Życie Wieczne
Rok VIII Nr 3 (33) lipiec-sierpień-wrzesień 2007
Kwartalnik
formacyjny Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca (MDPC) przeznaczony jest do
użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków MDPC oraz do dziewcząt
zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia.
Redagują:
s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska, s. Anna Pękowska
ADRES REDAKCJI:
„Życie Wieczne”, ul. Poprzeczna 1, 05-070
Sulejówek,
tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430; e-mail: mdpcanna@wp.pl
KONTO MDPC:
s. Irena Złotkowska, ul.
Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek
Bank PEKAO S.A. I O/ Sulejówek
06 1240 2148 1111 0000 3034 6819
***********************
W TYM NUMERZE "ŻYCIA WIECZNEGO":
ZAPROSZENIE NA REKOLEKCJE— WAKACJE 2007
DO PRZYJACIÓŁ
Najważniejsza jest miłość: Zakochanie i co
dalej?
O cnotach zapomnianych: Wielkoduszność
BLIŻEJ BOGA
Oddech życia
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
Czas wakacji…
Uwaga! Sieci złudzeń!
Światło naszego
życia
W KRĘGU WIECZNOŚCI
Czyściec w doświadczeniu świętych:
św. Magdalena de Pazzi
Jałmużna - Dając otrzymujemy
Kwartalna intencja modlitewna MDPC
Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ
Jest w życiu parę dobrych chwil - wywiad z
Arturem Gadowskim
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
Wracając do
źródeł - Siostry Zjednoczone
Świadectwo
powołania: Bóg chce ciebie tutaj mieć...
Śladami św.
Franciszka: To jest to, czego chcę
***********************
REKOLEKCJE - WAKACJE 2007
dla młodzieży żeńskiej i męskiej
18-26 VII 2007 KORCZOWISKA k. Rzeszowa
Dojazd: do Korczowisk - autobusem PKS z
Rzeszowa (g. 1215; 1530; 2335);
Rekolekcje
rozpoczynają się pierwszego dnia o
godz. 17.00, a kończą ostatniego dnia przed południem.
Opłata - ofiara dobrowolna (szczegóły pod poniżej podanym adresem)
Weź
ze sobą: Pismo św., różaniec,
notatnik, śpiwór, latarkę, płaszcz od deszczu, buty na zmianę, instrument
muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać). Zaproś swoich znajomych, będzie Ci
raźniej:))
Dokładne informacje
oraz zgłoszenia:
s. Anna Czajkowska
ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08 lub kom. 0/ 698.230.430
e-mail: mdpcanna@wp.pl
***********************
DO PRZYJACIÓŁ
NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ…
Zakochanie...
i co dalej?
„Jutrzejszą miłość przygotowujemy
dziś - takie jest prawo rozwoju miłości, zapewnia Antonio Ugenti. Harmonia
serc, myśli i ciał nie jest przedmiotem improwizacji, ale wzrasta wraz ze
stopniem znajomości. Największym błędem dwojga młodych, którzy się kochają,
jest przenoszenie na początek tego, co jest logiczną konsekwencją dopiero na
końcu. Wiosna miłości nie jest zbieraniem owoców”. Dlatego, żeby rodzącej się
miłości pozwolić właściwie się rozwijać należy zwrócić uwagę na kilka,
wydawałoby się drobnych, ale bardzo istotnych spraw.
Na etapie zakochania między dwojgiem
ludzi zazwyczaj pojawia się wiele słów, zapewnień, obietnic. Uczuciowa i
emocjonalna burza, która towarzyszy pierwszym kontaktom oraz chęć wzajemnego
poznawania domagają się werbalnego urzeczywistnienia. Odkrywamy, nawet jakby
wylewamy, swoje serce przed drugim człowiekiem i niekiedy aż dziwimy się, że
jesteśmy do takiego otwarcia zdolni. Ta szczerość w mówieniu o sobie i swoich
uczuciach uwarunkowana jest tym, że osób zakochanych nie dzielą jeszcze żadne
bariery, nie odsłonili jeszcze przed sobą nawzajem swoich słabych stron,
dominuje zauroczenie, wyobraźnia i zmysły pracują na zwielokrotnionych
obrotach, karmiąc się każdym przejawem okazanej czułości i serdeczności.
Te same słowa mogą znaczyć bardzo
wiele i niewiele zarazem - trzeba o tym pamiętać. Słowa torują nam drogę do
drugiego człowieka, ale gdy są puste i fałszywe mogą się okazać misternie
zbudowanymi sidłami pożądliwości. Powinniśmy być czujni i niedowierzać
bezkrytycznie wszystkiemu, co słyszymy. Nie spieszmy się też ze zbyt
zobowiązującymi deklaracjami słownymi wobec drugiej osoby: gdy mniej słów,
więcej namysłu. Szanujmy swoje słowa, nie rzucajmy ich na wiatr, nie pozwalajmy
sobie na nic nie znaczący słowotok, bo później tej drugiej osobie będzie trudno
uwierzyć w słowa prawdziwej miłości i przywiązania. W zbyt lekkiej mowie trudno
rozeznać co jest prawdą, a co zwykłą pustką.
Oprócz słów pojawia się pragnienie
dotyku, pragnienie bliskości fizycznej z osobą ukochaną. Stąd zakochani z takim
upodobaniem splatają swoje dłonie w serdecznym uścisku, a serca łączą w
pocałunku. Jednak dotyk może ubogacać, ale może także ograbiać z ludzkiej
godności. Jeżeli dotykając nie chcemy dotknąć duszy człowieka, lecz doznać
tylko zmysłowej przyjemności i rozbudzić w nim i w sobie namiętność - jesteśmy
złodziejami. Dotykając odpowiadamy nie tylko za to, co będzie działo się w nas
samych, ale także za to, co ten gest wywoła w drugim człowieku. Warto o tym
pamiętać.
Wspomniany wyżej autor, w swojej
książce Problemy młodych zaznacza, że przejawy uczucia winny być
wzajemnie okazywane w miarę pogłębiania miłości. Należy zwracać uwagę na to,
żeby nie poddać się emocjom, ale przeżywać wszystko z wielkim poczuciem
rzeczywistości, bo łatwo przekroczyć pewne granice i wtedy opanowanie się
przerasta ludzkie możliwości - wówczas spotkanie dwojga młodych ludzi zamiast
piękne staje się niemoralne.
Pisząc o pierwszych gestach miłości
trzeba zatrzymać się także na znaczeniu pocałunku w dorastaniu do głębokiej
więzi duchowej jaką jest miłość. Posłużę się znowu tym, co napisał A. Ugenti,
odpowiadając jednej z włoskich licealistek na pytanie Czy mogę całować mego
chłopca?: „Pocałunek ma swoje znaczenie. Jeśli nie oznacza niczego, jest
pocałunkiem zmarnowanym. Kiedy oznacza zbyt wiele, jest błędem. Kiedy oznacza
wszystko - jest pocałunkiem miłości. Miłość nie jest jednak przedmiotem
improwizacji i nie przelicza się jej na ilość pocałunków. Miłość prowadzi do
pocałunku, ale jest czymś więcej. Szuka pocałunku, ale nad nim panuje. Często
wyrzeka się pocałunku, by nie pomniejszać jego znaczenia. Pocałunek ma również
pewien smak. Jeśli jest prawdziwy, jest hymnem ku czci życia. Jeśli jest
fałszywy - oszukuje. Pocałunek zakazany jest owocem niedojrzałości czy
namiętności, nigdy zaś miłości. Często jest także wulgarnym rabunkiem.
Natomiast pocałunek miłości jest owocem dojrzałości. Pocałunek wreszcie ma
także element wstydliwości. Całować się, gdy kochamy prawdziwie, to jakby
odkrywać wzajemnie. Nie wystawiamy się na widok publiczny inaczej niż w
granicach naturalnej swobody. Pragnienie pocałunków to rzecz normalna. Staje
się jednak znakiem lekkomyślności lub zła, gdy dąży się do nich na drodze
przemocy czy oszustwa, lub gdy chodzi w nich o wywołanie niebezpiecznego
pobudzenia”. Cdn.
s. Anna Czajkowska WDC
O
CNOTACH ZAPOMNIANYCH
Wielkoduszność
Dążenie człowieka do czegoś
ponadprzeciętnego to zdaniem św. Tomasza z Akwinu podstawowa cecha
wielkoduszności. Każdy z nas posiada pragnienie czynienia dobra, pragnienie
osiągnięcia czegoś, co przerasta nasze siły i możliwości. Najbardziej
uwidacznia się to u ludzi młodych, pełnych energii i chęci do działania oraz
starszych, o których mówimy, że są młodzi duchem. Realizacja wyżej wspomnianych
pragnień zależy od kondycji naszego serca, które albo jest żywe albo
„zamrożone”.
Wielkoduszność świadczy o żywości
serca, które jest zdolne do wzruszenia i gotowe do pomocy tym, którzy znajdują
się w jakiejkolwiek potrzebie. Taką postawę obrazuje św. Łukasz w ewangelicznej
przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10, 30-37), który dostrzega
człowieka na pół umarłego, staje blisko i opatruje mu rany, co więcej zapewnia
nieznajomemu opiekę wydając swoje pieniądze. Wszystko, co czyni Samarytanin
jest konsekwencją serca wzruszonego do głębi losem bliźniego - serca, które
jest hojne i wielkoduszne.
W Starym Testamencie wielkoduszność
Boga względem człowieka ukazana jest jako pełna dobroci i wierności „powolność”
w gniewie. Jest ona czymś więcej niż cierpliwością, jest wytrwałym czekaniem na
przemianę serca. Zatem wielkoduszność człowieka jest dobrocią serca, które nie
chce odpłacać za krzywdy, nie szuka zemsty, rezygnuje z karania, panuje nad
uczuciem złości i gniewu, a nawet nie dopuszcza do ich wybuchu.
Od czego zacząć by nasze życie było
zdążaniem do nieba drogą wielkoduszności? Św. Tomasz udziela nam kilku
wskazówek. Przede wszystkim mamy poznać siebie: zobaczyć dary, jakimi
zostaliśmy obdarowani przez Boga oraz nasze braki i ograniczenia. To wszystko
po to by nie być zarozumiałym przeceniając swoje siły lub uważając się za kogoś
większego niż jesteśmy. Potrzeba nam również rozumienia roli drugiego człowieka
w naszym życiu, obdarzenia go szacunkiem i dostrzeżenia jego wielkości.
Niezbędną na drodze cnoty jest troska o więź z Panem Bogiem i drugim człowiekiem
oraz wdzięczność i hojność w rozwijaniu własnych talentów. Wreszcie trzeba
pozbyć się lęku, który zamyka serce na jakikolwiek dar z siebie.
Przeciwieństwem wielkoduszności jest
małoduszność. Określa się nią postawę ludzi, którzy nie pomnażają swoich darów
i zdolności, nie podejmują trudu rozwoju, pozostają na tym co osiągnęli,
zakrywają prawdę o sobie z lęku by nie wymagano od nich zbyt dużo. Lekarstwem
na tę chorobę jest ewangeliczna postawa otwartości serca wyrażona w zdaniu:
„Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem, ani nie stawia pod łóżkiem;
lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą” (Łk 8, 16).
Przełamywanie lęków, które zamykają
serce człowieka i skupiają na sobie nie jest łatwe, dlatego potrzebna jest ufność,
zdanie się na pomoc Pana Boga i drugiego człowieka. Cnota ufności wspomaga
wielkoduszność, gdyż czyni nasze serce otwartym na łaskę i bogatym w odwagę do
podejmowania decyzji, które rozwijają i powiększają ludzkiego ducha.
Jak zauważyliśmy wielkoduszność w
najpełniejszy sposób realizuje się w działaniu dla dobra bliźnich. Niesienie
pomocy innym, rezygnacja ze swoich planów na rzecz bezinteresownej służby
komuś, kto właśnie znalazł się w potrzebie, to oznaki życia ponadprzeciętnego.
O osobach, które wstąpiły na drogę życia kapłańskiego czy zakonnego mówi się,
że odpowiedziały wielkodusznie na Boże wezwanie. Ich decyzja była oddaniem
siebie, całego swojego życia dla Boga i ludzi. Jak cenne jest życie poświęcone
dobru innych rozumieją tylko ci, którzy sami nie mogąc sobie pomóc doświadczyli
wielkodusznej pomocy ze strony tych, którzy okazali się bliźnimi.
Możemy i my zadać sobie pytanie czy
nasze serce jest wrażliwe na cierpienie, czy jest zdolne do odpłacenia dobrem
za zło, czy odczuwa pragnienie bycia darem dla drugiego człowieka? Jeśli tak to
nie zagłuszajmy tego głosu sumienia, lecz jako młodzi duchem chrześcijanie,
zaproszeni przez Pana Boga do rzeczy wielkich, czyńmy dobrze tym, którzy nie
mogą się odwdzięczyć a jak zapewnia Dobra Nowina otrzymamy nagrodę przy
zmartwychwstaniu sprawiedliwych (por. Łk 14,14).
s. Anna Pękowska WDC
***********************
BLIŻEJ BOGA
ODDECH
ŻYCIA...
Kiedy obudzisz się, oddaj chwałę Bogu, wezwij Go
na pomoc i od razu zacznij pierwszą czynność: modlitwę serca (…) Nakazano nam
bowiem składać Bogu w ofierze rzeczy pierwsze i najlepsze…
Kalikst Ignacy Ksantopuloi
Nic tak nie umacnia więzi człowieka z Bogiem, jak
czysta i duchowa modlitwa. Ona właśnie potrafi jednoczyć ze Słowem tego, kto
nieprzerwanie się modli wspomagany przez Ducha Świętego i jego dusza zostaje
obmyta łzami żalu, przepojona słodyczą skruchy oraz oświecona światłem Ducha.
Niketas Stetatos
O modlitwie serca autorzy Filokalii
mówią, że wyróżnia się w niej kilka poziomów. Pierwszy to modlitwa ustna,
związana z wysiłkiem powtarzania ustami samego imienia Jezus lub innej
przyjętej formuły (np. Panie Jezu albo Panie Jezu Chryste albo Panie
Jezu Chryste Synu Boga Żywego zmiłuj się nade mną). Przy czym modlący się
powinien być w odpowiedniej dyspozycji duchowej, czyli mieć czyste sumienie,
żyć w pokoju z innymi, starać się o pokorę, ufność oraz życzliwość dla
wszystkich.
Na następnym etapie modlitwa staje
się bardziej wewnętrzna - jest to modlitwa myślna. Uwaga skupia się na treści
wezwania, a osoba modląca się zaczyna coraz silniej doświadczać mocy Chrystusa.
Nie doświadcza jej jeszcze w pełni, ale już odczuwa jakby jej przedsmak. Wciąż
musi wkładać wiele wysiłku, by powtarzać wezwanie i na nim się skupiać.
Ostatni, najgłębszy poziom tej
modlitwy następuje wtedy, gdy umysł łączy się z sercem. Wtedy jest to modlitwa
całej osoby, nie jest już tylko tym, co mówimy lub myślimy, ale czym jesteśmy.
Wówczas - jak nauczają Ojcowie Pustyni - można mówić o miłowaniu Boga „całym
swoim sercem, całą swoja duszą i całym swoim umysłem” (Mt 22, 37). Powstaje
modlitwa nieustanna, która trwa nieprzerwanie nawet podczas wykonywanych zajęć.
Na tym etapie modlitwa dokonuje się
w sercu albo w skrytości serca. Rozpoczyna się ją odmawiać jak każdą modlitwę
ustną, jednak rytmiczne odmawianie wybranego wezwania sprawia, że wykracza ona
poza słowo. Następuje świadome przeżycie obecności Jezusa w swoim sercu.
Dlatego modlitwę tę określa się mianem modlitwy serca, którą niektórzy
autorzy nazywali modlitwą kochającej uwagi lub modlitwą prostego
wejrzenia. Przy czym należy podkreślić, że serce oznacza tu duchowe wnętrze
człowieka. Św. Paweł w Liście do Rzymian nazywa to „człowiekiem wewnętrznym”
(Rz 7,22). Serce więc jest miejscem, w którym skupia się cały człowiek, aby
trwać w poznawaniu i miłowaniu Boga.
We Wstępie do Filokalii
jest napisane, że modlitwa serca wymaga pokory i cierpliwości. Gdy więc modlący
się wzywa imienia Jezus powinien zdać się przede wszystkim na Boże działanie,
powtarzać wytrwale tę prostą formułę, a Bóg uczyni resztę - ale zawsze na swój
sposób i w swoim czasie. Modlitwa serca nie jest więc jakąś tajemniczą techniką
zapewniającą duchowy błogostan, ale jest drogą do spotkania z Jezusem
Chrystusem, który swoją łaską pragnie napełnić nasze serca, wyciszyć je i
oczyścić, aby mogły otworzyć się na samą MIŁOŚĆ.
WDC
***********************
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
CZAS
WAKACJI
Uwaga! Sieci złudzeń!
„Człowiek rodzi się wolnym i winien
żyć jako wolny - pisze Antonio Ugenti w książce Problemy młodych. (…)
Tym, co czyni człowieka wolnym, jest jego zdolność wybierania w sposób wolny
dobra zamiast zła, prawdy zamiast błędu, rzeczy słusznej zamiast niesłusznej.
Jego wolność winna wyrażać się w odpowiedzialności. To znaczy człowiek jest wolny
w miarę dążenia ku prawdzie. Człowiek nadużywa jednak swej wolności, zwraca się
umysłem ku błędom, sercem ku złu, a jego działania zmierzają ku
niesprawiedliwości”. Może warto sobie o tym przypomnieć rozpoczynając wakacje
czy urlop, gdy w pewien sposób pragniemy oddalić się od tego, co nas ogranicza,
co zobowiązuje, co niekiedy nawet bywa przykre. Chcemy poczuć się po prostu
wolnymi od tego, co niesie ze sobą zwykła codzienność. Pragniemy luzu,
przyjemności i swobody widząc w nich dobry sposób na odpoczynek… W stanie
takiego rozluźnienia łatwo ulec złudzeniom, które mamią przyjemnością,
szczęściem, rozkoszą, a w dalszej konsekwencji - niestety - sprowadzają
cierpienie.
Człowiek jako istota rozumna i
moralna rzadko sięga po zło jako zło. Przeważnie jest tak, że coś jawi się nam
jako dobro, ale jest to tylko dobro pozorne. Ks. Józef Tischner w książce Filozofia
dramatu pisze wprost, że „zło nie daje się pojąć bez jakiegoś złudzenia.
Niezależnie od rodzajów zła, motyw złudzenia jest - jak się wydaje - obecny w
każdym złu”. Natomiast austriacka pisarka Marie von Ebner-Euschenbach
stwierdza, że „Byłoby na świecie o wiele mniej zła, gdyby zło nie mogło
występować pod przykrywką dobra”. Niestety występuje i krąży wokół nas bardzo
umiejętnie zastawiając swoje sidła.
Ostatnio wiele słyszałam od
młodzieży na temat palenia marihuany, czyli tzw. zioła. Zadziwiające jak wiele
osób nie dostrzega nic złego w tym, że od czasu do czasu zapali sobie skręta.
Więcej! Nawet próbują udowadniać, że są lepsi od tych, którzy palą papierosy
czy piją alkohol, bo według nich zioło nie uzależnia! Poza tym czują się bardzo
pokrzywdzeni przez prawo, bo hodowla i posiadanie marihuany - w przeciwieństwie
do nikotyny i alkoholu - jest wciąż w świetle naszego prawa nielegalne. Skąd
biorą się takie poglądy? Środki masowego przekazu często ukazują używanie
narkotyków jako oznakę wyzwolenia człowieka, a pewne nurty opinii publicznej
postulują legalizację produkcji i sprzedaży niektórych ich rodzajów. Zagrożenia
płynące z dostępności do narkotyków próbują minimalizować, dokonując
rozróżnienia na narkotyki miękkie i twarde czy też lekkie i ciężkie.
Rozróżnienie to prowadzi do lekceważenia i umniejszenia zagrożenia związanego z
konsumpcją wszelkich środków toksycznych.
Jest to świetny przykład na to jak
łatwo ulega się złu ukrytemu pod pozorem dobra. Szczególnie łatwo, gdy nie
czujemy się dobrze ze sobą samym, gdy nie radzimy sobie z problemami. Wówczas
najprościej jest zwyczajnie powiedzieć: „to nieważne” i zapomnieć o wszystkim,
popalając trawkę czy sącząc browar za browarem. Odejdzie napięcie, przyjdzie
chwilowa ulga, a problemy i tak pozostaną. Każde sięganie po używki (alkohol,
narkotyki, itp.) jest dążeniem do iluzorycznego szczęścia i pojawia się tam,
gdzie brak szczęścia rzeczywistego.
„We współczesnym świecie - pisze ks.
dr M. Pokrywka - w którym brakuje wyrazistych ideałów, wielu - zwłaszcza
młodych ludzi - nie potrafi odróżnić dobra od zła i nie ma poczucia ograniczeń
moralnych”. Dlatego w jednej z homilii papież Jan Paweł II świadomy tych
zagrożeń przestrzegał młodych ludzi: „Nie dajcie się zniewolić! Nie dajcie się
uwieść ułudom szczęścia, za które musielibyście zapłacić zbyt wielką cenę,
nieuleczalnych często zranień lub nawet złamanego życia”.
Oby w te wakacje nikomu nie było
dane doświadczyć na sobie prawdy, że „Miłe złego początki lecz koniec żałosny”.
WDC
6 VIII – ŚWIĘTO PRZEMIENIENIA PAŃSKIEGO
Światło naszego życia
Doświadczenie spotkania na górze
Tabor trzech uczniów Piotra, Jakuba i Jana z przemienionym Jezusem trwało tylko
chwilę. W tym krótkim czasie przed ich oczyma jakby uchyliła się zasłona i
przez moment mogli ujrzeć rąbek Bożej tajemnicy. Mogli niejako „dotknąć”
ludzkimi zmysłami niewidzialnego Boga, przemawiającego do nas zazwyczaj tylko w
głębi naszych serc. Mogli doświadczyć przemienienia, które dopełni się w nas i
w całym wszechświecie kiedy Jezus przeprowadzi wszystkich i wszystko przez
swoją śmierć na Kalwarii ku porankowi Zmartwychwstania.
Ewangelie mówią, że Jezus wziął z
sobą na górę uczniów - Człowiek, który otwiera swoje serce na Boga, który
szuka Go nawet „po omacku”, który przyjmuje w swoim życiu zaproszenie, aby
oddalić się od zgiełku tego świata i wejść „na górę” może doświadczyć spotkania
z Bogiem, może doświadczyć w swoim życiu Taboru, a to spotkanie może przemienić
całe jego życie.
Gdy się modlił, przemienił się wobec
nich; twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak
światło - Bóg jest wszędzie, ale aby
prawdziwie spotkać się z Nim, aby Go usłyszeć, potrzebne są jednak pewne
warunki. Potrzebna jest przestrzeń ciszy i modlitwy, aby nie okazało się to, o
czym mówił prorok Izajasz, że mają oczy, ale nie widzą, mają uszy, ale nie
słyszą i nie nawracają się (por. Iz 6, 10). Pragnienie przemiany jest wpisane w
naturę człowieka, ale wymaga ono także naszego zaangażowania, aby przeciwstawić
w sobie samych egoizmowi miłość, gniewowi i zatwardziałości serca przebaczenie,
małostkowości wspaniałomyślność, lękowi odwagę, lenistwu gorliwość, głupocie
mądrość. To Duch Św. pozwala zobaczyć ciemność i daje moc przemiany, do jakiej
sami nie czujemy się zdolni. Także i na naszym obliczu można będzie wówczas
ujrzeć światło. Wtedy widoczne będą w naszych czynach owoce Ducha: miłość,
radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie
(Gal 5,22).
I ukazał się im Eliasz i Mojżesz,
którzy rozmawiali z Jezusem o Jego odejściu - obecność dwóch ważnych postaci Starego Testamentu
symbolizują Prawo i Proroków. Jezus wypełnił doskonale prawo i nas uczy je
wypełniać. On też wypełnił oczekiwania i nadzieje ludzkości na zapowiedzianego
przez Proroków Mesjasza. Tajemnica odejścia, o której rozmawiają jest tajemnicą
Paschy - przejścia z tej ziemi przez Mękę i śmierć do chwały Zmartwychwstania.
Także i nasza droga jest drogą przejścia. Powinniśmy codziennie wychodzić z
koncentracji na sobie i otwierać się na innych. Nasze życie stanie się pełne
sensu i światła, gdy pozwolimy prowadzić się Jezusowi i Jego Słowu. Kiedy zaś
będziemy usiłowali sami znaleźć drogę prawdy i szczęścia zacznie ono być dla
nas zbyt trudne, smutne i ciężkie.
Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli
chcesz postawimy trzy namioty -
uczniowie chcieli zatrzymać ten wspaniały moment objawienia, chcieli zatrzymać
czas. I nam także może się to przydarzyć, gdy doświadczamy takich chwil.
Chcielibyśmy nieustannie trwać w tej cudownej bliskości Boga. Ale trzeba zejść
na ziemię. Te szczególne momenty spotkań są potrzebne, abyśmy chodząc po ziemi
potrafili nosić w sercach niebo, aby nasz wzrok nie ugrzązł na nietrwałych i
zmiennych nadziejach i obietnicach tej ziemi.
Oto obłok świetlany osłonił ich, a
obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie –
Doświadczenie za sprawą Ducha Św. spotkania z Bogiem jest jak noszenie w
głębi naszej duszy światła Bożej obecności. Gdy je pielęgnujemy, możemy w
codzienności dostrzegać znaki i ślady Bożej obecności. Możemy przez wzrost w
wierze otrzymać jakby nowe oczy, które „wszystko widzą w Bogu, a Boga we
wszystkim”. Dzięki temu nawet w drobnych, codziennych sprawach łatwiej nam
będzie rozpoznać wolę Bożą.
Uczniowie słysząc to, upadli na
twarz i bardzo się zlękli…- Piękno,
wspaniałość Bożego objawienia i Bożych dotknięć, może budzić lęk i
niedowierzanie, zwłaszcza, gdy jesteśmy świadomi naszej małości, niewierności i
grzeszności. Jak to może być, że Bóg przychodzi do mnie?! A jednak…
Wstańcie, nie lękajcie się – mówi Jezus i dotyka ich. Wymaga od nas przede
wszystkim postawy zawierzenia i ufności. Nie jest bowiem łatwo przenieść w
codzienność Boże doświadczenie. Nie jest łatwo, gdy trzeba zejść z „góry Tabor”
i może wejść na drogę wiodącą na Kalwarię. Potrzeba wiary umocnionej
spotkaniem z Nim, który jest Miłością ukrzyżowaną, ale i Miłością
zmartwychwstałą, aby być światłem naszego życia.
s. Irena Złotkowska WDC
***********************
W
KRĘGU WIECZNOŚCI
CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU
ŚWIĘTYCH
Św. Magdalena de Pazzi
„O duszo cierpiąca, jak straszny
jest twój ból! Czemuż nie rozumieją tego ci, którym braknie odwagi by tu na
ziemi, dźwigać swój krzyż? Kiedy przebywałeś jeszcze na tym świecie, mój bracie
nie chciałeś mnie słuchać, a teraz tak żarliwie pragniesz bym cię wysłuchała”.
Oto urywek dialogu św. Marii Magdaleny de Pazzi ze swoim bratem Alamanno,
którego ujrzała w płomieniach czyśćcowych proszącego o siedem Komunii Św.
Katarzyna (takie imię otrzymała na
chrzcie) urodziła się 2 kwietnia 1566 r. w możnej rodzinie Pazzi we Florencji.
Mając 10 lat złożyła ślub dozgonnej czystości, a dwa lata później miała
szczęście rozmawiać z Matką Bożą. Odtąd podobne objawienia zdarzały się
częściej. W wieku 18 lat wstąpiła do klasztoru karmelitańskiego, gdzie
otrzymała imię zakonne Maria Magdalena. Tu doświadczyła wielu cierpień i
podjęła wiele postów dla wynagrodzenia Panu Bogu za grzechy rodzaju ludzkiego.
Wśród łask, jakie otrzymała była również wizja czyśćca, jakiej doznała podczas
spaceru po ogrodzie. Relację z tego wydarzenia upamiętnił ojciec Cepari w Żywocie
Świętej. Czytamy tam, że Magdalena widząc cierpienia dusz czyśćcowych,
wzruszona do głębi serca, mówiła ze łzami: „O, dusze nieszczęsne! Cierpicie tak
okrutnie, a jednak jesteście spokojne i pogodne. Lochy męczenników w porównaniu
z tym tutaj były ogrodami rozkoszy”.
Po ujrzeniu czyśćca uklękła przed
przeoryszą i zawołała: „Och, moja droga matko, jakże straszne są męki
czyśćcowe! Nigdy bym w to nie uwierzyła gdyby Bóg mi ich nie objawił... Ale
mimo to nie mogę nazwać ich okrutnymi; są raczej zbawienne, gdyż przybliżają
niezrównaną błogość raju”. Święta zrozumiała, że ukazane jej męki czyśćcowe miały
pomóc jej nabrać odrazy do najdrobniejszych nawet śladów grzechu, tak bardzo
niemiłych Bogu.
Ojciec Cepari opisał też zdarzenie,
które miało miejsce w czasie, gdy Magdalena de Pazzi żegnała odchodzącą do
nieba współsiostrę, którą opiekowała się pod koniec życia. Zobaczyła ją bardzo
jasną, przeczystą jak gołębicę, odlatującą do wiecznego domu. Podczas tej samej
wizji Pan Jezus powiedział świętej, że dusza ta spędziła w czyśćcu jedynie
piętnaście godzin, ponieważ nie tylko wiele wycierpiała za życia, ale i pilnie
pracowała na odpusty zapewniane przez Kościół jego dzieciom przez wzgląd na
zasługi Jezusa Chrystusa. Magdalena otrzymała również obietnicę od Pana, że
czyściec jej matki będzie krótki dzięki wielu uczynkom miłosierdzia, jakie
pełniła na ziemi.
Objawienia św. Magdaleny ukazują
wyraźnie, że cierpienia dusz czyśćcowych są konsekwencją zaniedbań w życiu
duchowym. Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu do Marii Magdaleny przyszła
dusza zakonnicy z prośbą o pomoc w cierpieniach czyśćcowych, których
doświadczała. Jej okrycie stanowił płaszcz z płomieni, które jak się zdawało
mogły spalić ją do reszty, gdyby nie biała szata osłaniająca jej ciało. Powodem
jej dotkliwych cierpień był brak szacunku i czci wobec Najświętszego Sakramentu
Ołtarza oraz rzadkie i obojętne przyjmowanie Komunii św. Tym co łagodziło jej
cierpienia była czystość symbolizowana przez białą szatę. Święta Magdalena
wspierała tę duszę wszelkimi ofiarami, jakie była w stanie złożyć.
Jednym ze sposobów ofiarowania się
Bogu Świętej było nabożeństwo do Męki Pańskiej. Czyniła to 50 razy dziennie.
Zachęcona przez samego Pana ofiarowała często Bogu Ojcu Krew Jego Syna. Podczas
jednej z ekstaz zobaczyła mnóstwo grzeszników i dusz wybawionych z czyśćca
dzięki tym praktykom. Ich wartość ukazał jej sam Chrystus w słowach: „Ilekroć
któreś ze stworzeń ofiarowuje Ojcu Mojemu Krew, przez którą zostało wykupione,
ofiaruje Mu dar nieskończenie cenny”.
Wszystkie te przykłady i fragmenty z
Żywotu Marii Magdaleny de Pazzi są świadectwem jej wielkiej miłości do
Boga i dusz Jego Krwią odkupionych. Dzięki tak licznym objawieniom, jakie miała
mogła poznać świętość i wielkość Boga. Przeniknięta tym duchem mogła formować
serca swoich duchowych córek. Bóg doświadczył ją uporczywymi oschłościami
duszy, które cierpliwie znosiła i dzięki temu przyczyniła się także do
odnowienia ducha zakonnego w klasztorach. 25 maja przypada liturgiczne
wspomnienie tej jakże godnej naśladowania Patronki Florencji i Neapolu.
s. Anna Pękowska WDC
JAK POMAGAĆ
DUSZOM CZYŚĆCOWYM?
Dając otrzymujemy...
Nikt nie uświęca się w pojedynkę.
Potrzebujemy innych ludzi, aby móc w pełni dojrzeć do spotkania z Bogiem w
wiecznej szczęśliwości. Do nieba nikt nie idzie sam - do Domu Ojca wchodzi się
przynajmniej parami! Tego domaga się natura miłości - nie wystarczy nam
samorealizacja rozumiana jako jak najpełniejszy rozwój intelektualny i
psychofizyczny - musimy stać się darem dla innych. Darem nie tylko w słowach
miłości, ale także w czynach miłosierdzia. Przez nie także otwieramy swoje serca,
aby mogły przyjąć miłosierdzie Boga względem nas samych, bo - jak nauczał
Jezus: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,
7). Czyny miłosierdzia charakteryzują się wzajemnością daru: obdarowujemy
innych i jesteśmy przez nich obdarowywani. Dlatego Jan Paweł II w Encyklice Dives
in misericordia podkreśla, że „ten, kto daje - daje tym bardziej, gdy
równocześnie czuje się obdarowany przez tego, kto przyjmuje jego dar”.
Ta prawda ma zastosowanie również
wtedy, gdy nasze miłosierdzie ogarnia zmarłych cierpiących będących w stanie
czyśćca. Czyny miłości ofiarowane przez nas duszom czyśćcowym przyczyniają się
do skrócenia ich cierpienia, a nam wyjednują ich modlitewne wstawiennictwo u
Boga. Tak naucza Kościół. Tak też ukazują nam tę wzajemną wymianę dóbr
duchowych doświadczenia świętych. W książce Miesiąc dusz czyśćcowych czytamy,
że w jednej z wizji czyśćca św. Brygida Szwedzka usłyszała jak Anioł mówił:
„Błogosławiony, który pomaga na ziemi duszom czyśćcowym swoimi modlitwami i
pobożnymi uczynkami, gdyż sprawiedliwość Boża wymaga, aby dusze zostały
oczyszczone przez cierpienia czyśćcowe lub wybawione przez dobre uczynki swoich
przyjaciół”. Następnie - jak pisze o. Jean-Marie Girardin - Brygida usłyszała
chór głosów, zanoszących błagania: „Panie Jezu Chryste, Sędzio sprawiedliwy, w
swym nieskończonym miłosierdziu nie patrz na nasze niezliczone winy, lecz na
zasługi Twej bezcennej Męki; wzbudź w sercach ludzkich (dosł. w sercach księży
i zakonników) uczucie prawdziwego miłosierdzia, aby swoimi modlitwami,
ofiarami, jałmużną i odpustami wspomagali nas w smutnym położeniu. Oni mogą
złagodzić i skrócić nasze cierpienia i sprawić, byśmy byli blisko Ciebie Boże”.
Kiedy wielka światłość zstąpiła do czyśćca, głosy śpiewały: „Panie, odpłać im po
stokroć za dobro wyświadczone nam przez tych, którzy myślą o tym, by wstawiać
się za nami, prosić o nasze zbawienie i mieć udział we wprowadzaniu nas do
światłości niebieskiej”.
Jałmużny, posty, modlitwy i inne
uczynki miłosierdzia „są tak cenne, że za nie otrzymuje się niebo! - czytamy w Traktacie
o miłości Bożej św. Franciszka Salezego - Ale to się dzieje nie dlatego, że
te czyny od nas pochodzą i są jakby wełna naszych serc, lecz dlatego że są
zabarwione krwią Syna Bożego. Chcę przez to powiedzieć, że Zbawiciel uświęca
nasze czyny zasługami swojej krwi. Winna latorośl, złączona i zjednoczona ze
swym krzewem, wydaje owoc nie własną mocą, lecz mocą krzewu. Otóż przez miłość
jesteśmy zjednoczeni z naszym Odkupicielem jak członki z głową, przeto owoce
nasze i dobre uczynki z Niego czerpią wartość i zasługują na żywot wieczny”.
Niech dopełnieniem naszych rozważań
będą słowa o dawaniu znanego poety, malarza i filozofa libańskiego Gibrana
Khalila Gibrana: „Dajecie nazbyt mało, kiedy dajecie wasze bogactwa. Jedynie
wtedy, kiedy dajecie siebie samych - dajecie naprawdę. (…) Dla tych bowiem,
którzy darują z radością, już sama radość jest zapłatą. A dla tych, którzy dają
z bólem, już sama żałość jest unicestwieniem daru. A są i tacy, którzy rozdając
nie czują żalu, ani nawet nie szukają radości, czy poczucia szlachetności; są
oni jak mirt rosnący w dolinie, co rozsiewa swą woń w powietrzu. Bóg bowiem
przemawia poprzez ich ręce i to On poprzez ich oczy przesyła ziemi uśmiech. (…)
Wszystko, co dacie będzie pewnego dnia zwrócone; tak wiec rozdawajcie teraz,
kiedy czas dawania należy do was (…)”.
s. Katarzyna
***********************
KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC
Za zmarłych, którzy za życia nie czynili
dzieł miłosierdzia
***********************
Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ
JEST W ŻYCIU PARĘ DOBRYCH CHWIL…
Z
Arturem Gadowskim - wokalistą
zespołu rockowego „Ira” rozmawiał ks. Mariusz Godek
Nazywam się Artur Gadowski i od 18
lat śpiewam w zespole „Ira”.
To
dłużej, aniżeli Szymon Wydra w zespole „Carpe Diem”, który istnieje od lat 14.
A nawiązanie do tego zespołu nie jest bezpodstawne, ponieważ jeden z
gitarzystów „Carpe Diem” grał przez długi czas w zespole „Ira”.
Tak,
to prawda. Nagraliśmy wspólnie pierwszą płytę po naszym powrocie, w 2002 roku.
Tytuł tej płyty - „Tu i teraz”.
W
którym roku powstał zespół „Ira”?
Jesienią
w 1987 roku. Kiedy pojawiłem się w zespole „Ira”, to on już istniał. Razem ze
mną, do zespołu dołączył basista. Dotychczasowy, który śpiewał w zespole,
musiał odbyć swoją służbę wojskową. Wówczas założyciel zespołu i gitarzysta,
Kuba Płusisz, zaproponował mi śpiewanie w zespole. Słyszał wcześniej, jak
śpiewałem w amatorskim zespole, dlatego zainteresował się moją osobą. A nasze
spotkanie było zupełnie przypadkowe. Potem pierwsza próba, która otwarła mi
drogę, która trwa do dziś.
Cały
czas zespół „Ira” przechodzi przeobrażenia. Jedni członkowie odchodzą inni
przychodzą, a zespół wciąż trwa.
Właściwie
tak. Były trzy momenty, w których dochodziło do zmian personalnych w zespole.
Pierwszy moment wiąże się z czasem, od którego datujemy zespół „Ira” – czyli
moje przyjście do zespołu. W 1988 roku zadebiutowaliśmy - to początek historii
kapeli.
Skąd
pochodzi zespół?
Kiedy
powstawał zespół, większość z nas pochodziła z Radomia. Podobnie zespół „Carpe
Diem”, choć do czasu debiutu Szymona Wydry nie słyszeliśmy o tej formacji.
Co w
czasie trwania zespołu było najbardziej sympatycznym epizodem, największym
sukcesem?
Nasz
debiut był niezapomnianą chwilą. Było to w 1988 roku. Braliśmy udział w OMPP,
czyli Ogólnopolskim Młodzieżowym Przeglądzie Piosenki. Finał tej imprezy odbył
się we Wrocławiu. Uczestniczyła w nim duża grupa zespołów, z której wyłoniona
została „Złota Dziesiątka”. Miała ona prawo zagrać w koncercie debiutów. Dla
nas był to pierwszy kontakt z profesjonalną sceną, a sam byłem przepełniony
tremą.
Ta trema i lęk, od tego czasu już z
pewnością zniknęła?
Czas uczy jak powinniśmy się poruszać po scenie i na
scenie. Tutaj nie chodzi o choreografię. Trzeba się oswoić z sytuacją, że widzi
się kilkutysięczny tłum, dla którego będziemy występować. Ale trema, lęk,
strach towarzyszy każdemu koncertowi. Wciąż zadajemy sobie pytanie, czy
publiczność nas zaakceptuje, czy koncert się uda.
Co wyjątkowego was spotkało?
Myślę, że
piętnastolecie zespołu. Obecnie tylko dwóch z nas mieszka w Radomiu, reszta
rozsiana jest po całej Polsce – menager mieszka w Sosnowcu, inni w Krakowie,
Warszawie, ja mieszkam w Łodzi. Jednak główną naszą bazą wciąż jest Radom i tam
postanowiliśmy uczcić tę chwilę, bo w tym mieście wszystko się zaczęło.
Obecnie
koncertujecie po reaktywacji. Dlaczego zaistniał czas „pustki” w zespole?
To dziwny moment,
który trwał ok. siedem lat. Przestaliśmy grać z jednego prostego powodu,
ponieważ przestaliśmy otrzymywać propozycje koncertów. Polska jest osobliwym
krajem, w którym popada się ze skrajności w skrajność. Szczególnie dotyczy to
faktu popularności różnych form muzycznych. Nasz zespół zaistniał na rynku
muzycznym w momencie „bumu” muzyki rockowej, w czasie przemian. Muzyka ta wyrażała
uczucia ludzkie tego czasu, jak choćby nasze utwory „Mój dom”, „Nadzieja”.
Jeśli chodzi o teksty piosenek,
inspiracje, autorów?
Kiedyś sam pisałem teksty, obecnie
rzadziej to czynię. Generalnie nie chcemy nikomu przekazywać, jak ma żyć,
nikogo nie chcemy naprawiać. Jesteśmy obserwatorami. Nasze piosenki mówią, że
nie należy się poddawać, ale żyć nadzieją, przyjmować wszystko, co przynosi
los, ale nie w sposób bierny. Każdy z nas posiada życie w swoich rękach i tylko
od nas zależy, co z nim zrobimy. Nie możemy się oglądać na innych, że weźmie
odpowiedzialność za nasze życie. Na ostatniej płycie ukazujemy fenomen widzenia
artystów przez część społeczeństwa, media i krytycznie odnosimy się do nich.
Media bowiem tworzą „świat równoległy”, który nie ma nic wspólnego z
rzeczywistością.
Jakie miejsce zajmuje pokora w Pana
karierze?
Ma bardzo wielkie
znaczenie. Jestem świadomy, że jestem coś winien moim fanom i tym, dla których
śpiewam, którzy płacą za to, a poza tym przyszli, by mnie posłuchać. Dla mnie
wielkim szczęściem jest patrzeć na zadowolenie tych, którzy otrzymają mój
autograf, zrobią ze mną zdjęcie, choć może nie będę na nim dobrze wyglądał, bo
jestem zmęczony, itp. Chcę iść do ludzi, choćbym miał stracić trochę czasu, ale
dam im zadowolenie.
Nie zapomnę sytuacji, podczas
piątego dnia trasy koncertowej, kiedy spieszyłem się na pociąg, tuż po
zakończeniu występu. Koncert odbywał się koło Częstochowy. Maciek – gitarzysta,
podwiózł mnie na dworzec. Kupiłem bilet u konduktora, bo wszystko dokonywało
się w ostatniej chwili. Zaproszony byłem bowiem do Olsztyna na piętnastolecie
zespołu „Harlem”, a następnie do Radomia. A nie było możliwe, bym jechał z
całym zespołem. To było najbardziej optymalnym rozwiązaniem, niestety
niezrozumiałym przez fanów, którzy już na następny dzień na forum internetowym
umieścili swoje krytyczne uwagi, co do mojej osoby. Nie spodobał im się fakt,
że nie znalazłem dla nich czasu. Nie poszli jednak krok dalej i nie chcieli
zadać sobie pytania, co do powodów takiego stanu rzeczy. Widać z tego, iż
bardzo ważnym jest spotykanie się ze słuchaczami. Przez piętnaście lat zawsze
miałem dla nich czas, a jeden epizod uczynił wielką wojnę przeciw mnie.
Pokusiłem się nawet, aby na forum internetowym wyjaśnić przyczyny, ale nikt nie
chciał zrozumieć.
Jak często spotyka się Pan z
rodzicami?
Dzięki Bogu moi rodzice jeszcze żyją. Staram się
odwiedzać ich każdego tygodnia, a mieszkają w Radomiu. Byli, są i będą wielką
ostoją i pomocą w każdej chwili mojego życia. Mama jest na emeryturze, ale
wciąż stara się być kobietą aktywną. Sam jestem od czterech lat człowiekiem
rozwiedzionym, a powodem tego była moja praca. Nie miałem wystarczająco dużo
czasu dla mojej rodziny. Choć paradoksem jest, że właśnie teraz znajduję więcej
czasu dla mojej trójki dzieci, niż przed tym smutnym przeżyciem. Każdą wolną
chwilę staram się im poświęcić. Najstarsza córka ma 17 lat, syn 15, a
najmłodsza 8 lat.
Jaki stosunek ma Pan do księży?
Pierwszy raz ksiądz podchodzi do mnie, aby przeprowadzić
ze mną wywiad. Chociaż mam wielu znajomych i kolegów, którzy weszli na drogę
kapłańską. Nawet kolegów z klasy, podwórka. Czasami nawet się widujemy.
Mieliśmy także okazję grać koncerty, zorganizowane przez księży.
Może nie często zadaje się Panu takie pytanie, ale kim
jest Pan Bóg w Pana życiu?
Pan Bóg jest dla mnie Siłą Sprawczą wszystkiego. Nie
jestem obrażony na Pana Boga z powodów moich porażek, niepowodzeń w życiu. Ale
dziękuję Mu za wszystko, co otrzymałem. Czas na refleksję, na modlitwę jest
czymś dla mnie istotnym. Mamy piosenkę o Bogu, na płycie „Tu i teraz”. Jest to
przekorna rozmowa z Bogiem. Nie umiem teraz przypomnieć sobie tytułu. Piosenka
ta rozpoczyna się od słów: „Jeżeli jesteś tam, na jednej ze swoich chmur,
powiedz czemu...”. Nie ja jestem autorem tekstu, ale ją wykonywałem.
Jakie są plany na przyszłość?
Planów jest sporo. Teraz jesteśmy w trasie koncertowej,
więc trudno w tym czasie zająć się czymś innym. Natomiast przygotowujemy płytę,
kompozycje są już pozbierane. Trzeba zająć się aranżacjami, ale z racji
koncertów jest to utrudnione, więc musieliśmy to odłożyć do jesieni. Nie mamy z
żadnych stron nacisków, więc możemy spokojnie pracować. Myślę, że tego roku
płyta się ukaże.
Zdobyliście jakieś prestiżowe nagrody?
Tak, oczywiście. Platynowa płyta – „Mój dom”, potem złota
płyta - „1993”, „Live” (1994r.), „Ogrody”, itd. Nie jestem w stanie pamiętać o
wszystkich.
Co oznacza nazwa zespołu?
Z jęz. łac. „Ira” oznacza gniew. Nazwę wymyślił
założyciel zespołu. Był obecny na koncercie „TSA” i ta nazwa bardzo mu się
spodobała. Jego założeniem było, by się tak dobrze skandowało, jak nazwę
wspomnianego zespołu. Zupełnie przypadkowo to się stało.
Jak Pan postrzega dzisiejszą młodzież?
Boję się o młodych, ponieważ bardzo wiele
niebezpieczeństw i zła im zagraża. Patrzę jako człowiek, który ma już
czterdzieści lat na dzieciaki i młodzież, która przychodzi na koncerty, a także
na mojego syna i widzę jak dzisiaj gloryfikuje się zło. Agresja, zło itp.
bierze się przede wszystkim z biedy, z braku perspektyw, ideałów, autorytetów.
Dlatego staram się pokazywać młodzieży, że są różne możliwości, rozwiązania,
aby nie zmarnowali swego życia,. Także nie chcę, aby moje życie było puste.
Kim dla Pana jest Jan Paweł II?
Dobrze powiedziane, nie był, ale jest autorytetem i to
nie tylko dla chrześcijan. Ale chciałbym nawiązać w tym miejscu do wydarzeń,
które dokonały się po śmierci Jana Pawła II. Wielu zaczęło traktować go jako
źródło zarobku, typowo komercyjnie. W tej chwili sprzedaje się wszystko, co
tylko może, ale to jest puste i nic nie warte.
Proszę o przesłanie dla młodych ludzi.
Nie potrafię.
Nie jestem człowiekiem, który umiałby udzielać porad. Podczas tego pytania
poczułem się, jakbym miał doradzać mojemu synowi, który ma 15 lat i właściwie
nie wie, co chciałby robić. Próbuję podsuwać jakieś pomysły, ale wiem, że i tak
pójdzie swoją drogą. Ja nie jestem w stanie niczego mu narzucić. A człowiekowi,
który ma 14 czy 15 lat, wydaje się, że jest dorosły, że już wszystko wie, a
każdy, kto jest starszy od niego, jest starym „zgredem” i nie ma zielonego
pojęcia o tym, co się dzieje.
Jakie były relacje Pana w młodości z rodzicami?
Nie chcieli,
żebym był muzykiem. Absolutnie nie wydawało im się to racjonalne, co było moim
marzeniem. Ale od początku między mną a rodzicami istnieje szacunek i bardzo
głęboka więź. Nie wyobrażam sobie innego życia i nie rozumiem ludzi, którzy
odcinają się od rodziców. Oczywiście buntowałem się, ale miałem i mam do nich
ogromny szacunek. Do zrozumienia ich słusznych rad, musiałem jednak dojrzewać.
Człowiek rozumie nie wtedy, kiedy wydaje mu się, że jest dorosły, ale wtedy,
kiedy naprawdę jest dorosły.
Co Pan myśli o dzisiejszych mediach?
Bardzo źle
znoszę, gdy kolorowe, popularne gazety piszą na mój temat. Moi rodzice jeszcze
gorzej to znoszą, choć wiem, że większość informacji tam zamieszczonych, to po
prostu bzdury. Jednak nie mam żadnych szans obrony przed nimi. To są pieniądze,
adwokaci, informacje tak fabrykowane, napisane, że zawsze zostawiają taką lukę,
iż można zinterpretować to niejednoznacznie. Doświadczyłem z tego powodu wiele
przykrości. Nawet poznałem osobę, która napisała o mnie nieprawdę, można
powiedzieć szkalowała moją osobę. Zapytałem, dlaczego napisała kłamstwa. W
odpowiedzi usłyszałem, że to nie kłamstwa, ale nie w pełni prawda, a trzeba na
to spojrzeć inaczej, bo dzięki temu będę jeszcze bardziej popularny. Nie chcę
być popularny za wszelką cenę. Staram się wykonywać swój zawód, najlepiej jak
potrafię i chciałbym, by ludzie cenili mnie za to, kim jestem. Ale w tym wszystkim
nie chodzi o mnie, choć jestem człowiekiem wrażliwym, ale o moją rodzinę,
dzieci. Dlaczego później muszą pytać przez swoich kolegów, czy sąsiadów, czy to
jest prawda. A przecież największą krzywdę wyrządza się im.
Na koniec chciałbym
powiedzieć, że nie lubię opowiadać o sobie. Trzymam to w sobie i dla moich
bliskich.
Bóg zapłać za rozmowę
***********************
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
W SKRÓCIE
Rekolekcje w Słopnicach
W
dniach 38 IV - 2 V odbyły się w Słopnicach rekolekcje dla dziewcząt na temat „Wygrać
młodość”, które prowadziły s. Anna Cz. i s. Anna P. Uczestniczyło w nich
niewiele osób, ale starałyśmy się nie przegapić przychodzącego w tych dniach do
naszych serc Jezusa. Był czas na konferencje, wyciszenie i modlitwę,
nawiedzenie Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Limanowej, a ponadto na
kontemplację Boga w pięknie przyrody. Pogoda dopisała nam na tyle, że mogłyśmy
na jeden dzień wybrać się do Zakopanego i podziwiać Tatry z Gęsiej Szyi.
Dziewczyny po zejściu ze szlaku, mimo zmęczenia tryskały energią, radością i
chęcią naśladowania ubóstwa św. Franciszka z Asyżu, więc postanowiły
pokwestować na zakopiańskich Krupówkach. Grając i śpiewając religijne pieśni
zarażały chrześcijańską radością przechodniów, którzy odwdzięczali się głównie
uśmiechem:), a niektórzy z nich nawet wrzucali do pokrowca od gitary jakieś
grosiki. Następnie uzbierane jałmużny dziewczęta przekazały s. Annie na
pokrycie kosztów podróży, czyli na paliwo do busa:)). Serdeczne podziękowania
za gościnność kierujemy do Sióstr, które na stałe mieszkają i pracują w
Słopnicach.
Serdeczne Bóg zapłać!
Pragniemy
skierować do Pań z grupy Apostolskiego Dzieła Pomocy dla Czyśćca przy parafii
Podwyższenia Krzyża Świętego w Adamowie, które na rekolekcje do Słopnic
przekazały różne produkty spożywcze, zrobiły bardzo smaczne pierogi, upiekły
pyszne makowce i rogaliki oraz złożyły ofiarę pieniężną. Niech to dobro sam
Jezus wynagrodzi wszelkimi łaskami. O to się gorąco do Niego modlimy.
Nowe opracowania dla MDPC
i nie tylko
Z
myślą o formacji osób należących do Młodzieżowego Dzieła oraz dziewcząt
zainteresowanych duchowością i charyzmatem naszego Zgromadzenia zostały
opracowane dwie kolejne broszury: trzecia i ostatnia część z cyklu „Śladami
Ubogiego” oraz także trzecia i ostatnia część z cyklu „Jak pomagać duszom
czyśćcowym”. Zostaną one wysłane do wszystkich członków Dzieła w najbliższych
miesiącach (w zależności od możliwości finansowych).
Ponadto
nakładem Edycji Paulińskiej została wydana w czerwcu książeczka z nowenną za
zmarłych. Można ja nabyć bezpośrednio w Wydawnictwie - w księgarni internetowej
albo zamówić u nas - chętnie prześlemy.
Magisterium z politologii
Siostra
Renata (znana osobom, bywającym na rekolekcjach w naszym Zgromadzeniu), która
pracuje jako asystent socjalny w naszym domu pomocy społecznej w Nowym Mieście
nad Pilicą ukończyła w tym roku studia magisterskie na Uniwersytecie
Warszawskim na Wydziale Politologii. Temat pracy magisterskiej: „Ludzie starsi
i ich stosunek do realiów życia w środowisku lokalnym i w domu pomocy społecznej”,
którą będzie bronić 29 czerwca, odpowiada charakterowi jej zaangażowania
zawodowego. Gratulując ukończenia studiów, życzymy, aby zdobyta wiedza pomagała
służyć z coraz większym oddaniem Jezusowi cierpiącemu w ludziach chorych i
samotnych.
Śluby i jubileusz
15
lipca w Sulejówku dwie Nowicjuszki:
Magda i Jelena złożą na ręce Matki Generalnej swoje pierwsze śluby zakonne.
16
sierpnia w Zakroczmiu s. Helena i s.
Monika będą świętować Jubileusz 25 lecia życia zakonnego. Wszystkich Przyjaciół
Zgromadzenia zapraszamy do duchowego włączenia się w radość Sióstr Jubilatek i
Nowicjuszek, tym bardziej, że Lena i Magda przed wstąpieniem do Zgromadzenia
były członkiniami Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca. Zarówno Nowicjuszki,
jak i Siostry Jubilatki polecamy Waszej modlitewnej pamięci w Panu.
Pamiętajmy o zmarłych
także w czasie wakacji
*2
sierpnia - odpust Porcjunkuli - można go zyskać, nawiedzając każdy kościół
parafialny w tym dniu i odmawiając Ojcze nasz oraz Wierzę w Boga. Należy
przy tym pamiętać o wypełnieniu wszystkich zwykłych warunków zyskiwania
odpustów zupełnych tzn. przystąpić do spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię
świętą, odmówić modlitwy w intencjach papieskich oraz wyrzec się przywiązania
do jakiegokolwiek grzechu, także powszedniego.
*15
i 26 sierpnia - Wniebowzięcie NMP oraz MB Częstochowskiej - odpusty!
Łaskę
odpustu niesie ze sobą także uczestnictwo w pielgrzymkach do sanktuariów
poświęconych Matce Bożej. Warto o tym pamiętać, że oprócz wielu łask, które
możemy wyprosić u Boga dla siebie i swoich bliskich przez trud pielgrzymowania,
możemy także otworzyć serce na dar odpustów zupełnych i częściowych. Oprócz
tego, który wiąże się z odbyciem pielgrzymki, pątnicy mogą zabiegać o zyskanie
odpustów każdego dnia (odpustu zupełnego związanego ze wspólnotowym odmawianiem
Różańca, oraz częściowych m. in. za odśpiewanie Godzinek ku czci NMP,
odmówienie Litanii Loretańskiej, odmówienie modlitwy Pod Twoją obronę).
NASZ SPOSÓB ŻYCIA
Wracając do źródeł... Siostry
Zjednoczone
Źródłem istnienia ludzkiego jest
stwórcza miłość Boga. Od Niego wyszliśmy i do Niego zmierzamy. Także każda
rodzina zakonna posiada źródło swojego istnienia i życia. Jest nim charyzmat -
dar Ducha Świętego udzielony „Rodzicom” zgromadzenia, czyli Założycielom.
„Rodzicami” naszej rodziny zakonnej Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych jest
bł. Ojciec Honorat Koźmiński i Matka Wanda Olędzka. W tym sposobie życia
Ewangelią, jaki przekazali nam Założyciele uczestniczy każda Wspomożycielka.
Darem, który otrzymałyśmy od Ojca
Honorata jest naśladowanie ukrytego życia Boga w świecie. Matka Wanda natomiast
przekazała nam w darze sposób życia ofiarowany bez reszty dla zmarłych
cierpiących w czyśćcu. Siostry żyjąc darem ukrycia od początku istnienia
zgromadzenia nie nosiły zewnętrznych oznak konsekracji w postaci habitu. Do
dziś nosimy strój świecki, aby w szczególny sposób, być bliżej tych, którzy są
daleko od Boga.
Nasze życie zakonne we wspólnotach
nie odróżnia się niczym od sposobu życia zgromadzeń habitowych. Jednakże od
początku tak nie było. Struktura zgromadzeń bezhabitowych, w tym także naszego,
była trójczłonowa. Powołanie zakonne według Ojca Założyciela można było
realizować na trzech poziomach lub w trzech kręgach przynależności. O. Honorat
nazwał je odpowiednio: Siostrami Życia Wspólnego, Siostrami Zjednoczonymi i
Siostrami Stowarzyszonymi. Zgromadzenie mimo, że składało się z trzech kręgów
tworzyło jedną wspólnotę połączoną tym samym charyzmatem i tą samą misją
apostolską w Kościele. Gorącym pragnieniem Ojca Założyciela było, aby siostry
ze zgromadzeń ukrytych były jak najbliżej życia i pracy każdego człowieka, aby
stanowiły ewangeliczny „zaczyn” przenikający wszystkie środowiska społeczne.
Rdzeniem tych zgromadzeń zakonnych
były siostry żyjące we wspólnotach, odbywały wspólnie wszystkie praktyki
zakonne, pracowały w domach zakonnych lub środowiskach, w których mieszkały.
Domy życia wspólnego były także ośrodkami formacji duchowej dla pozostałych
członkiń zgromadzenia, czyli dla Sióstr Zjednoczonych i Sióstr Stowarzyszonych.
Te dwie kolejne grupy zgromadzenia
wypełniały w sposób najściślejszy charyzmat ukrycia swego powołania przed
światem. Mieszkały zwykle pojedynczo we własnym mieszkaniu lub przy rodzinie.
Szerzyły ideę niesienia pomocy zmarłym tam gdzie pracowały i mieszkały. Niosły
nadzieję życia wiecznego słowem, a przede wszystkim przykładem własnego życia.
Były osobami prawdziwie oddanymi Bogu poprzez śluby, chociaż nikt z ludzi o tym
ich poświęceniu nie wiedział.
Siostry Zjednoczone od początku stanowiły
najliczniejszą grupę sióstr zgromadzenia. Także Siostry Stowarzyszone, czyli
trzeci krąg zgromadzenia, mieszkały we własnych rodzinach, żyły jednak według
Reguły Trzeciego Zakonu św. Franciszka z Asyżu i włączały się czynnie w misję
zgromadzenia. Tak było na
początku. Jednakże Kościół końca dziewiętnastego wieku nie był jeszcze
przygotowany, aby przyjąć tę tak nową, wręcz nowatorską, formę życia zakonnego
i zatwierdził tylko pierwszy krąg zgromadzeń ukrytych, czyli Siostry Życia
Wspólnego. Pozostałe członkinie musiały albo wstąpić do wspólnot, albo przejść
do stanu świeckiego.
Jednakże nasz Ojciec Założyciel nie
przestawał do końca wierzyć, że ta forma życia zakonnego jest z Bożego
natchnienia. Pisał w swoim Notatniku Duchownym: „Nie przestanę ufać, że
Ty Boże po śmierci mojej potrafisz wskrzesić te dzieła swoje”. I oto dziś
przyszedł czas, że do naszego Zgromadzenia zgłaszają się osoby, członkinie z
Apostolskiego i Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca, które pragną oddać
swoje życie całkowicie i wyłącznie na służbę Bogu, jako osoby konsekrowane,
jednak chcą pozostać w świecie w swoich domach i środowiskach. Pragną żyć także
misją naszego zgromadzenia wspomagając dusze cierpiące w czyśćcu. Bóg zatem
stawia przed naszym zgromadzeniem nowe wezwanie do rozeznania czy nie
należałoby powrócić do pierwotnej trójczłonowej struktury zgromadzenia. Czy
jest to wolą Bożą, na tym będą zastanawiały się siostry naszego zgromadzenia
podczas Generalnej Kapituły Nadzwyczajnej, która odbędzie się w listopadzie bieżącego
roku. Zatem wszystkich członków Młodzieżowego Dzieła oraz Czytelników naszego
kwartalnika gorąco prosimy o modlitewne wsparcie, abyśmy potrafiły podjąć
decyzję zgodną z wolą Bożą.
s. Irena Złotkowska WDC
POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM
WSPOMOŻYCIELKĄ
Bóg chce ciebie tutaj mieć...
Jakże pięknie jest stracić to życie dla Życia!
Nie wahaj się: pozwól, aby z serca wypłynęło słowo
fiat - niech się stanie!... - jako ukoronowanie ofiary.
Oddanie siebie samego jest pierwszym krokiem na
drodze ofiary, radości, miłości, zjednoczenia z Bogiem. I w ten sposób całe
życie wypełnia błogosławione szaleństwo, które znajduje szczęście tam, gdzie
logika ludzka widzi jedynie wyrzeczenie, cierpienie, ból.
bł. Josemaria Eskriva
Pochodzę z gór. Urodziłam się jako
siódme z ośmiorga dzieci. Wychowywałam się w rodzinie katolickiej. Od samego
początku rodzice uczyli nas modlitwy, gromadząc się wspólnie przy wieczornym
pacierzu. Już jako małe dziecko mama często zabierała mnie do kościoła, na
piesze pielgrzymki i różne nabożeństwa, w których chętnie jeszcze nie wszystko
rozumiejąc uczestniczyłam.
W szkole podstawowej zrodziło się we
mnie pragnienie służenia Bogu, ale jakoś bardzo się tego bałam, uciekałam od
tej myśl, bo nie wierzyłam, że będę mieć odwagę podjąć taką drogę z resztą nie
wiedziałam na czym polega życie zakonne. Ale jakoś ta myśl w głębi serca mi
pozostała. Pukanie Jezusa do mojego serca powróciło w trzeciej klasie szkoły
średniej: „Jeśli kto chce pójść za Mną niech się zaprze samego siebie, niech
weźmie krzyż i niech Mnie naśladuje” Zrozumiałam te słowa kiedy moją rodzinę
dotknął krzyż, zmarł mój mały siostrzeniec. Jaś miał pięć lat bardzo mnie
lubił, było to wielkie przeżycie dla mnie i całej rodziny. Często stawiałam
sobie pytanie DLACZEGO?... nie znając odpowiedzi bardzo często chodziłam na
cmentarz i modliłam się za niego. Ciągle na myśl przychodziły mi słowa „Jeśli
chcesz iść za Mną”... Wtedy bardzo chciałam odpowiedzieć na te słowa, ale
zostało mi jeszcze półtora roku szkoły. Zaczęłam się modlić o głębokie
pragnienie podjęcia tej drogi.
Potem Pan Bóg przygotował mi jeszcze
jedno doświadczenie potwierdzające wezwanie do życia zakonnego. W czasie
zbliżających się wakacji dowiedziałam się, że mam jechać do Szwajcarii na
praktykę. Pierwsza myśl jaka mi przyszła „to już po moim powołaniu”. Ponieważ
myślałam, że będąc tak daleko, w innym kraju moja wiara upadnie. Powierzyłam to
wszystko Panu Bogu. Gdy dotarłam na miejsce okazało się, że rodzina, u której
będę pracować jest katolicka, a do kościoła mam tylko pięć minut drogi.
Nurtowało mnie jednak pytanie: co
dalej, jak sobie poradzić w tym obcym środowisku? Przecież to aż cztery
miesiące! Codziennie rano przed wyjściem do pracy modliłam się koronką za
zmarłych prosząc ich o pomoc, ponieważ obok mnie nikogo nie było tylko ja i
rodzina szwajcarska. Modlitwa mojej rodziny i znajomych, a przede wszystkim
wstawiennictwo zmarłych, pomogło mi szczęśliwie powrócić do domu. Byłam w głębi
przekonana, że Bóg chce mieć mnie dla siebie skoro tak bardzo troszczy się o
mnie. Nie dzieliłam się moim pragnieniem służenia Bogu z nikim.
Po zdanej maturze pojechałam do
Wołczyna z dwiema siostrami wspomożycielkami na spotkanie młodzieży. Bóg dał mi
kolejny znak - chociaż nikomu nie mówiłam, że chcę pójść do zakonu zostałam
nazwana siostrą. Natomiast w powrotnej drodze jadąc na rekolekcje do Nowego
Miasta wstąpiłam do Sulejówka i tam usłyszałam „Bóg chce ciebie tutaj mieć”.
Odpowiedziałam więc na to wezwanie i
jestem szczęśliwa, gdyż służąc Bogu mogę pomagać zmarłym, aby oni osiągnęli
szczęście.
Nowicjuszka Magda WDC
ŚLADAMI ŚW. FRANCISZKA Z ASYŻU - PATRONA MDPC
Wybór
szaty - cd.
Trzeba jednak zaznaczyć, że w wyborze
szaty Kościoła nie chodzi o odrzucenie wszelkiego dobra, które w wyniku
wychowania wynosi się z domu, ale o otwarcie serca na nowe wartości, dzięki
którym osoba powołana będzie mogła duchowo wzrastać we wspólnocie zakonnej.
Cierpienie związane z relacjami rodzinnymi, które tak boleśnie dotknęło
Franciszka nie jest jakąś normą. Nie każdy musi przez to przechodzić. Raczej
rzadko rodzice aż tak kategorycznie sprzeciwiają się drodze powołania obranej
przez syna czy córkę. Gdy sprzeciw jednak się pojawia, to często wynika on po
prostu z troski, aby dziecko nie podejmowało pochopnych decyzji. Być może, że
trudno jest im uwierzyć w wystarczającą dojrzałość dziecka, pozwalającą na
odpowiedzialne kierowanie swoim życiem. Czasami tato albo mama mówi wprost, że
nie pochwala takiego wyboru, ale go szanuje i nie chce w niczym przeszkadzać.
Może miną długie lata zanim coś się zmieni w podejściu do decyzji dziecka; może
także się zdarzyć, że właśnie takie pozostanie już do końca - różnie to bywa. Z
pewnością nie opiszemy tutaj wszelkich możliwych napięć i trudnych sytuacji
rodzinnych, które towarzyszą podejmowaniu drogi powołania. Jednak doświadczenia
św. Franciszka sygnalizują wyraźnie, że pójście za Jezusem wymaga od powołanego
zgody na rozstanie z najbliższymi i na ból, który temu towarzyszy.
Piotr
Bernardone nie podjął trudu zrozumienia swojego syna. Ile razy spotykał go w
Asyżu nie szczędził przekleństw. Bardzo bolało to Franciszka, ale nie wycofał
się ze słowa danego Jezusowi i żyjąc z jałmużny odbudowywał kościół. Ubrał się
w ubogi strój pustelnika. Chodził i żebrał: prosił o jedzenie, o kamienie na
budowę i o oliwę na oświetlenie kościoła. Nie miał żadnych pewnych środków do
życia. Nigdy nie wiedział jak przeżyje następny dzień, a to czym się żywił -
jak podają biografowie - było mieszaniną resztek różnych pokarmów, którymi
napełniali jego miskę mieszkańcy Asyża. Gdy po raz pierwszy spróbował takiej
potrawy ledwo powstrzymał odruch wymiotny. Można się więc domyślać jak bardzo
musiał różnić się ten pokarm od posiłków przygotowywanych w rodzinnym domu
rękami kochającej i troskliwej matki. Zadziwiające, że ten delikatny i
rozpieszczony przez rodziców młodzieniec zdecydował się na tak radykalną zmianę
w sposobie życia. Takiego cudu w ludzkim sercu może dokonać tylko prawdziwa
miłość, a Franciszek ponad wszystko umiłował Chrystusa, który przemówił do
niego z krzyża w zrujnowanym kościele św. Damiana.
Na
realizacji Bożego wezwania do odbudowy kościoła minęły mu dwa lata. Dwa lata
przełamywania wstydu ilekroć z miską stawał u drzwi domów bogatych mieszczan,
dwa lata znoszenia kpin i upokorzeń, dwa lata ciężkiej pracy i życia w
samotności… Nie stanął przy nim żaden z dawnych przyjaciół, nikt nie zdecydował
się dzielić z nim takiego losu… Czyżby więc celem jego życia miało być
remontowanie zniszczonych kościołów? Po co ten trud? Nie wiadomo czy zadawał
sobie takie pytania. Wszystko, co działo się wówczas w sercu Franciszka
pozostaje tajemnicą. Jedynie z tego, co czytamy w jego Testamencie można
wnioskować jak bardzo był osamotniony w rozeznawaniu swojej drogi. Stwierdza,
że nikt z ludzi nie mówił mu co ma czynić, ale sam Pan Bóg mu to objawił. Co
objawił? – to, w jaki sposób ma on naprawdę stać się budowniczym Chrystusowego
Kościoła...
To jest to, czego chcę
Wiedzieć
czego się chce, na czym nam zależy, do czego chcemy dążyć w życiu to już połowa
sukcesu! Młodość jest czasem odkrywania tego właściwego i jedynego dla każdego
z nas powołania. Czasami trwa to kilka lat, a niekiedy tylko kilka miesięcy,
ale każdy otrzymuje odpowiednie łaski od Boga, żeby móc swoje poszukiwania
zwieńczyć stwierdzeniem: „To jest to, czego chcę”. Tak właśnie po czterech
latach wsłuchiwania się w Boże natchnienia i podejmowania zgodnych z nimi
działań, powiedział Franciszek, gdy pewnego dnia usłyszał w czasie Mszy św.
słowa, które Chrystus skierował do Apostołów, wysyłając ich na głoszenie Dobrej
Nowiny: „Nie bierzcie na drogę ani złota, ani srebra, ani torby, ani ubrań, ani
laski; nie miejcie sandałów na nogach ani dwóch tunik” (Mt 10, 9-10). Były to
słowa olśnienia, bo chociaż słyszane wiele razy w ciągu życia - po raz pierwszy
przemówiły tak mocno, wiążąc w sposób jednoznaczny jego życie z Ewangelią. Cdn.
s. Anna Czajkowska WDC