Życie Wieczne

 

Rok VIII Nr 1 (31) styczeń-luty-marzec 2007

 

Kwartalnik formacyjny Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca (MDPC) przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków MDPC oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia.

Redagują: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska, s. Anna Pękowska

 

 

Adres Redakcji:

„Życie Wieczne”,   ul. Poprzeczna 1,   05-070  Sulejówek,

tel. 022/487 86 08 lub  kom.: 0/ 698 230 430; e-mail: mdpcanna@wp.pl

 

 

W TYM NUMERZE "ŻYCIA WIECZNEGO":

 

 

ZAPROSZENIE na rekolekcje

 

Nie chcę się modlić do ściany

Terminy rekolekcji

 

DO PRZYJACIÓŁ

 

Najważniejsza jest miłość… Dobrze, że jesteś!

O cnotach zapomnianych: Odpowiedzialność

 

BLIŻEJ BOGA

 

Oddech życia...

 

BLIŻEJ KOŚCIOŁA

 

Przypatrzcie się powołaniu

Sens cierpienia i jego owoce

 

W KRĘGU WIECZNOŚCI

 

Czyściec w doświadczeniu świętych - św. Katarzyna z Genui

Jak pomagać duszom czyśćcowym? Jałmużna pocieszenia

Kwartalna intencja modlitewna MDPC

 

Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ

 

Ożywione nadzieje

 

Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC

 

W skrócie (m.in. świadectwo z listopadowych dni skupienia)

Świadectwo powołania: Chcę tu być na zawsze...

Śladami św. Franciszka: Wybór Ojca…

 

 

 

***********************

 

 

NIE CHCĘ MODLIĆ SIĘ DO ŚCIANY!

 

Przyjdźcie do Mnie wszyscy,

którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,

a Ja was pokrzepię…

Pan Jezus

 

            Dlaczego nie wierzymy Jezusowi i Jego Słowu? Dlaczego właśnie w utrudzeniu i obciążeniu nie idziemy do Niego, chociaż nieustannie nas zaprasza? Dlaczego szukamy pocieszenia i pokrzepienia tam, gdzie go tak naprawdę nie ma?

            Odwracając się do Boga plecami chwilowo nawet możemy mieć pewien komfort - żadnych zakazów i nakazów, pacierzy i spowiedzi - spada ciężar wymagań… Tylko co potem? Dziwimy się, że wszystko się wali, że czynimy coś, do czego właściwie czujemy odrazę, że nie rozumiemy siebie, innych ludzi i otaczającego nas świata, że ogarnia nas tępy bezsens życia, że w sercu pojawia się bliżej nieokreślony ból…, który potrafi być tak nieznośny, że robimy wszystko, co tylko możliwe, żeby go nie odczuwać. I co wtedy? Rzucamy się w wir zajęć, spotkań towarzyskich itp. Ciągle musi się coś dziać, musi być głośno, bo chwila spokoju i ciszy zmuszałaby do jakiejś refleksji, do głębszego zastanowienia się nad sobą, a to nie jest miłe, bo wraca bolesna pustka, od której przecież chcemy uciec… Tylko jak długo można uciekać przed własnym cieniem? Gdziekolwiek byśmy chcieli się skryć on i tak będzie z nami…

            Jezus zaś nieustannie staje na drodze naszego życia ze swoim zaproszeniem „przyjdźcie do Mnie wszyscy” i z konkretną obietnicą Ja was pokrzepię”… Dobrze… chcemy do Niego iść… tylko gdzie ten Jezus jest?! Skoro - jak to, ze łzami w oczach, określiła pewna licealistka - „modlę się i mam wrażenie, że mówię do ściany, a ja nie chcę modlić się do ściany!”.

            Gdzie Jezus JEST?! Są takie miejsca i dni, w czasie których Bóg daje się nam odnaleźć w sposób szczególny… Na przykład miejsce i czas rekolekcji… Nie musisz nawet wierzyć, że On tam - w domu rekolekcyjnym - na Ciebie czeka… tylko chciej być… I nie bój się… Nikt nie będzie od ciebie wymagał niczego ponad to, co jest dla ciebie możliwe… Nie musisz umieć się modlić, ani znać Pismo Święte… Modlitwy i rozumienia Słowa wszyscy się uczymy do końca życia…, a więc prowadzący rekolekcje i uczestniczący w nich jadą na tym samym wózku, bo jedynym Nauczycielem i Mistrzem jest Jezus, którego drogami razem chcemy kroczyć... A ty tylko chciej być, i ze swojej strony chciej zrobić choćby jakiś mały gest przyzwolenia, aby łaska mogła dostać się do twojego serca i otworzyć je na Tego, który chce cię spotkać w twoim utrudzeniu i obciążeniu, który chce cię pokrzepić…, który jest Miłością i Miłosierdziem…

A & I & A

 

ZAPRASZAMY NA REKOLEKCJE

 

 

            1.dla młodzieży żeńskiej i męskiej

 

 

 

29 I-2 II 2007 - SULEJÓWEK, ul. Poprzeczna 1

 

Temat: „Uwierzyć Jezusowej miłości”

 

 

12-16 II 2007 - SULEJÓWEK, ul. Poprzeczna 1

 

Temat: „Uwierzyć Jezusowej miłości”

 

 

 

            2. dla młodzieży żeńskiej

 

28.04-03.05.2007 - SŁOPNICE k. Limanowej

Słopnice Dolne 40 (dawna plebania przy kościele)

 

Rekolekcje rozpoczynają się pierwszego dnia o godz. 17.00, a kończą ostatniego dnia przed południem.

 

Opłata - ofiara dobrowolna.

 

Weź ze sobą: Pismo św., różaniec, notatnik, śpiwór, ciepłe ubranie, buty na zmianę, instrument muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać). Do Słopnic dodatkowo płaszcz od deszczu i buty do chodzenia po górach…

Zaproś swoich znajomych, będzie Ci raźniej:)) i w podróży bezpieczniej!

 

Dokładne informacje oraz zgłoszenia:

 

s. Anna Czajkowska

ul. Poprzeczna 1,  05-070 Sulejówek

tel.: 022/ 487.86.08  lub kom. 0/ 698.230.430

e-mail: mdpcanna@wp.pl

 

 

***********************

 

 

DO PRZYJACIÓŁ

 

 

NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ…

 

Dobrze, że jesteś!

 

            Z pewnością nie jeden raz słyszeliśmy to zdanie wypowiadane do nas przez innych ludzi w różnych sytuacjach codziennego życia. Może i wiele razy w ten sposób my sami witaliśmy jakąś oczekiwaną osobę. Dobrze, że jesteś, to przecież pewien grzecznościowy zwrot, czasami nic nie znaczący slogan, a może nawet banał. Natomiast według J. Piepera jest to zdanie, które pozwala zrozumieć czym naprawdę jest miłość. Twierdzi on, że we wszystkich możliwych rodzajach miłowania miłość znaczy tyle, co uznanie za dobre. Dlatego kochać kogoś, to po prostu nazywać go dobrym „i mówić: dobrze, że istniejesz, dobrze, że jesteś na świecie!”.

            Autor jednak bardzo szeroko wyjaśnia w swojej książce O miłości jak należy rozumieć te znane nam stwierdzenia. Na pewno nie chodzi tu o zwykłe nazywanie, ale o coś znacznie głębszego, o manifestację woli, czyli o zgodę, przyzwolenie, potwierdzenie, uznanie, afirmację, pochwałę, uwielbienie. W inny sposób tę manifestację woli można określić zdaniem: Chcę, żebyś istniał. Miłość jest więc sposobem chcenia, ale nie w znaczeniu działania zmierzającego do osiągnięcia czegoś, czego nie posiadamy, lecz właśnie w znaczeniu afirmacji, potwierdzenia i radowania się tym, co już się posiada.

            Co to jednak znaczy? Czego chce człowiek mówiąc do drugiego: Dobrze, że jesteś? Maurice  Nédoncelle odpowiada, że „Ja, które kocha, chce przede wszystkim istnienia drugiej osoby”, a inny filozof Maurice Blondel twierdzi, że miłość jest tym, co sprawia, że ktoś istnieje!, jest tym, co pozwala być! Czyżby więc od ludzkiej miłości zależało czyjeś istnienie? Czy to znaczy, że osoba nie kochana nie istnieje, dopóki jej ktoś nie pokocha? Wydaje się, że doświadczenie temu przeczy. Jaka jest prawda?

            Sens powyższych wypowiedzi staje się bardziej zrozumiały, gdy sięgniemy do Pisma Świętego. Pan Bóg stwarzając świat, o wszystkim, co powoływał do istnienia, orzekał, że jest dobre albo bardzo dobre, a więc wygląda na to, że po raz pierwszy Dobrze, że jesteś padło z ust Bożych i na pewno był to wyraz miłości Stwórcy wobec stworzenia. Natchniony autor w Księdze Mądrości zapewnia, że świat został stworzony i trwa tylko dzięki miłości: „Miłujesz bowiem wszystkie byty, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego ukształtował. Jakże by coś trwać mogło, gdybyś tego nie chciał? Jakże by się zachowało to, czego byś nie wezwał?” (11, 24-26).

            Skoro tak, to Boża miłość ze swej natury jest stwórcza - ona po prostu nie może nie stwarzać, a wiemy, że człowiek został uczyniony na obraz Boga! Dlatego kochając jest wręcz zobowiązany do naśladowania Go również w dziele stwarzania i potwierdzania. Nad każdym człowiekiem Pan Bóg wypowiedział po raz pierwszy dobrze, że jesteś i dlatego istniejemy. Jednak pozostawił też w naszych sercach coś, co musi być w tym stwórczym dziele podjęte w stosunku do nas przez drugiego człowieka. Czekamy przecież na kogoś, kto pojawiając się w naszym życiu powie: kocham cię, czyli chcę żebyś istniał!; nie umiem już wyobrazić sobie świata, w którym by ciebie nie było; dobrze, że jesteś!

            Poprzez miłość odkrywamy wartość swojego istnienia i wartość istnienia osoby, którą kochamy. Każde z istnień jest jedyne i niepowtarzalne. Nikt nas nie może zastąpić w tej miłości. Człowiek odkrywa swoją jedyność, swoje ja jestem, dzięki temu, że został wybrany przez tego, który go umiłował: „ja jestem, bo ty jesteś”. Dlatego można powiedzieć, że dopiero w miłości po raz pierwszy człowiek doświadcza radości i smaku swojego istnienia i istnienia osoby kochanej. Właśnie w tym sensie miłość wydobywa nas z niebytu i powołuje do istnienia. Dotąd byliśmy jakimś tam człowiekiem podobnym do stu tysięcy innych ludzi (por. Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę), ale ten właśnie drugi człowiek przez swoją miłość wydobył nas z tłumu - jesteśmy dla niego jedyni na świecie, najważniejsi!

            Tadeusz Gdacz w książce O umiejętności życia pisze, że miłość dąży do tego, aby to jedyne i niepowtarzalne istnienie utrwalić na zawsze. Dlatego uważa on, że „Wyznawać drugiemu miłość to znaczy właściwie mówić mu tylko jedno słowo: bądź. Bądź na wieczność. Miłość, wychodząc od odkrycia istnienia drugiego: ty jesteś, zamienia je w życzenie, które jest wyznaniem miłości: bądź”. To pragnienie istnienia idzie aż tak daleko, że intensywnością owego bądź chciałoby przezwyciężyć śmierć. Dlatego „Ukochać jakąś istotę - twierdził Gabriel Marcel - to powiedzieć: Ty nie umrzesz”. Cdn.

s. Anna Czajkowska WDC

 

 

O  CNOTACH  ZAPOMNIANYCH

 

 

Odpowiedzialność

 

            Cnota odpowiedzialności zdaje się być jedną z najbardziej zapomnianych w dzisiejszym świecie. Najchętniej wyeliminowalibyśmy ją z życia, bo jest trudna, bo zdaje się nas przerastać. Gdyby jednak spojrzeć głębiej okaże się, że brak odpowiedzialności niesie z sobą większe trudy i problemy niż wysiłek związany z odpowiedzialnym podejściem do życia. Jedna nieodpowiedzialność pociąga kolejną i tak tworzy się szereg niewłaściwych zachowań, decyzji, postaw, które powodują szerzenie się zła w rodzinie, szkole, ojczyźnie. Żeby temu zapobiec należy pamiętać o ważnej zasadzie, która mówi, że aby w naszym życiu funkcjonowała odpowiedzialność za innych, najpierw musi zaistnieć odpowiedzialność za siebie przed Bogiem, przed samym sobą oraz przed innymi ludźmi. Jeżeli sami nie potrafimy być za siebie odpowiedzialni, tym bardziej nie zdołamy jej podjąć wobec innych.

            Odpowiedzialność zaczyna się tam gdzie pojawiają się wartości. Człowiek może być odpowiedzialny dopiero wtedy, gdy poznaje jakąś rzeczywistość, która dla niego jest wartością. Jeżeli dla matki wartością jest jej dziecko, to pokona wszelkie przeszkody, aby zapewnić mu właściwy rozwój; uczeń, dla którego wartością jest szkoła będzie obowiązkowy pokonując swoje lenistwo; chrześcijanin, dla którego Bóg jest najwyższą wartością będzie się starał żyć zgodnie z Jego wolą, a nie według własnych zachcianek. Jeśli coś lub ktoś jest dla mnie wartością to zrobię wszystko, żeby tę wartość ochronić i ocalić. Zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że nasza odpowiedzialność za własne szczęście warunkuje naszą odpowiedzialność za szczęście innych. Karol Wojtyła w książce Miłość i odpowiedzialność pisze, że w poczuciu odpowiedzialności za osobę kryje się troska o jej prawdziwe dobro. Tak więc odpowiedzialność za dobro własne i dobro drugiego człowieka to nic innego jak prawdziwa miłość.

            Skąd czerpać siły do takiego traktowania siebie i innych? Bóg stwarzając człowieka wyposaża go we wszystko co jest konieczne, aby mógł żyć pełnym życiem. Jednak już od człowieka zależy co z tym zrobi, jak potraktuje swoje życie, życie innych, życie Boga w sobie i w drugim człowieku. Odpowiedzialność nie zubaża człowieka lecz otwiera jego serce, poszerza je. Owocuje harmonią, dobrem i właściwie rozumianą wolnością.

            W każdym z nas złożona jest zdolność rozeznawania dobra i zła. Nikt nie może za mnie czegoś chcieć, za mnie wybierać. Człowiek odpowiedzialny to ten, który potrafi dokonywać wolnych wyborów - opowiadać się za czymś lub to odrzucać oraz ponosić konsekwencje swoich decyzji. Przeciwieństwem takiej postawy jest bezmyślność i beztroska, tacy ludzie nie dbają o prawdziwe wartości lecz jedynie o zaspakajanie potrzeb, o to, co im samym przynosi chwilowe zadowolenie.

            Brak odpowiedzialności jest dość mocno rozpowszechnioną chorobą ludzkiego serca. To przez nią umierają niewinni ludzie, to ona jest powodem cierpienia nie jednego człowieka. Brak odpowiedzialności, to czyjś brak odwagi, by ponieść jakąś ofiarę w obronie konkretnej wartości. Odpowiedzialność bowiem - jak twierdził Jan Paweł II przemawiając do młodzieży - to swojego rodzaju pole bitwy, z którego nie powinno się uciekać: „Każdy z was młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, jakąś powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować”. Dlatego każdy człowiek musi dać sobie odpowiedź na pytanie: co dla mnie jest tą słuszną sprawą, o którą nie mogę nie walczyć? Gdzie jest to miejsce, w którym powinienem być i zabrać głos? Co dla mnie jest wartością, od realizacji której nie mogę się uchylić?

            Mając świadomość jak wiele od nas zależy, pielęgnujmy to dobro, które zostało nam powierzone, bo skutki naszych czynów mają znaczenie nie tylko tu i teraz, ale także w wieczności, co dla człowieka wiary nie może być obojętne. Nasz pobyt na ziemi jest czasem dorastania do odpowiedzialności. Oby po tamtej stronie życia owocowała nasza odpowiedzialność za miłość, a nie jej brak. W ewangelicznym opisie sądu ostatecznego Chrystus mówi: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,45). Jednak człowiek usłyszy nie tylko pytanie: "Cóżeś uczynił?" (Rdz 4,10), ale również pytanie o to, co zaniedbał, o to czego nie uczynił, aby ratować życie, miłość i godność własną oraz swoich bliźnich?

s. Anna Pękowska WDC

 

 

***********************

 

 

BLIŻEJ BOGA

 

 

ODDECH ŻYCIA...

 

 

Modlić się, mówiąc Jezus, oznacza wzywać Go, wołać do Niego w nas. Tylko Jego Imię zawiera Obecność, którą oznacza. Jezus jest zmartwychwstałym i ktokolwiek wzywa Jego Imienia, przyjmuje Syna Bożego, który go umiłował i siebie samego wydał za niego.

Katechizm Kościoła Katolickiego, 2666

 

Nie ma rozważania bardziej potrzebnego niż to, które obejmuje zbawcze i błogosławione Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nieustannie powinieneś podtrzymywać je w sobie.

św. Makary Wielki


 

            Ileż radości sprawia wypowiadanie imienia osoby, którą bardzo kochamy. Często nawet używamy zmiękczeń albo formułujemy to imię w nam tylko właściwy sposób, aby w naszych ustach brzmiało ono jak najcieplej i jak najszczerzej, czyli zgodnie z tym, co kryje serce. Powtarzanie imienia sprawia, że mimo licznych zajęć i spraw utrzymujemy swego rodzaju nieustanny kontakt z umiłowanym człowiekiem, kontakt podsycany tęsknotą za spotkaniem. W miarę upływu czasu, gdy osoby kochające mają możliwość wzajemnego poznawania się, imię to staje się coraz bogatsze, bo oznacza całą głębię człowieka, oznacza to wszystko, co odkryła przed nami właśnie miłość… Nie musimy tego wyliczać, nazywać. Wystarczy, że wypowiemy samo imię...

            Zapewne każdemu z nas znane jest to z doświadczenia, o ile doświadczyliśmy takiej miłości. Jest to bardzo cenne doświadczenie, dzięki któremu nieco łatwiej moglibyśmy wejść w miłosny dialog z samym Panem Jezusem. Wystarczy wzywać Jego Imienia, aby się modlić, a przecież w każdym z nas zrodziło się kiedyś pragnienie modlitwy i razem z nim pytanie: jak mam się modlić? Tym bardziej, że w Nowym Testamencie czytamy, że mamy się modlić nieustannie (por. 1Tes 5,17), a przy tym na modlitwie nie powinniśmy być gadatliwi (por. Mt 6, 7).

            Na przestrzeni XX wieków formowania się modlitwy chrześcijańskiej napisano mnóstwo książek, z których możemy dowiadywać się o różnych metodach modlitwy. Wśród nich pojawia się także pozycja wyjątkowa - Filokalia. Zawiera ona zbiór pism ascetycznych autorów od IV do XV wieku. Wiele tekstów dotyczy modlitwy Jezusowej, zwanej też modlitwą serca lub modlitwą nieustanną. Jest to modlitwa krótka jak oddech i jak oddech życiodajna. Modlitwa prosta, ale przy tym posiadająca ogromną moc. Na czym ona polega?

            We wstępie do polskiego wydania Filokalii (Wydawnictwo „M”, Kraków 2002) ks. Józef Naumowicz pisze, że modlitwa Jezusowa, która w ostatecznej formie ukształtowała się w XIII-XIV wieku, składa się z kilku elementów, a „jej istotą jest ciągłe wzywanie Jezusa za pośrednictwem krótkiej formuły, stanowiącej akt wiary i prośbę o miłosierdzie. Brzmi ona: Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną. Jej powtarzaniu towarzyszy świadomość stałej obecności Boga”.

            Wartość tej modlitwy polega na tym, że skierowana jest ona do Zbawiciela, a płynie z wiary w moc Imienia Jezus. Wiara ta ma długą tradycję, bo sięga aż do Biblii. W Starym Testamencie imię Jahwe - Jestem, który Jestem, „oznacza - jak pisze ks. K. Kucharski - jestem tym, który kocha. Jestem tym, który jest źródłem wszelkiego istnienia. Jestem dla ciebie. To jest Imię święte”. Do tego stopnia święte, że w Dekalogu pojawia się przykazanie: „Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremnie” (Pwt 5, 11). Jednak należy tutaj zwrócić uwagę, że zakaz dotyczy wzywania Boga z lekceważeniem, a nie w ogóle wzywania Go. Imieniu Bożemu należy się cześć i uwielbienie (por. Ps 18, 50; 69,31). Izraelita w ogóle nie używał imienia Jahwe. Robił to tylko raz w roku w święto Pojednania arcykapłan w świątyni jerozolimskiej, w miejscu Świętym Świętych. W Nowym Testamencie znaczenia nabiera samo imię Jezus. Wzywając go Apostołowie leczyli chorych (Dz 3,6; 9,34), wyrzucali złe duchy (np. Mk 9,38) i czynili cuda (np. Mt 7,22). „W Imię Jezusa” znaczyło: Jego mocą, bo Imię Jezus jest równoznaczne z Jego Osobą i dziełem. Jest ono jedynym, danym nam ludziom, Imieniem, w którym możemy być zbawieni (Dz 4,12). Cdn.

WDC

 

 

***********************

 

 

BLIŻEJ KOŚCIOŁA

 

 

2 II: DZIEŃ ŻYCIA KONSEKROWANEGO

 

 

Przypatrzcie się powołaniu

 

            Młodzi ludzie często zastanawiają się nad swoją drogą życia, dlatego niekiedy w rozmowach dzielą się także swoimi obawami związanymi z wyborem powołania: Proszę siostry ja nie wiem czego Bóg chce ode mnie… Dostałam tyle razy w plecy od życia, że boję się cokolwiek wybrać! Gdybym tak wiedziała na sto procent, to może… Ale to taka niewiadoma! Boję się!

            Obawy i wątpliwości to nieodzowny element w procesie odkrywania życiowej drogi, którą Bóg w swoich odwiecznych zamiarach przeznaczył dla każdego z nas.

            Skoro dawcą powołania jest Bóg, to słuchając Jego Słowa dowiadujemy się, że dar powołania, wyprzedza dar życia: „Spodobało się temu, który mnie wybrał jeszcze w łonie matki mojej i powołał” (Ga 1,15); „W Nim (w Chrystusie) wybrał nas jeszcze przed założeniem świta” (Ef 1,3); „Powołał mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię” (Iz 49,1); „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1,4-5).

            Zapewne wielu z nas dobrze zna te słowa, bo już tyle razy je czytało i słyszało. Ale czy pytaliśmy siebie: Co do mnie mówi to słowo? Co ono znaczy? To znaczy, że tak naprawdę mogę powiedzieć: nie dlatego jestem powołany bo żyję, ale dlatego żyję, ponieważ jestem powołany. Rozeznanie powołania i podjęcie go jest zawsze próbą dla naszej wiary, próbą dla słuchania Słowa Bożego „uszami serca”, próbą dla naszej zwyczajnej ludzkiej dojrzałości emocjonalnej w podejmowaniu decyzji. Jeżeli mam około trzydziestki czy więcej, a nie wiem jeszcze jakie jest moje powołanie, to coś „szwankuje’ w moim spojrzeniu na dar życia. Podczas Kongresu na temat powołania młodych w Europie padły takie słowa: „Istnienie każdego człowieka jest owocem miłości Ojca, jego skutecznego pragnienia i rodzącego słowa. (…) Człowiek rozpoczyna życie, gdy jest umiłowany, zamierzony i chciany przez dobrą Wolę (…) która go umiłowała, zanim powstał, znała go, zanim uformowała w łonie matki, konsekrowała, nim przyszedł na świat”.

            Wiara, że jesteśmy miłowani, chciani, wybrani, powołani i poświęceni przez Boga owocuje zawsze rozwojem życia, dzieleniem go, dawaniem, wielkodusznością i hojnością. Znane jest nam zapewne powiedzenie - „życie rodzi życie”. A Karol Wojtyła w wierszu Życie – napisał, że trzeba je komuś oddać, gdyż inaczej samo bezpowrotnie i bezowocnie ucieknie. Natomiast w cytowanych już materiałach z Kongresu na temat powołań zwrócono uwagę że: „Przeogromny smutek budzi spotkanie młodych, nawet inteligentnych i uzdolnionych, w których dostrzega się zgaszoną wolę życia, brak wiary w cokolwiek, niechęć do dążenia do wielkich celów, brak nadziei w świat, który może stać się lepszy, także dzięki ich wysiłkom. Wydaje się, że właśnie młodzi czują się zbyteczni w grze i dramacie życia, zgoła ustępujący wobec niego, zagubieni na przerwanych drogach i spłaszczeni na minimalnych poziomach napięcia życiowego. Bez powołania, lecz także bez przyszłości lub z przyszłością, która nie będzie niczym innym niż pewna fotokopią teraźniejszości”.

            Co powoduje to spłaszczenie i zubożenie życia? Wydaje się, że z jednej strony może to być brak otwarcia na wartości wieczne, na tajemnicę, którą jest i samo życie i powołanie; z drugiej zaś strony jest to uleganie subiektywizmowi i iluzji bycia wolnymi, z niewielką odpowiedzialnością za własne, otrzymane w darze życie i ucieczką od zrodzenia go w innych. Jeżeli nawet nie podejmie się żadnej decyzji, to jest to przecież już decyzja, tylko ta najgorsza z możliwych. Dlaczego? Gdy życie zdaje się cały czas stać przed nami otworem, to w tym przypadku jest ono błąkaniem się bez żadnego punktu odniesienia, a ostatecznie bez celu i sensu oraz wartości, jaką każdy z nas jest wezwany by nadać życiu, wybierając i wiernie realizując powołanie dane nam przez Boga.

            Dzień 2 lutego, Święto Ofiarowania Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej, jest z ustanowienia Ojca Świętego Jana Pawła II, dniem Życia Konsekrowanego. Jest to święto tych, którzy całkowicie swoje życie poświęcili Bogu. W tym dniu Kościół modli się za osoby konsekrowane i o dar nowych powołań do tego rodzaju życia. Prośmy także, aby ten dzień wzbudził, szczególnie w tych, którzy nie podjęli jeszcze decyzji, pragnienie oddaniu własnego życia komuś. Komu?... Każdy musi to rozeznać w swoim sercu, aby bezowocnie nie uciekło.

s. Irena Złotkowska WDC

 

 

21 II-7 IV: WIELKI POST

 

 

Sens cierpienia i jego owoce

 

Kto kocha bardzo, bardzo cierpi; więc ze wzrostem miłości, rośnie cierpienie.

św. Katarzyna ze Sieny

 

Chcielibyśmy móc w to wątpić, chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie i zło - to przejściowe warunki życia, które kiedyś wyeliminuje nauka i cywilizacja…

Bądźmy szczersi i miejmy odwagę spojrzeć prosto w twarz naszej egzystencji. Im bardziej życie ludzkości staje się wyrafinowane i skomplikowane, tym bardziej rosną szanse nieładu i jego niebezpieczeństwa. Im wyższe szczyty, tym głębsze przepaści, a wszelka energia - to zarówno moc czynienia dobra, jak i wyrządzania zła. Wszystko jest w toku stawania się, cierpi i grzeszy.

Prawdą naszej sytuacji na tym świecie jest to, że jesteśmy ukrzyżowani.

Pierre T. de Chardin


 

 

            Miłość Boga Ojca do każdego człowieka, wyrażona w wydaniu na cierpienie i śmierć Syna, rzuca dużo światła na rzeczywistość naszego cierpienia. Ukazuje, że tylko w perspektywie zbawczej ma ono sens. Cierpienie odarte z wiary i miłości jest siłą destrukcyjną, bo cierpienie doświadczane poza Chrystusem może być jedynie przekleństwem.

            Można więc powiedzieć, że sposób przeżywania przez nas cierpienia informuje przede wszystkim nas samych kim my jesteśmy: uczniami Chrystusa i dziećmi Boga czy poganami? Bowiem - jak napisał Joseph Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI, w książce Śmierć i życie wieczne - „O człowieczeństwie człowieka decyduje jego postawa wobec cierpienia. Tu człowiek staje w bezpośredniej konfrontacji z faktem, że nie rozporządza sam swoim życiem, że jego własne życie nie jest jego własnością. Odpowiedź człowieka może być dwojaka: Może być nią opór, próba zdobycia mimo wszystko autonomicznej władzy - a więc przyjęcie postawy rozpaczliwego, gniewnego buntu. Ale odpowiedzią może też być powierzenie się tej innej Mocy, ufne poddanie się jej kierownictwu bez lękliwego oglądania się na siebie”.

            Oczywiście nie chodzi o to, aby upraszczać i posługiwać się sposobem przeżywania cierpienia jako kryterium oceny czyjejś wiary. Jeżeli już, to jedynie swojej własnej. Przy tym należy pamiętać, że łzy, słowa goryczy, smutek, które pojawiają się w doświadczeniu cierpienia nie oznaczają, że ktoś nie po chrześcijańsku cierpi! Przecież sam Chrystus, cierpiąc na krzyżu wołał „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,34b). Te zewnętrzne przejawy bólu z powodu jakiegoś trudnego doświadczenia są normalnymi, ludzkimi reakcjami człowieka. Ważne jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymali i uczynili jeszcze jeden krok - krok wiary - tzn. powierzyli Panu Bogu siebie samych oraz tę bolesną rzeczywistość (por. Łk 23, 46a). Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie nas niszczyć, ale uczyni nas bogatszymi wewnętrznie. W cierpieniu stajemy się bardziej podatni na działanie zbawczej mocy Boga, wypracowujemy w sobie wiele cnót - szczególnie wytrwałość w znoszeniu tego, co dolega i boli.

            Człowiek wiary przyjmuje, że każde cierpienie ma sens, jeżeli jest odczytywane w perspektywie zbawczej, ale nie szuka go dla niego samego i nie życzy go innym. Gdy jednak ono przychodzi usiłuje je odnieść do Chrystusowego Krzyża i zająć postawę godną Chrystusowego ucznia, który wie, że do królestwa Bożego idzie się przez wiele ucisków (por. Dz 14,22), ale na tej trudnej drodze nigdy nie jesteśmy pozbawieni Ojcowskiej pomocy - jak nas zapewniał w jednej ze swoich środowych Katechez Jan Paweł II: „[…] cierpienie, widziane oczyma wiary, chociaż jawi się jeszcze jako najbardziej mroczny aspekt losu człowieka na ziemi, to równocześnie odsłania tajemnicę Bożej Opatrzności, zakorzenioną w objawieniu Chrystusa, a zwłaszcza w Jego krzyżu i zmartwychwstaniu. Może się oczywiście zdarzyć, że na pytanie o zło i cierpienie w świecie stworzonym przez Boga człowiek nie znajduje odpowiedzi doraźnej, zwłaszcza gdy nie ma żywej wiary w tajemnicę paschalną Jezusa Chrystusa. Stopniowo, z pomocą wiary podsycanej modlitwą odsłania się prawdziwy sens cierpienia, którego każdy człowiek doświadcza w tym życiu. Dzieje się tak za sprawą słowa Bożego Objawienia i „nauki krzyża” (por. 1,18) Chrystusa, który jest „mocą Bożą i mądrością Bożą” (1,24). Sobór Watykański II mówi: „Przez Chrystusa […] i w Chrystusie rozjaśnia się zagadka (aenigma) cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangelią”. Odnajdując przez wiarę tę moc i tę „mądrość”, znajdujemy się na zbawczych drogach Bożej Opatrzności. Potwierdza się wówczas znaczenie słów Psalmisty: „Pan jest moim pasterzem […]. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps[22],1.4). Opatrzność Boża oznacza zatem to, że Bóg towarzyszy człowiekowi na jego drodze”.

            Jezus dobrowolnie przyjął na siebie cierpienie z miłości do Ojca i do ludzi. Odtąd cierpienie zostało związane z miłością! I tylko w takim wymiarze może ono wydać dobre owoce w naszym życiu.

            Wiara chrześcijanina jest zwrócona ku życiu. Jej celem jest życie i dlatego przyjmuje życie na wszystkich jego poziomach jako dar Boga. Przyjmuje życie nawet tam, gdzie zaciemnia je ból i cierpienie, bo i wtedy otwiera przed człowiekiem nowe możliwości bytowania. Jakie możliwości? Wymienimy te najważniejsze:

            - Swoiste „memento”: Niejednokrotnie człowiek, który na co dzień poddany jest presji cywilizacyjnego pędu i troski o dobra doczesne, nie ma czasu na refleksję nad priorytetami ludzkiego życia. Dopiero jakieś nieszczęście niejako zmusza go do zatrzymania, do zwolnienia tempa, mobilizując zarazem do zadania podstawowych egzystencjalnych pytań o cel i sens takiego życia. Cierpienie ukazuje nam jak kruche jest to wszystko, w czym dotąd pokładaliśmy nadzieje: życie, zdrowie, miłość drugiego człowieka, dobra materialne, itp. Utrata tego, co przemijające może otworzyć człowieka na poszukiwanie głębszych motywacji życia, mocniejszych podstaw ludzkiego szczęścia i powodzenia, a w konsekwencji ukierunkować na samo Źródło mocy i życia - na Boga.

            - Pokuta za grzechy: Wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Dzięki Chrystusowi mamy możliwość pojednania z Ojcem przez łaskę sakramentu Pokuty. Jednak samo wyznanie grzechów i uzyskanie rozgrzeszenia nie wystarczą, abyśmy mogli w pełni odzyskać zdrowie duchowe. Rozgrzeszenie gładzi grzech, ale nie usuwa wszelkich nieporządków spowodowanych grzechem. Jego skutki sięgają niekiedy daleko w głąb naszych relacji z Bogiem i z ludźmi, kalecząc je boleśnie. Dlatego należy uczynić wszystko co możliwe, aby je naprawić. Jedną z form zadośćczynienia jest dobrowolne przyjmowanie cierpień, a zwłaszcza cierpliwa akceptacja krzyża, który musimy dźwigać każdego dnia (por. KKK rozdz. 2, art.4). Cierpienie ma ogromne znaczenie w oczyszczaniu ludzkiego serca oraz w całościowym rozwoju duchowym człowieka. Poprzez pokolenia i wieki stwierdzono, że w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska. Dlatego Kościół wciąż podkreśla jego zbawienną rolę w ustawicznym procesie nawracania i zmagania ze złem.

            - Dar dla innych: Tak, jak Chrystus cierpiał za nas, otwierając nam przez to bramy królestwa Bożego, tak i my, naśladując Jego miłość możemy swoje cierpienia uczynić darem dla ludzi, których kochamy. W łączności z Chrystusem możemy więc, swoim różnorakim doświadczeniem bólu, krzywdy, niesprawiedliwości, samotności czy niedostatku, zbawiać świat. Cierpiąc, możemy wynagradzać za grzechy ludzi żyjących, możemy także zadośćuczynić w ten sposób za skutki grzechów osób zmarłych cierpiących w czyśćcu.

s. Anna Czajkowska WDC

 

 

***********************

 

 

W KRĘGU WIECZNOŚCI

 

 

CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH

 

Święta Katarzyna z Genui

 

            „Zdaje mi się jakby dusza moja zamieszkiwała nie w ciele, ale w czyśćcu, całkowicie podobnym do owego rzeczywistego, z tą wszelako różnicą, że dusza w takim stopniu jest poddana cierpieniom w jakim ciało potrafi znieść, aby na ich skutek nie umrzeć”. Są to słowa św. Katarzyny Adorno (1447 - 1510) wpisane w ostatni rozdział Rozprawy o Czyśćcu.

            Urodziła się w Genui w szlacheckiej rodzinie Fieschi. Pobożni rodzice przekazali jej miłość do Boga i wdrożyli w życie cnotami chrześcijańskimi. Mając zaledwie 12 lat zapragnęła wstąpić do zakonu. Jednak nie została przyjęta z powodu zbyt młodego wieku, co było dla niej bardzo bolesnym ciosem. Następnymi zaś była śmierć ojca oraz wymuszony przez rodzinę ślub z Julianem Adorno. Jako szesnastoletnia dziewczyna stała się ofiarą rodzinnych interesów. Wkrótce bardzo boleśnie odczuła na sobie ich skutki. Mąż, od dawna prowadzący niemoralny tryb życia, od pierwszych dni żywił do skromnej i pobożnej Katarzyny chłód i odrazę, co też dawał jej odczuć. Tak więc w ogromnym cierpieniu i smutku mijały najpiękniejsze lata jej życia. W końcu złamana naciskami otoczenia porzuciła pokutniczą samotność szukając pocieszenia w życiu towarzyskim. Jednak obrany styl życia zupełnie jej nie odpowiadał, gdyż takie przyjemności nie mogły nasycić jej duszy, w której wciąż tkwiła tęsknota za Bogiem.

            Przełomowym momentem w jej życiu była spowiedź, w czasie której miała wizję. Ukazał się jej Chrystus z krzyżem cały zalany krwią. Odtąd zaczęła życie pełne pokuty stając się duchową córką św. Franciszka z Asyżu. Wkrótce oddała się służbie trędowatym i biednym. Ostatnie lata jej życia zaowocowały bogatym doświadczeniem mistycznych wizji, ekstaz i uniesień. Przez 23 lata jedynym jej pokarmem była Komunia św. Pośród pism, które pozostawiła po sobie, znajduje się m.in. Rozprawa o czyśćcu, w której Katarzyna (jako pierwsza spośród świętych) nazwała cierpienia dusz czyśćcowych męką tęsknoty i żarem miłości.

            Rozprawa o czyśćcu to owoc mistycznych przeżyć św. Katarzyny, ale spisany nie przez nią samą lecz przez jej duchowych synów: o. Kajetana Marabotto i Hektora Vernazza. W opisie czyśćca na plan pierwszy wysuwa się doskonałe poddanie się dusz czyśćcowych woli Bożej. Według Świętej dusze chcąc stanąć czyste przed Majestatem Boga dobrowolnie rzucają się do czyśćca znajdując tam wielkie Miłosierdzie uwalniające je od wszelkiej przeszkody. Nie dysponują one też ofiarami, składanymi za nich przez ludzi żyjących, ale zdają się na Bożą miłość i sprawiedliwość.

            Ponadto dusze czyśćcowe - jak dowiadujemy się z Rozprawy - nie są zdolne myśleć o sobie lecz zupełnie zgadzają się z wyrokami Boga, w których znajdują pełnię radości: „Miłość Boża spływająca na duszę, daje jej tak wielką radość i zadowolenie, jakiego nie sposób opisać; przy czym jednak cierpienia bynajmniej się nie zmniejszają, one bowiem są wywołane czasową rozłąką z Miłością, a są tym dotkliwsze, im dusze większą płoną miłością, do jakiej za Wolą Bożą są zdolne. W ten sposób dusze w czyśćcu równocześnie i cieszą się niezmiernie, i cierpią straszne męki, a jedno drugiemu nie przeszkadza”. Radość dusz można wytłumaczyć miłością i poznaniem jakiego udziela im Bóg. Widzą one Boga jasno i rozumieją jakim szczęściem jest posiadanie Boga, dla którego, jako ostatecznego celu zostały stworzone.

            Święta z Genui, dla której „świat był więzieniem, a ciało kajdanami” tak mówi o osobistym doświadczeniu czyśćca, który dane jej było przeżywać w swojej duszy jeszcze za życia: „Widzę jak mój duch jest z dala od wszelkich rzeczy, nawet duchowych, mogących przynieść duszy ulgę, czy to przez radość, przyjemność czy pociechę. Nie ma on już mocy kosztować w rzeczach doczesnych, czy duchowych władzą swej woli, umysłu lub pamięci w ten sposób, bym powiedzieć mogła: ta rzecz więcej mi sprawia radości niż tamta”.

            Znamienna jest też w Rozprawie przestroga duszy czyśćcowej dla ludzi żyjących: „Obym miała grzmiący głos, dość silny, aby trwogą przerazić ludzi żyjących na ziemi i powiedzieć im: O nieszczęśliwcy, dlaczego pozwalacie oślepiać się przez ten przemijający świat? (...) dlaczego nie zaradzacie ostatecznym potrzebom?”.

            To napomnienie jest na pewno wyrazem troski o niebo dla nas. Chciejmy zatem na nowo uświadomić sobie wartość każdej chwili naszego życia jako możliwości zwrócenia się ku Bożej miłości.

s. Anna Pękowska WDC

 

 

JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?

 

 

Jałmużna pocieszenia

 

(…) Sił mi zabrakło,

na współczującego czekałem, ale go nie było,

i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem.

Ps 69, 21

 

Ściśnij serdecznie rękę temu, kto jest w smutku.

G. Vicarelli

 

            „Strapionych pocieszać” - to jeden z uczynków miłosierdzia względem duszy, którym możemy obdarzać ludzi dźwigających brzemię smutku oraz wspomagać zmarłych cierpiących w czyśćcu. Wiemy, że przyczyny strapienia mogą być przeróżne: np. choroba, cierpienie, grzech, śmierć bliskiej osoby, tęsknota, osamotnienie, brak środków do życia itp. Długotrwałe poddawanie się jemu, trwanie w przygnębieniu łamie siłę serca, a nawet sprowadza śmierć. Dlatego natchniony autor w Księdze Syracha nawołuje „Nie wydawaj duszy swej smutkowi, ani nie dręcz się myślami. (…) Smutek serca łamie siłę” (Syr 30,21; 38,18).

            W Piśmie Świętym znajdujemy także wezwanie do wspierania tych, którzy znaleźli się w niedoli: „Nie usuwaj się od płaczących i smuć się ze smucącymi!” (Syr 7,34); „Pocieszajcie, pocieszajcie mój lud! - mówi wasz Bóg” (Iz 40,1); „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; (…) abym pocieszał wszystkich zasmuconych, bym rozweselił płaczących na Syjonie, abym im wieniec dał zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku, pieśń chwały zamiast przygnębienia na duchu (Iz 61, 1-3a).

            Jeżeli traktujemy Biblię jako Świętą Księgę, zawierającą Słowa Życia, to powyższe cytaty wręcz obligują do spełniania tego uczynku miłosierdzia. Jednak, gdy stajemy oko w oko z człowiekiem pogrążonym w smutku, rodzi się bardzo praktyczne pytanie: Jak mam pocieszać? Przecież zdajemy sobie sprawę z tego, że - jak pisze J.L.M. Doscalzo - „w obliczu nieszczęść słowa nie zdadzą się na nic”. Po czym zaraz ten sam autor dodaje: „jedyne, co umiem zrobić, to usiąść z cierpiącymi i milczeć”.

            Wydaje się więc, że w pocieszaniu najbardziej chodzi nie tyle o słowa, co o życzliwą, pełną miłości obecność i ufność, że i tak jedynym prawdziwym Pocieszycielem może być tylko sam Bóg (por. Iz 51,12). My ludzie, jeżeli jesteśmy w stanie ulżyć komuś w utrapieniu, to tylko dzięki Jego uprzedzającej łasce. Św. Paweł w jednym z Listów Apostolskich do pierwszych gmin chrześcijańskich dał temu wyraz w bardzo znamiennych słowach: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym ucisku, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, której doznajemy od Boga. Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy. Ale gdy znosimy udręki - to dla pociechy i zbawienia waszego; a gdy pocieszani jesteśmy - to dla waszej pociechy, sprawiającej, że z wytrwałością znosicie te same cierpienia, których i my doznajemy”. (2Kor 1,3-6).

            W jałmużnie pocieszenia nie chodzi o jakieś wyszukane formy czy techniki poprawiania nastroju, bo nie starczy nam sił, ani umiejętności, a nie dostrzegając zamierzonych efektów szybko poddamy się zniechęceniu. Smutek jest stanem ducha, a więc prawdziwie wydźwignąć kogoś ze smutku można tylko siłą ducha. Jeżeli więc zadbamy najpierw o to, żeby swoje serce otworzyć na Boga, wtedy nawet krótka wizyta albo zwykła rozmowa przez telefon, przyjazny gest, krótki sms wysłany w przerwie miedzy codziennymi zajęciami, zaproszenie na herbatę i tym podobne drobne przejawy życzliwości zdziałają „cuda” w innych i w nas samych. W tym miejscu dotykamy znaczenia tego rodzaju jałmużny.

            Każdy z nas czymś się trapi i smuci. Nikt nie jest w lepszej sytuacji, a jednak jesteśmy wezwani do wspierania innych. Jałmużna pocieszenia nie pozwala nam koncentrować się na sobie, na swoich problemach, ale każe dostrzegać niedolę innego człowieka i spieszyć mu z pomocą, przełamując własny ból i inne ograniczenia. W ten sposób pomagamy komuś odzyskać radość życia, a w sobie ocalić wiarę w moc Miłości.

s. Katarzyna WDC

 

 

***********************

 

 

KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC

Za tych, którzy za życia nie byli wrażliwi na potrzeby bliźnich

 

 

***********************

 

 

Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ

 

 

OŻYWIONE NADZIEJE

 

            Świat mienił się kolorami jesieni. Myślałam o przemijaniu, o tym, że obumieranie jest stałym elementem życia, i że ta oczywistość jest dla mnie zbyt trudna. Mimo woli nieruchome „dlaczego”? dotykało boleśnie najgłębszych pokładów duszy...

            Złociste liście tańczyły wokół niesione powiewem delikatnego wiatru, ale mnie wcale nie było do tańca. Ogarniająca mnie jesienna aura powodowała mimowolne wilgotnienie oczu... Myślałam o Tomku ,o Jego trudnej rzeczywistości, a zwłaszcza o naszym ostatnim spotkaniu, które miało znamiona rozstania. Miałam wrażenie, że coś we mnie umierało, i że to obumieranie nie miało w sobie symptomu zasiewu życia...

            Plątały mi się myśli. Dlaczego Tomek odrzucał Boga? Dlaczego kwestionował i wręcz ośmieszał moje zdanie, dlaczego kpił z mego zaangażowania w Oazę, dlaczego miał mi za złe, że próbuję Mu tłumaczyć, że chcę go przekonać, iż to On nie ma racji...

- Bóg umarł, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał - niemalże krzyczał Tomek. Czy ty tego nie czujesz, nie słyszysz, nie doświadczasz...?! Milczałam, a On tym głośniej krzyczał: Bóg umarł!!! Krzyk Tomka towarzyszył mi nawet teraz, co więcej, przenikał mnie na wskroś i wzbudza we mnie dziwny strach... - Przemknęło mi przez myśl: A może on ma rację?!

            - Nie! Nie!!!... wołałam wewnętrznie. Nie! To niemożliwe! Nie mogę ulegać nastrojom i absurdalnym wypowiedziom Tomka. To On oszalał, a ja nie dam się zwariować… -To niemożliwe!- jęknęłam głośno i mimo woli oglądnęłam się przezornie czy nikogo nie ma. Za mną, tak jak i przede mną szeleściło setki liści. Wykonywały przedziwny taniec, który zaskakiwał wytworną choreografią. Zatrzymałam się i z podziwem obserwowałam te subtelne wyczyny kolorowych liści.

            -„Tomek”- wyświetliło na komórce. SMS był krótki, chociaż i tak zeskakujący: Przepraszam. Nic się nie zmieniło. Czy możemy się, spotkać - dziś o 18-tej?

            Ogarnęły mnie uczucia podzielone: Bardzo chciałam się spękać z Tomkiem, a jednocześnie strasznie się bałam tego spotkania. Co odpowiedzieć? Jak zareagować? Machinalnie odpowiedziałam: Ok!...

            Popołudnie miałam wypełnione „po brzegi”. Zawsze sobota była dniem szczególnej aktywności. Przez cały tydzień zbierałam oferty spotkań, odwiedzin, rewizyt… Nie ukrywam, że miało to wyjątkowe znaczenie w moim życiu osobistym. Czułam, że nie jestem pojedyncza, czułam się potrzebna, akceptowana. Dawało m to siłę życia, umacniało, a przede wszystkim kierowało „od siebie - do innych”.

            Tuż przed 18-tą odczułam dziwne ukłucie w dołku i zrobiło mi się nijak na myśl o bezradności wobec Tomka. Przygotowana byłam na najgorsze… Za oknem pojawiła się gęsta mgła. Nie było widać nawet drugiej strony ulicy. Wieczorne lampy przebijały się ze swoimi światłami niby rozmazane żółte kulki. Miałam wrażenie jakiegoś otulenia i poczułam się nieco lepiej.

Tomek pojawił się - jak zwykle bardzo punktualnie. Starałam się opanować emocje.-I co tam?- zapytałam odruchowo. Tomek spojrzał na mnie ze zdumieniem. -Jak to, co tam? - Chyba to oczywiste, domyślasz się i wiesz.

Wiedziałam aż za bardzo, ale kontynuowałam pytania, gdyż wydawało mi się, że Tomek był jednak o wiele bardziej spokojny, niż w czasie ostatniego spotkania. -Pytam, co, bo miałeś napisać pracę z fizy, więc jak?- oczywiście były to pytania poboczne, ale...

- Aśka nie nabierzesz mnie na te swoje cenne pytania. Mów o co ci chodzi - Tomek cedził słowa i spowalniał je aż do wyciszenia. - Więc???- słucham.

Pomyślałam, że nie ma co udawać. I tak to najtrudniejsze "wisiało" nad nami.-No to mów, co z Twoim Bogiem-żyje, czy umarł?!- Czy uważasz, że wszystkie Twoje problemy, zawody sercowe, tragiczne wydarzenia na świecie, nieudaczność i rodzinny zamęt..., że to wszystko świadczy o śmierci Boga?- Proszę, odpowiedz, bo z tego wszystkiego to ja zaczęłam przymierać od twojej głupoty, mój drogi i kochany Tomku. - Wyrzuciłam to z siebie, jak nadmiar jakiegoś złego pokarmu. Zapanowało trudne milczenie. Zrobiło mi się głupio, gdyż obiecywałam sobie, że nie poddam się emocjom, a zareagowałam niestety bardzo mocno. Poza tym Tomek był moim gościem. - Przeeeepraszam - dotknęłam ręki Tomka, chcąc jakoś wyciszyć atmosferę. Tomek uścisnął moją dłoń. Wtedy się rozpłakałam. Napięcie pękło - Aśka, przestań, co Ty?, przecież się nie gniewam, ani nie mam takiego zamiaru. Pewnie za bardzo Cię obarczam swoimi problemami, ale z kim mam pogadać, komu się zwierzyć, komu zaufać, jak nie Tobie? A Ty przejęłaś się dokumentnie - Tomek mówił i mówił swoim ciepłym i spokojnym głosem. -Pewnie, że się przejęłam… zwłaszcza, że tak autorytatywnie "uśmierciłeś" naszego Boga...

            Ciche pukanie do drzwi przerwało nasz niezwykły dialog...

            - Cześć - radośnie powitał nas Hubert. Ale was nakryłem. Mimo woli "spiekłam raka". No, co ty Aśka, czyżbym miał rację? Oj! Oj! - śmiał się Hubert. Tomek milczał...

            -Szanowni Państwo - Hubert przyjął postawę oficjalną- zapraszam Was, a jest to - oferta nie do odrzucenia, na pieczenie ziemniaków przy ognisku, u naszego Księdza. Fajnie, co? Jutro po Mszy św. o 16-ej. Uznaję, że zaproszenie przyjęte. Hej! Zmykam, bo mam jeszcze dużo roboty. Hej! -Hubert zamknął za sobą drzwi a my nawet nie zdążyliśmy mu dać odpowiedzi.