|
| |||||
![]() KATECHEZY DLA DZIECI BAJKI Z MADAGASKARU - cz. VIII Tłumaczył
Dzisiaj żyjemy - można powiedzieć - w większym bezpieczeństwie, niż dawniej. Kiedyż nie było tak spokojnie. Nawet jeśli mężczyzna, czy kobieta, udawali się w drogę dłuższą czy też krótszą, mogli spotkać się z ostrym narzędziem w ręku bandyty. Wtedy na ziemi żyło dużo złoczyńców, uzbrojonych nieprzyjaciół lub po prostu tacy, którzy chcieli utrzymywać się z pracy innych. - Pewnego razu - opowiadał jeden z moich pradziadków - prowadziliśmy bydło do sąsiedniego kraju, aby wymienić je na strzały do obrony przed naszymi nieprzyjaciółmi. W tym czasie ludzie tam mieszkający produkowali dobre strzały i sprzedawali po dwie za jednego wołu. Było nas dwudziestu czterech mężczyzn przygotowanych do drogi. Każdy miał łuk do obrony. Wyprowadziliśmy czterdzieści osiem wołów. Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce, w której mieszkała życzliwa nam kobieta. Rozmawialiśmy z nią długo. W pewnej chwili powiedziała nam: - Miejcie się na baczności, moi chłopcy... Idziecie przez ziemie, na której mieszkają ludzie podstępni i na pewno zaatakują was w dalszej drodze. Bądźcie odważni i ostrożni, śmiali i roztropni zarazem powiedziała. I ja przekazałem te słowa moim towarzyszom: - Ta kobieta mi powiedziała... pewne banda dobrze uzbrojona zaatakuje nas, aby porwać nam nasze woły w drodze. Musimy być czuwającymi. Nie żartujcie z tego ostrzeżenia, ponieważ tu chodzi o nasze mienie i nasze życie. Rano pewni ludzie wyszli z wioski, zanim my wstaliśmy i udaliśmy się w drogę. Gdy nasze bydło przeprowadzaliśmy przez las, wielka liczba ludzi wyszła zza drzew i nas zapytali. - Ej, przyjaciele, ej, przyjaciele! - Co to znaczy? Dlaczego nas tak witacie? - My nie przyszliśmy was zabić, ale pozostawcie nam wasze bydło i wasze bagaże. Odtąd to wszystko będzie należało do nas. - My nie ukradliśmy tych wołów powiedział nasz szef te woły kupiliśmy za nasze mienie. Nie chcemy was krzywdzić, chcemy spokojnie iść dalej, ale jeżeli wy chcecie nam zrobić coś złego, niech tak będzie! Chłopcy, naprzód!!! Wtedy ci ludzie strzelili do nas. Dwóch z nas zostało trafionych: jeden w szyję, drugi w żołądek, ale ten nie umarł. - Podejdźmy do nich, my ich zwyciężymy powiedział szef. Podbiegliśmy bliżej nich. Rzuciliśmy na nich nasze dzidy i strzały. Dwaj z nich zostali trafieni i zmarli. Jedne-mu z bandy strzała przebiła udo. Ten teraz lamentował: - Oto, mój ojcze, czyń ze mną, co chcesz". Bandyci uciekli pozostawiając w lesie dwóch zabitych i dwóch rannych. A my pochowaliśmy naszego zabitego i zabraliśmy ze sobą rannego. Szczęśliwie doprowadziliśmy woły i po-wróciliśmy do domu z zakupionymi strzałami. Od tej pory już nikt nas więcej nie atakował. Dziś opowiem wam bajkę o ludziach, którzy szukali bogactwa. Było ich dwóch, dwóch młodzieńców, którzy odeszli bardzo daleko od swego domu i zapowiedzieli, że powrócą z wielkim bogactwem. W drodze jeden z nich zapytał drugiego: - Gdzie spędzimy tę noc? Czy o gościnę poprosimy bogatego pana, czy biednego? Jego towarzysz nie odpowiedział. Szedł dalej w zamyśleniu. Kiedy zbliżyli się do domu bogatego człowieka, właściciel tego pałacu zapytał ich: - Dokąd idziecie, wy dwaj podróżni? - Poszukujemy bogactwa. - Jeśli ja ofiaruję wam woły, czy pójdziecie dalej? Pierwszy odpowiedział: - Ach, nie... ale zastanowił się jeśli pójdziemy dalej, to będzie się nami opiekował Bóg. Jeśli przyjmiemy woły tego wielkiego pana, to raczej on zajmie się nami. - Tak, to prawda odpowiedział drugi z nich - Ja jednak wolę tego pana, niż Boga. Wielki pan nie słyszał tej rozmowy dwóch młodzieńców. Po dłuższej chwili, gdy skończyli dyskutować, pierwszy powiedział: - Ja jestem za Bogiem. - A ja nie powiedział drugi moimi oczami nigdy nie widziałem Boga. Ja skłaniam się ku człowiekowi, ku temu człowiekowi. Ostatnie słowa wymówione głośniej doszły do uszu wielkiego pana. - O czym dyskutujecie? zapytał wielki pan. - Och, my prowadzimy właśnie dyskusję... - O czym? - Mój towarzysz woli Boga, ja skłaniam się ku wam, dobry panie. - Dlaczego wybrałeś właśnie człowieka? - Bo widzę go własnymi oczyma. - Ach, taaak... Jesteś więc sprytny. - A ja powiedział drugi podróżny to prawda, że ja nigdy na oczy Boga nie widziałem, a jednak jest Ten, który jest Stwórcą, a ja Go przedkładam nad wszystkich. - Dlatego też upomniał go bogaty pan odejdź stąd, ponieważ ty nie jesteś z tych, którzy mogą brać pańskie. Kiedy noc zapadła, obaj spali w domu wielkiego pana, który rano powiedział do nich: - Oto, co ja wam ofiaruję. Tobie, który wybrałeś mnie, daję 30 wołów. Tobie, który Boga wybrałeś, nie muszę nic dawać, ponieważ twój Bóg będzie się o ciebie troszczył i on weźmie na siebie obowiązek opieki nad tobą. - Co my teraz zrobimy? zapytał drugi. - Ja? Idę odebrać moje trzydzieści wołów odpowiedział nowy właściciel bydła. - A więc ja sam będę szedł moją drogą. Ale przecież ty nie będziesz mógł prowadzić tych wołów, chodź więc ze mną, razem zabierzemy nasze woły. Obaj odeszli razem z wołami. Kiedy byli już dość daleko, bogaty pan zawołał kilku najdzielniejszych spośród swoich sług i powiedział: - Oto, dlaczego was tutaj zebrałem. Nakładam na was obowiązek zabicia w drodze człowieka, który nie jest mi życzliwy. - A jak my go rozpoznamy? zapytali wysłannicy. - Ofiarowałem jedwabną chustę temu, który mnie miłuje. Ten drugi nie ma jedwabnej chusty. Dzielni wojacy wyruszyli natychmiast i maszerowali długimi krokami. Wkrótce zobaczyli dwóch ludzi, którzy popędzali przed sobą stado bydła. W stadzie było 30 wołów. Obaj szli... szli... poganiali bydło. Człowiek, który miał ufność w Bogu, oddał się cały zajęciu popędzania wołów. Człowiek chcący spodobać się ludziom, zwłaszcza bogatym, cieszył się wymachując jedwabną chustą. - To jednak jest uciążliwe tak poganiać bydło przed sobą powiedział szczęśliwy właściciel trzydziestu sztuk bydła i podał jedwabną chustę swemu towarzyszowi, aby niósł za niego. Przeszkadzała mu. Ufający Bogu założył na siebie chustę i dalej poganiał woły. Wkrótce wysłannicy bogatego pana dogonili ich. - Pozostawmy żywego człowieka z chustą powiedzieli ponieważ on bardzo kocha naszego pana. Zabijmy drugiego, bez chusty. I tak zrobili. Potem zapytali tego, którego oszczędzili: - Dokąd teraz pójdziesz, panie? - Będą dalej troszczył się o woły ofiarowane przez waszego pana. Człowiek Boga został oszczędzony. Poganiał dalej woły aż do swojej wioski. Zachował też dla siebie jedwabną chustę. Oto moja bajka-niebajka, prawda nieprawdziwa. A czy komuś z was, słuchających, zdarzyła się podobna historia? Opowiadają, że kiedyś żyła rodzina. Rodzice mieli dzieci. Było ich dziesięciu braci. Byli oni synami jednego ojca, bardzo bogatego człowieka. Pewnego dnia ojciec dał im taką propozycję: - Od dzisiaj dzielcie moje mienie, bo ja jestem już bardzo stary. Zróbcie to, zanim ja umrę, bo ja nie chcę, abyście dyskutowali nad podziałem po mojej śmierci. Chcę wiedzieć, jak się podzielicie dodał. Bracia za zgodą ojca podzielili się następująco: pierwszy otrzymał dziesięć wołów, drugi wziął dziewięć, trzeci osiem, czwarty siedem, piąty syn sześć, szósty pięć, siódmy cztery, ósmy trzy woły, dziewiąty dwa woły, a dziesiątemu pozostał jeden wół. Najmłodszy otrzymał od ojca tylko jednego wołu, nic więcej. Po roku ojciec zwrócił się do swoich synów: - Dziś mam chęć na zjedzenie kawałka wołu, moje drogie dzieci. Jeszcze żyję i chcę skorzystać z waszej dobroci. Proszę was o jednego wołu. Może już za rok nie będę mógł was o to prosić. Mam apetyt na wołowe mięso. Żaden z synów nie odezwał się. Wszyscy milczeli. Dlatego ojciec zwrócił się do najstarszego, któremu dał dziesięć wołów: - Mam chęć zjeść coś z wołu. Jeśli chcesz, daj mi jednego z twoich wołów. - Mam dziesięć wołów, tak, to prawda odpowiedział pierworodny syn ale wiesz, ojcze, przez ten rok ja nie mogłem powiększyć mojego stada. Mam tylko dziesięć, tylko tyle, ile otrzymałem od ciebie. Jeśli oddam jednego wołu, już nie będę bogatszy od mego młodszego brata. On ma dziewięć wołów i ja też miałbym tylko dziewięć. Ojciec kazał zawołać drugiego syna, któremu dał dziewięć wołów, i ponowił życzenie mówiąc do niego tak samo, jak do swego pierworodnego. - Tak, rzeczywiście powiedział drugi syn to zrozumiałe, że chcesz zjeść coś z wołu, ale ja nie mogłem jeszcze kupić innego wołu, ja mam tylko dziewięć wołów, wszystkie otrzymane od ciebie, mój ojcze. Jeśli dam ci wołu, zostanę z ośmioma i nie będę bogatszy od mego młodszego brata, który ma też osiem wołów otrzymanych od ciebie, mój ojcze. Trzeci syn usłyszał tę samą prośbę ojca: - Moje drogie dziecko, daj mi jednego wołu. Mam chęć zjeść coś z wołu. Ty widzisz, jak ja się zestarzałem. Daj co coś z tego, co posiadasz, abym ja mógł zjeść, póki jestem przy życiu. Przecież wy nie oczekujecie na to, abym... - Ojcze przerwał mu syn to wszystko prawda, ale ja jeszcze nie powiększyłem stada wołów, które od ciebie otrzymałem. Jeśli oddam jednego, nie będę bogatszy od mego młodszego brata. Ojciec przywołał czwartego syna i też go poprosił o wołu. Ale czwarty syn odpowiedział tak samo, jak poprzedni, starsi jego bracia. Wtedy ojciec zawołał piątego syna i prosił go o to samo, co starszych jego braci. - Ja powiedział ojciec ja nie wezmę więcej, tylko jednego, naprawdę tylko jednego wołu. - Tak, ojcze, to byłoby dobrze, gdybyś spełnił swoje pragnienie. Ale ja ci dać nie mogę. Nie dokupiłem jeszcze innych, mam tylko te sześć wołów otrzymanych od ciebie. Szósty syn też nie mógł, jak powiedział ojcu, ofiarować mu jednego z pięciu otrzymanych wołów. Ojciec przywołał siódmego syna, któremu dał cztery woły. Syn był bardzo zmartwiony, że nie może dać wołu, gdyż na razie nie ma ich więcej, niż otrzymał. Ósmy syn odpowiedział ojcu: - Mam trzy woły, które mi dałeś. Jeszcze nie dorobiłem się na tyle, aby dokupić czwartego. Jeśli spełnię twoją prośbę, pozostaną mi dwa, właśnie tyle, ile ma młodszy mój brat. Przybył także dziewiąty syn. Ojciec zapytał go, czy zechce mu dać jednego z dwóch wołów, które otrzymał? - To prawda, mój ojcze, że mam dwa woły i dobrze wiesz, że przez ten rok nie mogłem nabyć trzeciego. Jeśli weźmiesz mi jednego, zostanie tylko jeden, samotny wół. Ojciec kazał przywołać co siebie najmłodszego syna. - Synu, nie dla zwykłej przyjemności kazałem cię zawołać, ponieważ wiem, że ty nie masz więcej, niż jednego wołu, który ci dałem przed rokiem. Ale dziś ja mam chęć zjeść coś z wołu. Ja już prosiłem o to samo każdego z twoich braci, ale oni wszyscy odpowiedzieli mi, że nie mogą spełnić mojej prośby, ponieważ mają tylko tyle, ile otrzymali ode mnie. Zniechęciłem się do nich i nie mam więcej odwagi ponowić mojej prośby. Najmłodszy syn zapytał swego ojca: - Powiedz mi, ojcze, dlaczego ty prosisz o mojego wołu? - Och powiedział ojciec ja nie proszę o wiele, ale tylko o jednego wołu. Nie będę jadł dużo, tylko troszeczkę, jakby symbolicznie. Wy wszyscy jesteście moimi dziećmi, dlatego ja prosiłem o to każdego z was. - Jeśli tak jest powiedział najmłodszy to ja ofiaruję ci tego wołu, którego mi dałeś przed rokiem, chociaż jest on jedynym, jaki posiadam. - Ale jakże ja mógłbym go wziąć powiedział ojciec skoro ty masz tylko jednego. Jeśli ja go wezmę, tobie nie pozostanie nic więcej. - Tak, to prawda, ojcze powiedział najmłodszy syn ja nie będą miał ani jednego wołu. Idę poszukać sznura. Poszedł, znalazł sznur, uwiązał wołu, przyprowadził i ofiarował swemu ojcu. Wół został zabity. Bracia robili wymówki najmłodszemu: - Aleś ty głupi! Będziesz w tarapatach, zobaczysz. Ojciec się zestarzał, więc ma takie zachcianki. Po kilku dniach ojciec umarł. Po dwóch latach od jego śmierci nastał rok posuchy. Ktoś doradził młodszemu we śnie: "W tym roku nie siej ryżu na zboczu pagórków, ale zasiej w miejscu, gdzie woda zawsze stoi rozlewiskiem". I on zasiał ryż w miejscu obficie zalanym wodą, a zrobił to w kilku ryżowiskach pełnych wody. Kiedy ryż zaczął wychodzić z błota, nastała susza. Wszystek ryż zasiany na zboczach wysechł, zanim pojawiły się ziarna. Nie było plonów. Tylko on jeden, tylko on jedyny zebrał obfity plon. Ryż sprzedawał i za uzyskane pieniądze kupił sześć wołów. Następnego roku ojciec powrócił, aby powiedzieć mu we śnie: "Tym razem nie pracuj na ryżowiskach w błocie, ale obsiej pola suche, gdyż tego roku przyjdą bardzo ulewne deszcze". Najmłodszy syn przygotował pod zasiew pola na szczytach i zboczach pagórków, a w tym czasie jego dziewięciu braci zapracowywało się w błocie pamiętając o zbiorach roku poprzedniego. Kiedy ryż był jeszcze mały i słaby, powodzie zniszczyły wszystkie uprawy. Tylko ryż najmłodszego z braci rósł dobrze. Tego roku musiał powiększyć zagrodę dla wołów, ponieważ tym razem kupił ich dwanaście za jednym razem. Jego bracia mu zazdrościli. Ale on, najmłodszy, wytłumaczył im: - Nie zazdrośćcie mi, ponieważ wy nie spełniliście życzenia naszego ojca, który prosił każdego z was o wołu. Chciał was wybadać. Chciał przekonać się, czy go miłujecie tak, jak syn powinien ojca miłować i szanować. Ja dałem mu do wołu, kiedy miał chęć do jedzenia, dlatego teraz mi doradza, gdzie w danym roku mam uprawiać ryż. Ale ojciec zabronił mi o tym mówić wam, moim braciom. Oto, czego dowiedziałem się w moich snach. I tu koniec mojego opowiadania. Czy to jest tylko bajka? Opowiadali mi starcy, że kiedyś był-żył na wschodzie człowiek, którego nazywali Złodziejem. W tym samym czasie był-był na zachodzie człowiek, który miał na imię Oszust. Pewnego razu Złodziej opuścił swoją wioskę i udał się na zachód, a w tym samym czasie Oszust wyszedł ze swojej wioski i poszedł na wschód. Obaj mężczyźni spotkali się w dolinie i pozdrowili się. Pozdrawiali się długo, jak to bywa w naszym malgaskich zwyczaju. Potem zaczęli rozmawiać. Pierwszy niósł łopatę, drugi ptaka w koszyku. I tak obaj zaczęli się wypytywać: - Co niesiesz? - zapytał Złodziej. - Niosę łopatę, aby zamienić ją na kurę powiedział Oszust. - O, jak dobrze się składa ucieszył się Złodziej bo ja niosę w koszyku kurę, którą zamierzam wymienić na łopatę. - To nazywa się szczęściem prawdziwym powiedzieli obaj jednocześnie, ponieważ każdy z nich potrzebował to, co chciał mieć drugi. Zamienili się. - Ale powiedział Złodziej nie otwieraj koszyka w drodze, bo kura jest dzika, bardzo płocha, a nie jest związana. Gdybyś otworzył, uciekłaby ci i poniósłbyś stratę. - Rozumiem odpowiedział Oszust moja łopata jest nowa i trzeba trochę odczekać, aż wyschnie farba. Dokonawszy zamiany każdy z nich powrócił do domu szczęśliwy, że nie musiał iść zbyt daleko. Kiedy Złodziej wszedł do swego domu, otworzył koszyk, z którego wyleciała wrona. Kiedy Oszust chciał przygotować grządki pod warzywa, łopata rozleciała się, bo była z gliny pomalowanej grafitem. Każdy z nich powiedział to samo: "Obaj mamy taki sam rozum". A. Sprzeczka między Niebem, a Ziemią. Na początku Niebo i Ziemia były tak blisko siebie, jak brat i siostra. Za towarzysza i pocieszyciela mieli Księżyc. Pewnego dnia, jak to zdarza się niejednokrotnie między rodzeństwem, rozgorzał zaciekły spór między nimi i skończył się walką zapalczywą. Ziemia, która była ozdobiona bardzo różnorodnymi kolorami, pulsowała i poruszała się tak, aż wreszcie dopięła swego. Z jej powłoki wytrysnęły kolosalne skały i wysokie góry, które dosięgły Nieba. Wtedy Niebo zaczęło bombardować je gwiazdami bojąc się, że góry i skały przedziurawią powłokę i przedostaną się do Nieba. Ta walka zaniepokoiła mieszkańców Nieba i mieszkańców Ziemi, którzy wspólnie poprosili Księżyc o interwencję. Zmieszali łzy ze swoimi modlitwami, a ich płacz był tak wielki, że łzy przemieliły się w deszcz, a z deszczu powstały rzeki, morza i oceany. Wreszcie Księżyc doprowadził do zgody pomiędzy Niebem, a Ziemią, ale już nigdy ich nie pojednał ze sobą. Dlatego góry nie chcą się obniżać, przeciwnie, pragną wciąż wznosić się ku Niebu. Niebo zaś nie przestaje zsyłać deszczu w nadziei, że zmiękczy skały. B. Sprzeczka między Bogiem, a Ziemią. Bóg i Ziemia zawsze żyły w doskonałej zgodzie. Ale pewnego dnia został stworzony nietoperz. Bóg uznał go za obrzydliwego i odrażającego, zaś Ziemia wystąpiła w jego obronie i prosiła o litość dla niego. - On ma prawo do życia tak samo, jak wszystkie inne stworzenia argumentowała Ziemia Proszę Cię, Boże, zostaw go dla mnie. - Dobrze, niech tak będzie zawyrokował Bóg Ja ci go daję, ale pod jednym warunkiem. - Zrobię wszystko, co tylko zechcesz pospiesznie obiecała Ziemia. - Ja proszę cię tylko o to, abyś zabroniła mu patrzeć na mnie, ponieważ on napełnia mnie obrzydzeniem. Dlatego nietoperz zawiesza się u sufitu czy pod drzewami zawsze głową na dół, aby patrzeć w ziemię, a nigdy nie w niebo. C. Stwórca Wysoki i Stwórca Niski. Na początku były dwie istoty jednakowo potężna, jednakowo mądre, jednakowo piękne. Ale któż mógłby powiedzieć, skąd one przybyły? Obie te istoty żyły w doskonałej zgodzie. Nieraz dyskutowały między sobą, nieraz pocieszały się. Jedna mieszkała na górze, druga na dole. Odkąd ludzie żyją na ziemi, jedną z tych istot nazywają Stwórcą Wysokim, a drugiej dali imię Stwórca Niski. Pewnego razu Stwórca Niski bawił się robieniem figurek z gliny. Powstawali mężczyźni, kobiety, ptaki, ryby, najróżniejsze zwierzęta dzikie i domowe. Ze swego dzieła był zadowolony i pragnął dać im życie. Myślał, że ożyją, jeśli wleje w nie krew. Zrobił to, ale figurki nie ożywiły się. Zniechęcony pozostawił je przestając się nimi zajmować. Pewnego dnia zaczął padać deszcz i rozmiękczył niektóre z figurek. Stwórca Niski zauważył to i poruszony wyrzutami sumienia zabrał do groty te, które przetrwały deszcz i pozostały nieuszkodzone. W tym czasie Stwórcy Niskiemu do oświetlenia służył tylko ogień, gdy tymczasem Stwórca Wysoki korzystał ze światła słońca. Oto pewnego ranka, kiedy Stwórca Wysoki zabawiał się słońcem, zauważył w dole swego przyjaciela, który bawił się figurkami. On także nabrał chęci na zabawę tymi figurkami. - Przyjacielu powiedział Stwórca Wysoki daj mi kilka tych figurek, a ja dam im życie. Aby wynagrodzić ci spełnienie mojej prośby, dam ci wspaniały podarunek: ofiaruję ci światło mego słońca. Stwórca Niski nie zgodził się na przekazanie swemu przyjacielowi wszystkich figurek. Ofiarował mu jedynie ryby i rośliny. Stwórca Wysoki nie był w pełni zadowolony z daru, ponieważ chciał przede wszystkim figurki kobiet, które wydawały mu się bardzo ładne. - Ja ci ich nie dam odparł Stwórca Niski zanim nie ożywisz ich u mnie. Wtedy Stwórca Wysoki tchnął ducha we wszystkie gliniane statuetki. Wszystkie zaczęły żyć. Ludzie zaczęli pracować, rośliny rosnąć, zwierzęta szukać pożywienia. - Teraz wypełnij swoją obietnicę, przyjacielu powiedział Stwórca Wysoki Ja dałem im dech życia, a tobie dałem słońce. Stwórca Niski nie chciał nic słyszeć o oddzieleniu go od zabawek i obaj Stwórcy zaczęli się przekomarzać, dyskutować, nawet kłócić. Od tej pory Stwórca Wysoki przez cały czas, od powstania aż do ich śmierci, stara się wyciągnąć dech życia ze stworzeń ukształtowanych przez Stwórcę Niskiego. Za każdym razem, kiedy człowiek albo zwierzę umiera, każdy z dwóch stwórców zabiera to, co od niego pochodzi i do niego należy. Ten z wysoka zabiera tchnienie życia, ten z niska zatrzymuje ciało. Ale to wciąż powoduje kłótnie, a spory są powodem żalu, cierpienia i choroby na ziemi. Kłótnie są też źródłem wszelkich obrzydliwości: wojen, burz, huraganów, powodzi... Gwiazdy są szlachetnymi kamieniami, które dzięki Stwórcy Wysokiemu świecą, aby przyciągnąć kobiety do Niego. Księżyc jest Jego okiem, które pozostaje zawsze otwarte mniej lub więcej, aby czuwać nad swym nieprzyjacielem. Stwórca Niski jest przyjacielem człowieka, ten z wysoka stara się tylko o jego zniszczenie. D. Skąd mamy ryż, Pewnego dnia wraz z kroplami deszczu spadły ziarna ryżu na ziemię. Te, które spadły w bagna, zaczęły rosnąć. Ujrzawszy tę nową roślinę ludzie bardzo zaciekawieni zapytywali się, co to może być. Niebo usłyszało to pytanie i wysłało Grom, aby ludzi pouczył o nowej roślinie. - Słuchajcie mnie powiedział Grom ta roślina jest wysłana do was przez Stwórcę. On pragnie, abyście zasiewali ziarna. Nie zniechęcajcie się, zwłaszcza gdy mnie usłyszycie, jak grzmię, ponieważ wtedy mój brat, Deszcz, zacznie padać i spowoduje wzrost rośliny. Dzięki temu ziarnu nigdy nie zaznacie głodu. Niech cały kraj pokryje się ryżowiskami, niech wygląda jak dywan z aksamitu, a moje grzmienie pozostanie wam na zawsze zapewnieniem, że o was nie zapomniałem. Inni ludzie opowiadają, że ryż został przyniesiony z nieba przez ptaszka zwanego Kardynałem. Stwórca rozkazał wezwać do siebie tego ptaszka i zlecił mu zaniesienie na ziemię nasion ryżu. Ten mały ptaszek nauczył też mieszkańców ziemi, w jakiej porze roku najlepiej siać ryż, jak oczyszczać pole z chwastów, ochraniać przed kradnącymi ptaszkami, zbierać, oczyszczać i przechowywać. Skończywszy swoją misję ptaszek wzniósł się do nieba, aby zdać sprawozdanie Stwórcy. Oczarowany opowiadaniem ptaszka Stwórca rzekł: - Chcę, aby odtąd, na pamiątkę dobrze wykonanej przez ciebie usługi wobec ludzi mówię ja, Stwórca - twoi przodkowie corocznie zmieniali kolor piór w czasie, gdy kłosy ryżu stają się dojrzałe. Wasze pióra staną się jaskrawo czerwone i pozostaną takie aż do końca żniwa, aż zostanie zabrany z pola ostatni kłos. Każdego roku, gdy ludzie ujrzą wasze czerwone piórka, rozpoznają, że zbiór ryżu jest już blisko, więc będą mogli przygotować się do tego szczęśliwego wydarzenia. I od tego czasu Kardynał przybiera tak piękny kolor, gdy zaczyna się pora ciepła z dużymi deszczami, czyli od listopada do marca. Podczas pory chłodniejszej piórka Kardynała są zawsze szare. E. Pszczoła. Kiedy Bóg oddzielił Ziemię od Nieba, zwołał wszystkie zwierzęta, aby wyznaczyć każdemu jego właściwe zadanie. Najpierw Stwórca zajął się pszczołą, do której wygłosił taką przemowę: - Ty jesteś zręczna i cierpliwa. Będziesz tkała obrusy i nikt ci w tej sprawności nie dorówna. Te obrusy będziesz mogła sprzedawać albo wymieniać i dzięki temu zarobisz dużo pieniędzy. Będziesz bardzo bogata. Pszczoła zaraz zabrała się do pracy. A że była inteligentna i nigdy nie zmęczona, jej handel szybko przyniósł jej wielkie zyski. To nie przeszkadzało jej produkować też miód. Oszczędna i roztropna, chciała też odłożyć dla siebie nieco miodu. Nie wiedząc, jak to uczynić, wzniosła się do nieba, aby poradzić się Stwórcy. Ten przyjął ją bardzo uprzejmie i okazał duże zainteresowanie jej problemem. - Słuchaj powiedział jej ponieważ umiesz tkać tak piękne obrusy, mogłabyś spleść z nich dom i w nim zamieszkać. Tam będziesz składała jajeczka i miód. Zrób w swoim domu dużo małych pomieszczeń. Ty zamieszkasz w jednej części, zaś w drugiej przechowasz swoje zapasy. Uszczęśliwiona takimi radami pszczoła sfrunęła na ziemię i od razu zabrała się do pracy. Wybrała spróchniały pień drzewa i zaczęła budować ściany i podłogi. Ona robiła wnętrze swego domu tak, jak tka się obrusy, ale ściany nie pozostały miękkie, przegrody stwardniały i stały się woskiem. Taka była wola Stwórcy, aby były to małe komórki z wosku. Potem pszczoła udała się do swoich przyjaciół, kwiatów, które wielkodusznie ofiarowały jej nektar. Teraz szybko, bardzo szybko, pszczoła złożyła otrzymany nektar do małych komórek, w których nektar przekształcił się w miód, w bardzo smaczny miód z Madagaskaru! Kiedy zapełniła miodem wszystkie spichlerze, pszczoła zabrała się do tkania obrusów. I wszyscy przychodzili, aby kupować u niej pachnący miód i kolorowe obrusy. Ale, niestety, to nie mogło trwać długo. Taka pomyślność - wcześniej czy później - kończy się powstaniem zazdrości, a zazdrość przekształca się w zawiść. Pszczoła nie przejmowała się tym, ponieważ nie mogłaby się obejść bez ładnych obrusów, a tym bardziej bez pachnącego miodu. Jej sklep przynosił duży zysk. Aż pewnego dnia poważnie zaniepokoiła się, gdyś zauważyła, że skradziono jej miód, kiedy była zajęta robieniem obrusów. Znikały obrusy, gdy wychodziła odbierać ofiarowany jej przez kwiaty nektar. Pszczoła ruszyła w drogę do nieba, aby poradzić się Stwórcy. Lecz tym razem Stwórca nie chciał interweniować. Powiedział tylko, że między mieszkańcami Ziemi zawsze są kłótnie i waśnie, a on pragnie spokoju. - Bez wątpienia masz rację powiedział Stwórca ale broń się sama, jak potrafisz. Ja pozostawiam ci wolny wybór i nie potępię cię bez względu na środki, jakich użyjesz w obronie własnej i swojego mienia. Pszczoła powróciła na ziemię, bardzo rozczarowana. Zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić, aby się bronić. Gdy powróciła do swego domu, wpadła w straszną złość, gdyż korzystając z jej nieobecności zazdrośnicy wszystko splądrowali i rozkradli. I wtedy jeszcze raz wzniosła się do nieba i oświadczyła Stwórcy, że nieużyteczną jest praca. Odtąd będzie siedziała z założonymi rękami. Stwórca wysoko cenił tę, która na ziemi produkowała miód, teraz zastanowił się przez chwilę i powiedział: - Nie poddawaj się zniechęceniu, przeciwnie, odważnie zabierz się do pracy. Aby takie klęski nie ponawiały się, daję ci bardzo skuteczny środek obronny. On sprawi, że będą uciekać złodzieje, chociaż nie będziesz ich zabijać. Ta broń sprawi, że doznają bolesnego ukłuciu. Jeśli chociaż raz doświadczą tego bólu, zawsze będą wahać się, czy warto cierpieć kradnąc owoce twego trudu. Ale od tej pory zajmuj się tylko produkowaniem miodu, ponieważ nie można być wszędzie jednocześnie. Pszczoła wyposażona w żądło zeszła na ziemię. Nie troszcząc się więcej o wyplatanie obrusów, udoskonaliła produkcję miodu i stała się nieusuwalną królową. F. Tabaka. - Kukuru... Kukuruuu... Kuku kukuruuuu... śpiewał Ptaszek Deszczowy siedząc na wysokim drzewie - Kukuru... jak ja się dobrze czuję, gdy wilgoć nasyca moje pióra. To ona sprawia mi wielką przyjemność. Kukuru... niech szybko przybywa deszcz, ulewny deszcz! Chociaż deszcz jeszcze nie pada, złowieszczy spokój cięży nad wszystkim i Ptaszek Deszczowy to czuje, to lubi, więc cieszy się. Nagle wiatr wciska się w drzewa hucząc i pędząc przed sobą trąby wody. Deszcz pada przez długie godziny. Rzeka przybrała, rozlewając się szeroko. Równina zniknęła pod wodą. Wkrótce wiatr ustał, ale deszcz wciąż padał spokojnie i regularnie. Z małej chatki wyszła kobieta i spojrzała na zalane pole manioku. Zbiór będzie stracony... Fatalistka wzruszyła ramionami i powiedziała do siebie przysłowie: - Jutro będzie dzień i słońce jeszcze zaświeci. Tak się stało. Na drugi dzień słońce świeciło, a ziemia pomagała słońcu wypić wszystką wodę, która spadła z nieba. Kobieta odważnie wzięła się do pracy. Zaczęła zgarniać błoto ze swego pola. A w błocie odkryła nieznane ziarna. Wybrała je z błota i zasiała przy swoim domu. Przez jakiś czas wcale nie myślała o nich, aż pewnego dnia spostrzegła, że rośliny rosną. Kobieta ścięła liście i wysuszyła na słońcu. Ich zapach był przyjemny, więc ona ubiła je i ułożyła w małe paczuszki, owinęła w liście, oplotła, obwiązała sznurkiem i pocięła na małe kawałeczki, aby je żuć. Zazwyczaj wieczorem mieszkańcy wioski zabawiali się. Tym razem urządzili zawody, kto splunie najdalej. Kobieta, która żuła swoje liście, jeden raz poruszyła swoimi wargami i splunęła. Jej ślina przeleciała ponad wszystkimi innymi. Wszyscy obstąpili ją i wypytywali o tajemnicę. Kobieta powiedziała: - To jest coś pachnącego, co mam w ustach Ale to coś nieco upaja człowieka. - Czy ty możesz nam to sprzedać? zapytywano Jaka jest cena? - To kosztuje bardzo drogo powiedziała kobieta - Paczka za wołu. Trzech młodzieńców kupiło paczkę. Z czasem każdy chciał mieć trochę proszku z liści, albo nawet cały liść. Niektórzy wymyślili rolowanie liści i przykładanie ognia z jednego końca. Wdychanie dymu uznali za cudowne. Król usłyszał o tym cudownym produkcie i kazał wezwać kobietę. Ona pośpiesznie udała się do króla zabierając kilka liści. Ale kobieta była bardzo przezorna. Królowi pokazała tylko marnej jakości proszek i dała mu skosztować. Król brał do ust i żuł, potem proszek owinął w cieniutki, delikatny papier i zapalił z jednego końca. Smak i zapach wydał mu się bardzo przyjemny. Król prosił tę kobietę o kilka liści, ponieważ już nie mógł obejść się bez tych liści od czasu, kiedy po raz pierwszy skosztował tej rośliny upajającej. Potem król wypytał szczegółowo kobietę. - To jest tajemnica odpowiedziała i nie może być znana nikomu, jak tylko królowi i królowej. Król nie był w ciemię bity i szybko zrozumiał słowa tej kobieta. A że kobieta była bardzo ładna, nikt się nie zdziwił, jak wkrótce odbyło się ich wesele. Oto historia o znalezieniu tabaki, rośliny upajającej, ale też historia o prostej kobiecie, która stała się królową. G. Brzydkie mięso. Starzy ludzie opowiadali, że pewnego dnia zmarł syn bogatego człowieka. Starzy ludzi napisali, że pewnego dnia zmarła córka bogatego człowieka. Jak zawsze bywało, schodziła się cała rodzina, wszyscy krewni i przyjaciele. Pierwsi zabrali głos przybyli: - Oto my wszyscy przybyliśmy. Wieczór zapada, postąpmy według naszych zwyczajów. Teraz w swojej kolejności przemówił ojciec zmarłego dziecka. - Pozwólcie! Jeżeli rodzina ma się dobrze, ja też się cieszę i pragnę tego samego. Ale jeżeli wy nie zgadzacie się ze mną, ja także się nie zgadzam. Co myślicie o tym, jeżeli za waszą zgodą zastąpiłbym zwłoki naszego ukochanego dziecka na mięso wołu. Ja doświadczam wielkiego smutku i chciałbym zachować jego ciało. Spójrzcie, jak jest piękne ono, które właśnie dziś zmarło! Nie zjadajmy tego pięknego ciała! Oto propozycja, którą ja wam przedkładam do rozważania i pragnę, abyście się ze mną zgodzili. Jednakże ja odwołuję to, co powiedziałem, jeżeli większość z was nie zgadza się ze mną. Propozycja była czymś całkowicie nowym. Ludzie byli przyzwyczajeni do spożywania ciał zmarłych. Część wysyłano nawet dla rodziny szefa. Teraz zebrani zaczęli zastanawiać się i dyskutować. Już ranek zaświtał, a oni wciąż debatowali. Wreszcie orzekli: -To wydaje się możliwe, ponieważ wszystkie nasze rozmyślania obracały się właśnie wokół tej propozycji. Jeśli zmiana naszego zwyczaju nie byłaby możliwa, myśli większości nie byłyby skoncentrowane na tym problemie. Oto, co myślą wasi krewni, o, wy, pogrążeni w smutku rodzice zmarłego dziecka. Cierpienie, którego z powodu śmierci waszego dziecka doświadczacie, jest wspólne nam wszystkim. Każdy troszczy się o to, co jest mu drogie. A więc, czy my mamy powiększać wasz ból zniszczeniem pięknego ciała waszego dziecka? Czyż my będziemy mniej zadowoleni, jeśli mięso wołu zastąpi ciało waszego dziecka? Jednakże to mięso zastępujące ciało zmarłego człowieka nazwiemy "brzydkim mięsem". Będziemy spożywali mięso wołu. Nie będziemy posyłali porcji tego mięsa dla naszego szefa. Otrzyma każdy, kto przyjdzie i wyrazi swoje współczucie rodzinie zmarłego. Tylko obecny będzie miał udział w tym posiłku. Nie zapomnimy o dzieciach, które zamieszkują razem z nami. My je uczcimy tak, jak się u nas praktykuje. I od tej pory na Madagaskarze obowiązuje nowe prawo. Gdy ktoś umrze, w wiosce podnosi się wielki lament, wrzask i krzyk, aby powiadomić ludzi przebywających na swoich polach, że powinni powrócić do wioski i wieczorem wziąć udział we wspólnym posiłku. Malgasze zjadają "brzydkie mięso" wołu, które zastępuje "ładne ciało" zmarłego człowieka. Mówi się "brzydkie mięso" także dlatego, aby przypomnieć, że nie był pięknym zwyczaj spożywania ciał ludzkich. Są dwa wyjątki. Nawet po śmierci nie można nazwać "brzydkim" króla, więc na pogrzebie zmarłego króla spożywano po prostu "mięso". Kiedy ktoś umrze z dala od rodzinnego grobu, po kilku latach rozkopuje się grób i sprowadza się jego (osiem) kości do wioski. Przy posiłku z okazji powtórnego pogrzeb mięsa wołu też nie można nazwać "brzydkim", ponieważ ten dzień jest świętem radości: zmarły po latach powrócił do rodziny. Jego szczątki ("osiem kości") składa się w rodzinnym grobie i w tej chwili dusza zmarłego łączy się z Bogiem Stworzycielem. Kiedyś chora prosiła wróżbitę, aby ją wyleczył. Wróżbita rozpoznał chorobę, dał odpowiednie lekarstwo, ale wskazał na przyczynę choroby. Przodkowie obrazili się na nią, ponieważ praktykowała dawny zwyczaj. Jadła ciała zmarłych ludzi. Od tej pory minęło z tysiąc lat. Jeszcze są ludzie, którzy nadal są przekonani, że ciało zmarłego może uleczyć chorego człowieka. Zdarza się, że jeszcze teraz do pokarmu dodają odrobinę sproszkowanej kości zmarłego. Ale przez to narażają się na chorobę (karę) zsyłaną przez Stwórcę. Tak nauczają wróżbici umiejący leczyć chorych (lekarstwami tradycyjnymi, zwłaszcza ziołowymi). Był wczesny ranek. Wojownik z dzidą w ręku i ciężkim karabinem na plecach przechodził przez centralny plac, na środku którego na jednym z ramion wypolerowanego drzewa była osadzona czaszka wołu o wielkich rogach. On szedł, aby dołączyć się do grupy innych wojowników, którzy przysiadłszy na piętach oczekiwali przed domem wznoszącym się na palach. Jak nowoprzybyły, każdy z wojowników nosił tę samą broń, tylko dzidy były oparte o dom króla. Co robią ci wojownicy o tak wczesnej porze? Oczywiście, oczekują królewskich rozkazów. Król zdecydował wtargnąć do sąsiedniego królestwo i zaatakować niespodziewanie. Chwilowo król był zajęty rozmową z wróżbitą, który badał, czy wybrany dzień jest szczęśliwy dla atakującego. Dlatego wróżbita radzi się losu. Położył na obrusie dziwaczne przedmioty: koguci pazur, kość indyka, okrągły i gładki kamień, drewienko, a przede wszystkim ziarna. Były to ziarna białe, czerwone i czarne. Poruszając końca-mi palców wróżbita mruczał pod nosem wezwania skierowane do przodków. Następnie zebrał wszystkie ziarna, zacisnął w pięści i szybkim ruchem rzucił przed siebie. Utworzyły się figury rytualne, które tylko wróżbita potrafił wyjaśnić. Przyglądał się im przez chwilę. Wreszcie podniósł głowę i oznajmił, że ten dzień jest szczęśliwy do zaatakowania. Król wyszedł z domu wróżbity i wydał rozkazy wojownikom. Kiedy król z wróżbitą rozpoznali wolę przodków, przekonany o zwycięstwie król rozważał, jakie manewry trzeba zastosować w walce, mieszkańcy sąsiedniego królestwa rozpoczynali zwyczajny dzień i wszyscy spokojnie udawali się do swoich obowiązków. Ten poranek był dla nich podobny do każdego innego: rolnicy pracowali na ryżowiskach, kobiety młóciły i oczyszczały ryż, rybacy łowili, dzieci bawiły się... Pewien starzec siedział na placu w miejscu przeznaczonym dla przemawiających i usłyszał dziwny hałas. Wydawało mu się, że coś na drzewie przesuwa się i wydaje lekkie tchnienie. Starzec spojrzał na drzewo i zobaczył węża. Wąż byłą długi i miał czarne i żółte plamy. Starzec miał bardzo słaby wzrok, ale rozpoznał, że wąż utkwił w niego swoje oczy zimne, przenikające i tajemnicze, jak przeznaczenie. - Jestem wężem, waszym przyjacielem powiedział mam ważną wiadomość do przekazania mieszkańcom tej krainy. Zwołaj wszystkich. Starzec, choć zdziwiony, posłuchał. Donośnym krzykiem zwołał wszystkich mieszkańców wioski. Gdy wszyscy się już zebrali, wąż wszedł na podwyższenie, wspiął się na swoim ogonie i zrobił tak, jak każdy przemawiający: podniósł głowę, rzucił szerokie spojrzenie na wszystkich zebranych i rozpoczął uroczyście: - Ludzie z całego tego królestwa, słuchajcie mnie! Wszedłem aż na podwyższenie zarezerwowane dla przemawiających, aby wam oznajmić, że przyszedł zły dzień. Trzeba natychmiast uciekać, ponieważ król z sąsiedniej krainy na czele swych wojowników zaatakuje was. Już radził się wróżbity, już zadecydował atakować was, już jest w drodze razem z wojownikami. Uciekajcie, ponieważ nie jesteście przygotowani do obrony. Lepiej pozostawić na łup swoje plantacje i na spalenie domy z całym majątkiem, niż umrzeć pod niezliczonymi dzidami. Ja skryłem się w drzewie i usłyszałem jego rozmowę z wróżbitą. Uciekajcie! Ukryjcie się w głębokim lesie! Powiedziałem! Wąż zniknął. Wszyscy porzucili rozpoczęte prace. Rolnicy pozostawili na ryżowiskach swoje narzędzia, kobiety opuściły kłosy ryżu w wielkich drewnianych moździerzach, rybacy zostawili sieci w wodzie. Dzieci i starcy wyszli z domu lamentując i krzycząc kierując się do lasu. Jednak kilku mieszkańców pozostało w wiosce żartując z węża-mówcy i dyskutując. Słońce jeszcze nie doszło do środka nieba, kiedy król i jego wojownicy wyszli z lasu i zaatakowali wioskę. Posuwali się bardzo ostrożnie. Kiedy weszli do wioski, zdziwili się wielce panującą tu ciszą. Wierząc, że mieszkańcy jeszcze śpią, król wydał rozkaz do ataku. Deszcz strzał spadł na słomiane dachy. Nieroztropni, którzy nie chcieli słuchać węża, pochowali się w swoich domach. Kiedy atakujący podkładali ogień, opuścili swoje domy wrzeszcząc i wyjąc. Oczywiście, nie uniknęli masakry i żałowali trochę za późno, że nie uwierzyli przestrodze węża. Król i wojownicy powrócili do swojego królestwa. Byli zwycięzcami, ale nie pokonali zaatakowanej krainy. Kiedy ludzie powrócili z lasu do wioski, zebrali się na głównym placu i postanowili: - Niech wszyscy z naszych potomków, którzy zabiją węża, naszego wybawcę, będą przeklęci i niech spotka ich ten sam los, jakiego doznali ci, którzy wężowi nie uwierzyli. Kto nie uszanuje węża, niech będzie pomniejszony, jakby przestał być człowiekiem! Oto, dlaczego ludzie mieszkający na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru nigdy nie zabijają węża z tego gatunku, który uratował życie ich przodkom. Kiedy ktoś spotka na ścieżce węża, też mu nie przeszkadza spać i wygrzewać się w słońcu. Był-żył młodzieniec, który nazywał się Myśliwy. Dorósł już do wieku, w którym mężczyźni wybierają sobie jedną z dziewcząt na żonę, ale Myśliwy był bardzo wybrednym w wyborze narzeczonej. Dziewczęta z jego wioski i z wiosek sąsiednich nie potrafiły wykazać się posiadaniem takich przymiotów, jakie on oczekiwał u swojej wybranej. Myśliwy ponad wszystko lubił polowanie. Często podróżując widział wiele, poznał dużo ludzi i ich zwyczajów. Pewnego razu polował w lesie przez dziesięć dni i ostatniego dnia ujrzał samotnie stojący wielki dom. Zdziwił się, ponieważ cały ten dom był zbudowany z żelaza i z żelaza było też wysokie ogrodzenie. Tu mieszkała Ogoniasta, która była potworem mającym ogon. Miała córkę, której nadała imię Przepiękne Oczy. Młodzieniec słyszał o matce, ale nic nie mógł wiedzieć o jej córce, ponieważ Ogoniasta zazdrośnie strzegła Przepięknych Oczu. Ukryta przed spojrzeniami ludzi nie mogła wychodzić z domu, a tylko czasami otrzymywała pozwolenie na spacer w obrębie ogrodzenia, kiedy matka była pewna, że w pobliżu nie ma nikogo z ludzi. A ta panienka była najbardziej czarującą dziewczyną świata. W tym czasie Przepiękne Oczy była sama w domu, ponieważ o wschodzie słońca jej matka udała się do lasu na poszukiwanie pewnych ziół, aby przyrządzić z nich czarodziejskie soczki. Ogoniasta była przebiegła, dlatego w czasie jej nieobecności potężny talizman pilnował córkę. Talizman też miał imię i był nazywany Troską. Dla przygodnego człowieka był tylko małym rogiem wołu wykładanym drobnymi i różnokolorowymi perłami. Ten przedmiot dla niewtajemniczonych służył wróżbitom do odgadnięcia niebezpieczeństwa grożącego człowiekowi, jednak u Ogoniastej dzięki pewnej czarownicy w potrzebie Troska mogła przemawiać, a nawet uprzedzić Ogoniastą o niebezpieczeństwie mogącym zagrozić jej córce. Myśliwy zapukał i wszedł do domu. Gdy młodzieniec ukazał się w drzwiach, Przepiękne Oczy wybiegła na spotkanie, ponieważ Troska powiedziała jej o przybyciu gościa. Młodzieniec był porażony pięknością tego olśniewającego stworzenia, ujrzawszy oczy błyszczące nieporównywalną jasnością w jej małej, delikatnej twarzy koloru czekoladowego. Bogate ozdoby jeszcze powiększały promieniujące piękno panienki. - Odejdź stąd natychmiast powiedziała młoda dziewczyna uśmiechając się Wchodząc do tego domu stajesz przed śmiercią. - Kiedy cię ujrzałem, stało się dla mnie nieważne i życie, i śmierć odparł kawaler. - Posłuchaj jeszcze, co ci powiem. Moja matka, to potwór z ogonem. Ona zabija wszystkich, którzy zbliżą się do mnie. Masz jeszcze czas, aby się ocalić. Niedługo Ogoniasta powróci. - Nie, nie boję się śmierci, ponieważ nie mógłbym żyć bez ciebie. Pozwól mi wejść do domu. Ja chcę, abyś była moją żoną. - Dobrze, wejdź. Wydajesz mi się człowiekiem rozsądnym. Ja ciebie tu ukryję aż do jutra, ponieważ moja matka może wrócić niebawem. Przepiękne Oczy zawinęła Myśliwego w dużej wielkości materiał i włożyła do wielkiej skrzyni, którą zabiła gwoździami. Matka nie mogła nawet poczuć zapachu obcego człowieka w domu. Potem objawiła Trosce swoją wolę polecając, aby nie mówiła o tym, co wydarzyło się w domu. Ledwo Ogoniasta weszła do domu, zaczęła krzyczeć: - Ktoś przechodził tędy! Jest jeszcze zapach obcego! - Rzeczywiście, moja mamo zmusiła się do kłamstwa Przepiękne Oczy widziałam z daleka, jak przechodził tędy myśliwy i jeden z jego psów zmylił drogę. Ale ja go przegnałam natychmiast. - Ona przegnała go natychmiast powtórzyła Troska, która miała słabość do Przepięknych Oczu.. Myśliwy musiał pozostać w skrzyni bez jedzenia i picia przez całą noc, dusząc się i czekając na dalszy bieg wydarzeń. Nazajutrz, kiedy na niebie ukazała się gwiazda poranna, Ogoniasta wyszła z domu do dalszej pracy przy zbieraniu ziół. Przepiękne Oczy natychmiast zbliżyła się do skrzyni i uwolniła Myśliwego. Pomimo ciężkich przeżyć w skrzyni młodzieniec nadal okazywał się rezolutnym i nadal prosił dziewczynę, aby uciekała razem z nim. Dziewczyna w domu nie przeżywała radości życia, ale szanowała wolę swojej matki, jakkolwiek była potworem. Młodzieniec zaś był odważny i piękny. Przepiękne Oczy zdjęła Troskę ze ściany i powiedziała: - Uciekajmy! Oby moja matka mi to przebaczyła! Trosko, zabieram cię ze sobą! I oddalili się od domu bez oglądania się za siebie. Bali się bardzo, ponieważ wiedzieli, że po powrocie do domu Ogoniasta będzie ich gonić, gdy tylko zauważy zniknięcie talizmanu i nieobecność córki. Rzeczywiście, gdy wieczorem Ogoniasta powróciła z pracy i zastała dom pusty, zaraz zaczęła wyć i krzyczeć tak głośno, że niebo pokryło się chmurami i natychmiast zaczęły trzaskać gromy. Przede wszystkim szukała talizmanu, ale Troski już nie było na zwykłym miejscu. Potwór przysiadł na chwilę na swoim ogonie i zastanawiał się. W domu panowała cisza, i tę ciszę zakłócał tylko śpiew Wdowy, ptaszka pijącego nektar z kwiatów. Ogoniasta stanęła w drzwiach domu i wciągała powietrze przez nos długi, jak trąba. Badała dokładnie horyzont oczami, które wystawały jej nad głową tak, jak u kameleona i tak, jak on, mogła widzieć wszystko dookoła, także za jej plecami. Szybko wykryła uciekinierów, którzy w tym czasie ukryli się w gęstym lesie. Ogoniasta wyskoczyła z domu, wypadła przez bramę na drogę i poleciała tak szybko, jak wiatr. Posuwała się przy pomocy swoich długich nóg i ogona. Ludzie kryli się w swoich domach, gdyż za sobą zostawiała tumany kurzu. Przepiękne Oczy poczuła drżenie liści na drzewach w ciszy panującej pod drzewami. Zrozumiała, że matka zbliża się do nich. Wyszeptała przerażona: - O Wierny, ty wkrótce umrzesz. Ja znam moją matkę... Jeszcze nie dokończyła wymawiania tych słów, jak potwór w trzasku gałęzi zatrzymała się przed nimi. Ale ku wielkiemu zdumieniu zakochanych powiedziała z wielką słodyczą: - O, Przepiękne Oczy! dlaczego odeszłaś bez uprzedzenia mnie? Dlaczego poszłaś za tym łazikiem, który cię wykradł? - Mamo, on mnie nie porwał, on mnie kocha i ja jego kocham. On prosił mnie, abym została jego żoną i ja się zgodziłam. - Jeżeli tak jest, nie będę przeszkadzała wam w waszym związku. To przeznaczenie każdej młodej dziewczyny, że opuszcza swoją matkę i idzie do obcej rodziny. Idź więc, droga córko, i bądź szczęśliwa! Uszczęśliwieni ruszyli w dalszą drogę. Ale gdy się nieco oddalili, Ogoniasta poszła za nimi. Znowu wzbudziła tumany kurzu na drodze, które zapowiadały jej przybycie. Zakochani zatrzymali się oczekując najgorszego. Ale matka ze spokojem powiedziała do córki: - Chcę wzięć od ciebie coś na pamiątkę. I nagle Ogoniasta wyrwała jej oczy, włożyła do dzbanka i w tumanach kurzu oddaliła się. Biedna dziewczyna! Teraz pozostawała w ciemnościach i w miejscu swych przecudnych oczu miała tylko dwie puste dziury. Jednak nie cierpiała, ponieważ jej matka wypowiedziała słowa znoszące ból. - O, Myśliwy, ty już nie możesz mnie kochać, ponieważ zostałam pozbawiona mojej najpiękniejszej ozdoby. Twoja miłość upodabnia się do wody, która ucieka z przewróconego naczynia. Wracaj do siebie, jak i ja postaram się powrócić do mego domu. Przecież ty nie możesz być mężem ślepej. - To ja jestem przyczyną twojego nieszczęścia zaprotestował Myśliwy ja nie mogę cię opuścić. Jakże mógłbym pozostawię twoje ciało bez światła na drodze? Ja poprowadzę cię do mnie. Przez długi czas płakali trzymając się w ramionach, a potem ruszyli w drogę. Zbliżywszy się do wsi, w której mieszkał Myśliwy, ukryli się w zaroślach i tam oczekiwali nocy. Wszyscy mieszkańcy wioski już twardo spali, kiedy Myśliwy przechodził między domami trzymając swą ukochaną za rękę. Nazajutrz Myśliwy dał dziewczynie dwóch niewolników do pomocy, aby zastąpili jej utracone oczy, a sam poszedł do ojca i przyjaciół, aby ogłosić o swoim małżeństwie. Następnie udał się na polowanie. Ukochaną prosił, aby w ciągu dnia nie wychodziła z domu, jedynie nocą opuszczała mieszkanie na ramionach swoich niewolników. Ale ojciec Myśliwego zachorował i postanowił urządzić tradycyjny ryt przywracając zdrowie. Wiecie, wtedy przez piętnaście dni, wieczorem, wszyscy mieszkańcy wioski powinni zgromadzić się razem, aby śpiewać, klaskać w dłonie, tańczyć i bawić się, zanim nastąpi właściwe święto uzdrawiające. W tym dniu chory powinien zostać wniesiony na podwyższenie i przed nim ma być złożona ofiara. Następnie wszyscy tańczą, a chory zostaje obmyty i dopiero wtedy podaje mu się posiłek. Ojciec polecić zawołać wszystkie swoje synowe i polecił, aby każda utkała obrus służący do ozdobienia jego miejsca na wywyższeniu. Wszystkie kobiety bez ociągania się rozpoczęły pracę. Przepiękne Oczy wysłała swoich niewolników po odpowiednią trawę i poleciła im przygotować włókna. Ale niewolnicy nie umieli wyplatać. Zrozpaczona młoda kobieta płakała, ponieważ byłoby hańbą dla niej, gdyby nie wykonała polecenia swego teścia. Tymczasem Ogoniasta każdego dnia obserwowała oczy córki w dzbanie i w pewnej chwili ujrzała, jak nagle oczy napełniły się łzami. - Co sprawiło, że tak płaczesz, moja córko ukochana? zapytała oczu. Wkrótce dzban zapełnił się łzami aż po brzegi. Ogoniasta nie wahała się dłużej. Ruszyła w drogę do wioski. Jej przejście spowodowało taką ulewę, że nikt nie odważył się wyjść z domu i Ogoniasta weszła niezauważona do domu Wiernego. - O, mamo powiedziała biedna niewidoma ja jestem nieszczęśliwa. Mój teść wkrótce wejdzie na podwyższenie przygotowane według rytuału uzdrawiającego przy pełni księżyca i on polecił każdej synowej utkać matę. I tylko ja nie potrafię tego wykonać. Jaki wstyd! Ogoniasta wzięła włókna złożone w kącie i natychmiast zaczęła wyplatać. Jeszcze długo przed pianiem koguta mata była skończona. Włókna były tak przeplatane, że kolory krzyżowały się między sobą dając wrażenie, jakby mata była ozdobiona szlachetnymi kamieniami. To była najpiękniejsza mata. Tak pięknej jeszcze nikt nigdy nie widział. Ogoniasta zwinęła matę i postawiła w miejscu najciemniejszym, potem w tumanie powróciła do swego żelaznego domu. Ludzie znów musieli zamknąć się w swoich domach. Nieco później teść zwrócił się do synowych z nowym żądaniem. Pragnął, aby każda utkała opaskę na biodra. On wybierze najładniejszą, aby w niej paradować w dzień uzdrowienia. Wtedy też zwyciężczynię wynagrodzi. Jeszcze raz Przepiękne Oczy pogrążyła się w wielkiej beznadziejności. Skoro nie mogła utkać maty, jakże teraz może utkać taki materiał? A w domu Ogoniastej dzban znowu napełnił się łzami. - Nie płacz, moja córko powiedziała Ogoniasta, a jej słowa powtórzył talizman pilnie strzeżony przez Przepiękne Oczy Nie płacz, jutro przyniosę ci opaskę tak piękną, jakiej jeszcze nikt nie widział. Rzeczywiście, Ogoniasta przybyła do córki w straszliwym huraganie i weszła do domu z obiecaną opaską. - Nie pokazuj nikomu poleciła jej i ukryj go dobrze aż do dnia święta. Świąteczny dzień nadszedł. Wszystkie synowe przyniosły swoje maty i opaski. Wszystkie otrzymały stos pochwał, ponieważ owoce ich pracy były naprawdę bardzo piękne, ale żadna z kobiet nie dorównywała dziełom Przepięknych Oczu. Ona wysłała matę i opaskę przez swoich niewolników nie mogąc ich przynieść osobiście. Jej została przyznana nagroda, chociaż ludzie byli niezadowoleni z jej nieobecności. Niewolnicy powiedzieli, że jest chora. Teść był bardzo bogaty, więc dla synowej, która utkała tak prześliczną matę i cudownie piękną opaskę, w nagrodę dał sto wołów. Następnej nocy Ogoniasta jeszcze raz przybyła do swojej córki. Dzban znów napełnił się łzami. Przepiękne Oczy była niepocieszona. Chciała uczestniczyć w święcie, ale za nic w świecie nie chciała pokazać publicznie swoich pustych oczodołów. Jej matka wymagała, aby ona poszła i uczestniczyła w święcie. Ona nawet przyniosła jej prześliczną suknię i bogate ozdoby. Ogoniasta ją uczesała, przyodziała, ozdobiła. Przepiękne Oczy owinęła się delikatną jedwabną chustą zasłaniającą twarz, jak jej poleciła matka. Przed odejściem Ogoniasta stłukła dzban, w któ-rym przechowywała oczy córki, wymówiła magiczne słowa i piękne źrenice zabłysły jak dwa czarne diamenty w pustych oczodołach. Przepiękne Oczy zajaśniała radością i pięknem Wieczorem wszyscy przybyli na plac przeznaczony do zebrań. Przepiękne Oczy pokazała się publicznie po raz pierwszy. Z bijącym sercem, zasłonięta chustą, posuwała się wciąż naprzód. Myśliwy, który właśnie powrócił z polowania, usiadł przy ojcu, ale jej nie poznał. I on zapytywał samego siebie, kim jest ta piękna dziewczyna? Zaczęły się tańce. Porwana przez muzykę, Przepiękne Oczy wmieszała się do tańczących. Śpiewaczki na nutę nosową uderzały rękami, klaskały w dłonie. Powoli muzyka przyspieszała tempo. Przepiękne Oczy tańczyła doskonale wczuwając się w rytm muzyki, wykonała sławne i bardzo trudne kroki z tańca zwanego "porywającym". Inni tancerze zatrzymali się, zgubili rytm. Tylko ona jedna tańczyła pośrodku placu. Nagle woalka zsunęła się i jej promienna twarz ukazała się, jak jutrzenka różowiejąca po odchodzącej nocy. Ujrzawszy ją Myśliwy poczuł się wielkim niewdzięcznikiem i prosił ją o przebaczenie za odejście na pełne dwutygodniowe polowanie, a do tego dziś jej nie rozpoznał. Przepiękne Oczy chętnie i szybko zapomniała o tym nietakcie, a stary teść zupełnie szczęśliwy i ogromnie dumny pobłogosławił ich wypowiadając tradycyjną formuję, zastępując liczbę "siedem" przez liczbę "osiem": - Oby przodkowie dali wam ośmiu synów i osiem córek! I tak się stało. Byli bardzo szczęśliwi mając ośmiu pracowitych synów i osiem kochających córek. Przepiękne Oczy odesłała amulet swej matce i Ogoniasta więcej nie przyszła do córki. Troska przekazywała jej dobre wieści o córce, szczęśliwej i pięknej żonie i matce. Ogoniasta też więc była szczęśliwa. Bo Ogoniasta, chociaż była potworem, szczerze kochała swoją córkę i szczerze pragnęła jej szczęścia. I tak radośnie zakończyła się bajka o straszliwym potworze. Bo bajki zawsze dobrze się kończą, dlatego lubimy je słuchać i opowiadać. Byli-żyli dwaj bracia, Byli bardzo podobni do siebie i mieli jednakowe imiona. Każdy z nich nazywał się Bogacz. Rzeczywiście byli bardzo bogaci. Bogacz Starszy posiadał niezmierzony majątek. Nie można było policzyć jego wołów. A jego ryżowiska ciągnęły się dalej, niż wzrok sięgał. Majątek Bogacza Młodszego był mniejszy, ponieważ udawało się policzyć jego woły, a ryżowiska kończyły się przed horyzontem. Bogacz Starszy był tak znużony posiadaniem niezmiernego majątku, że pewnego dnia postanowił wydać wszystko, co posiadał. To była jego sprawa osobista i nikt nie mógł go od tej zwariowanej idei powstrzymać. Po prostu stracił część rozumu. Pewnego dnia zawołał swego ulubionego niewolnika, który stanął przed swoim panem w ubraniu starym, porozdzieranym i bardzo zabrudzonym. Pan zwymyślał go: - Idź umyć się - powiedział mu a potem załóż nowe ubranie. Znajdziesz je w mojej skrzyni. Następnie pójdziesz do Zimnego Domu i zawołasz zmarłych, ale tylko tych, którzy są zmarłymi od dwóch lat. Ja chcę, aby oni przyszli pomóc mi w pozbyciu się wszystkiego, co posiadam, aby jedli moje woły, potem zjedzą moich niewolników i w końcu całą moją rodzinę wraz ze mną. Zastraszony sługa odszedł, aby posłusznie wypełnić polecenia swego pana. On sam nie pochwalał tych poleceń, ale wykonywał, taki obowiązkowy był zawsze. Po wymyciu się i ubraniu w nowe szaty skierował się do rodzinnego grobowca i zawołał zmarłych: - Wy Zmarli-Od-Dwóch-Lat. Eh! Ja was przyzywam! To ja z polecenia mego pana was przywołuję, eh, Zmarli-Od-Dwóch-Lat, przybywam do was, aby was zawołać do domu mego pana, Bogacza Starszego i abyście zjedli wszystkie jego dobra: wszystkie jego woły, jego srebrne monety, jego niewolników, jego rodzinę i w końcu jego samego. Zmarli-Od-Dwóch-Lat odpowiedzieli: - Wracaj szybko do swego domu. Nasze zęby przekształciły się w kamienie, czy ty tego nie wiesz? Nasze oczy są jamami, a nasze głowy są tylko białymi kośćmi. Czy ty tego nie wiesz? Czy ty nigdy nie widziałeś wnętrza Zimnego Domu? My nie możemy jeść. Wróć spokojnie do domu swego pana, a nam pozwól spokojnie spoczywać w Zimnym Domu. Sługa doniósł tę odpowiedź swemu panu, ale ten nie był zadowolony. - Ponieważ Zmarli-Od-Dwóch-Lat nie chcą mi pomóc - powiedział - idź i przywołaj do mnie Węża Siedmiogłowego. On z pewnością przyjdzie, ponieważ ma siedem paszczy i siedem żołądków do napełnienia. Sługa, chociaż bardziej przerażony, musiał wypełnić także i to polecenie. Udał się nad rzekę i zawołał: - Eh! Wężu Siedmiogłowy! Eh, Wężu! To ja, który cię wołam! W imieniu mego pana, Bogacza Starszego, przybywam zawołać cię, abyś zjadł całe bogactwo mego pana, a potem zjesz jego niewolników, jego rodzinę i na końcu jego samego! Woda zaczerwieniła się, nabrała koloru krwi i wielki Wąż Siedmiogłowy ukazał się na powierzchni. - Wróć do domu swego pana i powiedz mu, że ja zjem całe jego bogactwo, jego niewolników i jego rodzinę nie zostawiając nawet okruszynki. Powiedz mu, aby był gotowy. Bogacz Starszy był zachwycony z przyniesionej mu odpowiedzi Węża Siedmiogłowego. Natychmiast rozpoczął przygotowania. Kazał rozciągnąć na całym podwórzu nowe maty, a wybrał najpiękniejsze z najpiękniejszych wzorów. Kazał sprowadzić swoje stada wołów, zwołał wszystkich niewolników, zebrał wszystkie pieniądze i powiedział, aby cała rodzina zebrała się przy nim. Potem już tylko oczekiwał przybycia zaproszonego Węża Siedmiogłowego Wąż przybył. Bogacz Starszy przyjął go bardzo uprzejmie. Zaprosił go, aby przygotował się do posiłku usadawiając się na rozłożonych pięknych matach. Doprowadził pierwsze stado bydła do pierwszej paszczy, zaraz potem drugie stado do drugiej paszczy i tak samo do następnych. A kiedy Wąż Siedmiogłowy połknął wszystkie siedem stad bydła, Bogacz Starszy kazał położyć stosy pieniędzy w taki sam sposób. Potem przyszła kolej na niewolników i wreszcie na jego rodzinę i jego samego. - Jestem bardzo zadowolony z gościny powiedział Wąż Siedmiogłowy Pan Bogacz Starszy jest naprawdę dzielnym człowiekiem. A że ja tu nic więcej do jedzenia nie widzę, więc już powrócę do siebie. Pomimo swoich czternastu oczu Wąż Siedmiogłowy nie zauważył małej istoty, córki Bogacza Starszego, która skryła się za swoją niewolnicą w cieniu drzwi. Obie były bardzo blisko Węża Siedmiogłowego,. Ale był on zbyt zajęty połykaniem majątku Bogacza Starszego, aby rozglądać się dookoła siebie. Kiedy Wąż Siedmiogłowy odszedł, niewolnica powiedziała do córki Bogacza Starszego: - Oto jesteśmy same, zupełnie same...Co zrobimy? Co poczniemy? - Ach, mam myśl powiedziała dziewczyna pójdę przyłączyć się do mego wuja, Bogacza Młodszego. Jeśli chcesz, chodź ze mną. I one poszły w drogę. Przeszły przez góry, szły dolinami, wreszcie zatrzymały się na brzegu rzeki. - Przenieś mnie na plecach powiedziała dziewczyna ty jesteś wyższą ode mnie, a poza tym jesteś moją niewolnicą. - Ja cię przeniosę powiedziała niewolnica - ponieważ ty jesteś moją panią, ale w zapłatę daj mi twoją jedwabną chustę. One przeszły przez rzekę. Wysoka niewolnica niosła na plecach swoją panią, a jedwabną chustę na głowie, aby jej nie zamoczyć. Woda nie była zbyt głęboka. Sięgała niewolnicy do pasa. Potem znów szły razem przez góry i doliny, aż wreszcie przybyły do wsi, w której mieszkał Bogacz Młodszy. - Oddaj mi moją chustę powiedziała córka Bogacza Starszego do niewolnicy Chcę ją założyć, abym godnie przedstawiła się memu wujowi. - Nie, nie oddam ci, ja ją zachowam dla siebie odpowiedziała niewolnica a ja ciebie zabiję, jeśli o tym piśniesz słówko wujowi. Mała i słaba dziewczyna nic nie odpowiedziała niewolnicy Kiedy obie stanęły przed domem Bogacza Młodszego, ten przyjął je uprzejmie. - Wejdź powiedział do niewolnicy, którą wziął za swoją bratanicę, ponieważ była bogaciej ubrana. wejdź, moje dziecko. Teraz ty będziesz moją córką. A twoja niewolnica niech wypocznie w domu moich niewolnic, a potem pójdzie na ryżowisko, aby robieniem hałasu odganiać ptaki. Zbyt nieszczęśliwa była córka Bogacza Starszego, aby udać się na odpoczynek. Poszła od razu na ryżowisko. Przepełniona smutkiem, w celu straszenia ptaków, zaczęła śpiewać: Hej, Ptaki z pobliskiego lasu, Nie jedzcie ryżu Pana Bogacza, To ja, która mówię do was, Pan Bogacz jest moim stryjem, A ja jego bratanicą. Niewolnicę przyjął za córkę, Uwierzył, że jestem niewolnicą. Stanęła w jedwabnej chuście, Podstępem wytargowanej. Ale wy, Ptaki z lasu Nie jedzcie ryżu Pana Bogacza, Bo on jest moim stryjem, W tym czasie Bogacz Młodszy przechadzał się w pobliżu ryżowiska i usłyszał ten śpiew. Zadziwił się bardzo. - Która z tych dwóch jest naprawdę moją bratanicę zapytywał sam siebie. Ta wysoka, czy ta mała? Swojemu niewolnikowi polecił przyprowadzić czarnego byka i rozkazał większej z panien, aby go zawołała. Starsza z panienek zapraszała go do siebie takimi słowami: Eh! Czarny wole, eh! Przyjdź do mnie, przyjdź, Twoja pani cię wzywa Twoja pani cię prosi. Eh! Czarny wole, eh! Przybywaj do mnie! Ale wół nie poruszył się nawet. Z kolei młodsza miała przywołać wołu. Ledwo wypowiedziała trzy słowa: "Przyjdź, objaw prawdę", wół zaraz przybliżył się do niej i bardzo nisko skłonił. - Ty jesteś prawdziwą moją bratanicą, bo tobie wół jest posłuszny powiedział bogacz Młodszy a on nie słucha nikogo, jak tylko moich krewnych. Wejdź do mego domu, córeczko. Ja cię adoptuję, włączam do mojej rodziny. Potem Bogacz Młodszy spojrzał na oszustkę i powiedział jej po prostu: - A ty, niewolnico, idź pilnować mego ryżowiska. W czasach bardzo dawnych, we wspaniałym domu, mieszkał bardzo bogaty król. Nie można było policzyć, ile miał wołów w swoich stadach, nikt też nie zliczył jego niewolników. Nazywał się Pan-Łagodny-Ale-Tak-Silny-że-Nikt-Nic-Nie-Może-Mu-Zabrać. To długie imię pasowało do jego charakteru. Był usposobienia pokojowego dla obcych i dobrotliwy dla swego ludu. Wszyscy nieprzyjaciele bali się go, chociaż nigdy nie wychodził na wojnę. Jego liczne wojsko było zdyscyplinowane i on lubił przebywać wśród nich, a wtedy obfitemu posiłkowi towarzyszyły śpiewy i tańce. Najbliższy jego sąsiad, Król Wielki, też był bardzo bogaty i panował nad terytorium wielkim i obfitym w pokarm dla licznego bydła. I z tego powodu wciąż istniały między nimi kłótnie i spory, ponieważ stada przechodziły przez granicę i każdy z nich chciał dochodzić swego dobra. Był to wystarczający powód, aby rozpętać zawzięte bitwy ze złowieszczym huczeniem wielkich bębnów wojennych i morskich muszli. Pan Łagodny zwyciężał, ale częściej przybywał, aby zapobiegać przelewaniu krwi. Nieraz dawał swym przeciwnikom po kilka cenionych wołów, które miały rogi w formie liry. I teraz należało iść na wojnę, ale odłożył dochodzenie sprawiedliwości, ponieważ jego jedyna córka, księżniczka O-Wielkich-Oczach, wchodziła w wiek zamóżpójścia i król postanowił urządzić wspaniałe święto, w czasie którego ona wybierze sobie męża. Księżniczka O-Wielkich-Oczach była pełna wdzięku i bardzo ładna, najpiękniejsza ze wszystkich dziewcząt w kraju, a w małej, jasno-brązowej twarzy jej nieprzeniknione oczy świeciły blaskiem nieporównywalnym. Księżniczka O-Wielkich-Oczach uwielbiała tańce i muzykę. W tańcu nikt nie mógł jej dorównać nie tylko w skomplikowanych i najtrudniejszych taktach, ale też w szybkości i wdzięku. Mogła tańczyć całymi godzinami nie okazując najmniejszego zmęczenia czy choćby zniechęcenia. Księżniczka była zdecydowana poślubić tego, "kto tańczy jak fryga", to znaczy najlepszego tancerza, jakiego można znaleźć. Przez licznych wysłańców król ogłosił więc wezwanie, które rozlegało się po szerokich równinach i we wszystkich wioskach w kraju, a dochodziło także daleko poza granice królestwa. To wezwanie było przekazywane coraz dalej i dalej dźwiękiem wielkich bębnów z drzewa mahoniowego, a tam-tamy drgały bez przerwy pod palcami ludzi, którzy mieli obowiązek uderzania w nie. Przez wiele dni nie ustawała muzyka w całym królestwie Pana Łagodnego. Zapowiedzianego dnia ludzie tłumnie przybyli na plac przed pałacem królewskim. Urządzono święto. Zabito wiele wołów, aby przygotować niezliczone ilości pieczonego i gotowanego mięsa, ryżu i napoju z trzciny cukrowej zwanego rumem. Kiedy wszyscy dobrze się najedli i napili, wygadali się i wyśmiali, przyszła kolej na tańce. Pan Łagodny ogłosił, że jego córka, Księżniczka O-Wielkich-Oczach, poślubi najlepszego tancerza spośród licznych zalotników, którzy przybyli na święto. Po kilku próbach eliminacyjnych pozostała tylko dziesiątka konkurentów. Zwycięzcy w eliminacjach zajęli miejsca przy estradzie, blisko grupy śpiewaczek, które usiadły na piętach przy samej estradzie. One śpiewały uderzając w dłonie do rytmu, kiedy skrzypce o dwu strunach, małe bębny i inne instrumenty towarzyszyły cichymi tonami. Wiaterek poruszał liśćmi bananowca, postawionego przed estradą dla ozdoby, a także dla szumu, jaki wydają wielkie liście. Na dany sygnał przez Księżniczkę O-Wielkich-Oczach dwóch młodzieńców wskoczyło na estradę. Głos śpiewaczek wzniósł się z wielką siłą, a rytm śpiewu podkreślały drgania bębna. Każdy z dwóch tancerzy wykonywał taniec na swój sposób, w rytm orkiestry i chóru. Jeden wydawał się tańczyć z większą elegancją, drugi tańczył żywiej. Gdy Księżniczka spostrzegła chociażby najmniejsze znużenie czy najdrobniejszy błąd, uderzała w swe dłonie i nieszczęśni konkurenci byli zastępowani przez innych. Za każdym razem, gdy przegrani schodzili z estrady, tłum okazywał nielitościwą zawziętość przez drwienie, okrzyki i wyśmiewanie głośniejsze od muzyki. Godziny mijały i już ośmiu tancerzy zostało wyeliminowanych. Na scenie zostali ostatni dwaj młodzi ludzie niepodobni do poprzednich tancerzy. Obaj starali się utrzymać za wszelką cenę, rywalizowali pełni werwy, zręczności i elegancji. W odmienny sposób wykonywali bardzo trudne tańce. Niestety, śpiewaczki zbyt długo wykonywały swoje trele i klaskanie i zmęczone zamieniły się w istoty nieme. Dłużej nie mogły ani śpiewać, ani klaskach. Dlatego jeden z tancerzy zaczął się mylić, jego kroki przestały być pewne i zgrabne. Drugi zaś pewny swego tryumfu, podwoił wdzięk, obracając się bez zatrzymywania i zwinnie, jakby nie dotykał estrady. Trzeba było przerwać tańce. Pierwszy tancerz upadł niechlubnie, nie utrzymały go nogi zmęczone. Księżniczka O-Wielkich-Oczach uderzyła w dłonie. Śpiewaczki wciąż milczały i tylko bębny ciągnęły głucho bucząc rytmicznie. Pan Łagodny podniósł się, prawą rękę uniósł ku niebu polecając zachować ciszę. Zaraz ogłosi zwycięzcę. Ale nagle z tłumu wyskoczył młody chłopak, o dumnym spojrzeniu, ubrany w okazałą tunikę z jedwabiu w białe i czarne pasy. Wskoczył na estradę i wybił rytm uderzając nogą w podłogę. Dał znak śpiewaczkom, aby podjęły melodię. Rzucił wyzwanie do dalszej rywalizacji i jednocześnie godnie i z szacunkiem skłonił się Księżniczce. Potem rzucił się w wir kroków zawrotnych. Jego pięty ledwo muskały estrady. Porwał w rytm przyspieszony ostatniego konkurenta, który już miał być okrzyknięty zwycięzcą. Śpiewaczki zmobilizowały się, bębny wybijamy najpiękniejsze rytmy, drgały melodyjnie skrzypce. Wszystko podjęło zapał tego tancerza nieznajomego i zadziwiającego. Ostatni z dziesiątki konkurent okazywał oznaki zmęczenia i nie mógł już dłużej dorównywać nowoprzybyłemu. Wreszcie zwalił się z nóg, zadyszany. Tłum ogłosił zwycięzcą nieznajomego tancerza. Teraz weszła na estradę Księżniczka O-Wielkich-Oczach. Rozpoczął się taniec o niezwykłej elegancji. Kroki dwojga młodych zgadzały się w tak wielkiej harmonii, jakby przez wiele godzin, dni i tygodni ćwiczyli i przygotowywali ten taniec na konkurs. Wszyscy obecni byli wypełnieni do reszty radością i podziwem. Powoli zapadała noc nad bawiącą się wioską, a słońce już bardzo nisko było nad horyzontem i tego dnia wysyłało ostatnie swe promienie. A księżniczka i jej zalotnik wciąż tańczyli. Zamilkły śpiewaczki, bębny, skrzypce i wszystkie inne instrumenty. Tylko liście bananowca wydawały miły szmer poruszane powiewem wieczornego wiaterku. Księżniczka O-Wielkich-Oczach stopniowo zwalniało krok, aż bardzo eleganckim ruchem zatrzymała taniec swego partnera. Potem zwróciła się do swego ojca, a jej oczy błyszczały od radości: - O Panie Łaskawy, mój ojcze, oto zwycięzca, oto mój przyszły mąż. Niech on ci powie swoje imię, które ty wypowiesz głośno wobec wszystkich, a twoje słowo nas zjednoczy. - O królu, Panie-Łagodny-Ale-Tak-Silny-że-Nikt-Nic-Nie-Może-Mu-Zabrać krzyknął nieznany młodzieniec o Królu potężny, ja jestem księciem, synem Króla Wielkiego. Moje imię jest Tancerz. Mój ojciec przysłał mnie do ciebie i prosi, abyś przyjął jego dar pokoju, ponieważ twoja, o Królu, córka, Księżniczka O-Wielkich-Oczach, będzie moją oblubienicą i... Książe Tancerz nie mógł mówić dalej, ponieważ podniecony tłum przeciwstawił mu się burząc się i grożąc. - Jak ten syn naszego wroga ośmielił się przyjść aż tutaj, aby nam na naszej ziemi urągać... Co za bezczelność... że też ma taką odwagę, aby sam stanąć pośród nas... Księżniczka jeszcze raz zwróciła się do swego ojca, wciąż trzymając w swoich dłoniach rękę Księcia Tancerza, który wciąż wyprostowany i dumny, bez lęku oczekiwał królewskiego wyroku. Pan Łagodny wstał i wszedł na estradę. Stanął pomiędzy młodymi, potem podniósł rękę w kierunku nieba i jeszcze raz zażądał ciszy. Na ten znak tłum powstrzymał się od zgiełku i gestykulacji. Król mógł przemówić: - Słuchajcie, słuchajcie, mój ludu! Ja, twój Król, ja mówię tak. Nie mam nic więcej do powiedzenia, jak tylko jedno słowo. Komu obiecałem moją córkę? Odpowiedzcie! - Najlepszemu tancerzowi odpowiedział lud to jest prawda. - Słuchajcie, słuchajcie, mój ludu! Kto jest najlepszym tancerzem? - Książę Tancerz, syn Króla Wielkiego. To on jest najlepszym tancerzem. - Słuchajcie, słuchajcie, mój ludu! Więc ja oświadczam przed wami wszystkimi, że Książę Tancerz, syn Króla Wielkiego, i moja córka, Księżniczka O-Wielkich-Oczach, zostaną połączeni przez małżeństwo. Akceptuję ugodę tego związku. Cały naród radośnie oklaskał decyzję króla. Oto, dlaczego Król Łagodny i Król Wielki już nigdy nie wyruszyli na wojnę przeciwko sobie. Już nigdy nie słyszano złowieszczo dudniących bębnów wojennych i morskich muszli, a ich stada mieszały się na granicy ich królestw. Tak przynajmniej opowiadają malgascy śpiewacy. To są nasi przodkowie, Którzy wymyślili tę bajkę, A Ja wam tylko powtarzam, Że dobrą rzeczą jest taniec. Historia, historyjka, Bajka, sen, kłamstwo. Bardzo, bardzo dawno temu żył-był ojciec i była-żyła matka. Byli rodzicami i mieli trzy córki. Pierwszą nazwali Małą Różową, drugiej dali na imię Mała Żółta, a trzeciej było Mała Biała. Od pewnego czasu trzy siostry żyły same, ponieważ ich rodzice zmarli. Pozostawili im piękny dom, kilka wołów i ryżowisko. Pozostawili im też garnek wypełniony srebrnymi pieniędzmi, które miały być ich posagiem. Były trzy części posagu. Największa część należeć miała do tej, która pierwsza znajdzie sobie męża, mniejszy posag był przewidziany dla drugiej zakładającej rodzinę, a całkiem mały przeznaczony był dla tej, która najdłużej będzie panną. Ale tylko Mała Biała wiedziała, gdzie jest ukryty dzban w ziemi. Nikt nie wiedział, dlaczego rodzice powierzyli sekret najmłodszej. Ludzie domyślali się tylko, że zdecydowali się na to, ponieważ Mała Biała była najroztropniejsza. Ona też była najładniejsza i starsze siostry były bardzo zazdrosne o nią. Po prostu bały się, że ona najszybciej znajdzie męża. Z tego powodu Mała Różowa i Mała Żółta zmuszały ją do prac uciążliwych, trudnych i brudzących w gospodarstwie. Aby wypełnić miarę swej złośliwości, przed wyjściem z domu starsze siostry smarowały błotem Małą Białą, aby miała wygląd obrzydliwej. Gdyby przypadkiem jakiż piękny młodzian zabłąkał się w tej okolicy, nie spostrzegłby, jak była piękna. Pewnego dnia sąsiednia wioska urządzała święto. Starsze siostry przygotowywały się do uczestniczenia w tym święcie. Najmłodsza prosiła, aby zabrały ją ze sobą. Ale Mała Różowa i Mała Żółta zabroniły jej oddalać się od domu i nakazały podczas ich nieobecności utkać wstęgę długości trzech metrów. Każdy dobrze wie, ile dni potrzeba do wykonania takiej pracy. Przed swoim odejściem nie zapomniały pokryć błotem jej twarzyczki. Mała Biała siedziała przez dłuższy czas na progu, z oczami utkwionymi w dal, ku wielkiej równinie, rozmyślając o swoim smutnym życiu i prosząc los, aby okazał się dla niej łaskawszy. Wreszcie weszła do domu i usiadła przed wielkim warsztatem. Zaczęła wyciągać z rafii nitki, aby uformować wstęgę materiału. Nie miała nic czasu do stracenia, jeśli chciała skończyć pracę przed powrotem sióstr. Nagle usłyszała, że przed drzwiami ktoś idzie. Nieznajomy stąpa bardzo delikatnie. Nieco zalękniona, ale ciekawa, podeszła do drzwi i otworzyła je, aby zobaczyć, co się tam dzieje. Przed jej domem zatrzymało się wspaniałe zwierzę. Było wyższe od wołu. Skóra w kolorze cynamonu błyszczała jak jedwab. Zwierzę miało długą, czarną grzywę i wielkie, łagodne oczy, które były zwrócone ku dziewczynie. To był bardzo piękny koń, ale ona o tym nie wiedziała, ponieważ jeszcze nigdy w życiu nie widziała takiego zwierzęcia. - Dzień dobry, piękne zwierzę zapytała Mała Biała czego pragniesz? Koń końcem swego kopyta zaczął drapać ziemię i zwrócił swoją kształtną głowę ku równinie, potem na dziewczynę, jakby chciał zaprosić ją do przejażdżki. Wreszcie podszedł do trzech kamieni, które tworzyły schodki przy werandzie, i klęknął. Mała Biała nie mogła opanować się dłużej. Wskoczyła na grzbiet konia i piękne zwierzę ruszyło galopem, aż młoda dziewczyna omal nie zaczęła krzyczeć ze strachu. Kiedy koń galopował, błoto wysychając odpadało z jej delikatnej twarzyczki i spadało na ziemię. Ukazała się wspaniała suknia, która okrywała ją od stóp do głowy. Na swym wspaniałym wierzchowcu wyglądała jak księżniczka. Nie dziwiło ją to, ponieważ nieraz o czymś takim marzyła. Ale teraz nie marzyła. Przed nią jej dwie starsze siostry siedziały na grzbiecie wołu-tragarza, bardzo wolno przemierzającego równinę. Mała Biała zsiadła z konia i dalej szła pieszo, ponieważ nie chciała, aby zobaczyły ją starsze siostry. I tak doszła do wioski zwanej Woły Niezliczone, gdzie rozpoczynało się już święto. Wszyscy ludzie zwrócili na nią uwagę ze względu na jej piękny strój. Każda z dziewcząt miała nadzieję, że król zwróci na nią uwagę. Faworytkami wśród wszystkich panien były Mała Różowa i Mała Żółta. Niestety, nawet one nie miały tak pięknych ozdób jak właśnie Mała Biała. Oto ona pokazała się przejeżdżając wśród tłumu na swoim wspaniałym koniu. Siedziała prosto i dumnie w długiej, jedwabnej sukni koloru czerwonego ozdobionej pięknymi, białymi kwiatami. Ustały tańce, ucichły śpiewy. Ludzie zaniemówili z podziwu, zdumienia i lęku. Pytali samych siebie, co to za wspaniałe zwierzę i co za przecudne stworzenie siedzące na nim, zachwycające urodą i wdziękiem. Król zbliżył się i chciał przemówić do niej, ale koń skoczył: w mgnieniu oka tłum rozsunął się i po sekundzie Mała Biała i jej wierzchowiec byli tylko małym punkcikiem na horyzoncie. Koń galopował tak, że bardzo szybko dobiegł do jej domu, znów zgiął kolana i młoda dziewczyna zeszła łagodnie. Koń wnet zniknął. Mała Biała miała teraz tylko jeden problem: jak najszybciej okryć się błotem i zasiąść do pracy. Jej piękna suknia zniknęła tak samo szybko, jak koń. Znów była ubrana w starą i połataną bluzkę bawełnianą. Pracowała zawzięcie. Zdołała zaknńczyć pracę nad wstęgą przed powrotem starszych sióstr. Te ledwo przybyły, nie przestawały opowiadać o niezwykłym widzeniu, które poruszyło świętujących. Opowiadały, że król rozkazał przeszukać całe państwo, aby znaleźć tę cudowną dziewczynę i to dziwne zwierzę. Ale poszukiwania okazały się bezowocne. Nikt nie był w stanie rozpoznać pięknej dziewczyny patrząc na małego, biednego brudasa, pokrytego błotem. Król postanowił urządzić inne święto w nadziei, że znów ujrzy tę, o której marzył dniem i nocą. Mała Różowa i Mała Żółta powoli odjechały na swoim dzielnym wole. - Opowiemy ci wszystko, co się zdarzy powiedziały jej na pocieszenie. Oczywiście, nie zapomniały o swoim obowiązku zabrudzenia błotem jej twarzy. Tym razem, poleciły jej wypleść dwie wstęgi i trzy koszyki. - Taki cud nie powtarza się myślała Mała Biała zostawszy sama Mój dumny wierzchowiec nie przybędzie już nigdy i ja też nigdy więcej nie zobaczę dobrego króla. Ale za drzwiami dało się słyszeć stukanie. To koń uderzał kopytem o kamienne schody... Ludzie świętowali w pełni, kiedy Mała Biała wjechała na plac. Tym razem miała białą sukienkę ozdobioną małymi, różnokolorowymi kwiatkami. Wyglądała jeszcze piękniej. Tym razem koń pozostał nieruchomy, kiedy król wziął za rękę Małą Białą i pomógł jej stanąć na ziemi. - O mój ludu, oto słodka dziewczyna, która jest naprawdę czarującą. Ta czarodziejka powinna być uhonorowana. Ja chcę wziąć ją za żonę. Będzie waszą królową! Po święcie urządzimy zaślubiny, jeżeli, oczywiście, cudowna dziewczyna zgodzi się być waszą królową dodał król. Mała Biała zgodziła się zostać żoną króla i królową i wszystko działo się zgodnie z zapowiedzią króla. Koń zniknął i już nikt nie widział więcej tego zwierzęcia aż do czasu, kiedy sprowadzono konie na Wielką Wyspę. Ale przedtem nikt nie znał tych zwierząt, przynajmniej tak opowiadają przodkowie. Mała Różowa i Mała Żółta powróciły do wioski. Kiedy weszły do domu, zdziwiły się bardzo, że nie ma Małej Białej. Zaczęły jej szukać, ale bez skutku. Po wielu tygodniach zaczęły żałować nie tyle utraty siostry, ile utraty garnka pełnego srebrnych monet. Szukały wszędzie, aż wreszcie znalazły go pod kamiennymi schodami, przed wejściem do domu. Przodkowie nie powiedzieli, która z dwóch sióstr pierwsza znalazła męża, ale one obie podzieliły się częścią Małej Białej, co dało im małą pociechę. |
|
|||||||