodsza, którą nazywano Ostatnia.
    Patrząc na stado królewskich owiec Pierwsza powiedziała:
    - Jeśli zostanę żoną króla, zadziwię wszystkich tym, że z jednego ziarnka ryżu ugotuję jedzenie, który wystarczy dla wszystkich jego sług.
    - Jeśli król mnie poślubi powiedziała Następna pas dla króla zrobię z jednej nitki konopi.
    Trzecia też wypowiedziała życzenie połączone z obietnicą:
    - Jeśli będę miała to szczęście, że zostanę królową, połknę trzy nereczki , aby dać królowi trojaczki.
    Pasterze owiec słyszeli marzenia panien i wszystko powtórzyli królowi. Król Sprawiedliwy wziął na swój dwór wszystkie trzy siostry na próbę. Pierwsza otrzymała ziarno ryżu. Włożyła je do garnka, gotowała, ale ono najzwyczajniej unosiło się w wielkim garnku we wrzącej wodzie. Następnej dano jedno włókno konopi, ale nic nie potrafiła z niego zrobić. Najmłodsza otrzymała trzy nereczki i niedługo potem król zauważył, że będzie matką. Ta siostra coraz więcej skupiała na sobie uwagę króla, ponieważ bez wątpienia była najpiękniejszą, ale też najroztropniejszą ze wszystkich. To wystarczyło, aby zazdrosne siostry szukały najlepszego momentu do zemsty.
    Pewnego dnia król musiał opuścić pałac, aby poprowadzić do walki swoją armię w miejscu bardzo oddalonym. Siostry ucieszyły się, ponieważ wreszcie mogły wykorzystać nieobecność króla, aby odsunąć swoją siostrę. A właśnie wtedy Ostatnia porodziła trojaczki: dwóch chłopczyków i jedną dziewczynkę. Kiedy starsze siostry zobaczyły dzieci najmłodszej, nie pozwoliły im nawet krzyknąć, lecz wrzuciły trojaczki do skrzyni i opuściły do rzeki wydając je na pastwę wody. W miejsce niemowląt położyły do łóżka Ostatniej bezzębny grzebień, zużytą miotłę i kamień.
    - Chodźcie wszyscy i zobaczcie, co porodziła Ostatnia, która bez wątpienia jest czarownicą krzyczały.
    Ludzie przyszli i natychmiast pluli na ziemię, aby usunąć niebezpieczeństwo uroku, jakim jest patrzenie na czarownicę. Ze strachu, aby nie zauroczyła ludzi, postanowili zamknąć ją w ciemnym miejscu.
    Król powrócił cały i zdrowy z wyprawy wojennej, ale zasmucił się na wieść, że królowa, jego żona, jest czarownicą zamkniętą w więzieniu.
    Minęły trzy lata. Król wciąż żył w smutku. Pewnego dnia chciał się odprężyć i udał się na daleką przechadzkę. Nagle usłyszał piękny śpiew przerywany wybuchami śmiechu. Śmiech dochodził od pobliskiej rzeki. Zdecydował się iść tam natychmiast. I co zobaczył? Widzi dziewczynkę i dwóch chłopczyków bawiących się w piasku nad brzegiem rzeki pod czujnym okiem starych ludzi.
    - One nie mogą być dziećmi takich starych rodziców powiedział w głębi swego serca I jak to się stało, że są takie piękne, takie mile, takie rozumne? I jak to się stało, że dzieci prostaczków mają takie inteligentne twarzyczki?
    Król zbliżył się do staruszków, zaczął rozmawiać. Kiedy starzec zaczął opowiadać, wszystko stało się jasne.
    - Królu, to są z pewnością twoje dzieci. My znaleźliśmy je w skrzyni przyniesionej przez prąd rzeki. Ta skrzynia nosi twoje imię, my ją też starannie przechowujemy. Oczywiście, zajmujemy się dziećmi i nie szczędzimy naszych sił, aby były szczęśliwe. One są naszą stałą troską.
    Rozpoczęły się podziękowania i nieprędko skończyły się podarunki.
    Kiedy król wracał do pałacu, wieść już się rozeszły i wywołała burzliwe komentarze:
    - Król jest w złości mówiono wszyscy wspólnicy Pierwszej i Następnej będą ukarani, zarządca królewskiego dworu na pewno będzie ścięty.
    Ale to były tylko pogłoski i obawy. Król Sprawiedliwy był naprawdę bardzo mądry i wydając wyroki nie chciał się mścić. Przede wszystkim rozkazał wyprowadzić z więzienia Królowę, która miała tylko skórę na kościach. Teraz sam król dbał o nią w dzień w i nocy. Starszym siostrom kazał ściąć włosy i wyjąć im po jednym oku: odtąd będą niewolnicami najmłodszej, będą jej służyć wykonując wszystkie polecenia w milczeniu.
    Dzieci rosły. Ich młodość przechodziła w szczęściu. A w miarę, jak wzrastały, rosła też ich wzajemna miłość, wzajemne oddanie się. Dwaj bracia przysięgli ochraniać siostrzyczkę i otoczyli ją pełną miłością. Z tego powodu stała się trochę kapryśna i nieprzejednana, ponieważ bracia trochę ją rozpieścili. Ale oni jeszcze podwoili troskę o swoją siostrzyczkę.
    Pewnego dnia Siostrzyczka odeszła daleko od pałacu i u podnóża góry spotkała młodą dziewczynę, która czołgała się u wejścia do groty, w której mieszkała. Dziewczyna była trochę obłąkana. Nazywała się Zazdrosna i to imię dobrze określało jej charakter, gdyż była o wszystko zazdrosna i zawsze robiła tak, aby wepchnąć w nieszczęście każdego, kto się do niej zbliżył. Właśnie dlatego pozostawiono ją w tej ciasnej grocie. Siostrzyczka zbliżyła się do nieszczęśliwej, ale kiedy ta spostrzegła niezwykłą piękność księżniczki, jej wyobraźnia natychmiast zaczęły działać i postanowiła pośmiać się z niej.
    - Ach, jaka jesteś piękna! Jakaś ty szczęśliwa! Ach! Ale brakuje ci jeszcze jednej rzeczy: gdybyś przyozdobiła się rogiem nosorożca, byłabyś najpiękniejszą ze wszystkich księżniczek!
    Jak tylko to usłyszała Siostrzyczka, natychmiast powróciła do pałacu i szukała swoich braci, aby powiedzieć im, co usłyszała podczas spaceru.
    - Jeśli chodzi ci tylko o to powiedzieli dwaj jej bracia zaraz pójdziemy szukać nosorożca, aby cię przyozdobić.
    Przygotowali prowiant na drogę i wyszli. Szli przez cały dzień, szli przez całą noc i wreszcie zatrzymali się przy jeziorze otoczonym górami. Doszli do brzegu jeziora i schowani za pagórkiem zaczęli krzyczeć. Ten krzyk rozzłościł gruboskórnego zwierza, który strzegł jeziora. Nosorożec zaczął prychać ze złości i wynurzył się wystawiając swój róg i pysk z piany na głębokiej wodzie. Sapiąc ruszył do ataku na dwóch śmiałków, ale chłopcy odskoczyli chroniąc się za pagórek. Zwierzę ruszyło wprost na nich, obchodzi pagórek z drugiej strony, ale przy tym wpycha swój róg jak gwóźdź w pień drzewa, za którym schowali się atakowani. Nosorożec nie może się już ruszać i bracia dzidami bez trudu go zabijają, zajmują się jego rogiem i pełni radości ze zwycięstwa powracają do domu z dumą, że usłużyli Siostrzyczce.
    Księżniczka spieszy teraz do groty, aby pokazać zdobycz nieszczęśliwej. Ta zazdrośnica poczuła się zawiedziona, ale szybko odzyskuje pewność siebie i oświadcza:
    - Teraz jesteś cudowna, jesteś naprawdę najpiękniejsza ze wszystkich księżniczek na ziemi. Ale ty jeszcze możesz mieć wielki bęben Ducha Stuokiego, a wtedy będziesz dziesięć razy ładniejsza.
    Ten bęben wydawał naprawdę bardzo piękne tony nawet wtedy, jeśli mała muszka lekko go potrąciła, a słychać było na milę w całej okolicy. Ten bęben należał do braci, którzy byli bliźniakami i nazywali się Duchem Stuokim, ponieważ zawsze byli obok siebie, nigdy nie zamykali oczu i ich gałki oczne obracały się nawet w czasie snu, jak w ogniu. Oni byli naprawdę straszliwi. Od razu ucieszyła się mieszkanka małej groty na myśl, że obaj bracia zostaną zabici, a Siostrzyczka nie będzie już taka zarozumiała.
    I obaj książęta znów poszli. Szli daleko, maszerowali w dzień i w nocy. Okrążyli królestwo Ducha Stuokiego, aby udawać przyjaciół ich poddanych. Jako zacni goście, zostali przyjęcie w pałacu Ducha Stuokiego i mieli prawo dotykania sławnego bębna.
    Kiedy zapadła noc i wszyscy domownicy i goście głęboko zasnęli, dwaj bracia zajęli się bębnem. Uderzyli lekko, do czego mieli prawo, Dźwięk był tak cudowny, że zamknęły się też oczy bliźniaków Ducha Stuokiego. Przekonawszy się, że wszyscy w pałacu śpią, dwaj bracia uciekli z tego domu zajętego przez ludzi dzikich i udali się najkrótszą drogą do swej siostry, Siostrzyczki.
    Kiedy Siostrzyczka podczas spaceru pokazała bęben zazdrośnicy, ta niemal oszalała z wściekłości.
    - Co jeszcze mogłabym wykombinować? pytała samą siebie.
    Po chwili zwraca się do Siostrzyczki i rozmarzona mówi:
    - Księżniczko, jesteś tak piękna, że tylko syn Króla Życia zasługuje, abyś została jego żoną. Zresztą tylko on jeden może dać ci pełnię szczęścia.
    Zawsze gotowi uszczęśliwiać swoją siostrę poszli na poszukiwanie mieszkania Księcia Życia. Po kilka miesiącach marszu przybyli do źródła, z którego zazwyczaj czerpali wodę słudzy Króla Życia. Przy tym źródle zatrzymali się dla odpoczynku i zobaczyli kogoś, kto niesie garnek, a nabrawszy wody natychmiast wraca, aby powiedzieć Królowi Życia o przybyszach. Król Życia rozkazał sługom:
    - Idźcie zbadać, czy są to mężczyźni, czy kobiety. Jeżeli są kobietami, wprowadźcie je tutaj. Jeżeli są mężczyznami, zabijcie ich!
    Posłańcy wykonali rozkaz.
    Siostrzyczka oczekiwała niecierpliwie, w końcu już nie wytrzymała. Pożegnała swoich rodziców i wyszła z domu na poszukiwanie braci. Po naprawdę bardzo długim marszu znalazła ich martwe ciała. Usiadła i płakała dzień po dniu.
    I znowu przyszli do źródła nosiciele wody dla Króla Życia, a Król Życia znowu zapytał ich, czy przybysz jest kobietą, czy mężczyzną. Słudzy chcieli zabrać ją i wprowadzić do siedziby Króla Życia, ale Siostrzyczka zdecydowanie odmówiła oświadczając, że nigdy nie zgodzi się iść z nimi, jeśli jej bracia nie odzyskają życia. Dowiedziawszy się o tym Król Nieba posłał swoich służących, aby przywrócili życie zmarłym i wszystkich troje wprowadzili do jego pałacu.
    Odtąd troje ludzi związanych miłością głęboką i wzajemną żyje szczęśliwie, bez żadnych pragnień, bez lęku rozdzielenia się przez śmierć i nikt nie jest w stanie zmącić ich szczęścia.

    Bajka, bajka, bajka !!!
    Bzdura, bzdura, bzdura!!!


  • Góra strony

    3. PAPLANINA DZIECKA


    Opowiadają ludzie, że był raz człowiek umierający z głodu. Razem z nim głodowała jego rodzina. Pewnego dnia człowiek ten poszedł do bogatego sąsiada i kupił na kredyt wołu, którego przyprowadził do domu i zaraz zabił. Wszyscy najedli się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.
    Nazajutrz właściciel wołu przyszedł po pieniądze. Przed domem siedział syn dłużnika i bawił się "małymi wołami" z kamyczków.
    - Co robisz, mój mały zapytał przybyły pan.
    - Ja ćwiczę się w tym, co będę robił później.
    - A twój ojciec, czy jest tutaj?
    - Nie, on poszedł tam, gdzie pozwala mu zarobić na życie coś, co jest bardzo uciążliwe.
    - Czy przypadkiem to nie ja, którego ty nazywasz "czymś uciążliwym", ale który "pozwala wam zarobić na życie"? A twoja matka, gdzie ona?
    - Moja matka poszła robić coś, co sprowadza życie.
    - Ach, to dlatego, że ja dałem wam jeść wczoraj i ty myślisz, że ja przyszedłem do was dzisiaj, aby was zabić? Czyż nie tak?
    - Ależ nie! Ja chcę tylko powiedzieć, dlaczego moja matka wyszła.
    - A twój starszy brat? Co robi teraz?
    - Mój starszy brat poszedł podjąć pracę, której nie mógł zakończyć wczoraj.
    - Tak to ty chcesz teraz powiedzieć: To właśnie wczoraj pan nam sprzedał wołu i oto dziś przychodzi do nas".
    - Nie! Nie! Nie!!! To jest to, co czyni teraz mój brat.
    - A w końcu powiedz, gdzie jest twoja starsza siostra?
    - Moja starsza siostra, panie, ona poszła z pasją, jakby pozbyła się rozsądku.
    - Ty chcesz powiedzieć, że ja miałem rozsądek, aby dać wam wołu, a teraz mówisz, że jestem głupi?
    - Nie! Po tysiąckroć nie!!! Ja mówię tylko tyle, co w tej chwili robi moja siostra.
    - Mój chłopcze, tyś chyba zgłupiał albo drwisz sobie ze mnie. Chodźmy natychmiast do króla, niech król nas rozsądzi.
    I poszli, i stanęli przed obliczem króla.
    -Bądźcie pozdrowieni! powiedział król.
    - Oto, Panie Królu, ojciec tego dziecka kupił wczoraj u mnie na kredyt wołu. Kiedy teraz przyszedłem do nich odebrać pieniądze, zapytałem chłopca, co on robi. On mi odpowiedział: "Ja ćwiczę się w tym, co będę robił później". I być może myślał, że ja przyszedłem robić mu wymówki. Następnie zapytałem go, gdzie jest jego ojciec, a on mi odpowiedział: "on poszedł tam, gdzie pozwala mu zarobić na życie coś, co jest bardzo uciążliwe". Ja też chciałem wiedzieć, co robi jego starszy brat. Oto jego odpowiedź: "Mój starszy brat poszedł podjąć pracę, której nie mógł zakończyć wczoraj". Wiesz, Panie Królu, o czym on myślał? To właśnie wczoraj on z ojcem przyszedł do mnie szukać wołu. Ja też zapytałem go, gdzie jest jego siostra, wtedy mi powiedział: "ona poszła z pasją, jakby pozbyła się rozsądku". I czy jest ktokolwiek inny, niż ja, którego uważa się za mądrego, a jednocześnie staje się głupim, gdyż ja im dałem tego wołu. A ja tego nie chcę. Oto przyczyna, dla której przyprowadziłem do ciebie, Panie Królu tego oto chłopca.
    - A więc powiedział król czy jesteś gotowy podarować im wołu, jeżeli dziecko zdoła wyjaśnić ci swe odpowiedzi?
    - Bardzo chętnie, Panie Królu, podaruję go im.
    - Zgoda. Teraz ja wypytam chłopca, aby go zrozumieć, co chciał ci powiedzieć. Powiedz mi, malcze, dlaczego ośmieliłeś się drwić z tego pana, u którego kupiliście wołu na kredyt?
    - Ależ ja nie drwiłem z tego pana! To było tak. Przybywając do nas on widział mnie grającego w małe woły z kamyczków i zapytał mnie, co teraz robię. Ja mu odpowiedziałem, że "ja ćwiczę się w tym, co będę robił później". Ja grałem w małe woły, ponieważ w przyszłości nie będę nikim innym, jak tylko poganiaczem wołów, dlatego teraz bawię się tymi kamyczkami.
    - To prawda, co powiedziałeś - odparł król będziesz strzegł moich wołów później, gdy dorośniesz. Powinieneś zaprawiać się do tej pracy teraz, abyś w przyszłości umiał poganiać prawdziwe woły. On więc, panie, nie drwił z ciebie mówiąc, co będzie robił.
    - A kiedy ten pan mnie zapytał, gdzie jest mój ojciec, odpowiedziałem panu, że "on poszedł tam, gdzie pozwala mu zarobić na życie coś, co jest bardzo uciążliwe". To, co jest bardzo uciążliwe, to uprawa roli, ale to pozwala zachować życie za każdym razem, gdy przyjdzie czas zebrać plon. "Gdzie twoja matka"? "Moja matka odpowiedziałem - poszła robić coś, co sprowadza życie ". To ona wyrywa sadzonki ryżu, aby pikując rozsadzać je. To jest sens mojej odpowiedzi. Ten pan zapytał mnie, co robi mój starszy brat. Ja mu odpowiedziałem, że "Mój starszy brat poszedł podjąć pracę, której nie mógł zakończyć wczoraj". Ponieważ mój brat strzeże wołów, to jest praca, którą trzeba wciąż robić, która nigdy się nie kończy i dlatego trzeba iść do niej każdego dnia. "A twoja starsza siostra wreszcie?" "Moja siostra odparłem - poszła z pasją, jakby pozbyła się rozsądku". Tak zwyczajnie, to ona jest rozsądna. Kiedy była w wiosce, widziałem ją, jak zwykle, rozsądną. Ale ona natychmiast staje się szaloną, kiedy jest nad rzeką. Błyskawicznie zdejmuje z siebie ubranie i rzuca się w wodę, i pływa. Oto, Panie Królu, wszystko, co powiedziałem temu panu.
    - Ależ ten mały chłopiec jest wspaniały zawyrokował król On na pewno nie chciał pana obrazić. Dobrze mówiłeś, mój chłopcze. Możesz wracać do domu. Wygrałeś wołu. Kiedy przyjdzie czas, zostaniesz poganiaczem moich wołów.
    I tak tylko rozsądna paplanina dziecka wystarczyła, aby zapłacić za wołu.

  • Góra strony

    4. WIELKA SKRZYNIA


    Ludzie opowiadają, że pewnego razu żył człowiek bardzo bogaty, który miał czterech synów. Kiedy ci synowie byli zdolni do używania swego rozumu i mogli stać się niezależni, zaproponowali swej matce:
    - Mamo, my jesteśmy już dorosłymi mężczyznami i nadszedł czas, abyśmy poszli zdobyć majątek. Przecież z wami w domu nie możemy pozostawać w nieskończoność. Jeśli będziemy czekali na podział majątku naszego ojca, każdemu z nas wypadnie niezbyt dużo. Musimy też myśleć o naszych dzieciach, kiedy założymy rodziny. Wasze bogactwo może nie wystarczyć nawet dla was dwojga. Musimy zabezpieczyć się inaczej.
    - Jeśli taki jest powód waszego odejścia z domu, idźcie, bo wasze projekty są rzeczą właściwą.
    I czterej bracia odeszli. Postanowili zabrać potworowi wielką skrzynię.
    Przybyli do wioski, gdzie szefem był Pan Bardzo Wielki. Poprosili o gościnę na jedną noc. Pan Bardzo Wielki przyjął ich w swoim domu. Wieczorem, podczas kolacji, zapytał ich:
    - Dokąd to kierujecie wasze kroki?
    - Idziemy zabrać wielką skrzynię potworowi odpowiedzieli bracia.
    - Naprawdę chcecie rzucić się w bardzo niebezpieczną przygodę? W moim życiu nigdy nie słyszałem o kimś, kto chciałby wdać się w podobną sprawę. A mieszkam już długo w tej okolicy, znam też inne ziemie, ale gdziekolwiek byłem, nikt nie pokusił się o zabranie potworowi wielkiej skrzyni. Dlaczego wy skusiliście się na taką przygodę? Nie mam nikogo, kto zająłby się moimi zbiorami, które są wielkie, ponieważ moje goździki pokrywają dwadzieścia wielkich pól i moja kawa rośnie w trzydziestu okolicznych dolinkach.
    - Ależ to już zostało postanowione między nami odpowiedzieli bracia.
    - Powinniście zaniechać takiej myśli, zajmijcie się raczej moimi zbiorami, które podzielimy na dwie części i jedna z nich w całości będzie należała do was.
    - Ależ my nie przyszliśmy tracić siły przy zbiorze pańskiej kawy czy goździków. Postanowiliśmy zdobyć wielką skrzynię potwora i jutro rano ruszymy naszą drogą.
    W nocy cztery młode kobiety przyszły do młodzieńców i na próżno kusiły ich, aby zawrócili z obranej drogi.
    - Nie odchodźcie od nas wy, którym nasz ojciec powiedział, że powzięte zadanie jest bardzo trudne.
    - Nie! Potrzeba, abyśmy zdobyli tę wielką skrzynię potwora.
    W nocy najstarszy z braci wyszedł na spacer i spotkał pewną kobietę, z którą rozmawiał aż do rana. Powrócił do trzech braci w chwili, kiedy byli gotowi do odejścia.
    - Już idziecie? zapytał.
    - Tak, już czas wyruszyć w drogę.
    - Więc idźcie, ja za chwilę pójdę za wami i dogonię was powiedział, ale nie miał zamiaru odchodzić z tej wioski.
    Trzej bracia odeszli obraną drogą i w drugiej wiosce też otrzymali gościnę u szefa. Podczas posiłku szef wioski zapytał ich:
    - Dokąd zmierzacie?
    - Idziemy zabrać wielką skrzynię potwora.
    - Ależ to bardzo trudne do wzięcia! Ja wam radzę, jak własnym dzieciom, wam trzem, którzy tu jesteście. Posiadam dziesięć pól goździków i trzydzieści dużych pól kawy. Nie wolelibyście zająć się zbiorami? Podzielimy się po połowie z tego, co zbierzecie. Mam także nieco dalej ryżowiska leżące ugorem, możecie zaraz zacząć je uprawiać i cały zbiór będzie należał do was.
    - My tego zrobić nie możemy. Nie chcemy tracić sił dla takich żmudnych zajęć. Poza tym, przypuśćmy, że zgodzimy się uprawiać wasze ryżowisko i może wasze dzieci przyjdą do nas upomnieć się o nie? My nie możemy narażać się na to. Rano pójdziemy dalej, aby zdobyć wielką skrzynię potwora za wszelką cenę.
    W nocy przyszły trzy kobiety, aby jeszcze raz porozmawiać z trzema braćmi. I znów najstarszy z nich wyszedł. Rano tylko dwóch kontynuowało obraną drogę. Gdy wieczorem poprosili o gościnę, szef wioski przyjął ich bez trudności.
    - Dokąd wy, nasi mili goście idziecie?
    - Idziemy na poszukiwanie wielkiej skrzyni potwora.
    - Ach, tak... powiedział szef wioski wy nigdy jej nie weźmiecie, jeszcze nikomu się to nie udało. Dlatego posłuchajcie mnie. Mam dziewięć pól goździków i dziesięć pól kawy. Zajmijcie się zbiorami. Mam także nieuprawiane niezmierzone ryżowiska. Potrudźcie się tutaj, jeśli tylko chcecie. W zagrodzie mam 400 wołów, którymi możecie posłużyć się, aby wymieszać błoto przed zasiewem ryżu.
    - Ach, nie! powiedzieli dwaj bracia nie możemy tego uczynić, ponieważ celem naszej podróży jest wielka skrzynia potwora.
    Ale rano starszy z dwóch braci nie odszedł z wioski i najmłodszy był zmuszony wyruszyć w drogę samotnie. Wieczorem zatrzymał się przed domem bardzo starej kobiety i poprosił ją o gościnę na jedną noc.
    - Ale ty, mój synku, dokąd idziesz? Dokąd?
    - Idę, aby zabrać potworowi wielką skrzynię.
    - Ojejejej jęknęła staruszka to zadanie, mój mały, jest raczej trudne. Nigdy nie słyszałam, aby ktokolwiek miał takie pragnienie.
    Młody człowiek pozostał przez pewien czas u starej kobiety. Codziennie czesał jej włosy, a czynił to w tym celu, aby uzbierać pcheł wystarczająco dużo dla napełnienia kobiałki. Następnie poszukał suchego drzewa dla staruszki i codziennie napełniał jej dzban źródlaną wodą. Kiedy miał odejść, staruszka dziękując mu powiedziała:
    - Jeśli chcesz posiąść tę wielką skrzynię potwora, dam ci coś, co pomoże ci ją wziąć i dała mu mały talizman. Wtedy odszedł.
    Zbliżając się do miejsca przebywania potwora zdjął z siebie płaszcz, koszulę i spodnia, a nawet pierścionek, który miał na palcu. Zwinął całe swoje ubranie i szedł całkiem nago. I tak przybył do żarłocznej kobiety rozciągniętej na drodze.
    - Po coś tu przyszedł, maleńki zapytała go.
    - Mam chęć znów possać, babciu, przybyłem ssać.
    I przystępuje, aby ssać jej piersi. Potem nie jadł przez trzy dni. Przez cały czas mógł patrzeć na wielki stos kości tych ludzi, których zjadła żarłoczna kobieta. Wysokość stosu była tak wielka, że nie mógł dojrzeć szczytu mimo, że przesłonił ręką oczy.
    Po trzech dniach powiedział do żarłocznej kobiety:
    - Babciu, ja przyszedłem po wielką skrzynię olbrzyma.
    - Dobrze, dziecko, jeśli tylko chcesz, zaraz możesz ją wziąć.
    Potem olbrzymka wstała i poszła szukać wielkiej skrzyni. Strzegło ją siedmiu żołnierzy. Wybrała taki moment kiedy ci stróże posnęli. Zabrała wielką skrzynię i w tym miejscu położyła kobiałkę z wszami. Skrzynię przyniosła do młodzieńca, który owinął ją w swoje ubranie i natychmiast odszedł. Już powraca.
    Kiedy przybył do szefa ostatniej wioski, uderzył w skrzynię. Ten zobaczywszy go ze zdobyczą podarował mu krzesło do noszenia ludzi godnych. Teraz już nieśli go spotkani ludzie do drugiej wioski, w której korzystał z gościny. Tutaj otrzymał trzysta monet. Szef następnej wioski dał mu tysiąc monet, w innej otrzymał dwa tysiące, w następnej cztery tysiące...
    Zanim przybył do swoich rodziców, stał się bardzo bogatym dostojnikiem. Starsi bracia, którzy nie chcieli mu towarzyszyć, zostali jego niewolnikami. Ale nie poradził się wróżbity, który dzień będzie najszczęśliwszy dla wejścia do domu. Powiedział sobie: "nie będę niepotrzebnie zwlekał z wejściem do mego domu" i z tego powodu bogaty pan wkrótce zachorował. Czując się bardzo słabym polecił, aby pochowano go wraz z wielką skrzynią, jeśli przyszłoby mu umrzeć.
    I niedługo potem zmarł. Wielka skrzynia spoczęła w grobie obok niego. Ma więc przy sobie wielki skarb i jeśli zechce mu się powspominać swoje ziemskie życie na ziemi, swoje radości i szczęście, od czasu do czasu uderza w tę skrzynię. Wtedy wszyscy mieszkańcy ziemi drżą z niepokoju i strachu. A to tylko wielka skrzynia sprawia, że nawet ziemia trzęsie się i drży.
    Oto historia o najmłodszym, który dochował wierności powziętemu postanowieniu i stał się wielkim, bogatym i potężnym panem.


  • Góra strony

    5. PTAK MAŁOGŁOWY I DZIK


    Żył-był raz dzik i był-żył raz ptaszek. Byli bardzo dobrymi przyjaciółmi i nigdy się nie rozchodzili. Obaj tytułowali się wzajemnie: "Mój drogi przyjacielu". Obaj mieszkali w lesie. Ale głowa tego ptaszka nie była taka mała, jak główki ptaszków obecnie żyjących. Ptaszek i dzik żyli bez jakiejkolwiek troski, wszędzie znajdowali jedzenie i to w dużej ilości. Życie było naprawdę piękne.
    Ale pewnego dnia zaczął padać deszcz. Była ulewa, wiatr rozhulał się. Przyjaciele stracili zwykłą odwagę, gdyż jeden nie widział drugiego, tak stało się ciemno, tak deszcz lał obfity, tak nieznośnie zrobiło się zimno. Przyjaciele nie wiedzieli, co robić.
    Ptaszek pierwszy zrozumiał niebezpieczeństwo i natychmiast przystąpił do budowania schronienia w środku gęstwiny leśnej. Dom dobrze chronił go przed deszczem, huraganem i zimnem. A dzik śmiał się ze swego przyjaciela i nic nie robił.
    - Mój drogi przyjacielu mówił mu nie powinieneś męczyć się budową domu dla takiego drobiazgu. Boisz się tak małego deszczyku? Ja, mój drogi przyjacielu, nie chcę stwarzać siebie troski z byle jakiego powodu. Widzisz przecież, że deszcz zaraz przestanie padać.
    - Mylisz się, mój drogi przyjacielu odpowiedział ptaszek a jeśli ulewa zmieni się wkrótce w kapuśniaczek? Ty nie będziesz miał schronienia.
    - Jeśli wkrótce nie przestanie deszcz padać, zabiorę się do budowy domu odpowiedział dzik.
    Dzik nie bał się niczego.
    A ptaszek przykucnął w środku swego domku, gdy tymczasem deszcz padał coraz większy. Dzik na zewnątrz bardzo marznął, a kiedy już dłużej nie mógł wytrzymać, powiedział do ptaszka:
    - Mój drogi przyjacielu, pozwól mi wejść do twego domu, ja dłużej nie mogę a mówiąc to dzik szczękał zębami i nie mógł już zbudować sobie schronienia.
    - Ach, mój drogi przyjacielu, nie! Ja bardzo żałuję odparł ptaszek ja ci przecież mówiłem, abyś przygotował sobie schronienie we właściwym czasie, ale wtedy tobie nie chciało się pracować. Poza tym mój dom jest mały, bardzo mały, zbyt mały dla nas dwóch. Niestety, nie mogę cię przyjąć. Pozostań, mój drogi przyjacielu, tam, gdzie jesteś.
    - Ależ, mój drogi przyjacielu, tak! Tam jest dość miejsca dla ciebie i dla mnie powiedział dzik.
    - Nie, mój drogi przyjacielu, pozostań, mój drogi przyjacielu, tam, gdzie jesteś powiedział ptaszek.
    - Jak widzisz, moja głowa i moje nogi, mój drogi przyjacielu, są już w wejściu.
    Po chwili dzik wsunął swoją głowę i dwie nogi do domu ptaszka, który krzyczał przeraźliwie, ale nie odważył się wypchnąć dzika na deszcz, ponieważ byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
    Kiedy wreszcie dzik wszedł do domu, zaczął grzać się przy ogniu. W pewnej chwili spostrzegł instrument do grania był to bambus ze strunami.
    - O, mój drogi przyjacielu, pozwól mi zagrać na tym instrumencie. Tutaj, w twoim domu, jest naprawdę miło, mój drogi przyjacielu.
    Dzik zaczął grać, a instrument wydawał melodię do słów: " jak drogi jest dom mego przyjaciela, jak bogaty, jak miły! Ach, jak dobrze jest mi u ciebie! Szczęśliwy jestem z tobą, mój drogi przyjacielu! Dom mego drogiego przyjaciela daje mi poczucie bogactwa i radości".
    Ptaszek był zauroczony. W pewnej chwili dzik lekko obniżył ton i w tej samej chwili ptaszek zrozumiał, że dzik drwi sobie z niego: "dom mego przyjaciela cuchnie, och, jak okropnie cuchnie!"
    Ptaszek usłyszał to, ale dzik natychmiast powrócił do poprzedniej tonacji: "Dom mego drogiego przyjaciela daje mi poczucie bogactwa i radości". Lecz kiedy powtórnie ptaszek usłyszał, jak jego przyjaciel wyraźnie szydzi z niego grając melodię "dom mego przyjaciela cuchnie, och, jak okropnie cuchnie", rzekł doń:
    - Jestem wściekły z tego powodu, co robisz. Chodźmy natychmiast się bić! Myślisz, że ja się ciebie boję?
    I obaj, ptaszek i dzik, wyszli z domku zapaleni do bójki. Biją się wciąż, biją się, bije jeden drugiego, przetaczają się przez pagórki i doliny. Po pewnym czasie dzikowi udało się uderzyć ptaszka w głowę. Ptaszek upadł na kamień, a jego głowa została rozbita na tysiąc części. Od tej pory głowa ptaszka stała się mała, można powiedzieć, maleńka. Zanikła też przyjaźń z dzikiem! Dzik powrócił w gęstwinę leśną i wciąż oczekuje ataku podstępnego ptaszka, który teraz mieszka w miejscach odkrytych i jasnych. Od tego czasu aż do naszych dni słyszymy tego ptaszka, który krzyczy: "to tu, to tu, to tu", aby przypominać sobie, że był czas, kiedy bił się z dzikiem. Przypomina sobie koniec przyjaźni i moment, kiedy rozdzielili się, kiedy jego głowa stała się taka maleńka.
    Dlatego aż do naszych czasów słyszymy wciąż śpiew oskarżający dzika, żałosną skargę skrzywdzonego ptaszka. Ma powód ogromny.


  • Góra strony

    6. SPADKOBIERCA KRÓLA


    Chłopiec bawił się małymi wołami ulepionymi z gliny, kiedy drogą przechodził król.
    - Chłopcze, jak ci na imię? zapytał król.
    - Mam na imię Przeznaczenie odpowiedział grzecznie malec.
    - Co teraz robisz, Przeznaczenie?
    - Ja odpowiedział zapytany zajmuję się wołami, których nie ma.
    - Gdzie jest twoja matka?
    - Moja matka poszła szukać bambusów, których nie można używać do budowy domu.
    - A gdzie jest twój ojciec?
    - Jego także nie ma. Poszedł ożywiać to, co umiera w tym samym czasie, kiedy się zabija żyjące.
    - Gdzie jest twój starszy brat?
    - Jego tu nie ma. Poszedł szukać tego, co umarło, opuszczając to, co żyje.
    - Coś takiego! Chłopcze, najwyraźniej widzę, że ty pozwalasz sobie kpić ze mnie, króla. zdenerwował się król.
    - Nie, mój panie, ja nie kpię z was, królu, u mnie daleka myśl od tego.
    - A czy ty przypadkiem nie widziałeś mojego wołu, który prowadził na pastwisko swego małego?
    - Tak, ja mijałem wołu dużego z małym w miejscu, gdzie znajduje się kamień dający światło.
    - Znowu! I ty myślisz, że kamień może świecić?
    - A wy, królu, chcecie, aby wół urodził małego?
    - Dość tego! Ty naprawdę kpisz sobie ze mnie! Natychmiast chodź ze mną. Postawię cię przed moją Radą, niech cię Rada Królewska osądzi, bo ty nie wiesz, co mówisz.
    - Chodźmy więc odpowiedział spokojnie Przeznaczenie ponieważ wy, panie, jesteście królem, a ja waszym poddanym i pójdę z wami wszędzie, dokądkolwiek będziecie chcieli mnie wysłać. Gdy stanę przed Radą Królewską, zobaczymy, czy naprawdę ja plotę głupstwa bez sensu.
    - Chodźmy zaraz mruczał król dosyć mam już twojej bezczelności i twojego zuchwalstwa.
    I poszli.
    - Oto, dlaczego rozkazałem przyjść wam, mojej radzie powiedział król uroczyście to z powodu tego chłopca imieniem Przeznaczenie, który stał się bardzo złośliwym i drwił sobie ze mnie, gdy zadałem mu kilka pytań na drodze. Pytałem go, gdzie jest jego ojciec, a on mi odpowiedział tak, że ja nie byłem w stanie tego zrozumieć. Chciałem wiedzieć, gdzie jest jego starszy brat. Odpowiedział z taką samą zuchwałością. Dlatego postanowiłem go udusić, bo bezczelnie drwi ze mnie i ja nie mogę pojąć, dlaczego tak robi.
    - Aleś skądże! bronił się Przeznaczenie Ja robiłem małe woły z gliny, kiedy wy, Panie Królu, zapytaliście mnie, co ja robię. Odpowiedziałem, że robię woły z gliny. Woły z gliny? Co z nich będzie? Nic. Ja się tylko tak bawiłem, przecież to nie są prawdziwe woły, to są tylko zabawki. Dlatego powiedziałem, że bawię się, ponieważ woły ciekawią mnie, ale tamte były tylko zabawkami z gliny.
    - Następnie byłem zapytany, gdzie jest moja matka? "Moja matka poszła szukać bambusów, których nie można używać do budowy domu". Takim bambusem nie jest nic innego, jak tylko trzcina cukrowa. Jest ona podobna do bambusa, tylko że jej nie można użyć do tego samego celu, co prawdziwy bambus. Tę laskę, którą nazywamy trzciną cukrową. raczej się ssie i gryzie. A król myślał, że sobie drwię z niego.
    - Byłem także zapytany, gdzie jest mój ojciec. On "poszedł ożywiać to, co umiera w tym samym czasie, kiedy się zabija żyjące". Tu chodzi tylko o sadzonki patatów, które po pokrojeniu są suche, ale zasadzone w ziemi ożywają i dają duże bulwy. W tym samym czasie na tym samym polu mój ojciec wyrywa chwasty zabierając życie tym, które są żywe.
    - Wreszcie zapytał mnie król, gdzie jest mój starszy brat. I ja, Przeznaczenie, odpowiedziałem: "Jego tu nie ma. Poszedł szukać tego, co umarło, opuszczając to, co żyje". Bo on poszedł szukać drzewa na ogień, a czyniąc to musiał unikać zbierania drzewa zielonego, bo przy gotowaniu podkłada się pod garnek raczej drzewo suche.
    - I to wszystko, co powiedziałem mojemu panu, Królowi, a on posądził mnie, że jestem bezczelny. Na koniec król powiedział do mnie: "czy ty przypadkiem nie widziałeś mojego wołu, który prowadził na pastwisko swego małego?" Odpowiedziałem: "Tak, ja mijałem wołu dużego z małym w miejscu, gdzie znajduje się kamień dający światło". Król chciał, abym uznał za prawdę, że wół może mieć cielaczka!!! Oto, co ja powiedziałem Królowi i z tego powodu Król chce mnie pozbawić głowy. Podejmijcie więc, Panowie Rado Królewska, decyzję wy, którzy przybyliście tak licznie. Ja nie unikam waszego sądu i poddaję się waszemu wyrokowi, jakikolwiek będzie.
    - Ale ten chłopiec mówi prawdę powiedzieli radcy królewscy Nie ma żadnego powodu, aby pozbawić go głowy.
    I pozwolono oddalić się Przeznaczeniu. Ale Król jeszcze raz zwrócił się do swojej Rady takimi słowami:
    - Ludzie, oto ja chcę wam powiedzieć, że ten chłopiec stanie się naprawdę złośliwy i niebezpieczny dla naszego kraju w tym dniu albo w innym! Wiem, co należy uczynić! Zawołajcie go jeszcze raz!
    I przywołano go zaraz.
    - Powracaj szybko do Króla, chłopcze!
    Kiedy Przeznaczenie stanął przed Radą, król mu powiedział:
    - Jutro, o pianiu koguta, powrócisz tutaj, ponieważ mój wół tu będzie i ty będziesz go doił.
    - Zgoda odparł Przeznaczenie powrócę tutaj jutro, kiedy pierwszy kogut zapieje.
    Gdy następnego poranka kogut zapiał, Przeznaczenie spał spokojnie dalej. Z tego powodu znów zebrała się Rada Królewska.
    - Gdzie jest Przeznaczenie?
    Ale chłopiec nie zgłosił się. Przyszedł dopiero w samo południe.
    - Dlaczego nie przyszedłeś na czas ci wyznaczony?
    - Nie mogłem przyjść, ponieważ mój ojciec rodził dziecko.
    - Co?! Twój ojciec rodził? Widziałeś kiedykolwiek, aby mężczyzna rodził???
    - A ty, Panie Królu, uważasz, że twój wół się ocielił, abym ja mógł go doić?
    - Ten chłopak jest naprawdę bezczelny! powiedział Król Dobrze, uwolnijcie go. Jest zbyt przebiegły, aby można było go ukarać. Pozwólcie mu odejść. A po posiłku powrócicie wszyscy.
    - Tak jest, Królu, tak zrobimy.
    Kiedy Rada znów przybyła w komplecie, Król zwrócił się do zebranych:
    - Oto, moi ludzie, co chcę wam powiedzieć. Każdy z was przyjdzie tu jutro z jajkiem kurzym i będąc już na placu położy je przy sobie.
    - Dobrze, zrobimy tak powiedzieli.
    Na drugi dzień, w samo południe, wszyscy zebrali się przed domem królewskim. Przeznaczenie został umieszczony w środku tłumu.
    - Czy Przeznaczenie jest tutaj? zapytał Król.
    - Tak, jestem.
    Wtedy każdy położył jajko przy sobie, ale tylko Przeznaczenie nie miał jajka, gdyż nie słyszał królewskiego rozkazu. Kiedy chłopiec zobaczył wszystkie te jajka, zapiał:
    - Kukurykuuu! One nie mogły znieść jajek. Nigdy, przenigdy!
    - Co przez to chcesz powiedzieć?
    - Bez koguta kura nie może znosić jajek, nigdy, przenigdy!
    -To prawda powiedzieli królewscy doradcy i z tego powodu nie można zabić tego chłopca. My przynieśliśmy jajka i wiemy doskonale, że kura daje jajka tylko dzięki kogutowi, a więc kogut znosi jajka, kogut na swój sposób, właśnie kogut!
    - Co więc należy uczynić, aby znaleźć powód do skazania na śmierć tego przebiegłego chłopca? zapytał Król.
    - My nigdy tego nie osiągniemy powiedzieli doradcy królewscy to chłopiec zbyt przebiegły i złośliwy!
    - Ponieważ rzeczy tak się mają zawyrokował Król pozwólcie mu odejść. Ach, Przeznaczenie, kupisz mi, chłopcze, coś w sklepie. Tu masz pieniądze. I idź natychmiast, bo tego pilnie potrzebuję. Wy zaś, Rado Królewska, nie rozchodźcie się jeszcze. Ja wyślę swego syna szukać tego chłopca. Tymczasem wy zgromadźcie suche drzewo, zróbcie z niego wielki stos i podpalcie, aby można było wrzucić w ogień tego złośliwca. A więc kiedy on powróci, pochwyćcie go i wrzućcie w ogień.
    Gdy Przeznaczenie szedł do sklepu, Król zawołał swego jedynaka i powiedział:
    - Idź, poszukaj tego złośliwca i powiedz mu, że musi natychmiast wrócić do mnie nawet jeśli jeszcze nie zdążył dokonać zakupu.
    Syn królewski pobiegł.
    - Czy to ty jesteś, Przeznaczenie?
    - Tak, to ja jestem.
    - Pośpiesz się więc i zaraz idź do mego ojca. Król i cały lud czeka na ciebie.
    - Rozumiem. Idź więc, ja idę za tobą.
    Królewski syn zaczął biec szczęśliwy, że tak szybko spełnił polecenie swego ojca. A słudzy królewscy wciąż czekali. Kiedy chłopiec wbiegł na plac, ludzie nie rozpoznali królewskiego syna i myśląc, że to jest Przeznaczenie, a obaj byli podobnego wzrostu i wyglądu, pochwycili go i wrzucili w płomienie. Przeznaczenie przechodząc obok stosu rzucił drwiące spojrzenie na królewskiego syna wijącego się w ogniu i zaraz wszedł do palacu przed króla.
    - Oto jestem! zawołał.
    - Mój Boże! krzyknął król zrozumiawszy, że kazał uśmiercić własnego syna naprawdę zostałem zwiedziony przez tego chłopca.
    Królowa tonęła we łzach.
    - Na co ty czekasz, mój drogi mężu! Zwiąż go! To z jego powodu straciliśmy naszego jedynaka. Ty dobrze wiesz, jaki on jest przebiegły, podstępny i złośliwy. I ty pozwalasz mu jeszcze pozostawać na wolności! Jeśli nasze dziecko straciło życie, to tylko dlatego, że poszło szukać właśnie tego małego złośnika. I to on sprawił, że nasze dziecko przybiegło przed nim, a twoi poddani schwycili pierwszego nie rozpoznając naszego syna, aby wrzucić go w ogień. Teraz więc widzisz, jak ten bałwanek jest dumny ze swego sukcesu.
    - Ale ja naprawdę nie wiem, co zrobić z takim złośliwcem. I dlatego ja go adoptuję, jako swego syna.
    Król zawołał Przeznaczenie.
    - Przyjdzie czas powiedział Król że ja umrę. Wtedy ty będziesz dziedziczył wszystkie moje dobra, ten kraj i moich poddanych. I ty będziesz nimi rządził po mnie.
    - Niech się tak stanie odpowiedział Przeznaczenie Czy my, poddani, możemy uczynić inaczej, niż chce Król? A to wszystko, co się stało, w pewnym sensie stało się tak dlatego, że wy, królu, tak chcieliście. W następstwie tego ja będę dziedziczył wasze mienie.
    Kiedy Król zmarł. Przeznaczenie wziął w posiadanie wszystko, co było królewską własnością w tej krainie.


  • Góra strony

    7. WICEKRÓL


    Pewnego razu chłopiec o imieniu Sprytny zabawiał się przed domem, kiedy przechodził król.
    - Co ty teraz robisz, chłopcze?
    - Ja? Zajmuję się robieniem tego. Czego nie ma w rzeczywistości.
    Król odszedł, powrócił do swego pałacu i zaraz rozkazał swoim sługom przywołać chłopca imieniem Sprytny. Ten bez zwłoki przybiegł i stanął przed Królem.
    - Malcze, gdzie teraz jest twoja matka? zapytał Król.
    - Ona poszła odrzucać mądrość i dobry zamysł, aby poszukiwać głupoty.
    - A gdzie jest twój ojciec?
    - Teraz wywraca żyjących po to, aby mógł gromadzić martwych.
    - Gdzie jest twój starszy brat?
    - Rozciąga się właśnie na zmarłych.
    Te odpowiedzi doprowadziły Króla do złości. Rozkazał Sprytnemu, aby powrócił do domu, ale wkrótce wezwał go ponownie do swego pałacu.
    - Jeśli nie wyjaśnisz mi wszystkiego, coś tu powiedział, każę cię zabić. Co za bzdury mi tu naopowiadałeś?!
    - Bawiłem się małymi wołami, gdy moja matka łowiła ryby koszykiem zrobionym z wikliny, mój ojciec szukał suchego drzewa, a mój brat spał w łóżku.
    - Tak, to wszystko jednak prawda. Możesz więc spokojnie odejść.
    Pewnego dnia Król zobaczył, że w zagrodzie są same byki. Kazał przywołać chłopca i powiedział mu:
    - Idź i wydój bydło w tej zagrodzie.
    Sprytny udał się tam natychmiast, obejrzał każde bydlę, jedno po drugim, ale nie widział ani jednej krowy. Był zakłopotany i poczuł lęk, ponieważ przewidywał śmierć, jeśli do Króla nie przyniesie mleka. Na szczęście, olśniła go zbawcza idea! Pobiegł do Króla i tłumaczy się w ten sposób:
    - Zechciej wybaczyć mi, o Królu, że nie mam czasu na dojenie, ponieważ muszę natychmiast pobiec do mego ojca, która teraz będzie rodził. Nie ma nikogo oprócz mnie, kto mógłby mu pomóc w tej twardej próbie. Już go chwyciły bóle porodowe.
    Zaskoczony tą wypowiedzią Król zaczął pękać ze śmiechu. Śmiał się, śmiał, o, jakże się śmiał! Po dłuższej chwili opanował się nieco i powiedział:
    - Czy ty przypadkiem nie zwariowałeś? Czy ty kiedykolwiek widziałeś albo słyszałeś o mężczyźnie, który rodził?
    - Ach, tak, rzeczywiście! A dlaczego wy, Panie Królu, chcieliście, abym wydoił wasze byki?
    - Masz rację, chłopcze. Możesz odejść.
    Za kilka dni Król zwołał wszystkich poddanych z wyjątkiem Sprytnego i polecił im przyjść nazajutrz przynosząc kurze jajko.
    Rano zgromadził się wszystek lud na królewskim dziedzińcu, każdy przyniósł jajko. Kiedy Król przybył, każdy położył na ziemi przyniesione jajko. Widać było, że Sprytny przez moment był zakłopotany. Za chwilę pobiegł do domu i wspiął się na szczyt dachu, skąd zapiał: kukurykuuu!
    Zdziwił się Król ujrzawszy malca na dachu.
    - A gdzie jest twoje jajko, chłopcze? zapytał surowym tonem Król.
    - Ale ja jestem kogutem. Bez koguta nikt z tych, którzy są tu, nie zniesie jajka.
    I nigdy nie udało się Królowi ukarać Sprytnego. Pozwolił mu przychodzić do siebie, ponieważ był człowiekiem mądrym i dobrym. Korzystał z rad chłopca i nie minęło dużo czasu, jak zamianował go wicekrólem, ponieważ Sprytny był chłopcem bardzo rozsądnym.

  • Góra strony

    8. POTOMKOWIE LUDZI


    W dawnych czasach żyli małżonkowie, którzy mieli tylko jedno dziecko, córeczkę. Ich córka była piękna i pełna wdzięku tak, że nie miała sobie równej. Nic więc dziwnego, że wielu młodzieńców zabiegało o jej względy. Kiedy stała się duża, pewien książę przyszedł do jej domu i jej rodzicom przedstawił swą prośbę: bardzo pragnie, aby ich córka została jego żoną. Ofiarował sumę stu monet. Rodzice uroczej panny wyrazili zgodę, przyjęli pieniądze i zdecydowali, że ceremonie małżeńskie zostaną odprawione wieczorem przy najbliższej pełni księżyca.
    Tymczasem syn innego króla przybył także prosić o rękę młodej dziewczyny i ofiarował dwieście monet rodzicom, którzy przystali też na jego prośbę. Zadecydowano, że zaślubiny będą w nocy przy pełni księżyca.
    Wkrótce po odjeździe drugiego zięcia przybywa następny z taką samą prośbą, a rodzicom ofiaruje trzysta monet. Rodzicom nie pozostało nic innego, jak tylko przyjąć i tę prośbę. Zadecydowano, że ich zaślubiny odbędą się na tydzień przedtem, zanim księżyc nie zniknie z nieba.
    Zbliżał się termin wesela z pierwszym księciem. Rodzice byli pełni niepokoju i zakłopotania. Ostatecznie zdecydowali się zwrócić pieniądze pierwszemu księciu, ale ten młody człowiek nawet nie chciał słyszeć o przyjęciu pieniędzy, które ofiarował. Rodzice już nawet nie ośmielili się mówić o zwrocie pieniędzy drugiemu i trzeciemu księciu. Poszli do wróżbity zapytać o radę i ten dał im takie pouczenie:
    - Umieśćcie waszą córkę w małym domku w towarzystwie młodej maciory i suczki równie młodej. Wnieście też wszystko, co im potrzebne do życia na trzy dni i zamknijcie domek na klucz.
    Przez trzy dni ich córka lamentowała i płakała, suczka skomlała i szczekała, świnka kwiczała. Potem nastała kompletna cisza. Następnego ranka przybył pierwszy książę. Rodzice wciąż byli zakłopotani i byli zdolni tylko prosić młodego człowieka, aby szukał swojej żony w małym domku. Ten był bardzo zdziwiony, kiedy ujrzał trzy urocze dziewczęta. Jedną z nich wybrał, zabrał ze sobą i odszedł napełniony szczęściem.
    O północy przy pełni księżyca zjawia się drugi książę u rodziców swojej przyszłej żony. Poszedł do małego domku i on był zachwycony widokiem dwóch uroczych dziewcząt. Wybrał jedną z nich i powrócił z nią do swego domu z sercem napełnionym radością. Kiedy wreszcie przybył trzeci książę po swoją żonę, wziął ze sobą tę, która była jeszcze w domku.. I ten był szczęśliwy wracając do swego domu z tak piękną żoną.
    Ale rodzice panien byli bardzo zakłopotani i pełni niepokoju, ponieważ nie wiedzieli, która z trzech dziewcząt była ich córką i dlatego nie wiedzieli, do której powinni iść z wizytą. Poszli więc jeszcze raz do wróżbity i ten im teraz poradził, aby poszli do wszystkich trzech książąt i dowiedzieli się na miejscu u ludzi. Małżonkowie poszli natychmiast na poszukiwanie ich jedynaczki.
    Przyszli do miasta, w którym mieszkał pierwszy książę. Wypytywali, czy młoda pani niedawno do nich przybyła z mężem, ich księciem, dobrze zaaklimatyzowała się w państwie. Ludzie nakłaniali ich do milczenia, ponieważ młoda księżna była z takich, o których się mówi, że są podobni do psów. Nikt nie odważa się już wchodzić do domu księcia, ponieważ księżna wydala każdego przybysza w taki sposób, że ten natychmiast nie wiedząc nawet kiedy znajduje się przed drzwiami.
    W mieście drugiego księcia ludzie odpowiedzieli: To nie kobieta tu przybyła, ale raczej świnia. Jej dom jest zawsze strasznie brudny i bez przerwy panuje w nim nieopisany bałagan.
    Kiedy rodzice przybyli do trzeciego miasta, poczuli się dumni i szczęśliwi słuchając, jak ludzie nie przestawali wychwalać pięknej swej księżnej. Ale nie tylko za to, że była piękna, miała także wszystkie zalety duchowe i to w stopniu najwyższym. Jej dom był zawsze czysty i uporządkowany, kochała i była ukochana przez wszystkich. Szczerze cieszyła się przyjmując gości. Małżonkowie bez trudu rozpoznali w niej swoją córkę.
    Oto, dlaczego mówi się, że są trzy rodzaju ludzi na ziemi:
    - ci, którzy pochodzą od psów: oni nie lubią sobie podobnych;
    - ci, którzy pochodzą od świń: żyją w nieładzie, zawsze brudni;
    - oraz ci, którzy są towarzyscy i szczerze kochają swoich rodziców.

  • Góra strony

    9.GRA W INTELIGENCJĘ


    To zdarzyło się dawno. To było bardzo dawno, kiedy pewni ludzie starzeli się i... ach, oni mieli tylko jedno dziecko, a była to dziewczynka.
    Pewnego razu jej ojciec powiedział:
    - Nie oddam mojej jedynaczki za żonę, jak tylko temu, kto dorówna mi w inteligencji. Oto, co mówię. Oto, co będzie.
    Kiedy przybył młody człowiek prosić o pannę, starzec zaproponował mu:
    - Pewien teren, dość rozległy, jest pokryty bujną roślinnością... Wydaje mi się, że ty nie zasługujesz zostać mężem mojej córki, ja nie zrobię ciebie swoim zięciem, albo... może to się stanie? Oto moje warunki. Kandydat przybywający prosić o moją córkę musi uprawić ten teren pokryty zaroślami jednego dnia. On musi ściąć zarośla i spalić je w tym samym dniu. Tego samego dnia musi zasiać ryż, który musi dojrzeć tego samego dnia, aby był zebrany, wymłócony i zjedzony przez was, nowożeńców i gości tego samego dnia. Oto, co trzeba zrobić w ciągu jednego dnia, tego samego dnia. Takie są moje warunki.
    Przybyły odszedł natychmiast. Jak można wymagać podobnej rzeczy? Wyciąć i spalić krzewy, przygotować ziemię, zasiać, opielić i zebrać ryż tego samego dnia, przez jedną osobę, bez pomocy? Kto może tego dokonać? Oto, dlaczego odchodzili natychmiast wszyscy, którzy zjawiali się w domu rodziców, aby prosić, by córka została ich żoną.
    Niektórzy młodzieńcy z myślącą głową nie odchodzili natychmiast. Pewien kandydat powiedział sobie: "Ponieważ rzeczy tak się mają, ja uzbroję się w cierpliwość". On wiedział, że jego ojciec ma także nadzwyczajną inteligencję. Kiedy przyszła na niego kolej przedstawić się ojcu dziewczyny, powiedział:
    - Jak ja spełnię wszystkie twe warunki, czy zostanę twoim zięciem?
    - Oczywiście! oświadczył ojciec dziewczyny.
    - Ten teren jest pokryty krzewami. Mam go oczyścić w jeden dzień. Przygotować pod zasiew w jeden dzień, zasiać, opielić, zebrać, wymłócić i oczyścić ryż w ten sam dzień i jeszcze ugotować, aby mógł być zjedzony jeszcze tego samego dnia?
    - Tak, właśnie to.
    - Wrócę więc jutro odpowiedział młodzieniec i poszedł do domu. Tam opowiedział tę dziwną historię swemu ojcu.
    - Och, to jest bardzo łatwe, moje dziecko. Oto owoc rafii, który zaniesiesz jemu i powiesz: "mój teściu, oto owoc rafii, który zasadzicie, aby można było wyciągnąć nitki na ubranie dla mnie. Ale ja chcę otrzymać to ubranie do pracy na polu jeszcze dziś. Wtedy zabiorę się do uprawy ryżu i jeszcze przed zachodem słońca ryż dla gości weselnych będzie się gotował".
    - I to jest wszystko, co mam zabrać ze sobą, ojcze?
    - Tak, synu, to wszystko co weźmiesz ze sobą i powtórzysz, co ci przed chwilą powiedziałem.
    Zalotnik powrócił do ojca jedynaczki i rzekł:
    -Odszedłem, ale powracam, jak obiecałem i teraz mogę przejść do działania. Przyniosłem ze sobą maczetę i ryż do zasiania. Tylko że przedtem, zanim zacznę pracować, potrzebuję odpowiedniego ubrania. Jak widzisz, teściu, przybywał w ubraniu weselnym, a w nim nie mogę pracować.
    - Oto szyszka rafii, którą wy, mój panie, pójdziecie zasadzić jeszcze dzisiaj, aby wyrosła rafia jeszcze dzisiaj. I trzeba, panie, abyście wyciągnęli z niej nitki jeszcze dzisiaj, potem zrobili dla mnie ubranie jeszcze dzisiaj, abym ja mógł wykonać powierzoną mi pracę jeszcze dzisiaj. I uczta weselna będzie mogła odbyć się jeszcze dzisiaj.
    Teść był zakłopotany. Jak on to ma zrobić, aby rafia wyrosła tak szybko, aby jeszcze dziś przygotować ubranie dla młodzieńca
    - Twoi rodzice są rzeczywiście inteligentni, mój przyjacielu... mój zięciu. Oto, czego ja pragnąłem. Przyjdź więc pewnego dnia po moją córkę. Od tej chwili jest twoją żoną, ponieważ ty ją zdobyłeś.
    Wraz z młodzieńcem przyszli jego rodzice, aby asystować w drodze do jego żony i przy powrocie do domu wraz z jego żoną. I tak oto młodzi stali się małżeństwem.
    Oto historia o ludziach, którzy chcieli zbadać inteligencję innych. Historia zbyt piękna, aby była prawdziwa.

  • Góra strony

    10. SŁOWO ZABIJA


    Pewien człowiek ze swoim synem wyszedł z wioski. Szli w kierunku wielkiego lasu. W pewnej chwili syn zapytał:
    - Ojcze, dokąd idziemy?
    - Idę odwiedzić jednego w moich przyjaciół, którego już dawno nie widziałem.
    I oni szli, szli, szli, aż doszli do środka wielkiego lasu. Tam usłyszeli krzykliwy śpiew małego ptaszka. Ptaszek śpiewał niedaleko nich.
    - Ojcze, zaraz złapię tego ptaka.
    - A co chcesz z nim zrobić?
    - Upieczemy go.
    - Dobrze, idź.
    Chłopiec poszedł za głosem ptaszka, schwytał go i zabił.
    - Jest powiedział do swego ojca.
    - Upiecz go odpowiedział ojciec.
    - Daj mi kamień, abym zrobił ogień.
    Kiedy rozpalili już ogień i piekli ptaszka, zaczęli rozmawiać.
    - Ojcze, powiedz mi.
    - Co?
    - Czy myślisz, że mógłbym, schwytać tego ptaszka, gdyby nie śpiewał?
    - A jak mógłbyś odnaleźć go w zaroślach, gdyby nie śpiewał?
    - Dlatego też odparło dziecko pozwól mi tym razem milczeć, gdy będziemy u twojego przyjaciela,
    - Ale czy ty wytrzymasz?
    - Tak, to dla mnie bardzo łatwe.
    I poszli dalej przez las. Przyjaciele przyjęli ich bardzo serdecznie.
    - Nareszcie przyszliście do nas! Jak się macie, przyjaciele?
    - Bardzo dobrze . odpowiedział ojciec, ale jego syn ust nie otworzył.
    Gospodarz zaprosił ich do domu, kazał zabić kurę, przygotować posiłek.
    - A jak się ma wasz syn, który do tej pory nie pisnął ani słówka?
    - A, to jest sposób jego zachowania się, taki ma zwyczaj, ale mimo wszystko, jest grzecznym chłopcem.
    - Wielka szkoda, że taki uroczy chłopiec nic nie mówi!
    Zapadła noc. Trzeba było przygotować się do snu.
    - My wszyscy nie zmieścimy się tutaj powiedział gospodarz - Starsi będą spali w tej izbie, a chłopiec pójdzie spać do drugiej izby, gdzie jest młoda kobieta z niemowlęciem. My, dorośli, tu zostaniemy i będziemy cieszyli się przedłużając naszą rozmowę.
    - Nie mam nic przeciwko temu odparł ojciec chłopca.
    Chłopiec przeszedł do drugiej izby, gdzie była matka i niemowlę.
    W nocy przyszedł mąż tej kobiety.
    - O, tu jest ktoś z tobą?
    - To tylko głuchoniemy chłopiec.
    Mężczyzna położył się. Wszyscy spali aż do piania koguta. A kiedy kogut zapiał, mężczyzna wstał i poszedł budować ich nowy dom, do którego wkrótce miał przeprowadzić swoją żonę. W drodze zauważył, że tym razem zapomniał swojej strzelby, której używał przy polowaniu. Powrócił z pośpiechem.
    Kobieta podała mu strzelbę, mężczyzna chwycił ją za lufę, ale że strzelba była ciężka, wysunęła mu się z ręki i spadła kolbą w dół, dokładnie w miejsce, gdzie spało niemowlę. Dziecko zostało zabite przez to uderzenie.
    - Ech, co za niezdara!
    - Co się stało?
    - Twoja strzelba upadła na dziecko... nie wiem, co robić... Ale w końcu, idź, ja powiem, że to z powodu tego głuchoniemego.
    Mężczyzna uciekł. Co innego miałby zrobić, skoro to był jedyny sposób ocalenia swego życia. Kobieta odczekała pewien czas, zanim wybuchła złowieszczym krzykiem:
    - Co za nieszczęście! Co za strata!. Oto, co znaczy dzielić posłanie z głuchoniemym! Zabić twoje dziecko! Oto, do czego on jest zdolny!
    Natychmiast zbiegli się wszyscy ludzie z wioski.
    - Chcieliście, aby ten obłąkaniec spał przy mnie i oto, co zrobił: zabił moje dziecko!
    Przybył także szef wioski, który na miejscu wydał wyrok:
    - Zabijcie go, bo na to zasłużył! On zabił dziecko, dlaczego pozwolilibyśmy mu żyć? Czy zgadzacie się ze mną wy, mieszkańcy tej wioski? Co powie na to moja rada?
    - Zabijmy go! - odpowiedzieli wszyscy.
    Szef zaczął ostrzyć nóż.
    - Pozwólcie mi najpierw przemówić powiedział chłopiec zanim wykonacie wyrok, bo naprawdę ja nie jestem ani głuchym, ani niemową, ani roztrzepanym, ani obłąkanym. Oto, co zdarzyło się wczoraj, kiedy wraz z ojcem byłem w środku lasu. Powiedz, ojcze, że to był ptak, który śpiewał. I ja poszedłem za tym ptakiem, potem go zabiłem i upiekliśmy go na węglach.
    - Tak, to prawda powiedział ojciec to był ptak, którego ty nie widziałeś i nie zobaczyłbyś go, gdybyś nie usłyszał jego śpiewu.
    - Dlatego właśnie wtedy postanowiłem, abyś mi, ojcze, pozwolił milczeć, gdy będziemy u twoich przyjaciół. Oto, dlaczego ja milczałem, chociaż nie jestem głuchoniemym ani roztrzepanym.
    W ten sposób chłopak ocalił życie. Jaka stąd nauka dla nas? Słowo, jak i milczenie, może prowadzić do śmierci, może ratować życie.


  •  
     
    GÓRA STRONY