|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. VII Tłumaczył
Opowiadali mi ludzie o rodzicach, którzy mieli dużo dzieci. Wszystkie dzieci chodziły do szkoły, uczyły się pilnie, a po ukończeniu nauki rozpoczęły życie zawodowe. Wszystkie dzieci startowały w konkursach i otrzymały wysokie urzędy, zajmując kierownicze stanowiska. Wszystkie, z wyjątkiem jednego, najmłodszego. Ten beniaminek wciąż się uczył i w naukach szedł coraz wyżej, coraz dalej, wreszcie postanowił nauczyć się czarodziejstwa. Po trzech latach nauki stał się czarownikiem. Starsi bracia zbudowali mu dom i nad drzwiami wypisali: Synostatni - czarownik Pewien podróżny ujrzawszy napis nad drzwiami wszedł do domu i zapytał: - Czarownik Synostatni, to pan? - Tak, to ja odpowiedział zapytany. - Proponuję panu zawody. Kto przegra, płaci worek złotych monet. - Zgoda powiedział Synostatni. Rozpoczęły się zawody i gość przegrał, więc musiał dać pieniądze, ale zgodnie z umową miał prawo żądać rewanżu. Tym razem zwycięzca miał otrzymać trzy worki złotych monet. Czarownik przegrał i musiał dać pieniądze podróżnemu, który zabrał je i udał się w drogę do swego domu. Po dwóch dniach inny podróżny, też czarownik, stanął przed domem Synostatniego i wszedł do środka proponując uprawianie magii. Zgodzono się, że zwycięzca otrzyma sześć worków złotych monet. Wygrał Synostatni i otrzymał obiecają nagrodę. Jednak przegrany miał prawo zażądać drugiej partii. Tym razem stawką było życie: ten, kto przegra, będzie zabity przez zwycięzcę. Przegrał Synostatni. Zwycięzca dał mu szansę na uratowanie swego życia, jeśli w ciągu trzech dni znajdzie jego mieszkanie i wejdzie do domu przed zachodem słońca. Synostatni zapytał o radę swoich rodziców i braci. Rodzice dali mu na drogę skrzynię. Synostatni poszedł na poszukiwanie czarownika, z którym grał w magię. Szedł przez las, wdrapywał się na wierzchołki drzew i zatrzymywał się na szczytach pagórków, aby wypatrywać wstęgi dymów unoszących się z palenisk. Przed wieczorem pierwszego dnia spostrzegł dym i zbliżył się do ogniska. Przy ogniu siedziała staruszka, która mieszkała w grobie. Czując z daleka zapach Synostatniego kobieta zaczęły mówić: - Uch, tu czuć człowiekiem! Czarownik zbliżył się do niej i dobra staruszka zapytała go: - Dokąd idziesz, Synostatni? - Grałem w magię z kimś, kto namówił mnie do wejścia w zakład. Pokonany ma być zabity. Ja przegrałem i on dał mi trzy dni czasu, abym znalazł jego dom, wtedy daruje mi życie. Jeśli trzeciego dnia przed zachodem słońca nie wejdę do jego domu, zabije mnie. Dobra staruszka pomogła mu. Kazała mu iść drogą przy stawie pełnym przeźroczystej wody, a potem dodała: - Do tego stawu przyjdą kąpać się trzy piękne dziewczęta. Weź ubranie tej, którą uważasz za najpiękniejszą, ale w taki sposób, aby ona ciebie nie spostrzegła, kiedy będziesz brał jej ubranie. Synostatni bez trudu znalazł staw z przeźroczystą wodą i ukrył się w zaroślach, skąd widział nawet tych, którzy się przechadzali. W pewnej chwili przybyły trzy dziewczęta. Zbliżywszy się do stawu, zdjęły ubrania i weszły do wody. Synostatni obserwował je i zapamiętał, w którym miejscu leżały ubrania każdej z nich. Kiedy rozpoznał najpiękniejszą, ze strachem podszedł do stawu, zabrał rzeczy najpiękniejszej z trzech i szybko odszedł. Jednak ta, do której należało zabrane ubranie, spostrzegła to i ruszyła w pogoń za Synostatnim. Ten biegł przed nią i nie odwracał głowy, jak mu radziła stara kobieta. Kiedy obydwoje przybyli do staruszki, młoda kobieta zaczęła krzyczeć: - Ten pan zabrał mi moje ubranie! - Masz swoje ubranie powiedziała staruszka tylko że teraz trzeba was oboje poślubić. Będziesz jego żoną. A była to córka tego, którego domu szukał Synostatni. Staruszka oderwała pasek z sukni młodej dziewczyny i obcięła kosmyk włosów. Dała te rzeczy Synostatniemu dodając wyjaśnienie: - Idź w drogę. Jeśli dojdziesz do miejsca trudnego do przejścia, rzuć tam kawałek materiału z paska tej dziewczyny, a będziesz mógł przejść po złotym moście. Kiedy znajdziesz się przed przeogromną skałą, rzucisz ten kosmyk włosów i będziesz wspinał się po drabinie ze złota. Synostatni odszedł od staruszki i szedł... szedł długo... aż doszedł do przepaści. Urwał kawałek materiału z paska otrzymanego od staruszki i rzucił, ale żaden most nie ukazał się. Przestraszony rzucił resztę: w jednej chwili powstał złoty most, po którym przeszedł. I poszedł dalej. Szedł, szedł... aż doszedł do wielkiej, przeogromnej skały. Rzucił na nią kosmyk włosów i w jednej chwili ujrzał złotą drabinę, po której wspiął się na sam szczyt. Znalazł się na drodze i szedł dalej. Szedł... szedł... zobaczył kurę grzebiącą przy drodze. Teraz wąska ścieżka prowadziła przez pole i kończyła się przed domem. To był dom jego zwycięzcy! Gospodarz zobaczył go zbliżającego się do domu i witając go powiedział: - Jesteś sprytny, Synostatni! Ale przybyłeś za późno. Słońce już zaszło i ja nie zgadzam się na darowanie ci życia, chyba że... Mam na polu wielkie drzewo, którego do tej pory nikomu nie udało się ściąć. Daję ci więc szansę. Jednak mimo wszystko zabiję cię, jeśli nie uda ci się ściąć tego drzewa w ciągu jednego dnia. Synostatni wziął siekierę i udał się na pole. Zaczął uderzać w pień, ale drzewo było wielkie i zbyt twarde, aby chociażby ślad został po uderzeniach siekiery. W południe córka gospodarza przyniosła mu posiłek, a nie był to kto inny, jak tylko jego żona, którą poślubił u staruszki. Kiedy młoda kobieta zobaczyła, że drzewo jeszcze nie zostało ścięte, ba, nawet nie ma śladów uderzeń, podała swemu mężowi talizman i wkrótce ciężkie drzewo z jękiem udało na ziemię. Gospodarz usłyszał hałas spowodowany upadającym drzewem i natychmiast przybiegł do Synostatniego, aby mu powiedzieć: - To ci się udało, ale jest jeszcze staw, który trzeba oczyścić. Do ciebie należy usunąć z niego wszystką wodę jeszcze dziś. Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię. Synostatni wziął wiadro, ale woda była zbyt głęboka i on nie mógł nic zdziałać. Żona przybyła z talizmanem i powiedziała: - Rzuć to do wody, a zobaczysz, że staw natychmiast stanie się suchy. Synostatni wrzucił talizman i zanim on opadł na dno stawu, znikła woda. Noc zapadła, kiedy Synostatni powrócił do domu swego teścia, który mu powiedział: - Wiem dobrze, że to moja córka dała ci środki do wypełnienia moich poleceń. Wiem też, że jesteście zaślubieni i ja stałem się twoim teściem. Po posiłku gospodarz wskazał małżonkom pokój, w którym mieli spać, ale pani młoda powiedziała do pana młodego: - Znam zamiar mojego ojca. On chce zabić nas oboje, więc musimy uciekać stąd, gdy kogut zapieje po raz pierwszy. Żona wysłała Synostatniego na poszukiwanie konia, ale ten znalazł tylko mizerną szkapinę. O pianiu koguta odjechali. Kobieta powiedziała do męża: - Jeśli poczujesz powiew wiatru, powiedz mi, ponieważ to będzie znak, że mój ojciec nas goni. Odjechali razem, na jednym koniu. W drodze Synostatni poczuł powiew wiatru i powiedział o tym swojej żonie, a ta dzięki magii zmieniła go w kępę ziela, konia w ogród warzywny, sama stała się staruszką sprzedającą warzywa. Goniący przybył do staruszki siedzącej na poboczu drogi przy warzywach do sprzedania i zapytał: - Czy nie widziałaś przejeżdżających na jednym koniu młodych małżonków? - Nie, nie widziałam żadnych małżonków odpowiedziała staruszka. Ojciec powrócił do siebie, żona zapytała go, czy ich spotkał. - Nie, nie spotkałem. Widziałem tylko starą sprzedawczynię warzyw, ale nie widziałem jej dzieci. - Ależ te warzywa, to był właśnie Syonstatni! A ta staruszka, to twoja córka! Nikt inny, tylko nasza córka! Wracaj szybko i goń ich! powiedziała żona I on znów udał się na poszukiwanie młodych. Synostatni znów poczuł powiew wiatru i tym razem żona zamieniła go w kościół, a konia w plebanię. - Czy ksiądz nie widział młodego małżeństwa przejeżdżającego na koniu? - Nie, nie widziałem . odpowiedział ksiądz. Po powrocie do domu goniący usłyszał wymówki żony: - To właśnie był Synbostatni, którego ty wziąłeś za księdza, a twoja córka była kościołem, koń zaś plebanią. Ojciec panny młodej jeszcze raz wyruszył w drogę. Powiał wietrzyk, wyczuł go Synostatni i powiedział o tym pani młodej. Żona zamieniła się w kamień, koń zamienił się w pirogę, w której wiosłował Synstatni. Zmęczony człowiek przybył nad rzekę i zapytał wiosłującego: - Człowieku, czy nie widział pan małżeństwa jadącego na jednym koniu? - To ja jestem Synostatni, czarownik, którego pan poszukuje odparł zapytany. Usłyszawszy to, teść Synostatniego wpadł w złość, porwał kamień leżący na brzegu i cisnął w pirogę, w której był jego zięć. W momencie uderzenia kamień zamienił się w żonę Synostatniego, a córka tego człowieka powiedziała: - Ojcze, żegnaj! Ja cię opuszczam! Bardzo zasmucony ojciec ruszył w drogę powrotną. Radości już nigdy nie odzyskał. Natomiast Synostatni uratował swoje życie, powrócił zdrowy i cały do rodziny. Z czasem stał się wielkim królem. Oto moja mała historia, moja długa historia. Kto nie będzie mógł osiągnąć celu, Niech złamie łyżeczkę w czasie jedzenia I pójdzie za złośliwym wołem Po zboczu pagórka.
Starzy ludzie opowiadali mi, że bardzo dawno temu było trzech braci. Najstarszy z nich był rolnikiem, drugi został bogatym hodowcą bydła, a najmłodszy zarabiał na życie łowieniem perliczek. Ale nie było między nimi porozumienia. Ile razy łowca perliczek zastawił swoje pułapki, natychmiast przychodził rolnik i oczyszczał z nich pole, a hodowca kazał doić swoje bydło wszędzie, gdzie dojrzewały uprawy rolnika. - Ponieważ rzeczy tak się mają powiedzieli sobie rolnik i hodowca zawrzyjmy umowę: nas dwóch przeciw łowcy. Dowiedział się o tym łowca perliczek i powiedział: - Ja wzniosę się do samego Boga i przedstawię się Bogu, ponieważ ci ludzie, dwaj moi bracia, naprawdę czyhają na moje życie. Jednak łowca perliczek nie wiedział, jak wznieść się do Boga. Po długim namyśle przepołowił swoje ciało i stał się dwa razy wyższy. Dotarł do Boga. - Aby twoje imię, Boże, było święte pozdrowił Boga Mój brat wciąż przychodzi orać tam, gdzie ja zastawię sidła, drugi z braci przyprowadza tam swoje bydło do dojenia. Tymczasem dwaj bracia nie wymyślili sposobu, aby dotrzeć do Boga, więc wspięli się na połowę ciała łowcy perliczek, chociaż on był ich starszym bratem. - Czy to prawda, że wy chcecie go zabić? zapytał Bóg Jak weszliście do mnie? - Posłużyliśmy się połową ciała łowcy perliczek. - Otóż to! odparł Bóg rzeczywiście stratowaliście je swoimi nogami. Nie jest dozwolone traktować kogokolwiek w ten sposób. Odtąd całe wasze bydło i wszystkie wasze zbiory będą należały do niego, a wy sami staniecie się jego sługami, ponieważ wy jesteście tylko jego młodszymi braćmi i pomimo tego zdeptaliście go swoimi nogami. Taki jest porządek Boga I odtąd ludzie nie odważyli się czynić podobnie.
Opowiadali mi ludzie historię o dwóch braciach. Jeden z nich, młodszy, ukończył szkoły i dobrze mu się powodziło. Starszy jednak żył w biedzie. Nie ukończył szkoły, gdyż wcześnie zaczął pracować, aby pomagać rodzicom i młodszemu bratu. Przecież czuł się odpowiedzialny i za niego. Zresztą, po co wam tłumaczyć, tak bywa w każdej rodzinie. Gdy starszemu urodziło się siódme dziecko, poczuł się nędzarzem bez pieniędzy. Co miał uczynić? Aby wyżywić pierwszych sześcioro, już musiał natrudzić się niemało, a teraz przyszła tragedia. Nie wiedział, co ma robić. Może prosić bogatego brata o pomoc? Wiedział od dawna, że biedny nie jest przyjacielem bogatego i bogaty żyjąc wygodnie, jak powszechnie wiadomo, nie raczy rzucić okiem na biednego. Toteż ten człowiek zdecydował się porzucić ostatnio narodzone dziecko, ale nie zabił. Zrobił koszyk, starannie wykończył, uszczelnił klejem i umieścił w nim swoje maleństwo. Potem koszyk z dzieckiem zaniósł nad rzekę, postawił na tratwie i puścił z prądem. Dziecko odpłynęło... woda je unosiła... było unoszone przez wodę... aż dopłynęło do miejsca, w którym księżniczka zwykle się kąpała. Księżniczka nie miała dzieci, chociaż tak bardzo pragnęła. Kiedy zobaczyła małą tratwę unoszoną przez wodę, pomyślała o najgorszym i nawet powiedziała: - Jeżeli ty niesiesz dla mnie niebezpieczeństwo, płyń swoją drogą, ponieważ widziałam już dość niebezpieczeństw, ale jeśli niesiesz mi coś nowego, co obdarzy mnie szczęściem, zbliż się do mnie. Prąd rzeki przyprowadził tratwę z dzieckiem do księżniczki. Spogląda i jaka niespodzianka! Pragnęła mieć dziecko i teraz w starości stoi przed maleństwem tłuściutkim, uroczym, delikatnym, uśmiechającym się do niej. Wzięła dziecko na rękę i zaniosła do pałacu. Tam nadała mu imię: Szczęście Wyszło Do Mnie z Wody. I tak nazywał się ten chłopczyk, a że imię było długie, ludzie nazywali go po prostu Uszczęśliwiający. Chłopiec żył w dostatku, nie brakowało mu ani dobrego jedzenia, ani pięknego ubrania. Rósł szybko. Bawił się z innymi dzieci w jego wieku, chociaż były to dzieci niewolników księżniczki. Bawili się razem i razem zakładali małe pułapki w lesie. Uczyli się polować. Pewnego dnia w pułapce był mały szczur. Synowie niewolników krzyczeli: - Patrzcie! Trzeba zabić tego szczura, bo gdy dorośnie, zniszczy nam dużo rzeczy! - Nie! Nie zabijajcie go powiedział Uszczęśliwiający Ja będę się nim opiekował. - Głupi jesteś! Co ty zrobisz ze szczurem? To jasne, że wszystko może być dobre, ale szczur?! W jakim celu chronić zwierzę szkodliwe? - Pozwólcie, że ja będę się nim opiekował. - Dobrze powiedziały dzieci niewolników ale ty musisz wykupić od nas to zwierzę, inaczej ci nie damy. Zaraz je zabijemy. - Jeśli tak powiedział Uszczęśliwiający poczekajcie chwilę na mnie, abym mógł powiedzieć o tym mojej mamie. Poczekajcie, bo ja idę prosić o pieniądze, abym mógł wam zapłacić. Za ile mi sprzedacie? - Dwadzieścia pięć małych pieniążków. Uszczęśliwiający poszedł do księżniczki. - Mamo, daj mi pieniądze, abym kupił zwierzę takie, jakie chcę hodować. - A co ty chcesz hodować? - Szczura, małego szczura. Księżniczka bardzo kochała swego pupilka, dała mu dwadzieścia pięć małych pieniążków. - Tu masz pieniążki powiedziała. Chłopiec kupił szczura, karmił go, doglądał, pozwalał mu wychodzić z klatki. Dzieci dalej bawiły się zastawianiem pułapek. Pewnego razu do pułapki dostał się mały sęp. - Mamy sępa powiedziały dzieci zabijmy go! - Nie, nie zabijajcie- powiedział Uszczęśliwiający ja od was kupię go, jak poprzednim razem. - Zgoda, ale tym razem nie damy ci sępa, jeśli nie dasz nam pięćdziesięciu pieniążków powiedziały dzieci niewolników. - A więc czekajcie na mnie, idę prosić moją mamę o pieniążki. Wszedł do domu i powiedział: - Mamo, daj mi pieniądze, abym mógł kupić coś, co chcę chować. - A co ty chcesz jeszcze chować? - Małego sępa. - Ile? - Pięćdziesiąt małych pieniążków. - Oto one, masz. I księżniczka dała mu pieniądze. On zaniósł chłopcom, ci przeliczyli i za pięćdziesiąt pieniążków dali mu małego sępa. Chłopiec troszczył się o małego sępa, pilnował go, doglądał, karmił... a pewnego dnia, gdy ptak stał się dużym, dorosłym sępem, wzbił się wysoko i odleciał... i nie powrócił więcej. Kiedy dzieci podrosły, łapały w rzece ryby. Ciągnęły koszyk w wodzie. Pewnego razu złowiły małego smoka. - Och, mały smok! wykrzyknął radośnie Uszczęśliwiający nie możecie go zabić. Ja będą się nim opiekował. - Co z ciebie za dziwak! Chowałeś już szczura, chowałeś sępa, a teraz jeszcze chcesz hodować smoka? Nikt nie hoduje takich zwierząt, ponieważ one są szkodliwe. Takim szkodnikiem jest szczur, szkodnikiem jest sęp, a przede wszystkim smok! To są nasi nieprzyjaciele! - Właśnie dlatego, że są to nieprzyjaciele, trzeba je wychowywać. - A więc, daj nam całą monetę. Jeśli nam nie dasz dużej monety, nie będziesz miał smoka. - Zgoda powiedział chłopiec poczekajcie, aż wrócę z monetą. Idę prosić moją mamę. I poszedł do domu. - Mamo, daj mi pieniądze, abym mógł coś kupić. - Co znów? - Małego smoka. A że księżniczka-staruszka bardzo kochała Uszczęśliwiającego, dała mu duży pieniądz, aby mógł chować smoka: - Masz, oto twoja moneta. Smok, to zwierzę, które bardzo szybko rożnie. Chłopiec dawał mu do jedzenia gotowany ryż, a potem przynosił mu wszystko, co było podobne do prażonego ryżu. Smok zjadał wszystko. W wiosce nie można było nic już kupić do jedzenia, a zwierzę wciąż nie miało dosyć, wciąż było nienasycone. I co było bardzo dziwno, to zwierzę potrafiło mówić, gdy urosło do dwóch metrów długości, a na grubość było podobne do dorosłego człowieka w pasie. Gdy smok zaczął rozmawiać ze swoim opiekunem, nazwał go od razu swoim Młodszym Bratem. - Ach, mój braciszku powiedział dziękuję ci za ryż, ale to już dla mnie za mało. Prażony ryż też mi nie wystarcza. Idź do twej matki i poproś ją o kury dla mnie, abym jadł, bo mój brzuch dopomina się o jadło i krzyczy z głodu. - Dobrze powiedział chłopiec poczekaj chwilę, aż ją zapytam, czy pozwoli, bo jest też możliwe, że ona nie da mi kur dla ciebie. - Jakże?! Ona ci je da! Wiesz przecież, że ona cię kocha! I ona by ci nie dała? Zapytał ją i przekonasz się! Chłopiec poszedł do księżniczki. - Mamo, daj mi twoje kury, bo ryż już nie wystarcza dla zwierza, które ja hoduję. Daj mi wszystkie twoje kury! - Weź je, mój drogi odpowiedziała staruszka. Chłopiec zostawił jednak dla swej matki jednego koguta i jedną kurę. To było wszystko, co zostało żywe na podwórku księżniczki. Uszczęśliwiający zapędził do swego zwierza ogromne stado kur. Smok pożerał wszystkie łapczywie, za jednym kęsem tysiąc ptaków. Po chwili był już koniec z kurami. - Dziękuję ci, braciszku, że ofiarowałeś mi ryż i kury. Ale teraz ja czuję głód! Jestem strasznie głodny! Idź i zapytał swoją matkę o gęsi, bo ja umieram z głodu. - Oj, nie, mój drogi, ona już ci nie da gęsi, nie! Ale po chwili chłopiec prosił księżniczkę: - Mamo, daj mi twoje gęsi, ponieważ moje zwierzę umiera z głodu. - Chłopcze, wiesz, że cię kocham, ale ty trochę pomyśl i zastanów się. Ze wszystkich tysięcy kur, które miałam, zostały tylko dwie. Było ich tyle, a teraz jest tylko jeden kogut i jedna kura ze wszystkich, które były u mnie. Ach, w końcu, weź moje gęsi! Weź je wszystkie! - Zwierzę ma chęć jeść, jest głodne, więc... - Dobrze już, dobrze, zaprowadź je, mój drogi. I on zabrał wszystkie gęsi, tysiące gęsi pognał do smoka. Zachował tylko jednego gąsiora i jedną gąskę. Smok wszystkie pożarł, ale jak szybko! Nie trwało długo, jak zwierzę urosło, stało się wielkie, wysokie, jak dom, a długie na kilometr... Oj, tak, smok był ogromny. - Dziękuję ci, mój braciszku, że przyniosłeś mi ryż, dałeś mi kury, dziękuję co za gęsi powiedział smok ale ja nadal umieram z głosu. Poproś dla mnie o woły. Idź więc do swej mamy, mój braciszku. - Nie, nie mogę! Ona już nic mi nie da! - Idź, ładnie poproś. Przecież ty wiesz, jak bardzo ona ciebie kocha. I chłopiec poszedł. - Mamo, daj mi twoje woły, moje zwierzę umiera z głosu. - Woły? Dobrze, moje dziecko! Ale ty widzisz, że mamy już tylko dwie kurki i dwie gęsi. A teraz ty chcesz zaprowadzić do smoka woły i zostawić tylko jedną parę? - Ależ moje zwierzę wkrótce umrze z głodu! - Zaprowadź więc je wszystkie. I woły z trzech zagród zostały wyprowadzone, chłopiec pognał je do smoka. Smok je pożarł. Księżniczka miała dziesięć zagród wołów. Znów posłano po woły z trzech zagród i smok szybko je pożarł. Wygnano przed smoka woły z następnych trzech zagród i ten sam widok: w oka mgnieniu znikały w paszczy smoka. Pozostała jedna zagroda z wołami doprowadzono woły do smoka zostawiając tylko jedną parę. Smok pożarł wszystko: ryż, kury, gęsi, byki i krowy. Stał się przeogromny! Miejsce, w którym przebywał, zamieniło się w staw pełen wody. Było to prawdziwe jezioro, tak wielkie było to stworzenie. Gdy chłopiec stanął nad wodą, smok wynurzył się i powiedział: - Oto mój braciszek przyszedł do mnie, odwiedza mnie, przychodzi do mnie z wizytą. Mój drogi braciszku, dziękuję ci, żeś zaopiekował się mną. Gdyby ciebie tu nie było, ja już bym nie żył. Chłopcy złapali mnie w swoją pułapkę, ale ty mnie wykupiłeś za dużą monetę. Ale przecież to nie wszystko, ponieważ przynosiłeś mi ryż, ofiarowałeś kury i gęsi, przyprowadziłeś bydło. I ja miałem co jeść. A teraz chcę ci się odwdzięczyć. Moi rodzice mieszkają w morzu. Chodź ze mną, zaprowadzę cię do nich. - Jak ja mógłbym tam iść? - Czy ty mi nie ufasz? Troszczyłeś się o mnie, roztrwoniłeś cały majątek, czy ja mógłbym cię zdradzić lub oszukać? Ja cię nigdy nie zdradzę, nie ośmieliłbym się ciebie zdradzić, wierz mi! Chodź ze mną! - Jak ty możesz mnie przenieść? zapytał młodzieniec - Zwyczajnie, zupełnie zwyczajnie. Usiądziesz na mojej głowie i ja cię poniosę. - Ale nie zaraz, ponieważ ja muszę jeszcze powiedzieć o tym mojej mamie. Uszczęśliwiający poszedł do domu. - Kochana mamo, zwierzę, które ja chowałem, powie-działo mi przed chwilą, że chce mnie zabrać do swego ojca i przedstawić swoim krewnym. Co o tym myślisz? - Mój kochany, ale co to za zwierzę, które ty chowałeś? Rzeczywiście, księżniczka nigdy nie widziała tak przeogromnego zwierzęcia. - To wielkie zwierzę, to smok. Nikt nigdy nie widział podobnie wielkiego. - Tak? Ty nie przesadzasz? Czy ty nie kłamiesz? Ale ty nie zechcesz mnie opuścić, prawda? - Mamo, ja cię nie opuszczę, ja cię przecież kocham, ja powrócę! Na pewno! - Wiedz, że musisz powrócić! powiedziała staruszka Ty widzisz, jak ja się zestarzałam, a ty urosłeś. Jeśli stąd odejdziesz, myśl o powrocie. - Oczywiście, mamo, wiem to dobrze! Księżniczka pozwoliła mu odejść. I on odszedł. - A teraz rozkazał smok usiądź na mojej głowie. Młodzieniec usadowił się na jego głowie. Smok wyprostował się i jego głowa ocierała się o chmury, podobnie też jego młodszy brat dosięgał chmur. A jak prosto smok się trzymał! - Teraz idziemy do moich rodziców, do mego ojca i mojej mamy. A kiedy tam już będziemy, ja cię przedstawię im tymi łowami: "oto osoba, która ocaliła mi życie, która wykupiła mnie za dużą monetę, aby dzieci mnie nie zabiły. Następnie ta osoba dała mi ryż gotowany, ryż prażony, przyprowadziła do mnie kury, ofiarowała gęsi i nawet woły. A teraz kolej na nas, abyśmy mogli się zrewanżować. Oto, dlaczego ja przyprowadziłem tę osobę tutaj, do was". Oto, co ja chcę powiedzieć moim rodzicom o tobie, a oni z całą pewnością zaproponują ci wybór między dużą ilością pieniędzy, a małym kawałkiem drzewa. Dobrze zrobisz, mój drogi braciszku, jeśli nie weźmiesz pieniędzy, ale wybierzesz drewienko. - Zgoda powiedział młodzieniec. I w jednej chwili smok skręcił się i zanurzył w wodzie. Chłopak nie mógł rozpoznać stron świata, stracił orientację i nie wiedział, gdzie jest północ, a gdzie południe. Wiedział tylko tyle, że jest w morzu. W morzu wśród innych zwierząt byli krewni smoka, byli też jego bracia, jeszcze mali. Ci krzyknęli z uciechy: - Oto nasz pierworodny, który przybywa! On przyniósł nam coś do jedzenia! - Ależ nie! powiedział smok to nie jest zdobycz, to jest członek naszej rodziny! - Co za nowość? - Zdumieli się rodzice. - Tak, ojcze powiedział smok nie mam wiele do powiedzenia wam, ale tylko to, że kiedy raz wyszedłem na spacer, dzieci złapały mnie w swoją pułapkę. Gdyby nie ten młodzieniec, który jest dziś z nami, zostałbym zabity. To on troszczył się o mnie, abym wyrósł tak duży, jak mnie dziś widzicie. To on przynosił mi ryż, dał kury, przygnał woły, nie zapominając o gęsiach. Ja to wszystko zjadłem. On i jego matka teraz nic już nie mają. Oto, dlaczego ja go tutaj przyprowadziłem. Musimy mu to wynagrodzić. A ty, mój ojcze, który nie jesteś dzieckiem i masz wiele doświadczenia, wiesz dobrze, jak mu się odwdzięczyć za uratowanie mi życia. - Dziękuję ci, mój drogi mały powiedział stary smok ponieważ ty jesteś naprawdę członkiem naszej rodziny, wybieraj, co wolisz: tę górę pieniędzy, czy też to drewienko? - Och powiedział młodzieniec wiecie, że jestem jeszcze mały i nie znam wielu rzeczy, więc muszę się zastanowić. Ja jeszcze nie umiem używać pieniędzy. Ja jeszcze nigdy nie miałem pieniędzy. Tak samo nie wiem, jak używać ten mały kawałek drzewa. Po trzech dniach chłopiec odpowiedział: - Ojcze, ja wybieram to drewienko. - Ach, bardzo dobrze. Oto, jak będziesz je używał, gdy będziesz w potrzebie. Jeśli kiedyś znajdziesz się w trudnej sytuacji, powiedz po prostu: "mały kawałku drewna, dany przez mego ojca i matkę moją," i wtedy po prostu powiedz, czego potrzebujesz. Wtedy natychmiast to otrzymasz. - Dziękuję, ojcze powiedział chłopak. - Dobrze, ale uważaj, aby nie zgubić tego drewienka, bo bez niego nie mógłbyś do nas powrócić. - Rozumiem, ojcze. Następnego dnia młodzieniec powiedział do smoka: - Drogi bracie, teraz zabierz mnie, ponieważ moja mama jest samotna. Zabierz mnie do niej. Chłopak usiadł na głowie smoka i oddalili się. Smok jednak nie zaniósł go do jego matki, lecz posadził na ziemi otoczonej lasem, zamkniętej przez leśną gęstwinę. Żyły tam lemury i inne miłe zwierzęta wszelkiego rodzaju. Chłopiec przebywał tam aż do wieczora. Nie wiedział, w którym kierunku iść, aby znaleźć drogę do domu. Pozostał tam jeszcze jeden dzień błąkając się. Zaczął zastanawiać się... zastanawiać... zastanawiać... wreszcie wieczorem sięgnął po drewienko i powiedział: - Mały kawałku drewna, dany przez mego ojca i matkę moją, uczyć, abym miał tutaj dom, bo jestem naprawdę w tarapatach. Zaraz stanął dom, cały oświetlony. I w tym domu młodzieniec zamieszkał. Ale w pobliżu tego miejsca mieszkał król. Rzeczywiście, po całej naszej ziemi kiedyś królowie mieli swoje pałace, I ten król bardzo zdziwił się, gdy ujrzał światło na szczycie pagórka. Co to jest? Kto tam jest? Wszyscy byli zdziwieni. Król miał bardzo piękną córkę. Rankiem zwrócił się do niej: - Wejdź, córko, na pagórek. Postaraj się zobaczyć, co sprawia, że ten człowiek osiąga takie rzeczy. On musi coś mieć. Poznaj jego tajemnicę, ponieważ nikt nie może osiągnąć czegoś takiego. Idź i zobacz, co tam jest? Królewna poszła. Kiedy przybyła, młodzieniec czuł się szczęśliwy mając towarzyszkę. Młoda dziewczyna zajmowała się bacznym obserwowaniem: badała wszystko i wszędzie, badała szczegółowo... i wreszcie znalazła mały kawałek drzewa schowany w ubraniu młodego człowieka. Wzięła drewienko i zaniosła do swego ojca. Kiedy przybyła do domu z drewienkiem, dom młodego człowieka rozpadł się i zapadł w ziemię w gęstym lesie. Wśród gęstwiny nie do przebycia usiadł młodzieniec i zaczął płakać. Dotknął kieszeni, ale kawałka drzewa już nie znalazł. Zrozumiał, że kobieta je zabrała. Płakał... płakał... płakał... Nagle przed nim zjawił się szczur. - Starszy mój bracie powiedział szczur z jakiego powodu tak gorzko płaczesz? - Płaczę dlaczego, że otrzymałem małą rzecz od dużego zwierzęcia, które chowałem po tobie. Był to mały kawałek drzewa o takim kształcie młodzieniec narysował na piasku utracone drewienko Dziewczyna z tych ludzi, którzy mieszkają tam, w dole, przyszła do mnie, kręciła się dokoła mnie, a naprawdę przyszła po ten kawałek drewna. Moja matka jest daleko ode mnie, ja nawet nie wiem, gdzie się teraz znajduję. Oto, dlaczego ja tak płaczę, braciszku. - Rozumiem powiedział szczur to jest bardzo przykre, bardzo niedobre. Szczur też zaczął płakać. Obaj przyjaciele stali się smutni i smutnymi pozostawali. Po chwili przylatuje sęp. - Bracia moi, dlaczego przebywacie razem i obaj płaczecie? - Mój przyjacielu powiedział szczur oto starszy nasz brat miał od swojego ojca i matki swojej mały kawałek drzewa, ale dziewczyna, która tam mieszka, zabrała mu. Oto, dlaczego on stał się taki nieszczęśliwy. - Ach, tak? Rozumiem. Ależ to jest do naprawienia powiedział sęp Oto rozwiązanie. Ja poniosę ciebie, panie szczurze, i postawię na dachu domu tych ludzi. Do ciebie będzie należało znalezienie tego kawałka drzewa we wnętrzu domu. Ale uważaj! Ryzykujesz bowiem wpaść w pułapkę, gdybyś popełnił jakiż błąd w wykonywaniu zadania. Jeśli zginiesz, nikt i nic nie będzie w stanie odzyskać drewienka. Uważaj dobrze na pułapki! - Rozumiem odparł szczur. Sęp uchwycił szczura i przeniósł go zostawiając na dachu królewskiego pałacu. Szczur wszedł do środka domu i zaczął szukać drewienka. Szuka... szuka... szuka i znalazł przed wschodem słońca. Chwycił drewienko i wyszedł na dach. Sęp dojrzał go, przybył, pochwycił i jednym uderzeniem skrzydeł przeniósł na pagórek, stawiając przed młodzieńca. Dom stanął ponownie.. - Moi przyjaciele powiedział Uszczęśliwiający zwracając się do młodszych braci, szczura i sępa gdyby was tu nie było, zginąłbym. Dziękuję wam! - Ależ nie tak, nasz starszy bracie! To my powinniśmy ci dziękować. My przecież dobrze pamiętamy twoją troskę o nas. Żyjemy dzięki tobie. Teraz twoja kolej przyjmować zapłatę od nas nawet, jeśli jesteśmy małymi. Mimo tego możemy pomagać wielkim. Dwaj przyjaciele odeszli. - Zwycięstwo! Huraaa!!! zakrzyknął młody człowiek. Ale ucieszył się za wcześnie, bo rankiem król znów zauważył dom na wzgórzu. Mały kawałek drzewna przechowywał starannie, teraz chciał wziąć je do ręki, ale nie znalazł. - O powiedział trzeba zaatakować natychmiast, trzeba tam iść z atakującym wojskiem! Jeden jedyny człowiek nie może mnie krępować! Postanowione! Niech moja armia przygotowuje się do ataku. Król krzyczał tak głośno, że omal gardło mu nie pękło. Chciał, aby głos jego dotarł aż na szczyt pagórka. Młodzieniec usłyszał, że król zaatakuje go nazajutrz o pianiu koguta. Nasz młodzieniec znów zaczął płakać. To, co usłyszał, nie dawało mu żadnej nadziei. Jeden przeciw całej armii? "Muszę wkrótce umrzeć" powtarzał i płakał... płakał... płakał... O północy przybywa smok - Braciszku, dlaczego tak płaczesz? - To bardzo proste, dlaczego muszę płakać... Ci ludzie, tam, w dole, przygotowują się do ataku. Jutro zaatakują mnie o pianiu koguta, więc wkrótce umrę, będę zabity, ponieważ ja sam nie mogę przeciwstawić się całej armii, tym wszystkim ludziom. Ja umrę. - Nie bój się i nie płacz, braciszku powiedział smok ponieważ do mnie należy obrona ciebie. Smok zaczął otaczać wieś, ponieważ jego wzrost pozwalał mu na to. Kiedyś takie smoki podobne do wielkich węży mogły otoczyć nawet duże wioski, nawet miasta. Smok zacieśniał stopniowo koło. Jego paszcza i ogon tworzyły bramę tak, każdy, kto chciał się wydostać, był chwytany przez paszczę. Następny żołnierz wybiegał też był pożerany. Innego wyjścia nie było, a wąż był podobny do góry otaczającej wieś. Armia była gotowa do wyjścia, ale właśnie wtedy wąż zwarł koło, ścisnął wszystkich wewnątrz. Przestrzeń między jego głową a ogonem stała się bardzo mała i przez tę coraz węższą bramę nikt się nie wydostał. Wszyscy zostali schwytani. Wszyscy, bez wyjątku, zostali pożarci, nawet najmniejsze dzieci. I dopiero wtedy smok powrócił do swego braciszka. - Widzisz, braciszku? Gdzie są teraz wszyscy ci ludzie? Gdzie są twoi wrogowie? Nie musisz się więcej martwić. Teraz pozostawiam cię samego. Ja odchodzę, a ty troszcz się o siebie samego. Tu będzie ci dobrze. Tu będzie ci lepiej, niż w wiosce twej matki. Dlatego zostawiłem cię tutaj, a nie zaniosłem do domu księżniczki. Zadbaj, aby połączyć się ze staruszką. Zadbaj, abyście byli szczęśliwi, a nie będzie to trudne, bo nie istnieją twoi nieprzyjaciele. Nie masz nieprzyjaciół! Oto moja zapłata za uratowanie mi życia. Smok odszedł. A teraz było tak: - Mały kawałku drewna, dany przez mego ojca i matkę moją, spraw, aby moja matka przybyła tutaj. W tej samej chwili staruszka stanęła obok Uszczęśliwiającego. Jakże ona była zdumiona! - Gdzie my teraz jesteśmy? zapytała. - Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale mieszkamy w naszym nowym siedlisku. Tutaj będziemy szczęśliwi. Tam, naprzeciwko, był król, który chciał mnie zaatakować, ale smok, którego chowałem, pożarł go wraz ze wszystkimi jego sługami. Tak więc nie mamy wrogów, nie mamy się czego obawiać. I obydwoje wiedli życie szczęśliwe i spokojne, bez nieprzyjaciół, dzięki małym stworzeniom, które chowali. To smok, to potwór, który ocalił młodzieńca. Uszczęśliwiający został królem tej krainy i nigdy, nigdzie i żaden inny król nie miłował bardziej swoich poddanych i zwierząt, jak on. Baju! Baju! Brednie!!! Brednie!!! To nie ja, opowiadający, nakłamałem! To przodkowie, którzy mi opowiedzieli tę bajkę!!!
Bardzo dawno temu opowiadali mi starcy, że w pewnej wiosce żyło dwóch braci. Życie starszego było proste, zwyczajne. Umiał żyć przyjaźnie z sąsiadami, uprawiał ziemię, łowił ryby, słowem, ciężko pracował zarabiając na życie. Jego młodszy brat, przeciwnie, był silnym, odważnym, ale też łajdakiem i oszustem. Stał się handlarzem i w krótkim czasie stał się bardzo bogatym. Pewnego razu starszy brat ciężko zachorował. Co prawda, wkrótce wyzdrowiał, ale pozostawał słaby. Nie mógł dużo pracować na polu, ani długo łowić ryb, jak to przedtem czynił. Był zmuszony iść do bogatego brata i prosić go o pożyczenie mu pieniędzy na życie i na lekarstwa. Ten skorzystał z okazji, dał mu pieniądze, ale w zastaw zabrał mu wszystko, co tylko miał; zwierzęta, ryżowisko, ziemię pod warzywa, zabrał naczynia kuchenne, meble i inne rzeczy. Nie pozostawił mu nic oprócz pułapki, psa i kilku drobnych ptaków na podwórzu. Jednocześnie zachęcił swoich sług, aby bili psa i znęcali się nad kurami biednego. Biedak nie mógł skarżyć się w obawie, że słudzy brata zabiją mu i tę resztę, którą jeszcze ma. Starszy brat i starsi mieszkańcy wioski radzili mu nieraz, aby nie korzystał z nieszczęść innych ludzi, ale młodszy nie chciał tego słuchać. Pewnego razu młodszy powiedział do starszego: - My jesteśmy tylko jedną i tą samą osobą, twoje mienie jest moim, wszystkie te dobra posiadamy wspólnie, bo przecież mamy to samo tchnienie życia, tych samych przodków, Nie jest dobrze przysparzać sobie kłopotów. Bogaci ludzie nie zawsze posiadają to, co mają ludzie biedni. Młodszy z braci nikomu nie powiedział o takich pouczeniach. Wymagał, aby starszy brat pokazał przed wszystkimi ludźmi w wiosce to, co on, biedny, może mieć, a nie ma bogaty. Biedny poszedł do swego domu i wyniósł zeń dziwaczny zbiornik zrobiony z kory orzecha kokosowego, w którym przechowywał robaki idąc na połów. Pokazał mu również ubranie, które wkładał, gdy szedł na pole, a także palmowe i bananowe liście, które zastępowały mu talerze przy codziennym posiłku. Młodszy, bogaty, wybuchnął śmiechem i pogardliwie odrzucił wszystkie te rzeczy dodając tonem surowym: - Dla mnie nic nie znaczą wszystkie te brudy i śmieci. Ja nigdy nie będę starał się o zdobycie podobnych rzeczy. Tymczasem żona bogatego spodziewała się wkrótce urodzić dziecko i miała chęć na taki gatunek ryby, który trudno było złowić. Od wielu lat nikt nie złowił tej ryby w rzece w pobliżu ich wioski. Z jednym wyjątkiem. Biednemu poszczęściło się i jednego dnia złowił trzy takie ryby, poszukiwane przez bratową. Słudzy kupca przebiegli całą wieś próbując kupić tę rybę, na próżno. Ludzie powiedzieli im, że brat bogacza-kupca złapał trzy takie ryby i właśnie powrócił do domu. Jeden ze sług bogatego poszedł do domu biednego rybaka, aby kupić jedną z trzech ryb, ale ten mu odpowiedział: - Nie, ja dziś nie potrzebuję pieniędzy. To, co dziś złowiłem, jest dla mnie i wystarczy mi w zupełności. Wreszcie młodszy brat upokorzył się i przyszedł bardzo zmieszany do swego starszego brata prosić o rybę. Ten dał mu ją przypominając, że nie jest dobrze znęcać się nad krewnym zwłaszcza nad krewnym biednym. Od tej pory dwaj bracia odnowili przyjaźń i już zawsze bardzo się kochali.
- Mężczyźni biorą nas za małżonki, a my, kobiety, poczynamy i rodzimy dzieci. - To jest moje dziecko mówi wtedy mężczyzna. - Nie, ono nie jest twoje odpowiada żona. - Jak to? Czyż to nie ja troszczę się o ciebie? odpowiada mąż To ja daję ci jeść! I ty mówisz, że to dziecko jest nie moje? - Ale dziecko nie jest twoje, ponieważ ja je poczęłam i porodziłam. Tak przekomarzali się małżonkowie, kiedy urodziło się im dziecko. Pewnego dnia dziecko zachorowało. Kobieta krząta się, biega nerwowo wokół dziecka. Mężczyzna poszedł zbierać suche drzewo, ponieważ nie zajmuje się dziećmi. Kobieta nerwowo zabiega o uzdrowienie dziecka, mężczyzna spogląda na dziecko i żonę. - Idę do Boga w sprawie mojego dziecka powiedziała matka. I poszła, pozdrowiła Boga i zapytała: - Boże, jakie lekarstwo proponujesz dla mego dziecka? - Jest lekarstwo na tę chorobę odpowiada Bóg ale to środek bardzo trudny. Jeśli nie odważysz się znieść tego, to znaczy, że dziecko nie jest twoje. Jeśli zaś odważysz się przyjąć te cierpienia, to będzie znak, że dziecko jest twoje. - Co to za środek? zapytała kobieta. - To krew z twojego gardła. Podnieś głowę, abym mógł naderżnąć twoją szyję, a ty naznaczysz dziecko krwią z twego gardła i ono będzie zdrowe. - Ojej, nie!!! krzyknęła kobieta to naturalne, że dziecko należy do mężczyzny, a ja nie odważę się nadstawić szyi na takie cięcie. Kobieta powróciła do domu i opowiedziała mężowi spotkanie z Bogiem. - Jakie jest lekarstwo dla dziecka, którym ty się zajmujesz? - Ach, Bóg wziął nóż i chciał przeciąć mi gardło, ale ja nie odważyłam się. - Idę do Boga zdecydował mężczyzna, nie zawahał się nawet przez moment nawet jeśli będę musiał umrzeć, zgodzę się, bo to przecież moje dziecko, to mój następca, chociaż nie ja go urodziłem. Kiedy mężczyzna przybył do Boga, ten zapytał go: - Z czym przychodzisz? - Przybywam w sprawie, w której była już moja żona, aby zapytać o nasze dziecko, o moje dziecko, chociaż ja nie rodziłem tego maleństwa. I zaraz podniósł głowę. - Dobrze powiedział Bóg oto właśnie, czego nie ośmieliła się uczynić kobieta. Bóg wziął do ręki nóż, przeciął skórę pod brodą mężczyzny i ostrzem dotknął tchawicy. Oto, dlaczego człowiek ma guz na szyi. - Dziecko jest twoje powiedział Bóg pomimo tego, że kobieta nosi je w swoim wnętrzu. Mężczyzna wziął trochę krwi i zaznaczył nią swoje chore maleństwo. Zaraz wyzdrowiało. Oto, dlaczego dziecko należy do mężczyzny.
Mojemu dziadkowi opowiadał dziadek, że pewien człowiek miał na imię Zatroskany. Jego żona nazywała się Niezrównana, bo była bardzo piękna, tak piękna, że żadna inna niewiasta nie mogłaby jej dorównać w urodzie. Zatroskany był człowiekiem silnym i odważnym. Kochał swoją żonę i spełniał wszystkie jej prośby, życzenia i kaprysy. Nie było żadnego pragnienia, które pozostałoby niespełnione. Małżonkowie byli ludźmi szanowanymi i cenionymi przez współmieszkańców wioski. Nie mieli poważnych problemów w życiu. Jakby nie było, jak nam wiadomo, człowiek nie jest ani zupełnie zły, ani doskonale dobry. Chociaż mieszkańcy wioski lubili Zatroskanego i Niezrównaną, w wiosce znaleźli się zazdrośni i jeden z nich rzucił czary na Niezrównaną. Ona ciężko zachorowała. Przynoszono jej wszystkie możliwe lekarstwa, ale żadne nie pomogło. Zatroskany szukał porady u wszystkich wróżbitów w okolicy, ale na próżno. Żaden z leczących nie mógł uwolnić Niezrównaną z tajemniczej choroby. Pewnego razu jeden z bardzo życzliwych mu uzdrowicieli powiedział do Zatroskanego: - Ludzie mówią, że po drugiej stronie morza jest bóg zdolny uwolnić od choroby twoją żonę, jednakże droga do niego jest trudna, bardzo trudna, a jak niebezpieczna! Aż do dzisiaj żaden ze śmiałków, którzy odważyli się szukać tego boga, nie dotarł do niego. Nie wiadomo też, czy ci liczni śmiałkowie jeszcze żyją, czy umarli, czy może zginęli. Ludzie nie idą do tego boga nawet, gdy są poważnie chorzy lub gdy niepokoją się o swoich bliskich z obawy, aby nie było dwóch umarłych jednocześnie. - Ja udam się w drogę powiedział Zatroskany - ponieważ wolę umrzeć przed Niezrównaną, niż widzieć ją, jak cierpi przed śmiercią. Zatroskany przygotował się do długiej podróży. Załadował do pirogi dużo jedzenia i wyruszył przez morze. W drodze przygotowywał posiłki i wiosłował jednocześnie. Po trzech dniach tak morderczego trudu przybił do skały stojącej na środku morza. Nadchodziła noc. Był wyczerpany, więc postanowił tu odpocząć przed dalszą podróżą. Przyrządził sobie kolację, zjadł i położył się próbując zasnąć. Usnął szybko. Około północy przebudził go przedziwny wrzask, aż podskoczył, aż wszystkie włosy stanęły mu na głowie. Usiadł. Serce biło mu, jakby chciało pęknąć. A wrzask jakby nieznanego zwierzęcia stawał się coraz głośniejszy. Zatroskany zaczynał odróżniać wykrzykiwane słowa: - Oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak, oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak. Zatroskany stracił świadomość i padł twarzą do skały, nie mógł wyksztusić ani słowa. - Obudź się! wrzasnął Wielki Biały Ptak. Mężczyzna podniósł głowę, spojrzał w górę, a jego oddech był bardzo szybki. Zatroskany dyszał. - Z jakiego powodu odbywasz taką podróż? - Wyruszyłem na poszukiwanie lekarstwa dla mojej żony, Niezrównanej, która jest bardzo chora. - Kogo chcesz prosić o lekarstwo dla niej? - Boga. - Ja jestem bogiem. Przyjąłem twoją prośbę, więc jutro rano wracaj spokojnie do domu. Twoja żona, Niezrównana, od tej chwili już czuje się dobrze. Jednak mam ci coś do powiedzenia. Zapłatą za to będzie wasze pierwsze dziecko. Będziecie mieli dzieci, ale pierwsze musi przyjść do mnie. - Tak, zgoda odpowiedział zaskoczony Zatroskany. Rankiem Zatroskany wsiadł do pirogi i rozpoczął drogę powrotną. A kiedy przybył do swojej wioski, już z daleka ujrzał Niezrównaną, radośnie wybiegającą mu na spotkanie. - Dlaczego odjechałeś na całe sześć dni ode mnie? robiła mu wyrzuty Ja niemal umierałam bez ciebie. Na szczęście, od trzech dni czuję się dobrze, coraz lepiej. Co ja bym zrobiła, gdybyś miał nie powrócić? Ale skoro tutaj jesteś, teraz już nie ma problemów. Zatroskany nie mówił dużo. Nadal wypełniał swoje codzienne obowiązki i zadowalał się spełnianiem kaprysów swej żony. Dni, tygodnie i miesiące mijały im w szczęściu, jak dawniej. Po pewnym czasie Niezrównana powiedziała mężowi i krewnym, że spodziewa się dziecka. Zatroskany zesmutniał i zaczął chudnąć. - Co się z tobą dzieje? zapytała go żona Ty niedługo będziesz ojcem, a teraz chudniesz z dnia na dzień. Powinieneś się cieszyć. - Ale to nic bąknął Zatroskany, aby uspokoić żonę. Niezrównana porodziła chłopca. Syn był zdrowy, tłuściutki, milutki. Podziwiali go wszyscy, którzy przyszli w odwiedziny. Tylko Zatroskany nie okazał zainteresowania swoim synem. Przez długi czas nie ośmielił się nawet spojrzeć na dziecko, a tym bardziej wziąć je na ręce. Zaniepokoiła się Niezrównana i już nie mogła dłużej wstrzymać się od zapytania męża: - Co się z tobą stało, kochany? Już i ludzie mówią, że jesteś niezadowolony z tego, że masz dziecko. Po usłyszeniu tych słów Zatroskany zaczął rzewnie płakać, a kiedy już się wypłakał, opowiedział żonie o wszystkim, co zdarzyło się, kiedy szukał rady u boga w czasie jej choroby. Potem dodał: - To nie jest nasze dziecko. To dziecko Wielkiego Białego Ptaka, do niego ono należy. Teraz już oboje nie mogli powstrzymać się od płaczu. Pierwsza opanowała się żona i powiedziała: - To jeszcze nic takiego strasznego. Przecież bóg powiedział, że będziemy jeszcze mieli dzieci, one będą naszymi dziećmi. Pomimo tego rodzice otoczyli serdeczną opieką to nie ich dziecko, dziecko boga, jak przyrzekł Zatroskany. Owijali je w bawełnę, ponieważ nie ośmielali się wynosić z domu na powietrze, gdy było zbyt zimno, albo zbyt gorąco. Tym bardziej matka nie ośmieliła się nosić je na plecach w obawie, aby zbyt silnie nie zacisnąć chusty. Po sześciu miesiącach Wielki biały Ptak przybył o północy. - Oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak, oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak. Na ten krzyk zbudzili się małżonkowie. Płacząc gorzkimi łzami, Niezrównana wzięła dziecko na ręce. - Oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak, oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak powtórzył bóg. - Tak powiedział Zatroskany. - Dajcie mi moje dziecko. - Jest tutaj, możesz je wziąć. Wielki Biały Ptak wziął dziecko, zaniósł na dach domu i tam je położył. Trzy razy rozpoczynał przewijanie, potem wziął dziecko na ręce, potrzymał chwilę, odniósł do rodziców i powiedział: - Weźcie z powrotem wasze dziecko i troszczcie się nadal tak starannie, jak do tej pory. Wkrótce będziecie mieć inne dzieci. Wszystkie będą zdrowe. Oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak, oto ja, oto ja, Wielki Biały Ptak wykrzyknął i oddalił się. Niezmierna była radość Zatroskanego i Niezrównanej. Dopiero teraz Zatroskany otworzył usta, aby się śmiać. I dopiero od tej chwili ośmielił się wziąć swoje dziecko na ręce. I tak jest zawsze. Ojciec dopiero po kilku miesiącach odważy się brać na ręce swoje dziecko. Przedtem opiekuje się nim tylko matka.
Pewnego razu szło dwoje ludzi. Jeden szedł na północ, drugi szedł na południe. Obydwaj opuścili swoje wioski w poszukiwaniu pracy. Spotkali się. - Skąd przybywasz? - Za przybywam z południa powiedział a ty skąd idziesz? - Ja idę z północy. - A dokąd idziesz? - Idę na południe. Szukam zajęcia. A ty dokąd idziesz? - Idę na północ. Ja też szukam zajęcia. - A więc, ani na południu, ani na północy nie można znaleźć pracy. Co więc czynić? A może we dwóch znajdziemy tutaj jakieś zajęcie? Zostańmy tu, w miejscu naszego spotkania, zbudujmy dom. Nasz wspólny dom. Zbudować dom? - Ależ tak! - Ale dlaczego mamy budować dom w środku tak rozległego terenu, gdzie nikt nie mieszka? - Ooo... pomyśl, proszę. Na północy nie ma zajęcia i ty chcesz znaleźć pracę na południu. Ja zaś przybywam z południa, ponieważ tam szukałem pracy, ale nie znalazłem. Zostańmy tutaj. - Ale... my tu umrzemy z głodu. Oto, co powiedzieli ci mężczyźni, ale pozostali i zaczęli pracować. Żyli samotnie, w pełnym buszu, z dala od ludzi, od wioski. Uprawiali maniok. Zajęli się uprawą roli. Uprawiali, uprawiali, wciąż uprawiali i mieli dobre zbiory. - Skoro rzeczy tak dobrze się mają powiedział człowiek z północy ja pójdę po swoją matkę. - Zgoda - powiedział ten z południa. Kiedy przybył człowiek z północy wraz ze swoją matką, powiedział mu towarzysz: - Kiedy twoja matka jest z nami, mój przyjacielu z północy, a mojej matki jeszcze tu nie ma, idę i ja, aby ją tu sprowadzić. Człowiek z południa poszedł do swojej wsi. Wkrótce powrócił wraz ze swoją matką. Zamieszkali razem, wszyscy czworo, zajmując się wciąż swoją pracą, uprawą roli. Przychodzili do nich ludzie z południa i z północy, aby kupować maniok. Wkrótce dwaj ludzie stali się bogaczami. Obydwaj mieli po sto wołów. - Przyjacielu, my teraz jesteśmy bogaci. - Tak, przyjacielu, zrobiliśmy dobrą rzecz i jesteśmy milionerami. Wkrótce jeden z nich zauważył: - Przyjacielu, widzisz, że my nie jesteśmy rodziną, ale tylko dobrymi przyjaciółmi. Jeśli znaleźliśmy się tutaj, to tylko dlatego, że szukaliśmy pracy. Tu spotkaliśmy się i tu zostaliśmy rolnikami. Tak jest i to bardzo dobrze. Ale ja, przyjacielu, ja chciałbym zostać twoim zięciem. - Ależ tak, przyjacielu odpowiedział mu jego towarzysz ja też chcę być twoim zięciem. Nareszcie będziemy rodziną. Odbyły się dwa wesela. Wielkie wesela milionerów. Na zawsze pozostali już rodziną. Matka człowieka z południa stała się żoną mężczyzny z północy. Matka człowieka z północy stała się żoną mężczyzny z południa. Wkrótce obie kobiety urodziły dzieci: jedno było chłopcem, drugie było dziewczynką. Wtedy powstał problem. Rodzice byli zakłopotani, jak określić ich pokrewieństwo? Jakie pokrewieństwo łączy każdego z pozostałymi krewnymi? Chociaż tej łamigłówki nie potrafili rozwiązać, pozostali szczęśliwymi. A to najważniejsze.
Syndrugi i Czwartkusyn byli przyjaciółmi. Bawili się razem jako mali chłopcy, siedzieli obok siebie w szkole, a jako młodzieńcy często razem pracowali i razem uczestniczyli w świętach urządzanych w wiosce. Postanowili połączyć się jeszcze silniej zawierając braterstwo krwi. Pewnego razu Czwartkusyn przybył do Syndrugiego. - Witaj serdecznie, mój kochany bracie powiedział Syndrugi do Czwartkusyna przyszedłem, aby ci powiedzieć, że umarł syn królewski. Ludzie już rozpoczęli przygotowania do pogrzebu ze śpiewami i tańcami i my też tam musimy się udać. - Ale ja dziś iść nie mogę powiedział Syndrugi ponieważ jestem bardzo zajęty przygotowaniem ziemi, aby zasiać kukurydzę. Muszę spulchnić ziemię jeszcze dziś. - Chodźmy więc, bracie, razem do pracy. Dziś ja ci pomogę w pracy spulchniając twoją ziemię, a na uroczystości pogrzebowe pójdziemy jutro. Ale, bracie, daję ci radę. Kiedy będziemy dochodzić do królewskiego pałacu, ty zapłaczesz mówiąc: "Królu, oto, co chciałeś, to się stało: zmarło twoje dziecko. Twój syn jest martwy". Wtedy damy królewskie przyjdą cię uściskać dziękując ci. W każdym razie my to zrobimy obaj. Ja byłem kiedyś na pogrzebie królewskiego dziecka i dlatego mówię, co się czyni w takiej chwili. - Zrobię więc taki lament w pobliżu miejsca pogrzebu powiedział Syndrugi. Na drugi dzień rano, idąc na pogrzeb, Syndrugi zapytał: - Czy ty przypadkiem, mój bracie, nie chcesz mnie zmylić? - Jakże możesz tak mnie posądzać? Nie radziłem ci nigdy rzeczy, która naraziłaby cię na przykrość. Zawsze radzę tylko to, co przynosi ci radość i szczęście. Kiedy bracia doszli do królewskiego pałacu, Syndrugi zaczął lamentować: - Królu, oto, co chciałeś, to się stało: zmarło twoje dziecko. Twój syn jest martwy! Wszyscy dostojnicy w królewskim pałacu usłyszeli ten lament. Zapytali Czwartkusyna: - Czy ty słyszałeś, jak lamentuje twój brat? Czy słyszałeś, jak wypowiedział słowa: "Królu, oto, co chciałeś, to się stało: zmarło twoje dziecko. Twój syn jest martwy"? - Czyż nie wyczuwacie w tym lamencie powiedział szef dostojników że ten młodzian zaczarował królewskie dziecko? Syndrugi został natychmiast przyprowadzony przed króla. - Jakie słowa wypowiedziałeś podczas swego lamentowania? - Te słowa nie są moje. To mój brat radził mi tak lamentować. Jeżeli za nie ja muszę teraz umrzeć, to także mój brat jest odpowiedzialny za moją śmierć, a nie wy, królu. Król zapytał Czwartkusyna: - Czy to prawda, że ty nauczyłeś swego brata takiej lamentacji? - Nie! To, co on mówi, jest nieprawdą. - A więc, Czwartkusynie, powiedz, czy kłamałeś, czy nie? - Królu! To, co powiedział mój brat, nie jest prawdziwe. To właśnie on radził mi tak lamentować, kiedy wychodziliśmy z domu przygotowywać pole pod kukurydzę. I w drodze on mi to jeszcze powtórzył. Cóż ja mogę zrobić teraz? Wy, Królu, zrobicie ze mną to, co będziecie chcieli. Róbcie, co uważacie za słuszne. Ja zostałem zmylony przez mego przyjaciela, który jest moim bratem krwi. - Co uczynimy temu, który został oszukany przez swego brata z krwi? zapytał król. - Tylko ty, o Królu, możesz zadecydować o jego losie. - Ja więc daję mu do wyboru: albo śmierć, albo stać się niewolnikiem królewskim. Ale najpierw niech przyjdą wszyscy doradcy królewscy. Kiedy wszyscy doradcy królewscy przybyli, król przemówił: - Oto Syndrugi, którego oskarżam o czary. On przyszedł i tak lamentował: "Królu, oto, co chciałeś, to się stało: zmarło twoje dziecko. Twój syn jest martwy". Ja go zapytałem w tej sprawie, a on mi odpowiedział: "mój brat krwi mnie oszukał, czyń więc, Królu, to, co chcesz". Dostojnicy i królewscy doradcy powiedzieli do króla: - Czyń, co chcesz, Królu, ponieważ tylko ty sam wiesz, co należy uczynić z tym człowiekiem. - O Syndrugi zapytał król co wybrałeś: śmierć, czy być niewolnikiem? - Wolę być zabity przez was, królu. Ja nie chcę stać się królewskim niewolnikiem, ponieważ moi potomkowie byliby także niewolnikami. Syndrugi został więc zabity. Jego krewni przyszli do króla prosić, aby wykupić ciało i pochować je w grobie rodzinnym. - Zanieście ciało zabitego do jego rodziny rozkazał król ja nie mogę zakończyć tej sprawy inaczej, ponieważ winnym był jego brat krwi. Rodzina Syndrugiego poprosiła o przybycie Czwartkusyna, aby asystował w pogrzebie skazanego brata krwi. Powiedzieli mu: - Ostatecznie, to król zabił go, a nie ty. - To prawda odpowiedział Czwartkusyn przyjdę chętnie. Ale w chwili, gdy Czwartkusyn przybył, zaraz usłyszał: - Oto ten, którego ty zabiłeś, oto jego ciało. I ty będziesz pochowany razem z nim jeszcze dzisiaj. Znasz przecież przysłowie: "oczy pełne krwi nie widzą". Ty oszukałeś naszego krewnego, my oszukaliśmy ciebie z kolei. Krewni Syndrugiego zabili Czwartkusyna i obydwóch razem pochowali. Wielu potomków Syndrugiego zmarło z powodu niedotrzymanej przysięgi braterstwa krwi, wielu też z rodziny Czwartkusyna zmarło, ponieważ oni zdradzili obydwóch. Znając tę historię, bracie krwi nie czynią sobie nigdy nic złego, ponieważ ryzykują śmierć, a nawet mogą zginąć ci, którzy nie splamili się krwią, dopuszczając się podstępnego kłamstwa.
Kiedy dziewczynka urośnie i nadchodzi właściwy czas na zaślubiny, do jej rodziców przybywają kawalerowie. Tak też było w domu panny o imieniu Kapryśna. Ile razy wyszła do pracy na polu, zawsze przybył do jej rodziców młody człowiek proszący, aby ona została jego żoną. Tak było i tym razem. Młodzieniec przybył z zachodu. - Gdzie jest wasza córka? zapytał rodziców. - Jej tu nie ma. - Ale gdzie jest? Proszę was, bądźcie tak dobrzy i poszukajcie jej. Matka poszła szukać córkę tam, gdzie powinna pielić warzywnik. Ujrzawszy ją, zaśpiewała: - Jest tu, moja córko, Tu jest pewien młodzieniec. Przybył tu młody człowiek. Córko moja, on tu jest. Córka odśpiewała: - Skąd przychodzi ten człowiek? Skąd przybywa on, moja mamo. - Ten młodzieniec, moja córko, On przybywa z zachodu. - Powiedz mu, moja mamo, Aby powrócił do domu. Niech wraca do siebie Ten zjadacz manioku. - A więc, młodzieńcze, Zjadaczu manioku, Wracaj do domu, Córka cię nie chce. - Jeżeli ona mnie nie chce, Tym gorzej dla niej! Ja z jej powodu Nie wzgardzę maniokiem. Inny młodzieniec przybył z północy. - Jak żyjecie tutaj, moja pani, jak wam się wiedzie? - Dobrze, dziękuję wam, młody człowieku! - A gdzie jest wasza córka? - Jej tu nie ma. - Ale gdzie ona jest? Ja jestem jednym z kandydatów na jej męża. Poszukajcie jej, pięknie proszę. Matka zaczęła wołać: - Jest tu, moja córko, Tu jest pewien młodzieniec. Przybył tu młody człowiek. Córko moja, on tu jest. - Skąd przychodzi ten człowiek? Skąd przybywa on, moja mamo. - Ten młodzieniec, moja córko, On przybywa z północy. - Powiedz mu, moja mamo, Aby powrócił do domu. Niech wraca do siebie Ten zjadacz ryżu. - A więc, młodzieńcze, Zjadaczu ryżu, Wracaj do domu, Córka cię nie chce. - Jeżeli ona mnie nie chce, Tym gorzej dla niej! Ja z jej powodu Nie wzgardzę ryżem. Inny kandydat na męża przybył ze wschodu. - O pani, jak ci się żyje? - Dobrze, dziękuję. - A gdzie jest wasza córka? - Jej tu nie ma. Jest zajęta pracą w warzywniku. - Poszukajcie jej, bardzo proszę. - Jest tu, moja córko, Tu jest pewien młodzieniec. Przybył tu młody człowiek. Córko moja, on tu jest. - Skąd przychodzi ten człowiek? Skąd przybywa on, moja mamo. - Ten młodzieniec, moja córko, On przybywa ze wschodu. - Powiedz mu, moja mamo, Aby powrócił do domu. Niech wraca do siebie Ten zjadacz melonów. - A więc, młodzieńcze, Zjadaczu melonów, Wracaj do domu, Córka cię nie chce. - Jeżeli ona mnie nie chce, Tym gorzej dla niej! Ja z jej powodu Nie wzgardzę melonami. Czwarty młodzieniec przybył z południa. - Jak się masz, o pani? - Dziękuję, dobrze! - A gdzie jest wasza córka? - Jej tu nie ma. Pracuje w warzywniku. - Ach, moja pani, z jej powodu tu jestem, Poproście ją, aby tu przyszła. - Jest tu, moja córko, Tu jest pewien młodzieniec. Przybył tu młody człowiek. Córko moja, on tu jest. - Skąd przychodzi ten człowiek? Skąd przybywa on, moja mamo. - Ten młodzieniec, moja córko, On przybywa z południa. - Powiedz mu, moja mamo, Aby powrócił do domu. Niech wraca do siebie Ten zjadacz soczewicy. - A więc, młodzieńcze, Zjadaczu soczewicy, Wracaj do domu, Córka cię nie chce. - Jeżeli ona mnie nie chce, Tym gorzej dla niej! Ja z jej powodu Nie wzgardzę soczewicą. Młodzieniec odszedł, a po nim nie przybył już żaden. Mijały święta w wiosce, mijały uroczystości. Aż wreszcie pewnego dnia zjawił się w domu Kapryśnej młody człowiek o imieniu Uparty. Młodzieniec wszedł do domu i wyśpiewał powitanie: - Jak się masz, dobra pani, jak ci się wiedzie? - Dobrze, dziękuję, mój panie. - Ja żaden pan ani po ojcu, ani po matce. Życie przeznaczyło mnie do mieszania w pieniądzach. Gdzie ja, tam bogaty biednieje, a biedny bogacieje. Sprawcie. Dobra pani, aby ona była tutaj. To znaczy, niech tu przyjdzie, o pani! - Ale jej nie ma w domu. - A gdzie ona jest teraz? - Pracuje w warzywniku. - Spraw, pani, aby przyszła! Ja jestem tutaj jej gościem. I matka zaczęła ją wołać: - Jest tu, moja córko, Tu jest pewien młodzieniec. Przybył tu młody człowiek. Córko moja, on tu jest. - Skąd przychodzi ten człowiek? Skąd przybywa on, moja mamo. - Ten młodzieniec, moja córko? Nie wiem, skąd przybywa. - To taki, jakiego ja pokocham. To taki, jakiego pragnęłam! Kapryśna przybiegła do wioski. Kiedy ujrzał ją Kapryśny, olśniony jej wdziękiem stracił świadomość, zemdlał i upadł. Dziewczyna podeszła do niego i powie-działa: - Jeżeli zemdlałeś z miłości do mnie od stóp do głowy, powróć do życia! Ale, ej, tam, jeśli zemdlałeś z niechęci do mnie, umieraj! Młodzieniec powstał i zrobił takie wrażenie na dziewczynie, że ta z kolei zemdlała i upadła. Młodzieniec wypowiedział życzenie: - Jeżeli zemdlałaś z miłości do mnie od stóp do głowy, powróć do życia! Ale... ja nie oczekuję innego skarbu... Ty będziesz moja! W jednej chwili dziewczyna odzyskała przytomność. W taki sposób dziewczyna i młodzieniec zostali przyjaciółmi, byli dobrymi przyjaciółmi, a ludzie mówili, że są bardzo dobrymi przyjaciółmi. Uparty znalazł pracę w wiosce i tu zamieszkał. Minął jeden miesiąc. Minął drugi miesiąc. Po trzech miesiącach Uparty mówi do Kapryśnej: - Kapryśna, powiedz twej matce, że ja będę prosił ją, abyś została moją żoną. - Ty będziesz prosił o mnie? udała zdziwioną. - Tak, poproszę. - Zgoda powiedziała dziewczyna. Kapryśna weszła do domu i powiedziała o tym swej matce. - Mamo, Uparty chce mnie wziąć za żonę. - A ty, córko, czy chcesz zostać jego żoną? - Tak, tak, tak!!! - Wiesz jednak, córko, że ja o tym nie mogę decydować, chociaż do mnie mówisz o tym. Ja jestem tylko twoją matką, chociaż wydałam cię na świat, ale o tym może decydować tylko twój ojciec. Ja mu o tym powiem. I ona powtórzyła prośbę swej córki jej ojcu. - Ach, taaak powiedział przeciągle ojciec Kapryśna nie zostanie żoną tego człowieka. Matka zaraz powiedziała: - A więc, córko, ty nigdy nie zostaniesz jego żoną. - Jakże to? - zdziwiła się Kapryśna Jakże? Ja go nie poślubię? Inne panny, które go widzą i są mu dalekie, pragną go gorąco, ale on nie chce z nimi nawet rozmawiać. Ja zaś, która jestem tak mu bliska, zawsze przy nim, jego być nie mogę? - Ach wzdycha matka - ach, tak będzie, ty jego nie poślubisz. Od tej chwili dziewczyna stała się bardzo smutna. - O, Uparty powiedziała do młodzieńca mój ojciec nie zgadza się na nasze zaślubiny. Powróć do siebie, powróć do swojej rodziny! Ja odejdę. Teraz ja idę po trawę do plecionek. - Teraz pójdziesz szukać trawy do plecionek? - Ja... - powiedział Uparty ja też pójdę szukać trawy do plecionek. Pójdę razem z tobą. - Ty też pójdziesz szukać trawy do plecionek? - Oczywiście! - Chodźmy więc. Oni poszli. Razem. Szukali trawy, z której można wyplatać. Kiedy nazbierali wystarczająco dużo, dziewczyna nie okazała chęci do pracy. Młodzieniec poszedł z nią, ponieważ poznał, że ona nie po trawę idzie, ale aby się zabić. Nie mogła odebrać sobie życia, ponieważ Uparty jej towarzyszył. Był przy niej także po powrocie do domu. - Dlaczego nic nie wyplatasz z tej trawy? - Zaraz zacznę, z pewnością zaraz zacznę odpowiedziała. - Ja nie odejdę od ciebie, zanim nie zrobisz plecionek z tej trawy powiedział Uparty Gdy powiedziałaś, że idziesz po trawę, naprawdę chciałaś odejść na zawsze, a nie po trawę. Dlatego ja poszedłem z tobą. O, młoda dziewczyno, przyniosłaś trawę do wyplatania, a teraz wyplatać nie chcesz? Przecież szukałaś tej trawy. - Ojej! Ja chcę wyplatać. Zaraz zacznę. Kapryśna zaczęła wyplatać. Powstawały różne serwety, maty, koszyki. Wyplotła wszystką trawę, którą przyniosła wraz z Upartym. Oboje jednak nadal byli przygnębieni, dlatego Uparty prosił Kapryśną, aby jeszcze raz poszła do swoich rodziców i ponowiła prośbę. - Oto, mamo, mój ukochany młodzieniec chce, abyś jeszcze raz poprosiła mego ojca, by zechciał zezwolić na nasze zaślubiny. To Uparły chce wiedzieć, czy ojciec nam zezwoli, czy nie zezwoli. Córka tak długo prosiła swoją matkę, aż wreszcie ona poszła do ojca i zapytała po raz drugi w sprawie tego małżeństwa. - I co, mamo? - On się nie zgodził. - Och, taak... tym gorzej podjęła córka Więc... jeśli mój ojciec tego nie chce, a ja nie widzę możliwości, aby zgodzić się z jego decyzją... ponieważ ojciec nie chce dać mi za męża tego, którego ja kocham... Nie wspominajmy o tym więcej aż do tragedii, ale to nie ja robię z tego dramat, nie ja odpowiadam za powstające zło. Kapryśna odeszła zapłakana od matki i poszła do swego ukochanego. - Ponieważ tak się stało powiedział Uparty ja też wracam do siebie. Ale ja będę nadal strzegł twoich wołów, a ty będziesz przynosiła mi mleko, abym je pił. - Zgoda powiedziała Kapryśna i odeszła. Uparty powrócił do domu. Gdy nadszedł wieczór, pełna niepokoju matka dziewczyny poszła do Upartego, aby zapytać go, gdzie jest jej córka. - Jej tutaj nie ma. - Nie ma jej u ciebie? Nie ma jej z tobą? - Nie, nie ma. - Ona nie poszła z tobą pilnować bydła? A więc Kapryśna odeszła. Naprawdę odeszła. A gdy szła, ujrzała grób i zaczęła śpiewać: Och, jakie to smutne, jakie straszne! Miałam opiekę, teraz sama jestem, Godnie pochowana nie będę, Straciłam prawo do pogrzebu, Nikt łez nie wyleje nade mną. Nikt już mną się nie zaopiekuje, Włos mój pamiątką nie będzie. Kapryśna szła dalej swoją drogą. Ona szła...szła jeszcze... szła dalej... i doszła do drugiego grobu. I tutaj lamentowała: Och, jakie to smutne, jakie straszne! Nikt nie zapewnia mi obrony, Nikt opieki mi nie okazuje. Żałobnik nie weźmie mego włosa, Bez błogosławieństwa przodków, Bo kto ich wezwie po mojej śmierci? Kapryśna doszła do trzeciego grobu. Jeszcze raz rozpoczęła swój żałosny śpiew: Och, jakie to smutne, jakie straszne! Jestem sama na całym świecie, Nikomu niepotrzebne me włosy, Niczyja łza nie spadnie na pogrzebie, Miałam oczy, już nic nie zobaczę, Miałam usta, nie poproszą o pomoc, Do przodków nie przyłączy się mój duch. Tu Kapryśna umarła. A kiedy umarła, odór człowieka zmarłego wzniósł się w górę i dotarł aż do boga. - Ach, to tam na dole, co to może wydawać taki paskudny smród? Idź, zobacz powiedział bóg do swego syna co wydziela tak okropny odór. Och, jak to cuchnie! Syn boga zszedł na ziemię, zabrał koniec paznokcia z małego palca lewej ręki dziewczyny i przyniósł do domu. Bóg zdziwił się. - Patrz powiedział do syna to paznokieć z pewnością kogoś, kto jeszcze żyje. Ja bo ja znam jeszcze dnia śmierci tego dziecka, nie znam daty śmierci tej osoby. Mrówko zbieraczko, wężu zbieraczu i ty, wielki ptaku kształtowniku, idźcie tam i pracujcie! Wielki ptak kształtownik zszedł, zeszła mrówka i wąż zszedł też na ziemię. Przyszli do miejsca, w którym leżało rozkładające się ciało Kapryśnej. Zaczęła się praca. Timpotimpotimpo. Wielki ptak kształtownik pracuje, mrówka zbiera, wąż też zbiera cząstki dziewczyny... Timpotimpotimpo... Dwie nogi dziewczyny zaczynają się poruszać. Pracują dalej. Timpotimpotimpo. Wielki ptak kształtownik pracuje, mrówka znosi, wąż też przynosi... Timpotimpotimpo... Wkrótce dziewczyna może poruszać się aż po piersi. Wielki ptak kształtownik nie ustaje w pracy. Timpotimpotimpo... uwija się mrówka zbieraczka, spieszy się wąż zbieracz... Timpotimpotimpo... Dziewczyna może poruszać się aż po szyję. Timpotimpotimpo... Jeszcze nie ustaje w pracy wielki ptak kształtownik, jeszcze wyszukuje maleńkich cząsteczek mrówka zbieraczka, jeszcze wąż zbieracz wyszukuje... Timpotimpotimpo... Dziewczyna jest już całkowicie przywrócona do życia. A kiedy już ożyła, syn boga zabrał ją do nieba. - Czy to jest ona, ta dziewczyna, która była już umarłą? - Tak, panie! Syn boga i przywrócona do życia usiedli po prawej stronie boga. Była to noc piątkowa. Jej rodzice spali. Zarówno mężczyzna, jak i kobieta, byli pogrążeni w głębokim śnie. A więc bóg ich obudził. - Ej, ej, nie bój się! - Słucham - Ojcze, gdzie twoja córka? - Moja córka? Nie wiem, dokąd ona odeszła. Młodzieniec imieniem Uparty prosił mnie o pozwolenie na zaślubiny z nią, ale ja nie wyraziłem ugody. Nawet nie wiem. Czy jeszcze żyje, czy już umarła. - Słusznie powiedziałeś. Dlatego też na przyszły piątek zaprosisz wszystkich mieszkańców z okolicy. Tutaj zorganizujesz wielkie święto. Jak będziesz organizował to wielkie święto w twojej wiosce, zabijesz woły z jasnym czołem. Zabijać będziesz parami, po dwa woły. Zaprosisz mieszkańców z dwudziestu wiosek. Zaprosisz też z dwudziestu wiosek dwadzieścia kobiet, które wkrótce mają rodzić. Dla każdej z tych wiosek przygotujesz po dwa woły . Taka będzie liczba wołów, które przygotujesz na święto z okazji powrotu twej córki. - Dobrze, zgadzam się powiedział starzec. Wtedy małżonkowie obudzili się. - Miałem sen, moja droga. - Co widziałeś w swoim śnie? - Ja śniłem tak: "Gdzie jest twoja córka?" - "Moja córka? Nie wiem, dokąd ona odeszła. Młodzieniec imieniem Uparty prosił mnie o pozwolenie na zaślubiny z nią, ale ja nie wyraziłem ugody" "Nie ugodziłeś się dać jej jemu?" "Nie" . "Gdzie ona jest teraz?" "Ja jej nie widziałem". "Jak to? Ty nie wiesz, gdzie jest twoja córka? Wy zaprosicie mieszkańców z dwudziestu wiosek, ponieważ wasza córka powróci tutaj, ale ja ci mówię, abyście ofiarowali na święto tylko woły z białą plamą na czole". Opowiedziałem: "Dobrze, zgadzam się". Gdy nadszedł piątek, ojciec Kapryśnej zaprosił mieszkańców z dwudziestu wiosek. Rozpoczęło się święto. - Trzeba otworzyć powiedział głos wasz dom. Zrób otwór na szczycie, abym ja mógł tam wejść. Trzeba też, abyś i dla mnie ofiarował wołu. Czerwony wół dla mnie będzie zabity na wschód od waszego domu. - Dobrze, tak zrobię odpowiedział ojciec dziewczyny domyślając się, że to bóg przemówił. Wół o czerwonej skórze został zabity na wschód od domu urządzających święto. Otworzono dach, aby tędy mógł wejść bóg. Ludzie już przyszli i rozpoczęli tańce. Tańczyli. Śpiewali. Klaskali w ręce. A gdy nastało południe... Kapryśna wsunęła się do domu przez otwór w dachu. Wtedy drzwi domu same się otworzyły szeroko. "Och, ktoś jest w domu... ktoś jest tutaj... Co to błyszczy tak w naszym domu? Patrz, kochany... Patrz, kochana... ona jest podobna do naszej córki!" - Co? Twoja córka? powiedziała żona Czyż bóg nie przyszedł, aby ci powiedzieć, byś nosił żałobę po stracie córki? Ale mówiąc te słowa kobieta spostrzegła, że to naprawdę jej córka. Nie była jeszcze pewna, dlatego zbliżyła się powoli... Weszła do domu. Może to tylko zjawa? Spojrzała raz jeszcze i upadła bez przytomności głową ku zachodowi. Upadł bez przytomności też ojciec Kapryśnej głową ku wschodowi. Za nimi weszli uczestnicy święta. Leżących oblali wodą. Rodzice oprzytomnieli i zaraz zaczęli żałować, że nie zgodzili się na prośbę ich córki. A gdzie jest teraz Uparty? Młodzieniec cierpiał tak bardzo, że niemal umierał z miłości, którą odczuwał do Kapryśnej. Naprawdę można umrzeć, gdy się miłuje tak głęboko! Ale tylko rodzice są wszechwładni, tylko ojciec jest wszechmogący, bo ma wszechmogące słowo. Oto, co się stało... tam, daleko. Rodzice chcieli, aby Uparty przyszedł na święto. Ludzie poszli do niego. - Wiesz dobrze, młodzieńcze, dlaczego kazano ci przyjść do wioski. Młoda dziewczyna, którą kochasz, jest uszczęśliwiona przez przepowiednię. - To ona jest szczęśliwa? To jej jest już dobrze? - Tak. Jest szczęśliwa w domu swoich rodziców. - Ja chcę, ja pragnę ją zobaczyć, ale ja nie mogę chodzić. Jestem za słaby, umierałem... Zanieście mnie na nosidłach. Tu jest krzesło, a tu są bambusy, na które to krzesło postawicie. Przyniesiono go do domu Kapryśnej. Ludzie wnieśli go do domu. Ledwo Uparty spojrzał na dziewczynę, zemdlał i spadł z krzesła... Polano go wodą. - Jeżeli zemdlałeś z miłości do mnie od stóp do głowy, zbudź się! powiedziała Kapryśna do Upartego Ale jeśli zemdlałeś dla kogo innego, umieraj! Młodzieniec powstał i zrobił takie wrażenie na dziewczynie, że ta z kolei zemdlała i upadła. Młodzieniec wypowiedział życzenie: - Jeżeli zemdlałaś z miłości do mnie od stóp do głowy, powróć do życia! Jeśli nie dla mnie ech, powróć do życia! W jednej chwili dziewczyna odzyskała przytomność. Już nie było się czego obawiać. Święto dobrze się kończyło. A skończyło się ceremoniami zaślubin dwóch młodych, kochających się ludzi. - A ponieważ rzeczy tak się mają powiedział król Południa oto Kapryśna, którą poślubił Uparty. Czyż nie jest on moim synem, synem króla Południa! Od dziś wy, młodzi, jesteście władcami, wy jesteście odpowiedzialni za krainę, który ja władałem do dnia waszych zaślubin.. - Wielki królu, władający stoma, panujący nad tysiącami krzyknął król Północy czyż ci ludzie nie wzgardzili twoim synem mówiąc, że nie zasługuje wziąć waszej córki za żonę? - Wielki królu, władający stoma, panujący nad tysiącami wykrzyknął ojciec zaślubionej nawet jeśli tak powiedziałem, bierzcie dwieście wołów, oto czterej niewolnicy do poganiania i cztery niewolnice do posługi. Oto wóz i dwadzieścia kamiennych dzbanów! Oto posag Kapryśnej, mojej córki, żony Upartego, od dziś żony króla Południa. Chociaż moja historia nie rozpoczęła się radośnie, ale bardzo dobrze się skończyła. Przepowiednie od boga zawsze się spełniają.
Żył-był raz chłopiec, któremu na imię było Smętny. Gdy stał się dorosłym, pojął za żonę dziewczynę, którą rodzice nazywali Rezolutną. Pewnego dnia Rezolutna mówi do Smętnego: - Jak widzisz, mężu, ja nie mam ubrania. Co ty teraz zrobisz? - Wiesz dobrze, kochana, że jesteśmy biedni, ja zawsze byłem biednym, jakże więc mógłbym sprawić ci ubranie, które przecież drogo kosztuje. - Więc pójdę do mego ojca i nie wrócę, zanim nie znajdę porządnego ubrania. Rezolutna wyszła z domu i poszła do ojca. Nie było jej w domu przez długi czas. Pewnego dnia Smętny wysłał człowieka, aby dowiedział się o powód tak długiej nieobecności żony. - Powiedz mojej żonie, że znalazłem możliwość sprawienia jej ubrania. Powiedz jej, aby wracała do mnie. - Ja odpowiedziała żona jeszcze nie powrócę, jeszcze czegoś się uczę i w domu mego ojca pozostanę tak długo, aż będę już umiała. Posłaniec zapytał ją: - A czego ty się tu uczysz? - Uczę się wyplatać trawę. - Jak i z czego ty to robisz? - Z długich i wąskich liści traw. Powiedz to memu mężowi. Posłaniec wrócił do wioski. - Twoja żona nie chce powrócić, zanim nie wprawi się w tym, czego właśnie się uczy. - To mnie niepokoi. A może nie chce powrócić do mnie? Tymczasem w domu swego ojca Rezolutna poszła do kowala i kupiła ostry nóż. Nazajutrz zaprosiła swoją młodszą siostrę do szukania odpowiedniej trawy do wyplatania. Kiedy znalazły trawę i nacięły wystarczająco dużo, przyniosły ją do wioski i tutaj suszyły. Rezolutna kupiła jeszcze jeden nóż i tym małym nożem rozcinała trawę. Każdego ranka wyplatała jedną rzecz. Kiedy już to skończyła, ubrała się. Kobiety w wiosce były zdziwione ujrzawszy Rezolutną tak pięknie ubraną. - Nauczmy się robić ubranie, jakie nosi Rezolutna. Kobiety z wioski poszły szukać trawy i bez trudu znalazły ją. Pocierały trawę o białą ziemię jeszcze przed suszeniem. Potem nacinały trawę, układały, przeplatały. - My uczymy się robić tego, co ty już umiesz powiedziały do Rezolutnej. - Jest was już dużo, które znacie sposób wytwarzania ubrań, więc ja mogę powrócić do mego męża. Mąż ujrzał ją z daleka i wyszedł na spotkanie. - Czy jesteś szczęśliwa, moja żono? - Tak, przecież wracam do mego domu. Teraz umiem już robić to, czego nauczyłam się w domu ojca. - Wejdźmy więc do naszego domu powiedział mąż ponieważ ja nie obrażam się na ciebie z tego powodu, że ty otrzymałaś i przyjęłaś ubranie od twego ojca. - Ależ to nie mój ojciec dał mi ubranie odpowiedziała żona To ja sama je zrobiłam Mąż zawstydził się usłyszawszy te słowa i pospieszył do człowieka najbardziej przebiegłego w wiosce. - Moja żona powróciła z domu swego ojca ubrana w nowe szaty. Co ja mam robić, pozbyć się hańby? - Jeszcze dziś o tym pomyślę odpowiedział mędrzec i powiem ci jutro. Pomogę ci usunąć hańbę, jaka cię dotknęła. Nazajutrz Smętny powrócił do mędrca. - Czy już coś wymyśliłeś? - Jestem w trakcie myślenia, więc przyjdź jutro. - Zgoda! A więc do jutra. O północy mędrzec puka do młodych małżonków. - Czy Smętny jest tutaj? - On jest tu ze mną odpowiedziała Rezolutna dlaczego pytasz o niego? - To z powodu jednej sprawy. Kiedy obaj mężczyźni zeszli się razem, mędrzec powiedział: - Mam ideę. Jutro rano pójdziemy do lasu, zabierz ostrą siekierę. Wczesnym rankiem obaj mężczyźni wyszli z wioski i weszli do lasu. Kiedy byli już głęboko w lesie, zaczęli dyskutować, co zaraz zrobią. "Poszukamy drzewa o włóknistym pniu". Znaleźli takie drzewo o pniu bardzo włóknistym. Zrąbali je. - Idę poszukać młotka, aby rozbić pień drzewa. powiedział mędrzec. Pień leżał na ziemi. Przecięli go na kawałki, potem obili młotkiem, aby się rozwinął. - Teraz wracamy do wsi powiedział mędrzec. Gdy dochodzili do wioski, mędrzec rozkazał: - Ubierz się teraz, zadziwisz ludzi wioski i już nie będziesz musiał się wstydzić. - Gdzie znaleźliście taki materiał? pytali ludzie w wiosce. - Zrobiliśmy sami to ubranie odpowiadali obaj. Gdy Smętny znalazł się w domu sam z żoną, powiedział: - Teraz jesteśmy sobie równi: ty umiesz wyplatać trawę, ja robię materiał z pnia drzewa. - Zgoda powiedziała żona tylko użyteczniejsze jest to, co ja umiem robić. Plecionki z trawy mogą ludzie nosić jako ubrania, można przykryć nimi materace na noc, aby się na nich przespać, można przykryć podłogę domu, owinąć ciało zmarłego przed złożeniem do grobu, można też rozciągnąć na ziemi, aby na nich suszyć ryż i kawę. - Mój wynalazek powiedział mężczyzna służy do okrycia, do ubrania się, zwłaszcza do ochrony przed zimnem. - Nie kłóćmy się już - powiedziała żona twoi potomkowie odziedziczą to, co ty umiesz robić, tak samo moi potomkowie odziedziczą mój talent. Ale nielicznym uda się posiąść sztukę produkowania materiału z pnia, zaś dużo będzie takich, którzy nauczą się wyplatać. Po wielu, wielu latach Rezolutna zmarła. Jej dwie córki bez trudu nauczyły się wyplatania trawy i one nauczyły tego wszystkie kobiety z jej rodziny. Umarł też Smętny. Tylko jeden z jego synów umiał rozpościerać włókna z pnia. I tak jest aż do dnia dzisiejszego. Kobiety nadal wyplatają trawę, robiąc przede wszystkim ubrania. Bardzo trudno można spotkać mężczyznę, który potrafi zrobić ubranie wydobywając włókna z pnia drzewa. |
|
|||||||