Katechezy dla dzieciKatechezy dla dzieci- spis
Katechezy dla dzieci
KATECHEZY DLA DZIECI

BAJKI Z MADAGASKARU - cz. IX

Tłumaczył
O. Jan Sadowski, OMI


1. MARZYCIEL


Był-żył raz młodzieniec, który miał na imię Marzyciel. Sam nie wiedział, co go dręczy, ale przeczuwał, że nie będzie spokojny, jeśli tego problemu nie rozwiąże. Poszukiwał czegoś nadzwyczajnego, do którego tylko on został powołany przez Stwórcę, który dał mu życie.
Pewnego dnia rozdrażniony ojciec powiedział do niego:
- Idź i poszukaj białego dzika.
- Ale gdzie mógłbym go znaleźć?
- Ludzie mówią, że jego brzuch ociera się o ziemię. Pójdziesz jego śladem. Dwaj twoi bracia pójdą z tobą.
Usłyszała tę rozmowę ich matka i zaniepokoiła się, ponieważ takie polowanie było bardzo niebezpieczne. Zaraz więc pobiegła, aby wyrwać trzy sadzonki konopi, które umieściła w domu. Wiedziała, że w wypadku niebezpieczeństwa łodyżki tych roślinek będą się przechylały w tę lub tamtą stronę, a ona natychmiast wezwie duchy opiekuńcze ich synów.
Marzyciel poszedł więc ze swoimi dwoma braćmi i sześcioma psami. Weszli do lasu i szli wśród drzew przez wiele godzin, ale spotkali tylko zielone gołębie, papużki i perliczki. Zabili kilka ptaszków, przyrządzili je na obiad i na kolację, potem powiązali liany robiąc hamaki. Spali wygodnie.
O wschodzie słońca obudzili się wypoczęci i w dobrych humorach. Zaraz podjęli poszukiwania białego dzika. Nagle Marzyciel ujrzał na ziemi wyraźne odciski kopytek dzika. Szli bez hałasu. Puścili psy, które poszły przed nimi. Po chwili wyszli na rozległą polanę. Zatrzymali się przekonani, że wkrótce zdarzy się coś nadzwyczajnego. Na środku polany biały dzik obracał się w kółko, a za nim w kółko biegała gromada czarnych dzików.
Biały dzik poczuł obecność ludzi. Podniósł ryj i wciągał powietrze. Po chwili ze spuszczoną głową pobiegł do trzech braci i na nich skierował swe wielkie, złowrogie kły. Czarne dziki, gonione przez psy, rozproszyły się po dziewiczym lesie i szybko umknęły psom znikając w gęstwinie nie do przebycia dla goniących.
Daleko, w ich wiosce, trzy łodyżki konopi rozhuśtały się gwałtownie. Biedna matka prosiła duchy opiekuńcze...
Przed trzema braćmi spadły trzy liany z supłami i balansowały. Chłopcy mieli tylko tyle czasu, aby je uchwycić i wspiąć się na najwyższą gałąź tysiącletniego drzewa mahoniowego. Biały dzik z szalonym rozpędem uderzył w potężne drzewo i jego ostre kły wbiły się w pień. Nie mógł się uwolnić. Trząsł drzewo z całych sił, ale stary mahoń śmiał się tylko swoim listowiem, ponieważ twarde drzewo nie rozluźniło pułapki. Psy szczekały biegając wokół drzewa, ale nie ośmieliły się zbliżyć do zwycięskiego i królewskiego dzika. Marzyciel chwytając się liany nie pozostawił na ziemi swojej dzidy i teraz cisnął ją w dzika. Wielki brzuch został przedziurawiony i rozerwał się. Wtedy drzewo rozluźniło ucisk i kły wyślizgnęły się z pnia, a martwe zwierzę upadło na mech.
Trzem młodzieńcy zajęli się martwym zwierzęciem niosąc po kolei do swojej wioski. Ale ledwo wyszli z lasu, zauważyli, że całe gromady dzików idą za swoim królem. Wieś została zajęta przez te zwierzęta. Trzeba było walczyć z nimi przez całą noc, aby je zabić albo wypędzić. Pan szef wioski wpadł w straszliwy gniew i wezwał Marzyciela oraz jego rodzinę przed Radę Starszych. Marzyciel i jego rodzina została skazana na zapłacenie ogromnej kary: sto wołów i trzy worki srebra jako odszkodowanie za uczynione szkody. W razie odmowy zapłacenia kary mieli być pozbawieni życia.
Biedni ludzie byli zrujnowani. Potrzebowali wiele dni, miesięcy i lat ciężkiej pracy, aby spłacić to wszystko. Tylko Marzyciel nie pracował. On marzył o jakiejś innej, nadzwyczajnej przygodzie. Aby uwolnić go od lenistwa, pewnego wieczoru jego ojciec powiedział:
- Wstań jutro bardzo rano i idź na spotkanie początku dnia. To jedyna rzecz nadzwyczajna, którą ja znam.
Dobrze, ojcze, pójdę powiedział Marzyciel ale dokąd mam iść?
- Musisz iść prosto przed siebie, cały czas prosto. Tam, dokąd zajdziesz, tam znajdziesz coś nadzwyczajnego.
Ale Marzyciel wyszedł o północy, aby być pewniejszym, tego nadzwyczajnego spotkania. Szedł długo i już nawet zaczął tracić nadzieję mówiąc sobie, że pewnie ojciec zakpił z niego i nie wskazał mu właściwej drogi. Wreszcie wyszedł na brzeg morski i tam ujrzał najpiękniejszy spektakl świata. Zobaczył słońce, które ukazywało się nad falami, a niebo zakolorowiło się najcudowniejszymi barwami. Marzyciel poszedł dalej, prosto, w kierunku tego przecudnego widoku. Wszedł w morze. I szedł, a wodę miał do kostek... do kolan... aż do pasa... aż do szyi... aż ponad głową...
Marzyciel nie powrócił do swojej wioski.

  • Góra strony

    2. NIEDYSKRECJA


    Długo, bardzo długo przebywał poza domem młodzieniec imieniem Naiwny. Wracał do rodziny. Tego dnia szedł od samego świtu. Jeszcze miał do przejścia niewielki las, zanim wejdzie do wioski. Drzewa rosły tu gęsto i wznosiły się prosto do nieba zasłaniając słoneczne promienie. Między szarymi i czarnymi pniami liany powiązały swoje siatki utrudniające marsz. Młodzieniec był bardzo znużony, a orchidee o ogromnych kwiatach podobnych do wielkich motyli wydzielały ciężki zapach. Postanowił zatrzymać się i odpocząć, może nawet usnąć. Zwolnił kroku. Jego noga zawadziła o wielki, biały kamień. Pochylił się i dotknął go ręką. To nie był kamień. To była czaszka.
    Młody człowiek przysiadł na korzeniu drzewa i przyglądał się czaszce. Po chwili zaczął ją obracać, a obracając marzył... Przymuszając się do myślenia, marzył zupełnie głośno. On mówił do czaszki i wypytywał ją:
    - Skąd ty pochodzisz? zapytywał ją co robiłaś podczas swego ziemskiego istnienia? Czy jesteś czaszką złośliwca, czy mędrca? Kiedy miałaś język, czy posługiwałaś się nim w celu wprowadzania spokoju, czy twoje słowa kłuły, jak osy? Czy w twoich oczodołach, teraz pustych, miałaś oczy przepełnione słodyczą, czy promieniujące nienawiścią? Czy jadowite słowa, czy urocza muzyka chętniej była wychwytywana przez otwory twoich uszu? Z czego była zrobiona twoja dusza: z błota, czy ze szlachetnych uczuć?
    Naiwny nie przestawał stawiać pytań wciąż obracając czaszkę w swoich rękach. Niespodziewanie czaszka zaczęła mówić:
    - Dlaczego ty mnie tak męczysz? zapytała go.
    Zaskoczony słowami czaszki podróżny upuścił ją i ona potoczyła się po trawie, ale trawa była gęsta i czaszka nie poczuła bólu. Nie trwało długo, jak Naiwny ochłonął z zaskoczenia, przyniósł czaszkę bliżej siebie i położył ją na kępce mchu naprzeciw siebie i zaczął ją wypytywać:
    - Powiedz mi więc, co ty robiłaś w swoim życiu? Czy już dawno zmarłaś? I z jakiego powodu zmarłaś?
    - Dobrze - odpowiedziała czaszka zmarłam, ponieważ niedyskrecja mnie zabiła.
    - Nie wierzę! Niedyskrecja nikogo nie zabija, nigdy!
    - Zmarłam, ponieważ niedyskrecja mnie zabiła powtórzyła czaszka.
    Czaszka nie przestawała wciąż powtarzać tych słów cichym i monotonnym głosem, aż podróżnik zniecierpliwił się i wstał. Wstał i ruszył w drogę nie powiedziawszy czaszce nawet: "żegnaj". Biedna, opuszczona czaszka została na kępce mchu sama.
    Ale w drodze do wioski Naiwny nie przestawał myśleć o niej. Ścieżka prowadziła przez monotonną sawannę. Przyspieszył kroku, gdyż chciał dojść do wioski jeszcze przed południem. Uśmiechał się myśląc o cudownej historii, którą wkrótce będzie opowiadał. Nie zarobił wiele pieniędzy, ale wracał z bogactwem. Przynosił coś naprawdę wyjątkowego. Wiadomość o czaszce, która mówi. Poprzez mangowce widział w gęstej zabudowie domy swej wielkiej wioski i w powietrzu czuł już zapach dymu. Wkrótce będzie południe. Przy swoich domach, w wielkich glinianych garnkach, kobiety gotowały ryż.
    Ale Naiwny nie tracił czasu nawet na pozdrowienie swoich rodziców i przyjaciół. Od razu skierował się do domu szefa wioski, pana o charakterze trudnym, a jednak szanowanym. W wypadkach nadzwyczajnych można było wejść do niego bez zapowiedzi, a tutaj, jakby nie było, chodziło rzeczywiście o sprawę bardzo ważną. Tak przynajmniej sądził Naiwny. Wszedł do domu pierwszej osoby w wiosce.
    - Przyszedłem oznajmić coś, co widziałem i słyszałem niedawno, a czego nikt ani nie widział, ani nie słyszał.
    - Zadziwiasz mnie odpowiedział szef Ja już wszystko widziałem i wszystko słyszałem.
    - Ja widziałem czaszkę i ta czaszka mówiła.
    - Kłamiesz!!! krzyknął szef ty sobie kpisz ze mnie i ty będziesz ukarany!
    - Mogę to udowodnić. Zostawiłem tę czaszkę u stóp drzewa w lesie. Potrafię ją odnaleźć. Jeżeli ja kłamię, możesz mi ściąć głowę.
    Szef zwołał ludzi. Kiedy przyszli, wziął się pod boki i wszedł na podwyższenie przeznaczone do wygłaszania przemówień. Wzniósł prawicę, rzucił okiem na siebie, zanim rozejrzał się po wszystkich zebranych i tak przemówił:
    - Słuchajcie, słuchajcie! Mam wam do powiedzenia rzecz nadzwyczajną. Ten człowiek znalazł czaszkę, która mówi! Czy wierzycie?
    - Nie, my mu nie wierzymy, o panie. odpowiedział starzec w imieniu zebranych Czaszka nigdy nie mówi. Ten człowiek kpi sobie z nas.
    - Tak właśnie ja mu odpowiedziałem, ale on upiera się i chce nam udowodnić, że mówi prawdę. Jeśli on kłamie, jeśli czaszka nie mówi, ale jest podobna do każdej innej czaszki, ja zetnę mu głowę, temu człowiekowi, temu oszustowi i kpiarzowi. Czy my powinniśmy towarzyszyć mu aż do miejsca, gdzie znajduje się ta czaszka?
    - Tak, my musimy tam iść odpowiedział inny starzec.
    Po zatwierdzeniu tej propozycji szefa przez zgromadzonych wszyscy wyruszyli do lasu za Naiwnym. Szef był ubrany w swoją wielką, kolorową chustę, jak Rzymianin w togę. Wyruszył poprzedzany przez Naiwnego i wyprzedzający tłum. Przewodnik z łatwością znalazł drogę, ponieważ tędy przechodził już wiele razy, tam i z powrotem. Pewny swego, na miejscu Naiwny zapytał czaszki:
    - O, czaszko, z jakiego powodu ty zmarłaś?
    Nikt nie usłyszał odpowiedzi. Czaszka milczała. Naiwny zapytał po raz drugi i trzeci, ale zawsze w odpowiedzi było milczenie i cisza. Tłum szemrał. Szef obrócił na niego swe straszliwe, złowrogie oczy.
    - Daję ci jeszcze jedną szansę zahuczał zapytaj jeszcze raz i głośniej, być może, że trochę stwardniało jej ucho i nie słyszy dobrze dorzucił szyderczo.
    Sterroryzowany strachem Naiwny zapytał jeszcze raz potężnym głosem:
    - Czaszko! Czy ty mnie słyszysz?! Dlaczego ty zmarłaś?
    Cisza. Nie ma odpowiedzi.
    Próba skończona. Szef wioski rozkazał wykonać wyrok.
    Kiedy głowa Naiwnego toczyła się po trawie, usłyszano, jak czaszka cichym i żałosnym głosem powiedziała:
    - Ja ciebie uprzedzałam! Niedyskrecja może spowodować śmierć.

  • Góra strony

    3. CZTEREJ GŁUPCY


    Król siedział na złotym krześle w wielkim domu i nudził się. Wciąż słyszał pochwały dotyczące piękności, siły, rozumu i mądrości. Uprzykrzyły mu się te banały i oczernianie jednych przez drugich. Chciałby mieć przy sobie kogoś, kto mógłby go zabawić i rozerwać. Bo wszyscy wciąż powtarzali, co trzeba będzie zrobić dziś, jutro, czy pojutrze. Dyskutowano przy nim o przyszłych zbiorach ryżu. Poinformowano go, ile wołów ofiarował Bogu sąsiedni król z okazji śmierci swego syna.
    Pewnego razu do króla dotarła wiadomość, że wśród jego poddanych jest młody człowiek, którego nazwali Kpiarzem. Był on człowiekiem prawego charakteru, bardzo przebiegłym. Ludzie opowiadali o tysiącu figli, które spłatał swemu ojcu i swojej matce.
    Król kazał wezwać ojca i matkę Kpiarza.. Prosił ich, aby przyprowadzili swego syna. Wobec rodziców wyraził życzenie, aby ich syn pozostał w królewskim pałacu. On będzie opiekował się nim. Życzenia królewskie są rozkazami, więc rodzice spiesznie odeszli i spiesznie powrócili do króla wraz ze swoim synem. Jego wygląd obudził u króla zaciekawienie i nadzieję.
    Pewnego poranka król polecił Kpiarzowi iść do źródła z butelką i przynieść wody, a także zabrać lustro, które przez zapomnienie zostawił poprzedniego dnia. Kpiarz pospiesznie wykonał królewski rozkaz, ale biegł tak szybko, że nie zauważył przed królewskim domem dwóch wielkich kamieni, które tworzyły stopnie schodków. Przewrócił się, Butelka stłukła się, a lustro też rozleciało się w drobne kawałeczki.
    Król powstrzymał swój gniew i poprosił go spokojnie o odtworzenie rozbitych przedmiotów z kawałków, które trzymał w rękach.
    - To jest bardzo łatwe powiedział Kpiarz do króla jeśli tylko przygotujesz mi sznurek z dymu i czarkę łez.
    Król kazał przynieść pieprz, czarkę i tłuczek, którą rozmiażdżył pieprz robiąc z niego pomadę. Potem zawołał swoją córkę, która była bardzo wrażliwa na zaloty. Ojciec zapewnił ją, że posiada nadzwyczajną maść, dzięki której oczy stają się najpiękniejszymi oczami świata. Ona natychmiast posmarowała swoje powieki i - oczywiście zaraz łzy zaczęły kapać. Ale ślicznotka miała serce tak suche, że zapas łez szybko się wyczerpał i dno czary było ledwo wilgotne. Wtedy król położył się na macie znajdującej się przed złotym krzesłem, okrył chustą i kazał Kpiarzowi poszukać królowej i powiedzieć jej, że właśnie przed chwilą król zmarł nagle.
    Królowa spokojnie odrzekła cytując przysłowie malgaskie:
    - Jedno drzewo nie czyni lasu.
    Tym powiedzeniem królowa chciała powiedzieć, że ona potrafi wybrać inne drzewo w lesie, czyli oczywiście zdobędzie sobie drugiego męża.
    Ale król puścił w niepamięć taki nietakt, wstał i nadal marzył o znalezieniu innego sposobu napełnienia czarki łzami. Rozkazał naznosić do mieszkania zielonego, nie wysuszonego drzewa i wypełnić nim całe palenisko. Podłożył ogień. Strumień dymu napełnił mieszkanie, a król usiłował uchwycić dym i zrobić z niego sznurek. Naturalnie, niczego nie osiągnął i nic z tego wyjść nie mogło.
    - Ty kpisz sobie ze mnie powiedział do winowajcy zażądałeś ode mnie dwóch rzeczy niemożliwych do zrobienia.
    - Oczywiście odpowiedział Kpiarz ale to ty, Panie Królu, pierwszy zażądałeś ode mnie rzeczy niemożliwych i dlatego, aby je wykonać, prosiłem cię także o dwie rzeczy, których nie da się zrobić.
    Historia ta rozweseliła króla i śmiał się przez dwa dni bez przerwy.
    Na trzeci dzień król chciał sobie zażartować z Kpiarza. Wezwał do siebie kilka osób, a do młodego chłopca powiedział:
    - Teraz będziesz uczestniczył w rzeczy nadzwyczajnej, ponieważ ci ludzie są zdolni uczynić coś, czego ty nie potrafisz zrobić w żaden sposób, chociaż jesteś bardzo pomysłowy. Ja ci to udowodnię. Każdy z nich zniesie jajko.
    Rzeczywiście, ci ludzie przechodzili przed królem i po ukłonie każdego z nich jajko toczyło się w kierunku królewskiego krzesła. Jajko mieli schowane, oczywiście, pod swoim ubraniem.
    - Teraz kolej na ciebie, - powiedział Król.
    Kpiarz spokojnie, bez podniecenia, bez zawahania się, zatrzymał się przed królem i zapiał doniośle:
    - Kukurykuuu!
    - Co ty robisz? zapytał król.
    - Widzisz, Panie Królu, ja jestem kogutem. Każdy człowiek wie, że koguty nie znoszą jajek.
    Następnego dnia król zażądał od Kpiarza innej rzeczy:
    - Chciałbym, abyś poszedł do ludzi mojego królestwa i przyprowadził tu czterech głupców.
    Niedaleko królewskiego pałacu Kpiarz spotkał wróżbitę, który siedział w kucki na swojej macie z włókna rafii. Na macie były rozrzucone święte ziarna, które poruszał koniuszkami swoich palców. Chuchał na nie, aby je obudzić. Mruczał rytualne słowa, aby poznać przyszłość.
    - Co chcesz wiedzieć zapytał go Kpiarz.
    - Chciałbym wiedzieć, czy moja żona naprawdę umarła.
    - To ty tego nie wiesz? Ona zmarła i pochowałeś ją przed czterema laty.
    - Tak, ja ją pochowałem, ale ziarna, które ją reprezentują, twierdzą, że ona żyje!
    W tej samej chwili obok nich przejeżdżał na koniu mężczyzna, który na plecach miał wielką belkę i w połowie był zgarbiony od jej ciężaru.
    - Dlaczego nie położysz tego drzewa na koniu? zapytał go Kpiarz.
    - To łatwe do wyjaśnienia powiedział ów człowiek a ty jesteś naprawdę otępiały, skoro tego nie odgadłeś. Czy ty nie widzisz, że mój koń jest zmęczony? On już przebiegł długą drogę i aby mu pomóc, ja niosę ten ciężar.
    Kpiarz pomyślał przez chwilę i powiedział:
    - Ja już nie muszę dłużej szukać głupców i zaprowadził wróżbitę wraz z jeźdźcem do królewskiego domu.
    - Ty już jesteś? zdziwił się król.
    - Ponieważ ja już znalazłem czterech głupców. Oto oni: ty, Panie Królu, ja i tych tutaj dwóch mężczyzn.
    Król już nigdy się nie nudził. Każdego dnia naprzemian wymyślali najdziwniejsze historie i dowcipy król i Kpiarz.
    Od tej pory na każdym królewskim dworze jest bardzo wysoki urząd błazna. I tylko temu, kto piastuje ten urząd, wolno mówić całą prawdę.

  • Góra strony

    4. SPRYTNY


    Kiedy w wiosce urządzano święto, pewien młodzieniec nabierał nadziei. Może tym razem otrzyma coś lepszego, niż piszczele albo głowę wołu ofiarowanego Bogu. Kiedy składano ofiarę rozpoczynając święto i ludzie przystępowali do podziału wołu, zawsze przypadały mu tylko te części, jakby zarezerwowane dla niego. To była prawda, że był bardzo ubogi, ale uważał się za szczęśliwego, chociaż o swojej biedzie nie zapominał nawet podczas święta.
    Jak każe zwyczaj, Sprytny przechowywał wszystkie kości po obgryzieniu ich z najmniejszej nawet plamki mięsa. Kiedy uzbierał się ogromny stos, postanowił spalić wszystkie te kości. Jednak nie wiedział, co zrobić z popiołami. Zgarnął je wszystkie do dużego worka, dorzucając jeszcze niezupełnie wyschniętą głowę wołu zabitego podczas ostatniego święta. A że teraz nie wiedział, co zrobić z workiem, włożył go sobie na plecy i poszedł do wioski, która przy wejściu od północy miała kamienną bramę. Coś wymyślił.
    Przybywszy do wioski zawiesił worek przed bramą z kamieni, wszedł między domy i skierował się do szefa wioski. Tam powiedział:
    - Zostałem posłany przez naszego Króla Tego Co Własną Rękę Zabił Stu Wojowników, abym przeniósł kości jego umiłowanego syna do ziemi Emyrna, gdzie są królewskie grobowce. Przygotuj mi dom czysty i odpowiedni do zamieszkania dla wysłannika królewskiego. Tam spędzę noc wraz z bezcennym depozytem, zanim wyruszę w dalszą drogę jutro rano, kiedy Oko Dnia wyjdzie z Wielkiej Wody.
    Taki język zrobił wrażenie na szefie. Zwołał zebranie wszystkich mieszkańców wioski, aby przekazać im wiadomość, ponieważ powinno być uhonorowane wszystko, co pochodzi od króla. Potem na czele całego tłumu skierował się do północnej bramy i nakazał zaprowadzić straż honorową przy bezcennym depozycie podczas przenoszenia do najpiękniejszego domu w wiosce. Ale worek już był otoczony przez ptaki, które przyciągnął zapach rozkładającej się głowy wołu. Ujrzawszy to, Sprytny wpadł w straszliwy i szlachetny gniew:
    - Ah! Ah! - krzyczał to tak jest przyjęty królewski syn w tej wiosce?! To w ten sposób okazujecie szacunek świętym pozostałościom? Kiedy król dowie się, że ciało jego syna zostało pozostawione ptakom. Jego gniew będzie straszliwy. Ja już teraz boję się...
    Ludzie osłupieli, a szef starał się uspokoić Sprytnego, który nie ustawał wypowiadać pogróżek. Proszono go, aby nic nie mówił królowi o tym nietakcie, a za obietnicę milczenia ofiarowano mu worek srebrnych monet tak ciężki, jak worek z popiołem. Za tę cenę Sprytny zgodził się milczeć, ale stanowczo odmówił spędzenia nocy w tej wiosce. Odszedł niosąc dwa worki na plecach.
    Droga powrotna prowadziła nad brzegiem morskim. Szedł po plaży. W pewnej chwili wrzucił do wody worek z popiołem. Przybywszy do wioski udał się do króla i prosił o posłuchanie, które powinno być mu dane na placu przed królewskim pałacem. Sprawa, z którą przychodzi, jest niezmiernie ważna i pilna.
    - Panie Królu powiedział Sprytny przybywam złożyć u twych stóp to, czego nie jestem godny zatrzymać dla siebie. Ty wiesz, że ja jestem biedny, a przy każdej ofierze raczysz obdarzać mnie wspaniałą głową ofiarowanego wołu i dodajesz jeszcze jeden lub dwa piszczele, abym brał udział we wspólnej uczcie. Dziękuję ci za twoją dobroć i proszę przyjąć ten skromny dar na znak mego podziękowania i mojej prawdziwej wdzięczności.
    Zdziwiony król zadawał pytania jedno po drugim:
    - Panie Królu, te piszczele i te wszystkie głowy nie należą mi się. Czuję się w obowiązku spłacić ci wielki dług wdzięczności. Ja je spaliłem.
    - Spaliłeś?! krzyknął król bliski gniewu I popiołem chcesz mi okazać wdzięczność?
    - Proszę o wybaczenie za wystawienie waszej nieprawdopodobnej cierpliwości na tak prostą próbę, ale muszę to wytłumaczyć, o czym ja myślałem, aby spłacić mój dług wobec ciebie, Panie Królu.
    - Czy ty mi wreszcie wyjaśnisz? zagrzmiał król co mi tu przyniosłeś?
    - Ja już powiedziałem, że spaliłem te wspaniałe piszczele i smakowite głowy, którymi byłem raczony przez długie lata, błogosławiąc twoje królewskie imię przy każdym kęsie i ten popiół...
    Król stracił cierpliwość, wyszedł z siebie, chwycił długą włócznię ozdobioną złotem i z wściekłością zanurzył w worek.
    - Przebiję tak też twoje ciało, jak przebiłem ten worek pełny popiołu, jeśli ty...
    Ale nie dokończył swojej pogróżki, ponieważ srebrne monety wyleciały z rozdarcia.
    - Ja właśnie złożyłem u twoich stóp tę mizerną sumę wyjaśnił Sprytny. Ja sprzedałem te popioły w wiosce, której wejście otwiera się na północ. Kupiono je ode mnie za dobrą cenę, kiedy wyjaśniłem im, że pochodzą z twoich wołów, a posiadanie tych popiołów jest dla nich oznaką zaszczytu. Albowiem wszystko cokolwiek dotyka z bliska lub z daleka, albo ma związek z Waszym Majestatem, jest dla nich przedmiotem specjalnego kultu.
    Król Ten Co Własną Rękę Zabił Stu Wojowników, wpadł w dumę. Ani na moment nie wątpił w prawdziwość tej nadzwyczajnej mowy. Natychmiast zwołał swój lud na plac zebrań i wskoczył na mównicę.
    - Słuchajcie, słuchajcie ci wszyscy, którzy mnie, waszego króla, otaczacie! zaczął przemówienie Ten dzień jest dla nas pomyślny i Stwórca nas kocha. Odtąd staje się nieużyteczną rzeczą męczyć was pracą, a srebro będzie płynęło do nas, jak rzeka opływająca naszą wioskę. A czy wiecie, kogo wybrał Stwórca, aby przynieść nam to szczęście? To jeden z mieszkańców naszej wioski, który ma na imię Sprytny! Tak, my go nie znaliśmy.
    - Tak, to prawda - odpowiedzieli ludzie my go tak dobrze nie znaliśmy.
    - Tak, on tu do mnie przybył, aby udowodnić lepiej, niż ktokolwiek z was, że jest najwierniejszym pomiędzy moimi wiernymi poddanymi... Oto, co nam ofiarował, aby nam służyło.
    - Ale co zrobił, abyśmy mieli pożytek?
    Więc Król Ten Co Własną Rękę Zabił Stu Wojowników wyjaśnił tę cudowną historię.
    - I oni dali mu worek monet za worek popiołu? powtórzy lud wierzymy w to, ponieważ to ty, Panie Królu, nam mówisz o tym.
    Tylko jeden człowiek, wróżbita, który czyta w rzeczach tajemnych i dalekich, nic nie powiedział. Przysiadł w cieniu swojego domu, skulił się i spuścił głowę, ale król zmierzył go wzrokiem i krzyknął swoim grzmiącym głosem:
    - Czy jest pomiędzy wami ktoś, kto ośmiela się mówić przeciwnie, niż ja twierdzę?
    Wtedy wróżbita krzyknął głośniej, niż inni:
    - Usta tych, którzy mówią inaczej, niech staną się nieme. Ty jesteś naszym ojcem i matką naszą, a twoje słowa, Panie Królu, są prawdziwsze, niż sama prawda.
    - Więc słuchajcie i dobrze zapamiętajcie, co mówię! ciągnął król Wszyscy, którzy mają bydło, zabiją je. Moje woły też będą zabite. Spalicie je i popioły zaniesiecie do wioski, której kamienna brama wychodzi na północ i tam dadzą wam worek srebrnych monet za każdy worek popiołu.
    Cóż tam nie działo się, gdy ludzie zabijali woły! Zajadali się mięsem aż po gardło. Pili rum z trzciny cukrowej. W piecu spalali wszystkie kości i mięso, które już im przez gardło przejść nie mogło. Na wiele dni wioska znikła w smugach unoszącego się dymu..
    I już nie było ani jednego wołu w wiosce, za to trwało święto, święto najwznioślejsze przy rytmie śpiewów i tańców.
    Kiedy skończono spalanie wołów i popioły zebrano do worków, król wybrał najszlachetniejszych mężczyzn godnych zanieść je aż do wioski, której brama wychodzi na północ. Mężczyźni wzięli worki na swoje plecy i ruszyli w drogę. Sprytny był na tyle sprytny, że poszedł do domu swej matki po drugiej stronie rzeki. Wróżbita też nie poszedł, ponieważ, jak mówił, musi leczyć chorego. Król zaś, który tyle jadł i pił, wszedł do swego domu i zasnął marząc o niezliczonych monetach srebra, które wkrótce napełnią jego skrzynie...
    Dzielni ludzie przybyli do wioski, której brama wychodziła na północ, i położyli swoje worki na ziemi, rozpoczynając rozmowę, jak zwykle, od wymiany pozdrowień i uprzejmości wobec szefa, który przyjął ich bardzo godnie.
    - Jesteście mile widziani u nas powiedział im jestem szczęśliwy, że wybraliście moją wioskę, aby wypocząć.
    Inni mieszkańcy wioski odpowiadali także życzliwie. I oni rozmawiali... rozmawiali... rozmawiali... Wreszcie najstarszy człowiek z wioski powiedział:
    - Słowa przechodzą, jak wiatr, ale działanie zostaje, jak drzewo, które zasadza się w dobrej ziemi i ono przynosi owoce.
    - Ach, tak... my przynieśliśmy do was te wspaniałe popioły głów wołów, które wy tak cenicie i wymieniacie na worki waszych błyszczących srebrnych monet odpowiedzieli wysłannicy królewscy.
    Szef oburzył się usłyszawszy taką propozycję i wyrzucił ich z wioski. Potem rozkazał zatoczyć wielkie kamienne koło, które zamknęło bramę wejściową do wioski.
    - Musieliśmy się pomylić, to nie tutaj powiedzieli dzielni ludzie podnosząc z ziemi i wkładając na plecy ciężkie worki.
    Udali się do krainy sąsiedniej. Ceremonia powitania powtórzyła się. I z tej wioski ich wygnali, jak również z dziesiątki innych wiosek, aż zrozumieli, że Sprytny zakpił z nich. Nie pozostawało nic innego, jak powrócić do swojej wioski. Przechodząc po plaży wrzucili do wody wszystkie worki z popiołem.
    Trudno opisać gniew króla, kiedy poznał wielkość poniesionej straty. Natychmiast zwołał swój lud na plac zebrać.
    - On nas oszukał krzyczał głosem piorunującym i ja chcę zabić go moją własną ręką, która zabiła już stu wojowników. Przyprowadźcie go do mnie!
    Jedynie wróżbita uśmiechnął się skrycie zasłaniając usta dłonią i mruczał:
    - Trzeba zawsze spróbować, zanim powie się, że coś jest niemożliwe.
    W tym czasie Sprytny uciekał i był już bardzo daleko. Król bez szukania opinii u swoich radnych wydał rozkaz straszliwy:
    - Niech spłonie dom jego matki i jego matka w nim!
    Zaraz podłożono ogień pod dom i biedna kobieta wkrótce zamieniła się w dym i popiół.
    Gdy późną nocą Sprytny powrócił do wioski, zebrał to, co pozostało z jego matki, włożył do worka i odszedł. Szedł długo... Przy pewnej wiosce ujrzał dzieci bawiące się, zawołał je i wskazał im worek, który powiesił na drzewie.
    - Niech każdy weźmie kija powiedział im i uderza bardzo silnie w ten worek. Dam sztukę srebra temu, kto będzie bił najmocniej.
    Sam wszedł do wioski oznajmiając niezwykłą nowinę:
    - Słuchajcie mnie! Przybyłem, aby odpocząć u was, ponieważ niosę ciężar wielki i drogocenny. Zmarła matka króla naszego i idę aż do granicy brzegu morskiego, aby tam zanieść te święte prochy... Ale co to za hałas? powiedział nagle udając zaskoczenie.
    Pobiegł w kierunku worka i zaczął rozpaczać.
    - Przybiegajcie wszyscy tutaj wołał aby zobaczyć to ohydne świętokradztwo! Wasze dzieci tłuką ten skarb bezcenny, który został mi powierzony. Co na to powie Król Co Własną Rękę Zabił Stu Wojowników? Ach, jego gniew jest straszliwy... Wkrótce przybędzie i spali waszą wieś, kiedy o tym się dowie.
    - Litości prosili biedni, przestraszeni ludzie nie mów mu nic o tym, a my damy ci za to worek srebrnych monet.
    Sprytny milczał.
    - Tak, tak, my rozumiemy, że to nie wystarcza za tę wielką zbrodnię. My damy ci jeszcze stado wołów.
    - Żal mi was - powiedział Sprytny Zgadzam się.
    Potem zabrał worek z prochami i drugi ze srebrem. Odszedł, poganiając wielką ilość wołów. Przechodząc przez plażę wrzucił worek z prochami do morza.
    Ledwo wszedł do wioski prowadząc takie mnóstwo wołów, wszyscy go otoczyli. Ale Sprytny nie chciał mówić i szybkim krokiem skierował się do pałacu królewskiego.
    - Królu oświadczył mu najszlachetniejszy i najsprawiedliwszy z władców, odwołuję się do twego poczucia bezstronności. Czy wiesz, co oni mi zrobili? Oni spalili moją matkę!
    - Ale ty ich oszukałeś! powiedział król spoglądając na worek z pieniędzmi.
    - Nie, ja ich nie oszukałem. To oni się pomylili. Oni poszli do wioski, której brama wychodzi na północny wschód, zamiast przedstawić się w wiosce, której brama wychodzi na północ. Oni pomylili wioski, a mnie posądzili, że ich okłamałem... Ach, oni spalili moją matkę, to okrutne! Ja zebrałem jej prochy umiłowane i ja je sprzedałem w wiosce, której brama otwiera się na północny zachód, a oni dali mi to srebro i jeszcze dołożyli sto wołów.
    Król zwołał lud, a kiedy wszyscy przybyli na plac zebrań, przemówił:
    - Ci, którzy chcą mi wierzyć, niech mnie słuchają. Inni mogą odejść.
    Nikt się nie poruszył i tylko wróżbita zagadkowo się uśmiechnął zasłaniając sobie usta kościstą i długą dłonią.
    - Sprytny was nie oszukał oznajmił król i on wam przebacza, ponieważ prochy jego starej matki zostały sprzedane za dużą cenę. Spalcie wszystkie stare kobiety, które już nic nie robią, i zanieście do wioski, której brama otwiera się na północny zachód. Wy też dostaniecie pieniądze, a na dodatek woły.
    - Jaszczurka straciła swoją dziurę i teraz nie wie, co czynić mruczał wróżbita.
    Ale nikt go nie słuchał i wszystkie staruszki zostały spalone. A dalej, to było tak samo, jak poprzednim razem. Czcigodni mężowie wzięli na plecy worki z prochami staruszek i poszli do miasta, którego brama otwiera się na północny zachód. Po grzecznościowych powitaniach i wy-jawieniu celu przybycia mieszkańcy tej wioski wypędzili podróżnych, którzy popełnili taką ohydę, zabijając i spalając staruszki. Już nie próbowali sprzedać prochów staruszek w innych wioskach. Powrócili do króla.
    Jakich słów należałoby użyć, aby opisać gniew króla? Tym razem Sprytny nie miał czasu na ratunek. W jednej minucie został schwytany i wsadzony do worka. Ludzie zanieśli worek ze zbrodniarzem nad brzeg morza zapowiadając, że wrzucą go do wody wieczorem, o zachodzie słońca. Na razie leżąc na plaży ma czas na rozmyślanie o swoich zbrodniach.
    Tym razem Sprytny myślał, że zbliża się jego ostatnia godzina, ostatni dzień jego życia. Nagle usłyszał czyjeś kroki obok siebie.
    - Kto ty jesteś? - zakrzyczał Sprytny.
    - Ja usłyszał w odpowiedzi.
    - Dokąd idziesz?
    - Tam, gdzie znajdę kobietę bardzo bogatą i bardzo ładną.
    - Ja jestem zaręczony z pewną księżniczką powiedział Sprytny ale zazdrośnik opłacił opryszków, którzy mnie wsadzili do worka i zawiązali. Jeśli mógłbym z niego wyjść, szybko poszedłbym i odnalazł księżniczkę, którą chętnie bym ci odstąpił... Ale trzeba, abyś zajął moje miejsce w worku na jedną godzinę. Za godzinę przybyłbym z księżniczką.
    I tak się stało. Przechodzący kawaler marząc o księżniczce rozwiązał worek i wszedł do niego na miejsce Sprytnego. Ten zawiązał worek i oddalił się spiesznie.
    Wieczorem wszyscy mieszkańcy wioski przyszli na plażę, aby być świadkami wykonania królewskiego wyroku. Niektóry kopnęli w worek chcąc dodatkowo znieważyć Sprytnego.
    - Przeklęty zbrodniarzu imieniem Sprytny! Jak będziesz w głębinach wód, już nie będziesz mógł z nas kpić mówili.
    - Nie! Nie!! Nie!!! Ja nie nazywam się Sprytny. Błagam was, nie róbcie tego! Ja was nie oszukiwałem!
    Ale jego słowa zostały zagłuszone przez gniewny i złorzeczący tłum. Worek został wrzucony w wodę.
    W tym czasie Sprytny oddalał się od swojej wioski. W drodze udało mu się uchwycić dzikiego kota. On go zamknął w koszyku i udał się do najbogatszego człowieka w tym kraju, bogatszego od samego króla. Przyjęty przez bogacza, Sprytny powiedział:
    - W tym koszyku znajduje się nadzwyczajny talizman, Jest z drzewa, a mimo tego porusza się i żyje. Niekiedy miauczy, a przecież nie ma ani szyi, ani ust. On spełnił mi trzy życzenia, ale nie spełnia nigdy czwartego tej samej osobie. Dlatego ja chcę go sprzedać i poszukuję człowieka najrozumniejszego, jakiego spotkam.
    - Tak, a czy tym człowiekiem mogę być ja? Ile chcesz?
    - Niewiele. Jedną chustę jedwabną, dwie strzelby złocone i worek pereł.
    Człowiek uznał, że to nie jest zbyt drogo, ponieważ dzięki trzem życzeniom odzyska zapłatę i jeszcze powiększy ją przynajmniej stokrotnie.
    - Tylko dodał jeszcze Sprytny koszyk z talizmanem można otwierać tylko wieczorem, po zachodzie słońca, w ciągu dnia talizman nie spełnia życzeń.
    Obładowany wartościowymi rzeczami Sprytny ruszył w drogę do swojej wsi. Wszedł do króla bez zapowiedzi. Władca był zdziwiony i nie mógł wymówić ani słowa. Ale Sprytny przemówił od razu:
    - Mój Panie i Królu! Oto ja, twój wierny Sprytny, twój pokorny poddany. Przychodzę prosto z morza, do którego byłeś łaskawy mnie wrzucić. Widziałem tam cudowne rzeczy i chcę, abyś korzystał z nich bez ociągania się. Kiedy przybyłem na dno wody, zostałem przyjęty przez ludzi bogato ubranych. Był tam twój ojciec i twoja matka, mój ojciec i moja matka. Oni szczęśliwie żyją we wspaniałym pałacu i prosili mnie, abym powrócił do mojej wioski i poszukał ciebie i tych, którzy są godni zamieszkania razem z nimi. Oto, oczekując na ciebie, przysyłają ci prezenty, które ja z trudem przyniosłem. Ale w głębi wody znajdziesz, o Panie Królu, skarby o wiele cenniejsze.
    Król natychmiast zwołał lud na plac się w worek i niech wszyscy zgromadzą się na plaży. My wszyscy udamy się do kraju, skąd powrócił Sprytny. Zobaczcie, co stamtąd przyniósł, a to wszystko jest niczym wobec tego, co tam znajdziemy.
    Ludzie posłuchali i wypełnili polecenia królewskie, ponieważ wiedzieli, że słowo króla jest prawdziwsze od samej prawdy. Na plaży jedni drugim pomogli wejść do worka, ale Sprytny wybrał tylko kilka worków pośród nich i wraz z wróżbitą wrzucił je w morze. W pierwszym wrzuconym w fale worku był sam król.
    - Każdemu panu należna cześć powiedział wróżbita na pożegnanie.
    Po wrzuceniu worków, w których byli najwięksi przyjaciele króla, Sprytny rozwiązał pozostałe i zgromadził wszystkich ludzi przy sobie.
    - Teraz ja, Sprytny, jestem waszym królem. Wracamy do naszej wioski!
    Wszyscy poszli za nim aż do pałacu królewskiego. Tylko jeden wróżbita usiadł przed swoim domem i mruczał przysłowie:
    - Kto się kłopocze, jak perliczka, ten wie, czego chce.
    Sprytny rządził długo i szczęśliwie, a jego poddani wiedzieli, że tego króla wprowadzić w błąd nie można.

  • Góra strony

    5. ŻARŁOCZKA


    Bardzo dawno temu były-żyły trzy siostry, a że to było naprawdę bardzo dawno temu, nikt już nie wspomina ich imion. W pamięci ludzkiej zachowało się tylko przezwisko najmłodszej, Żarłoczka. Jej apetyt był bardzo wymagający i ta wada zachowała ją od zapomnienia.
    Ona nigdy nie myślała o czymś innym, niż o jedzeniu. Tylko jedzenie ją interesowało, jakby przez ducha łakomstwa była opętana. Kiedy usłyszała odgłos ubijaka uderzającego w młócony ryż w drewnianym moździerzu, zaraz zaczynała śpiewać w rytm wielkiej, drewnianej pałki uderzającej regularnie i podbijającej plewy opadające wokół moździerza i pracującej kobiety. Nie trzeba dodawać, że Żarłoczka nigdy nie wykonywała tej pracy, przeciwnie, twierdziła, że praca pobudza jeszcze jej apetyt. Jej matka, jak i dwie starsze jej siostry, pracowały chętnie i w wykonywaniu obowiązków znajdowały wiele zadowolenia, a to nie jest bez znaczenia. Gdy jej matka z córkami pracowały, Żarłoczka śpiewała:
    Ha! Ha! ubijak tańczy
    I ryż tańczy pod ubijakiem!
    Tańczy też mój żołądek,
    Umierając już z głodu.
    Ha! Ha! Żołądku, tańcz!
    Biedna kobieta, jej matka, spieszyła się z wsypaniem wymłóconego ryżu na okrągłą, płaską, wyplataną matę, aby oddzielić ryż od plew. Żarłoczka w natchnieniu zakrzykiwała się:
    Ryżu, oczyszczaj się,
    Plewo, leć z wiatrem.
    Mam żołądek pusty,
    Muszę go napełnić.
    Zapach ryżu wkładanego do garnka zmuszał ją do deklamacji:
    Ryżu, spiesz się, spiesz,
    Ryżu, kończ się gotować!
    Znajdź drogę do żołądka,
    Abym nie słabowała!
    Wreszcie, kiedy ryż był już ugotowany. Matka porozrywała wielkie i długie liście bananowe na prostokąty i kwadraty różnej wielkości, aby służyły jako talerze, talerzyki i łyżeczki. Dzięki dobremu Bogu, który stworzył takie liście, nie potrzeba było zmywać talerzy. Teraz matka podzieliła ryż kładąc odpowiednią dla każdego porcję na zielonym talerzu. Oczywiście, Żarłoczka nie troszczyła się o nic, nie pomagała, po prostu nie zajmowała się przygotowaniem. Aby zachęcić swą matkę do włożenia większej ilości ryżu na jej talerz, najmłodsza córka prosiła:
    O, mamo ma kochana!
    Dołóż jeszcze ryżu,
    On skarbem mego żołądka,
    On śmieje się do mnie.
    W oka mgnieniu Żarłoczka opróżniała swój liść i żądała dokładki w czasie, kiedy jej dwie siostry ledwo skosztowały swoją porcję ryżu. Dla nich nigdy nie było dokładki. Kiedy skończyły jeść, ich najmłodsza siostra opróżniała z ryżu nawet garnek. Z jej powodu wszyscy byli głodni i stawali się coraz chudszymi, podczas gdy Żarłoczka grubiała... grubiała... grubiała...
    Tak dłużej trwać nie mogło. Pewnego dnia ojciec Żarłoczki znalazł jak mu się zdawało rozwiązanie. Postanowił, że dwie siostry będą jadły przed Żarłoczką, która w tym czasie będzie siedziała i spała na swojej macie i oczekiwała końca posiłku. Oczywiście, w garnku była zachowana dla niej porcja ryżu, większa, ale rozumna.
    Pewnego wieczoru, gdy przyszła pora dzielenia ryżu, szukano wszędzie dużej, drewnianej łyżki. W domu nie było takie drugiej i matka nie miała czym włożyć porcje ryżu na bananowe liście-talerze.
    - Może łyżka spadła ci pod dom? Tyle szpar w podłodze zasugerowała córka.
    Cała rodzina bez podejrzeń wyszła szukać zgubionego przedmiotu. Żarłoczka została na macie, śpiąca. Ale ona spała tylko jednym okiem. Kiedy rodzice i dwie jej siostry ledwo odwrócili się od kuchni i szli do drzwi, ona podskoczyła do garnka, uzbrojona w poszukiwaną łyżkę, którą przezornie schowała pod swoją matą. Potrzebowała tylko kilka razy chapnąć, aby wszystko połknąć. Potem położyła się zaraz i zasnęła, tym razem na jedno i drugie oko, bez wyrzutów sumienia. Dlatego nie słyszała krzyków i protestów swoich sióstr i gróźb rodziców, kiedy wszyscy powrócili do domu i ujrzeli łyżkę sterczącą w pustym garnku.
    Szkoda, że przodkowie opowiadający tę bajkę nie powiedzieli nic, co zdarzyło się potem.

  • Góra strony

    6. KARDYNAŁ I KROKODYL


    Był-żył raz człowiek, który uprawiał ziemię. Nazywał się Rolnik. Pewnego dnia, zwinąwszy swą matę, wyszedł o świcie, jeszcze długo przed wschodem słońca, zanim jego złociste promienie nie oświetliły ryżowiska. Rolnik przechodził przez las, zostawiając coraz dalej za sobą uśpioną wioskę na brzegu rzeki. Teraz posuwał się wolniej pod gęstwiną listowia, pośrodku splątanych i niemożliwych do rozplątania lian, które opadał z drzew i tworzyły pod nimi sklepienie nieprzejrzyste. Przy pomocy swej wielkiej maczety torował sobie drogę między lianami i mchem, który zwisał z gałęzi, jak długie warkocze.
    Zapach orchidei mieszał się z zapachem gnijących paproci czyniąc atmosferę jeszcze cięższą. Żaden śpiew ptaka nie zakłócał tej ciszy, która miała w sobie coś niepokojącego. Ale Rolnik był zbyt zajęty, aby o tym myśleć. On myślał tylko o polu kukurydzy i o ryżowiskach zniszczonych przez ptaszki-kardynały, które od pewnego czasu wydziobywały jego plantacje.
    Rolnik wydał się im wojnę, wojnę zawziętą. Prześladował je bez przerwy. Używał do ich odstraszania wszystkich środków, jakie nasunęła mu wyobraźnia. Ale złośliwi mali nieprzyjaciele powracali wciąż w większej liczbie. Ptaszki zawzięły się na zbiory Rolnika i wydawało się, że pogardziły ziarnami z innych pól.
    Nie mogąc wciąż walczyć, młody człowiek poszedł poradzić się starca z lasu. Był to mędrzec, który żył w pniu drzewa, żywił się miodem i "wiedział wszystko", jak o nim powszechnie mówiono. Rolnik długo szedł przez las głęboki i tajemniczy, ale bez wahania. On przebiegał tylko dróżkami wiele razy i potrafił orientować się pośród tego chaosu palm różnorodnych, zarośli, lian, tysiącletnich mahoni, strumyków, bajorek i stawów. Mówiono mu, że starzec przebywa u stóp drzewa zwanego malgaskim figowcem. Po przejściu pewnej polanki znów wszedł w leśną gęstwinę i z daleka zauważył wielkie drzewo, które mu opisano i którego gałęzie opuszczały się aż do ziemi. Mędrzec siedział przykucnięty, z głową w koronie utworzonej przez brzęczące pszczoły i kreślił na ziemi znaki, które ozdabiał ziarnkami o żywych kolorach. Nie podnosząc głowy, kiedy Rolnik zatrzymał się przed nim, uczynił znak ręką i wszystkie pszczoły tworzące złotą koronę otoczyły go całkowicie, tworząc wokół niego ruchomą osłonę. Rolnik wymamrotał tradycyjne pozdrowienie. Starzec jeszcze raz podniósł rękę i pszczoły brzęcząc odleciały i usiadły na najwyższych gałęziach drzewa.
    - Przybywam, o Mędrcze z Lasu, aby prosić cię o radę, ponieważ ty wszystko wiesz. Jestem przepełniony beznadziejnością i niepokojem. Moje uprawy są niszczone przez ptaki. Co mam czynić, abym nie umarł z głosu?
    Mędrzec nie odpowiedział, ale końcem palców poruszał ziarna przed sobą i łagodnie chuchnął na nie, wypowiadając dziwną formułkę. Potem rozłożył ziarna w sposób znany tylko sobie powtarzając wciąż zaklęcie. Rolnik, pełen niepokoju, oczekiwał. Wreszcie stary wróżbita podniósł głowę, potem ułamał tykwę, która zwisała z pnia drzewa, i zwrócił się do Rolnika:
    - Oto, co powiedzieli mi Niewidzialni: musisz pokropić twoją ziemię tą trucizną roślinną. Trzeba ją rozlać we wszystkie strony. A to, co zbierzesz, nie można będzie zliczyć.
    Powiedziawszy te słowa, stary wróżbita podniósł rękę i na ten prosty znak wstęga pszczół przybliżyła się i otoczyła jego białą głowę na kształt aureoli.
    Rolnik skłonił się i oddalił bez podziękowania i pożegnania Mędrca z Lasu. Tak było zawsze. Starzec jadł tylko miód i spał pod drzewem. Nie potrzebował niczego więcej. Nie oczekiwał wdzięczności za świadczoną pomoc.
    Rolnik powracał do domu szybciej. Przechodził tą samą drogą po kilku godzinach i liany jeszcze nie zaplotły przejścia, które zrobił idąc do Mędrca. Spieszył się, aby wypróbować ten płyn roślinny. Ledwo doszedł do domu, bez odpoczynku ni jedzenia, bez najmniejszego zmęczenia, skraplał ziemię trucizną wzdłuż i wszerz, za zachodu na wschód i z północy na południe. Miał wielką nadzieję.
    A kiedy nie została ani jedna kropla roślinnej trucizny, wszedł do domu, położył się na macie i zasnął myśląc o radości, jaką sprawi mu widok niezliczonych ptasich zwłok jego nieprzyjaciół. Przecież wróżbita powiedział mu: "to, co ty zbierzesz, nie będzie mogło być policzone".
    Nazajutrz co za niespodzianka! Ptaki były jeszcze liczniejsze, a na ziemi rosła niska i gęsta trawa.
    - Starzec sobie zakpił ze mnie powiedział wściekły.
    Rolnik nie był z rodzaju ludzi, którzy od razu tracą odwagę i on postanowił mieć ostatnie słowo. Wyobrażał sobie, że mógłby rozstawić sidła, kiedy trucizna nic mu nie dała. Spędził cały ranek i przedpołudnie na robieniu pułapek ze sznurka zrobionego z kory drzewa, które rosło nad brzegiem rzeki, pięknej rzeki. Tutaj ludzie przychodzili po wodę i swoje woły przyprowadzali do wodopoju. Tutaj ptaszki zwane kardynałami zachwycały swoim śpiewem. Rolnik poszedł nad rzekę po korę tego drzewa. Właśnie zauważył kawał pnia balansującego po spokojnej wodzie i pochylił się, aby uchwycić to drzewo. Ale, ach!!! Biedny człowiek, już koniec z nim. Oto kłoda drzewa zanurzyła się w wodzie i straszliwa paszcza krokodyla otworzyła się i pochwyciła go.
    Ptaki, które przyleciały ugasić pragnienie, w tej chwili były niepocieszone, ponieważ one maj wrażliwe serce i do Rolnika nie żywiły żadnej urazy. Wprost przeciwnie, one szybko zmówiły się i postanowiły ratować człowieka. Natychmiast otoczyły rzecznego potwora, który jeszcze nie zdążył zanurzyć się, i zaczęły śpiewać:
    Co ty niesiesz, o wielki panie,
    Co niesiesz, wielki królu rzeki?
    Co stąd zabierasz do siebie?
    Ale krokodyl strzegł się, aby nie odpowiadać. Zamknął swe małe oczy i zaczął huśtać Rolnikiem pochwyconym przez straszliwe szczęki. Ptaszki powtórzyły śpiew jeszcze raz:
    Co ty niesiesz, o wielki panie,
    Co niesiesz, wielki królu rzeki?
    Co stąd zabierasz do siebie?
    Krokodyl mrugnął swoimi małymi oczami i cieszył się na swój sposób. Ale ptaszki kardynały nie pozostawiły go w spokoju i wciąż latając zbite w wielkiej gromadzie nad nim dręczyły go pytaniem. Krokodyl stracił cierpliwość i aby uwolnić się od natrętów odpowiedział:
    - Ten, którego stąd zabieram, nie należy do was, więc dlaczego tak mi się uprzykrzacie? Ja go złapałem i ja go strzegę dla siebie.
    Oczywiście, bez wątpienia zrobiłby lepiej, gdyby milczał zamiast odpowiadać, gdyby od razu zanurzył się w wodzie. Na wielkie szczęście ten złośliwy zwierzak nie miał tyle rozumu. Aby wygłosić tak długie zdanie, musiał rozluźnić szczęki i przez to uwolnił Rolnika. Ten nie czekał na lepszą okazję i natychmiast uciekł na brzeg. Krokodyl zawstydzony i wściekły zanurzył się i zniknął w swoim żywiole, aby przypadkiem ktoś nie usłyszał drwin ptaszków i ich pieśń zwycięstwa.
    Od tego dnia kardynał i Rolnik stali się najlepszymi przyjaciółmi na świecie.
    Starzec z Lasu dobrze wiedział, co czyni. Napój, który nazwał trucizną. Powodował szybko wzrost smacznej trawy, która odtąd stała się przysmakiem ptaków, które wolały zieloną trawę, niż ziarna z plantacji Rolnika. Trzeba, aby każdy dobrze się odżywiał, nieprawdaż?
    Tak przynajmniej opowiadają Przodkowie. Czy wy im wierzycie? Jeśli tak, to będzie ze mną zgoda, bo to nie ja jestem kłamcą. A jeśli nie wierzycie mi, to będzie padał deszcz.

  • Góra strony

    7. CZERWONY KROKODYL


    - Wierz mi, albo i nie wierz, jak chcesz powiedział stary bajarz malgaski Jeśli mi uwierzysz, będzie pogoda, a jeśli nie uwierzysz mi, będzie padał deszcz. Ale to nie ja kłamię. Chcieli nas oszukać nasi przodkowie tak opowiadając.
    Bardzo, bardzo dawno temu był wielki czerwony krokodyl. Ludzie nazwali go imieniem Czerwony Krokodyl. Żył w rzece Głębokiej i nikt nie mógł przepłynąć bez jego pozwolenia, Pozwalał chętnie, gdy był w dobrym humorze, to znaczy gdy jego głód był zaspokojony. Co robili ludzie, aby zjednać sobie jego przychylność? Każdego dnia wczesnym rankiem przyprowadzano tłustego wołu i zostawiano na brzegu rzeki. I krokodyl przewoził przez rzekę na swoim twardym grzbiecie wszystkich, którzy tego pragnęli. Wystarczyło zawołać cicho, a jeszcze lepiej zaśpiewać krótką piosenkę, ponieważ zwierz uwielbiał muzykę i śpiew. Ale było kilka słów, których przy nim nie wolno było wymawiać.
    Jednego dnia trzy dziewczęta zbliżyły się do brzegu. Były to trzy siostry z sąsiedniej wioski zaproszone na święto. Chciały przepłynąć rzekę. Aby Czerwonemu Krokodylowi oznajmić swoje przybycie, zaczęły uderzać w dłonie i śpiewać słowa piosenki:
    O wielki, o wysoki!
    Znam ulubione słowa,
    Tylko takie zaśpiewam,
    Przemilczę ci niemiłe.
    Wielki zwierz miał uszy czułe na takie tony i słyszał, ale nie wychodził z wody, ponieważ chciał słuchać ulubionych słów, pięknej melodii i dźwięcznych głosów dziewcząt.
    Ja nie śpiewam nigdy słów
    Które sprawiają ci ból.
    Powtórzę pięknie śpiew znów:
    Jesteś i rzeki, i nasz król!
    Oczywiście, nieraz śpiew miał też sens ukryty, ale Czerwony Krokodyl odgadywał to od razu. Jednak nie wypłynął natychmiast. Trzeba było dodawać zwrotkę po zwrotce i to nieraz trwało kilka godzin. Tym razem Krokodyl zdecydował się wypłynąć szybko, może miał szczególną sympatię dla tych dziewcząt, kto to zrozumie? Już rozdzielają się spokojne wody rzeki Głębokiej i Czerwony Krokodyl zbliża się do brzegu, podnosi nieco głowę. Jego nos przecina powierzchnię wody tworząc bruzdę trójkątną.
    - Kto mnie woła? Gdzie jesteście? i mruga małymi oczami, jak gdyby dziewcząt nie widział. Ale robił to tylko dla okazania swojej wielkości i dla zmuszenia oczekujących do dodatkowego śpiewu.
    Pierworodna rozpoczęła śpiew:
    O dobry, o wielki Krokodylu,
    O rzeki Głębokiej Panie,
    Pomóż nam przeprawię się.
    Bez ciebie zostałybyśmy tu,
    Na tym brzegu, przez liczne dnie.
    Po pierworodnej druga siostra zaśpiewała:
    - O Panie pięknej wody mas!
    Przeprawić się pomóż nam
    Święto tańców i śpiewu tam.
    Wybrany już wół ofiarny
    I ryż się gotuje wyborny.
    Bez ciebie ta radość ominie nas.
    Trzecia siostra rozpoczęła śpiew:
    - O, o... o...
    Najmłodsza rozpoczęła, ale nie mogła kontynuować z powodu przykrego zapachu, jaki wydziela krokodyl. Dziewczyna zatkała sobie nos. I to już zaczęło się nie podobać Czerwonemu Krokodylowi.
    Krokodyl zbliżył się i wyszedł na brzeg, aby trzy siostry mogły wejść na jego grzbiet. Potem delikatnie zsunął się do wody i szybko płynął do przeciwległego brzegu. Ale pośrodku rzeki najmłodsza, oszołomiona, zaczęła mówić "słowa, które należało przemilczać":
    - Tu czuć dziwny zapach, tu naprawdę czuć smród.
    - Milcz! Milcz! powiedziała najstarsza zupełnie cicho.
    - Czy ty tego nie czujesz, że to pachnie piżmem? ciągnęła nieroztropna trzecia siostra.
    - Milcz, ja cię proszę.
    Czerwony Krokodyl miał uszy bardzo delikatne, uczulone na najcichsze szepty, ale nic nie odpowiedział i płynął dalej aż do drugiego brzegu rzeki.
    Trzy siostry postawiły nogi na piasku i podziękowały, jak należy, Panu Rzeki. Prosiły go, aby zechciał przewieźć je przed wieczorem, kiedy będą powracały ze święta.
    Dziewczęta zaraz pospieszyły na plac, gdzie przez cały dzień trwały tańce i śpiewy. Jedzenia też nie brakowało. Po pierwszym posiłku dokonano ofiary dla uproszenia łaskawości Przodków, aby wzięli żyjących w obronę wobec złośliwości wrogich istot, Bytów Straszących.
    Wybrano trzyletniego wołu. Wół był biały, z kilkoma czarnymi plamkami. Ofiara była przyprowadzona do świętego drzewa i położona na lewym boku. Dwóch ludzi zwróciło jego głowę w kierunku wschodnim. W tym czasie kobiety otoczyły go i śpiewały:
    Wół, wół, wół biały
    Wspomnieniem przodków,
    Ofiarą dla nich.
    Biedne zwierzę zaczęło porykiwać. Dla dodania mu odwagi kobiety śpiewały dalej.
    Nie wymawiaj nam swej śmierci,
    Swą ofiarą uczcisz Przodków.
    Nam zapewnisz ich życzliwość.
    Pomimo takiej zachęty wół wciąż skarżył się i próbował się uwolnić. Trzeba było związać mu nogi przednie razem z tylnymi. Przewodniczący Ceremonii podciął mu gardło i krew spłynęła do otworu w ziemi i zrosiła Święte Drzewo. Po dokonaniu tej ofiary święto nabrało rumieńców, stało się jeszcze piękniejsze. Szef wioski wszystko dobrze zaaranżował i po ofiarowaniu rytualnego wołu zabito inne woły w wielkiej liczbie i to niemal całe stado, aby wszyscy mieszkańcy wioski i ich zaproszeni goście porządnie się najedli. Rozdzielono niezliczoną ilość ryżu, a czarka z rumem krążyła z rąk do rąk. Ludzie pochłonęli wszystkie potrawy.
    Kiedy stali się bardzo radośni, podjęli tańce. Trzy siostry też uczestniczyły, a najmłodsza, bardzo żywa i zwinna, przejęła rolę pszczółki w tańcu zwanym "struś z Madagaskaru". Ludzie wspominają tego ptaka, który miał 4 metry wysokości, a zachowane jajka mają po 8 litrów objętości. Jest to taniec powolny, przedstawiający spacer tego ptaka-giganta, przechadzającego się wśród zarośli, rozsuwającego przed sobą gałęzie. Jest wielki. Na niskie drzewa i krzewy spogląda z góry. Zauważa bananowca... Hop! Obrywa kiść bananów i połyka owoce jeden za drugim. Nieco dalej spostrzega mangowca. Potrząsnął drzewem i schwytał spadające piękne złociste owoce w ilościach, które wystarczyły na posiłek dla kilku osób. Chociaż jest bardzo silny i nie boi się żadnego zwierzęcia ani człowieka, to ma lęk przed maleńką pszczółką. Właśnie nadlatuje rój pszczół i jedna z nich wylatuje z gromady i goni uciekającego wielkiego ptaka. A pszczółka, lekka i zwinna idzie w tańcu za wojownikiem, który przedstawiał ptaka. Ona bawi się całym swoim sercem małej dziewczynki, ale najstarsza, roztropna, zauważa kończący się dzień. Przywołuje siostrzyczkę, ponieważ już trzeba wracać do domu.. Czerwony Krokodyl, wierny umowie, oczekuje ich, aby przeprawić je przez rzekę. Tym razem oświadcza:
    - Dziś nie mogę wziąć was wszystkie trzy na mój grzbiet. Jestem zbyt zmęczony. Przewiozłem dziś bardzo dużo ludzi spieszących się na święto i bolą mnie plecy.
    - Ja przeprawię się ostatnia zadecydowała najstarsza.
    - Nie odpowiedział Czerwony Krokodyl trzeba zachować zwyczaje. Starsze najpierw. Najmłodsza będzie ostatnia.
    Pierwsza przepłynęła więc najstarsza, a gdy Czerwony Krokodyl powrócił, na jego grzbiet weszła druga, najmłodsza zaś czekała najdłużej. Pan Rzeki powrócił po nią. Ona lekko wskoczyła mu na grzbiet i wkrótce była już na środku rzeki. Tam krokodyl zaczął zwalniać, jakby był naprawdę zmęczony i coraz bardziej zanurzał się w wodę. Aż dziewczyna miała zmoczone stopy. Powinna milczeć, ale mała głuptaska zaczęła protestować:
    - Czy nie widzisz, że moje stopy są już zmoczone? Podnieś się nieco!
    - Czyż twoje stopy nie są zmoczone po raz pierwszy? Ale właśnie dlatego, że mówisz, będziesz zabita powiedział krokodyl i jeszcze więcej się zanurzył.
    - Moje kolana są już w wodzie, o Czerwony Krokodylu! powiedziała dziewczynka, cała we łzach.
    - Twoje kolana są w wodzie po raz pierwszy. Zabijają ciebie twoje słowa.
    Dziewczyna wciąż narzekała, a krokodyl zanurzał się coraz bardziej. Najmłodsza zaczęła przepraszać, błagała o przebaczenie, ale to nic nie pomagało. Czerwony Krokodyl zanurzał się coraz głębiej.
    Jej dwie starsze siostry były bardzo zdziwione, aż zaniepokojone, kiedy tak długo nie mogły zobaczyć najmłodszej. Wołały i oczekiwały. Na próżno. Chociaż nie widziały tragedii, która rozegrała się na daleko od brzegu, ale wkrótce nie miały wątpliwości, że zwierz-przewoźnik dokonał zemsty za obrazę.
    Tak było w rzeczywistości. Czerwony Krokodyl zaciągnął dziewczynę do swojej kryjówki i połknął ją natychmiast. To było wbrew jego zwyczajowi, ale chęć zemsty była mocniejsza, niż zwyczaj. Głodny nie był.
    Kiedy dwie starsze siostry zrozumiały, co się stało, bezsilne, zaczęły płakać, ponieważ nie wiedziały, jak pomóc siostrze. Wreszcie ujrzały kruka, który leciał w ich kierunku.
    - O, Panie Kruku, Panie Kruku, nasz piękny przyjacielu powiedziała starsza naszą siostrę połknął Czerwony Krokodyl. Zanieś szybko tę straszną nowinę naszemu ojcu. My tu jesteśmy same i nie wiemy, jak uratować najmłodszą.
    - O, cierpiące odpowiedział kruk, trzaskając dziobem obraźliwie radźcie sobie same. Wy przeganiacie mnie zawsze, kiedy zbliżam się do waszego pola z kukurydzą. Wtedy nie jestem waszym "pięknym przyjacielem", lecz wstrętnym krukiem. Kraaa... kraaa... zakrakał i oddalił się trzepocąc skrzydłami.
    Dwie siostry były niepocieszone, ponieważ noc zapadała szybko. Ale oto kania przechadzała się w pobliżu i one jeszcze raz podniosły wielki krzyk. Kania także odmówiła pomocy.
    - Ja miałabym wam służyć? Nawet nie marzcie o tym, moje ślicznotki. Przypomnijcie sobie wasze krzyki, kiedy czasami zjadam kilka waszych piskląt, co nie jest przecież zbrodnią. Wy przeganiacie mnie i krzyczycie za mną: "uciekaj, wynoś się, wstrętny, obrzydliwy ptaku, który zabierasz to, co się tobie nie należy". Przecież ja zawsze proszę tylko niewiele, abym żyła.
    Inne ptaki przelatywały nad dziewczętami, ale żaden nie chciał spełnić ich prośby. Wszystkie pamiętały wykrzykiwane obelgi i rzucane kamienie, jeśli próbowały pochwycić jedno czy dwa ziarna.
    Wreszcie na dalekim niebie dwie siostry ujrzały latającego ptaszka, który usłyszał wołanie i zniżał się ku nim. Był to mały ptaszek, którego imienia nie znały dziewczęta, a starsi przezywali go "treotreo". Ptaszek uważnie wysłuchał wyjaśnień starszej siostry i bez powiedzenia "tak" albo "nie" odleciał do wioski, w której mieszkali rodzice trzech sióstr.
    Ledwo przybył, przykucnął na gałęzi mangowca i zaczął śpiewać:
    - Treo... treo... treo... treo…
    Mieszkańcy wioski usłyszeli śpiew i wkrótce przepychali się pod mangowcem, ponieważ ten ptak nigdy nie zbliża się do ludzi i nikt nie widział jeszcze tego ptaszka w wiosce.
    - To treotreo śpiewa powiedzieli ludzie Coś musiało się zdarzyć. Ma jakież nowiny ten, który zawsze fruwa wysoko, bardzo wysoko i daleko, bardzo daleko.
    - Wyśpiewaj, ptaszku, nowinę - powiedziała matka dziewcząt, przeczuwając nieszczęście.
    - Najpierw uciszcie dzieci powiedział ptaszek i zaprowadźcie do zagrody cielaki, abym ja ich nie słyszał, a przede wszystkich niech psy nie szczekają. Nie znoszę hałasu. A wy wszyscy zamilczcie, bo ta wiadomość jest dla was. Oto, co się zdarzyło. Wielki Pan Rzeki przewiózł dwie starsze dziewczęta, ale, niestety, porwał i połknął najmłodszą. Ona wypowiedziała kilka słów, których wymaniać nie należało. Chodźcie wszyscy i zabierzcie ze sobą woły, wiele wołów.
    Wszyscy z pośpiechem poszli nad rzekę, poganiając woły przed sobą. Woły zatrzymały się przy samym brzegu i zaraz wszystkie krokodyle opuściły swoje kryjówki. Jeszcze nie było ich widać, ale powierzchnia wody pokryła się bąbelkami powietrza, które wychodziły z ich obrzydliwych nosów. Woły wyczuły nieprzyjaciół i mocno zaparły się w brzegu rzeki. Krokodyle rozzuchwaliły się i chwytały woły za nogi. Ale ludzie nie zabijali ich, ponieważ czekali, aż pojawi się Czerwony Krokodyl. Ten jednak nie pokazywał się.
    Nagle z wysokiego drzewa doleciał śpiew ptaszka:
    - Treo... treo... ja go widzę... ja go widzę.
    Ludzie natychmiast poprosili ptaszka, aby powiedział, gdzie widzi Czerwonego Krokodyla. Dawali mu tysiące obietnic.
    - Dam ci sto wołów powiedział ojciec najmłodszej.
    - Dam ci sto metrów obrusów z rafii obiecała matka porwanej.
    - Dam ci siedem obrusów we wszystkich kolorach przyrzekała ciotka zaginionej.
    - I ja... i ja... i ja...
    - Treo... treo... to wszystko nie wyżywi moich małych ptaszek nie zgodził się przyjąć tych darów.
    - To ja dam ci dwa kosze ziaren powiedziała matka zaginionej, która pierwsza zrozumiała prośbę ptaszka.
    - Treo... treo... Zgadzam się, to wyżywi moje małe odśpiewał zadowolony ptaszek i nagle sfrunął z drzewa, siadając na trawie blisko brzegu.
    - To tu powiedział ja go widzę. Kopcie, kopcie, dobrzy ludzie. Czerwony Krokodyl jest silny i wielki, ale was jest dużo. Nie bójcie się go.
    Wszyscy zaczęli kopać. Wkrótce znaleźli Czerwonego Krokodyla. Leżał zalękniony i zawstydzony. Do tej pory nigdy nie słyszał pogróżek i wyzwisk. Był przyzwyczajony do słuchania pochwał, próśb i podziękowań. Oburzenie ludzi sparaliżowało go, mówią Przodkowie.
    Czerwony Krokodyl został zabity uderzeniami włóczni. Potem rozcięto mu brzuch, ale dziewczyny tam nie było. Wszyscy byli ogromnie zaskoczeni. Już zaczęli szemrać przeciwko ptaszkowi, ale ten jeszcze raz zaśpiewał:
    -Treo... treo... Spełnijcie wasze obietnice, wtedy wam powiem, gdzie szukać zaginionej. Ja ją odnajdę. Ja dotrzymuję obietnic.
    Szybko, bardzo szybko ktoś pobiegł do wioski, aby przynieść koszyki z ziarnami. Ptaszek sfrunął z drzewa i usiadł na nodze potwora.
    - Tu znajduje się połknięta. Ale bardzo uważajcie polecił Odetnijcie mały palec lewej nogi i tam ją znajdziecie.
    Bardzo ostrożnie obcięli krokodylowi mały palec i usłyszano cichutki głos. Dziewczyna błagała, aby bardzo delikatnie i powoli rozcinać jej więzienie... Wreszcie praca była skończona. Dziewczyna wyszła obolała i wydawało się, że boli ją serce, ale świeże powietrze zrobiło jej dobrze i zaraz poczuła się lepiej.
    Wysłano do wioski jeszcze jednego człowieka, aby przyniósł najpiękniejsze obrusy i maty. Rozłożono je na drodze od rzeki aż do domu odnalezionej. Ludzie chcieli pokazać, jak wszyscy są szczęśliwi z jej odnalezienia.
    A ptaszek? Ptaszek odfrunął wysoko, bardzo wysoko i przybył do swoich dzieci. W lesie jeszcze teraz możecie posłuchać jego śpiewu.

  • Góra strony

    8. KROKODYL I DZIK


    Krokodyl i Dzik nie spotykali się nigdy. Aż pewnego dnia przypadek sprawił, że zaczęli rozmawiać ze sobą i to stało się przyczyną ich nieszczęścia.
    Krokodyl głodny płynął w rzece i czatował na jakąś zdobycz. W tej samej chwili ujrzał zbliżające się do wody jakieś dziwne zwierzę.
    - Masz, masz! szeptał do siebie krokodyl może to idzie dobry obiad do mnie? Ale wykorzystam moją roztropność i dyplomację.
    Krokodyl zbliżył się do brzegu i pozdrowił dzika i niezmierną uprzejmością. Dzik nie widział jeszcze nigdy krokodyla, ale nie przejmował się dobrymi manierami i uznał tamtego za "zbyt uprzejmego, aby mógł być przyzwoity" i odpowiedział mu tonem mrukliwym. Zaczęła się rozmowa.
    Krokodyl: Z kim mam zaszczyt? Wydaje mi się, że nie widziałem jeszcze szanownego pana w tych okolicach.
    Dzik: Jestem Dzik i dziwi mnie, że pan nigdy nie słyszał o mnie. Wszyscy mnie znają i boją się mnie. Nikt nie może mnie pokonać.
    Krokodyl: Naprawdę? To bardzo urocze. Ja jestem tylko krokodylem, małym, biednym krokodylem, bez znaczenia i bez uznania, ale mimo tego nikt mi nie może dorównać.
    Dzik: Co pan tam plecie? O czym pan ględzi? Uważam, że jesteś zbyt zarozumiały, mój przyjacielu.
    Krokodyl zaczął się denerwować: Myślę, że pan mnie nie zna, pomimo twego, że jestem sławny w dziesięciu miejscach w tej okolicy.
    Dzik: Eh! Z pewnością nie potrafisz wykopać dziury w ziemi bez łopaty, jak ja to robię.
    Krokodyl: Tylko tyle? Ja zaś mogę pozostawać w wodzie nie gnijąc i żyć na ziemi nie rdzewiejąc. A więc?
    Dzik: Ja zaś rozbijam pestki owocu pandanusa bez kamienia i wykopuję drzewo z korzeniami bez siekiery.
    Krokodyl: No, nieźle. Ale kiedy ja chwycę wołu za rogi, on nie może mi się wyrwać.
    Dzik: Kiedy ja przechodzę, ziemia się trzęsie i kamienie stękają. Wchodzę w każde pole bez zezwolenia.
    Krokodyl: Kiedy ja uderzę ogonem w piasek, mówią, że ziemia się trzęsie.
    Od tej chwili przestali tytułować się przez "pan, zaczęli mówić sobie na "ty", na znak pogardy.
    Dzik: Być może. Ale ty jesteś obrzydliwy! Mógłbyś myć się przez tysiąc lat i nie zmienisz swojego obrzydliwego koloru. A twoje oczy...
    Krokodyl: Możesz sobie gadać. A twoje oczy? Można by powiedzieć, że twoje oczy zostały wyrąbane łopatą.
    Dzik: I te moje oczy pozwalają mi biec bardzo szybko.
    Krokodyl: A ja żyję pod wodą i jestem większy od ciebie.
    Dzik: Ale to jeszcze nie znaczy, że jesteś silniejszy ode mnie.
    Krokodyl: Możemy sprawdzić.
    Dzik: To zaczynajmy!
    Dzik spuścił głowę i swoimi kłami zaczął pchać wielki kamień, który potoczył się na głowę krokodyla. Ten zaś szalony i wściekły, uderzeniem ogona wzbił trąbę wody, która uderzyła w dzika i powaliła go na ziemię.
    - Ach krzyknął dzik podnosząc się Ty uważasz się za mistrza, kiedy jesteś w wodzie, ale na ziemi nie ośmielisz zmierzyć się ze mną.
    Krokodyl przyjął wezwania i wspiął się na ławicę piasku nad rzeką.
    - Czekam na ciebie powiedział.
    Dzik rzucił się na krokodyla i jednym uderzeniem ryja rozerwał mu brzuch. Tymczasem krokodyl przed śmiercią miał jeszcze tyle siły, aby schwycić dzika w swoje szczęki i zadusić.
    Dzik i krokodyl chcieli wypróbować się, kto z nich jest silniejszy. Jeden i drugi był silny, ale żaden z nich nie dowiedział się nigdy, który jest silniejszy, bo obaj zmarli w tym samym czasie.
    Pamiętając o tej bójce, ich potomstwo unika spotkania. Kiedy dzik zbliża się do rzeki, aby zagasić pragnienie, krokodyl pozostaje roztropnie w wodzie, z dala od brzegu.

  • Góra strony

    9. KOTKA I ŁASICA


    Pewna Kotka była niepocieszona. Nie miała potomstwa, ani jednego małego koteczka. Pewnego razu poszła do przyjaciółki, Łasicy, aby opowiedzieć jej swoje smutki.
    - Dlaczego nie zamieszkasz razem ze mną? zaproponowała jej Łasica Mam liczne potomstwo i ty pomożesz mi je wychować. Będziesz dzieliła swoje radości i smutki ze mną.
    Kotka zgodziła się i zaraz przeprowadziła się do swej przyjaciółki. Kotka zajmowała się gospodarstwem, a Łasica wychodziła na polowanie. Obie lubiły jeść szczury i myszy, więc sprawa wyżywienia była rozwiązana bardzo prosto.
    Pewnego poranka przed wyjściem na polowanie Łasica powiedziała do przyjaciółki:
    - Uważaj szczególnie na najmłodsze, ostatnio narodzone nasze dziecko. Ono sprawia mi trochę kłopotów. Wydaje mi się, że jest delikatniejsze i słabsze od innych. Jest też bardziej niezależne. Trzeba czuwać nad nim uważniej.
    Kotka zapewniła przyjaciółkę, że będzie szczególnie uważać na najmłodsze. Ale kiedy Łasica odwróciła się i wyszła z domu na polowanie, bardzo zazdrosna Kotka postanowiła wykonać przygotowywany od dłuższego czasu plan, który nosiła w swoim sercu. Starsze dzieci wysłała do szkoły, a najmłodsze wzięła za skórę szyi w swoje zęby i wyszła z domu. Zabrała najmłodsze!
    Kiedy Łasica powróciła, była zaskoczona i zaniepokojona. Nie było Kotki, nie było też jej najmłodszego dziecka. Po starannych i bezowocnych poszukiwaniach zaczęła przepytywać meble i narzędzia w domu. Garnki powiedziały, że nic nie wiedzą. Dzbanki nic nie widziały. Ubijak do ryżu niczego nie zauważył. To Kotka dała im porządną nauczkę tak, że nikt nie odważył się czegokolwiek powiedzieć. Wreszcie igła zdecydowała się przerwać milczenie widząc smutek biednej Łasicy.
    - To przecież bardzo proste powiedziała igła do Łasicy Twoja droga przyjaciółka, Kotka, zabrała twojego małego. Widziałam, jak wychodziła, ale nie wiem, dokąd poszła. A ty jesteś tak głupia, że nie zauważyłaś, ile w niej było zazdrości! To musiało stać się tego czy innego dnia.
    Łasica udała się natychmiast do domu Kotki, ale jej nie zastała. Dopiero teraz okradziona ze swego najmłodszego Łasica zrozumiała, że Kotka udała się w opiekę do króla Kotów, Wielkiego Saka. Łasica natychmiast poszła do jego pałacu. Król miał zwyczaj udzielania audiencji pod drzewem tamarynowcem. W tym czasie odbywał się bal także w tym miejscu. Przybyły wszystkie koty, klaskały i śpiewały. Ale Łasica nie zauważyła swojej przyjaciółki, chociaż Kotka uwielbiała tańce i muzykę. To jej nie zdziwiło. Jej była przyjaciółka jest z pewnością blisko, ale ukrywa się, jak każdy pospolity przestępca. Trzeba było wymyśleć podstęp, aby wybawić z kryjówki Kotkę. To nie było trudne. Łasica obdarzona pięknym, dźwięcznym głosem, rozpoczęła śpiew ulubionej piosenki Kotki.
    Nie trzeba było długo czekać. Kotka nie mogła długo powstrzymywać się od tańca. Rzuciła się w wir, bez zastanawiania się wykonywała najtrudniejsze kroki. Tańczyła najładniej i inne koty i kotki ustąpiły jej placu, aby przyglądać się mistrzyni. Łasica pozwoliła jej tańczyć przez dłuższy czas, a potem nagle rzuciła się na nią i obdarowała potężnym uderzeniem. Zawstydzona Kotka ratowała się ucieczką. Schowała się. Pobiegła do swego domu, ponieważ pięść Łasicy zmiażdżyła jej przód głowy.
    Od tej pory koty mają płaską głowę między uszami, a łasice i koty nie spotykają się często.

  • Góra strony

    10. SZCZUR I KOT


    Bardzo stara legenda malgaska opowiada, że kiedyś Kot ze Szczurem żył w wielkiej przyjaźni. Szczur był bardzo złośliwy i dość nierozważny. Często robił głupie dowcipy Kotowi, który był próżny i zadufamy w sobie.
    Pewnego dnia Szczur powiedział:
    - Mój starszy bracie, posiadłem tajemnicę, którą tobie mogę przekazać, o ile pragniesz ją poznać. Ja nie zachowuję niczego w sekrecie przed tobą.
    - Poucz mnie, proszę powiedział Kot - Powiedz mi swój sekret. Czyś ja nie jestem twoim przyjacielem?
    - Bez wątpienia, bez wątpienia... Mogę go tobie zdradzić, jeśli przyrzekniesz mi, że nie rozgłosisz tego, a poza tym chciałbym, abyś mnie o to poprosił przynajmniej jeszcze raz.
    - Proszę cię, proszę cię, mój drogi przyjacielu.
    - Dobrze, zgoda... Oto on. Czy wiesz, że ja mogę położyć się w ogień i nie spalę się?
    - To mnie zadziwia... Ale wierzę ci, ponieważ jesteś moim przyjacielem i skoro ty tak mówisz, to musi być prawdziwe.
    - Bez wątpienia, bez wątpienia... ale to mnie dziwi, że ty się dziwisz, ponieważ ty nie mógłbyś nigdy tego uczynić.
    - Cooo!? Ty, taki mały i słaby, ty potrafisz zrobić taką rzecz, a mnie by się to nie udało? Ja nie chciałem sprawić ci przykrości mówiąc, że ja w to wierzę. Przecież jesteś moim przyjacielem, ale komu innemu nie uwierzyłbym.
    - To prawda, że ty jesteś większy i silniejszy ode mnie. Ty potrafisz robić rzeczy trudniejsze z całą pewnością.
    - Tak, masz rację, przyjacielu, ale teraz wyjaw mi swój sekret.
    I Szczur uśmiechając się i poruszając swoimi długimi wąsami powiedział:
    - Pozwól mi zacząć pierwszemu. Będziemy bawili się w samospalanie.
    Zabawa zaczęła się. Kot i Szczur przynieśli wielki stos suchej trawy i ułożyli na palenisku.
    - Ja wejdę w ten stos powiedział Szczur i ja tam pozostanę bez ruchu. Kiedy ja krzyknę "Huuu, huuu, huuu!", ty podłożysz ogień. Oto dwa kawałki drzewa, ty będziesz pocierał je, aby zapaliły się. W tym samym czasie ja będę wymawiał magiczne zaklęcia, których ja cię nauczę. Wystarczy wymawiać je, jak ja będę mówił. Naucz się ich: "Kpię sobie z ognia!". Powtórz te słowa.
    - Kpię sobie z ognia powtórzył Kot.
    -Bardzo dobrze powiedział mały gryzoń wchodząc w suchą trawę. Ale zamiast siedzieć spokojnie w środku stosu, Szczur zaraz zaczął kopać. Kopał szybko i po cichu dość głęboką dziurę, aby w niej schronić się przed płomieniami.
    Niecierpliwiący się Kot powiedział:
    - No, jak? Zbyt długo wyszukujesz sobie miejsca. Na co czekasz?
    Szczur wciąż kopiąc dziurę odpowiedział:
    - Pocieraj drzewa, przyjacielu, wciąż pocieraj. Ja wkrótce krzyknę nasz sygnał. Trzeba, abym dobrze się umiejscowił. Za chwilę ty zrobisz to samo, co ja.
    - Drzewa już się rozgrzały powiedział Kot Za chwilę się zapalą. Czy jesteś już gotowy?
    - Jeszcze kilka gałązek położę na miejsce. Trzyj dalej.
    - Ja wciąż trę... ale kiedy przyjdzie na mnie kolej, zrobię to dużo szybciej. Jestem zwinniejszy od ciebie.
    - Tak, to prawda, tobie pójdzie to szybciej, bo jesteś zwinniejszy ode mnie.
    - Już? niecierpliwi się Kot Oto ogień jest gotowy.
    - Huuu, huuu, huuu!
    - Zapalam! woła Kot Oj, jakie to piękne! Jakie piękne płomienie! Ta zabawa jest naprawdę pyszna, ale wydaje mi się, że zbyt niebezpieczna. Dobrze ci tam? Nie jest ci za gorąco?
    Szczur krzyczy w głębi wykopanej dziury:
    - Jest mi bardzo dobrze! Nie, nie jest mi za gorąco. Ale nie mów więcej. Pozwól, aby ogień pożerał trawę i podziwiaj go.
    Stos szybko spłonął i kiedy wszystko całkowicie wygasło... wielka radość i zaskoczenie Kota: Szczur wyszedł z popiołu w doskonałym nastroju, nawet jego wąsy nie były okopcone i pyszczek tak piękny i świeży, jak przedtem.
    Kot zaczął się niecierpliwić oczekując na swoją próbę. Spieszył się z gromadzeniem gałęzi, potem przykucnął w samym środku stosu i wymawiał magiczne zaklęcie, które miało oddalać od niego płomienie. Wreszcie krzyknął do Szczura:
    - Przyjacielu! Huuu, huuu, huuu!
    Szczur potarł energicznie drewna i przyłożył ogień do suchej trawy. Jaskrawe płomienie wzniosły się w górę.
    Oczywiście, naiwnie ufający Szczurowi Kot nie przygotował dla siebie żadnego zabezpieczenia. Zadowolił się tylko mruczeniem bez przerwy: "Kpię sobie z ognia!" Tymczasem poczuł gorąc, ba, żar! Płomienie go ogarnęły. Kot przestraszył się. Wykonał taki skok, że udało mu się upaść na zielone gałęzie i tam tarzał się, aby zagasić żarzące się futerko. Na szczęście, grube futerko ochroniło jego ciało.
    Dopiero wtedy Szczur zrozumiał okrucieństwo swojej zabawy. Uciekł i od tej pory strzeże się, aby nie wchodzić Kotu w drogę. Historia nie mówi, czy oni jeszcze się spotkali i czy Kot chciałby się zemścić, ale ich potomkowie opowiedzieli o tym swoim wnukom. Każde pokolenie Kota przekazuje swoją nienawiść wobec potomków Szczura.
    A że jest to prawda, możecie łatwo się przekonać sami. Szczur chowa się w dziurze. A gdy kot schwyta szczura, nigdy nie okazuje mu łaskawości.


  •  
     
    GÓRA STRONY