Życie Wieczne




Rok VIII Nr 4/34/paźdz-list-grudz 2007


***********************


Kwartalnik formacyjny Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca (MDPC) przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków MDPC oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia. Redagują: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska, s. Anna Pękowska. Prenumerata za ofiarą dobrowolną.



***********************





Adres Redakcji:

Życie Wieczne”, ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek,

tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430; e-mail: mdpcanna@wp.pl




Konto MDPC:

s. Irena Złotkowska, ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek

Bank PEKAO S.A. I O/ Sulejówek

06 1240 2148 1111 0000 3034 6819


***********************














W tym numerze:



DO PRZYJACIóŁ 3


Miłość a pożądanie i pożądliwość

Dobroczynność


BLIŻEJ BOGA 6


Oddech życia: proza i poezja...


BLIŻEJ KOŚCIOŁA 7


Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych

Adwent i Boże Narodzenie: Prawda przyszła na świat...


W KRĘGU WIECZNOŚCI 10


Czyściec w doświadczeniu świętych: bł. Stanisław Papczyński

Modlitwa Pańska za dusze czyśćcowe wg św. Mechtyldy

Kwartalna intencja modlitewna MDPC


Z LISTóW PRZYJACIóŁ 13


Belfer


Z ŻYCIA SIóSTR I MDPC 15


W skrócie

Wracając do źródeł - Siostry Zjednoczone cd.

Świadectwo powołania: Jezus mnie zapraszał - Dałam Mu odpowiedź

Śladami św. Franciszka: To jest to, czego chcę



***********************





DO PRZYJACIóŁ



NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ



Miłość a pożądanie i pożądliwość


Zarówno słowa, dotyk, jak i pocałunek mogą być przejawem rodzącej się miłości między dwojgiem ludzi, ale nie muszą. Trzeba to mieć na uwadze, gdy pragniemy aby miłość nie wyczerpała się na etapie zakochania i pożądania.


Pożądanie samo w sobie nie jest czymś złym - przecież sfera pożądawcza nierozłącznie związana jest z ludzkim istnieniem, a ono z kolei jest darem Boga. Kocha cały człowiek, a więc z woli samego Stwórcy również i pożądanie ma swoją określoną rolę do spełnienia w rozwoju miłości. Trzeba tylko odkryć jaką rolę?


W potocznym rozumieniu słowo pożądanie najczęściej kojarzy się nam z grzechem, gdyż utożsamiane jest z pożądliwością i skutkami uległości wobec niej. Tymczasem nie są to pojęcia równoznaczne.


Pożądanie - jak wskazuje na to grecki i łaciński źródłosłów - oznacza dążenie do dobra, które jest zakodowane w ludzkiej naturze. Dotyczy ono wszystkich sfer ludzkiego życia: naturalnej - pragnienie i przekazywanie życia; duchowej - poznawanie; zmysłowej - pragnienie dóbr przyjemnych i użytecznych, uczucia; intelektualnej - wolna wola dążąca do dobra jako dobra samego w sobie, czyli do szczęścia i wyrażająca się w podstawowym akcie jakim jest miłość (!).


Gdybyśmy nie pożądali nie moglibyśmy pragnąć, ani osiągnąć żadnego dobra, w tym także tego dobra, jakim jest druga osoba i jej miłość. Pożądanie uzdalnia nas do działania i rozwoju. Rozumiemy więc, że nie może ono być czymś złym, ani przeciwnym miłości.


Nieco inaczej jest z pożądliwością. W ujęciu filozoficznym jest ona rozumiana jako konieczna zmysłowa skłonność do przyjemności. Św. Tomasz z Akwinu - filozof i teolog zarazem - za Arystotelesem określa ją jako nienasycone, egoistyczne pragnienie lub smakowanie przyjemności. W duchowości katolickiej zaś o pożądliwości mówi się, że jest to aktywność żądzy zmysłowej, która opanowując człowieka, skłania go do działań wbrew nakazowi, bądź zakazowi rozumnej woli. Trzy główne pożądliwości: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu oraz pycha sprzeciwiają się miłości Boga i bliźniego.


Każdy człowiek w mniejszym czy w większym stopniu doświadcza pożądliwości w swoim życiu i jeżeli chce cieszyć się prawdziwą miłością musi nauczyć się opanowywać i odpowiednio ukierunkowywać pragnienia rodzące się z pożądliwości, czyli: nadmierne zamiłowanie do doznań zmysłowych; widzenie drugiej osoby jako przedmiotu użycia; chęć posiadania, zawładnięcia drugim człowiekiem, podporządkowania go swoim egoistycznym potrzebom.


Jeżeli na kolejnym etapie rozwoju miłości, który to św. Tomasz z Akwinu nazywa miłością pożądania (amor concupiscentiae), zabraknie kontroli umysłu nad zmysłem, to spotkania dwojga ludzi, choć naznaczone coraz większą bliskością fizyczną, będą owocować emocjonalnym oddalaniem się, wzajemnym niezrozumieniem, samotnością i rozczarowaniem.


Miłość pożądania - twierdzi R. Mordarski - „pomimo, że łudzi wiecznością, jest ze wszystkich miłości najbardziej nietrwałą i najszybciej przemijającą. Bez kierownictwa i pomocy rozumu miłość ta nie jest w stanie dotrzymać swych obietnic: umiera lub przemienia się w demona. Ten demon zawsze grozi miłości, gdy zredukuje się ją tylko do zmysłowości i erotyki. […] A jednak współcześnie ciągle największą wagę w miłości przykłada się do roli seksu. Niezmiennie utrzymuje się przekonanie, że miłość pojawia się jako wynik płciowego zaspokojenia”. A prawda jest inna. Przyjemność i szczęście seksualne jest wynikiem miłości.


Nie chodzi tutaj o demonizowanie i odrzucanie seksualności jako czegoś wstrętnego i z gruntu nieprzyzwoitego. Seksualność też jest darem Bożym, ale żeby służyła dobru dwojga kochających się ludzi nie może być stawiana na pierwszym miejscu i pozostawiona samej sobie, trzeba ją wychowywać i umiejętnie zharmonizować z całą dynamiką rozwoju relacji miłości. Wówczas to, pożądanie oraz chęć odnajdywania zmysłowej przyjemności w kontakcie z drugim człowiekiem poddają się rygorom rozumu i woli, uzdalniając osoby kochające się do podejmowania wyzwań kolejnych etapów miłości, w których egoizm ma coraz mniej do powiedzenia.


Człowiek kochając miłością pożądania zabiega o to, co rozpoznaje jako miłe i dobre dla siebie samego, gdy zrobi krok do przodu, w centrum staje dobro drugiej osoby. Cdn.

s. Anna Czajkowska



O CNOTACH ZAPOMNIANYCH



Dobroczynność


Nawet drobne czyny są wielkie i wspaniałe,

kiedy są spełniane z czystym i gorącym pragnieniem podobania się Bogu.

św. Franciszek Salezy



Nikt nie jest aż tak biedny, aby nie mieć nic do dania:

to tak jakby górskie strumyki mówiły, ż

e nie mają nic do dania morzu, bo nie są rzekami.

Dawaj to, co masz: dla niektórych może to być więcej, niż myślisz.

H.W. Longfellow



Nie chodzi o to, ile robimy, ale o to, ile miłości i oddania

wkładamy w nasze działanie

bł. M. Teresa z Kalkuty


Autor Dziejów Apostolskich tak pisze o Jezusie: „Dlatego, że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich” (Dz 10,38a). Aby przejść przez życie drogą świętości, która wiedzie ku niebu, nie wystarczy czynić dobrze. Przede wszystkim trzeba mieć jeszcze odpowiednią motywację potrzebną do rozwijania w sobie cnoty dobroczynności, według której wszelkie dobro czynione jest z Bogiem i ze względu na Boga. Często stając przed konkretnym przedsięwzięciem zastanawiamy się czy starczy nam siły, czasu, zdrowia, pieniędzy itp. Rzadziej już pytamy Boga czy będzie z nami, czy nam dopomoże, czy to, co zamierzamy uczynić Jemu się podoba? Te pytania są bardzo ważne w życiu chrześcijanina ponieważ świętość nie polega na czynieniu rzeczy wielkich, ale na przyjęciu woli Bożej nawet w najmniejszych sprawach.


W dobroczynności ważna jest umiejętność zachowywania dobra w swoim sercu. Ważne jest, aby dzięki dobru nie szukać uznania u innych, nie słuchać tego, czy się innym podoba czy też nie. Ten, kto potrafi zachowywać dobro w cichości serca i pozostawać skromnym, zostaje dowartościowany wraz ze swoim dobrem w oczach Boga.

Nie powinniśmy też opierać się tylko na własnych siłach, bo prędzej czy później rozczarujemy się ubóstwem naszych możliwości. W sytuacjach, gdy coś wydaje się nas przerastać, gdy otwiera się przed nami nowy horyzont, nowa szkoła, nowe środowisko, szukamy kogoś silnego, mądrego, kto pomoże i wskaże jakiś dobry szlak.


Papież Benedykt XVI do młodzieży na Błoniach skierował m.in. takie słowa: „Wędrując przez życie może niejednokrotnie nie jesteśmy świadomi obecności Jezusa. Ale właśnie ta obecność w Słowie Bożym i Eucharystii, we wspólnocie ludzi wierzących i w każdym człowieku odkupionym drogocenną Krwią Chrystusa, ta obecność jest niegasnącym źródłem ludzkiej siły. Jezus z Nazaretu, Bóg, który stał się Człowiekiem, stoi przy nas na dobre i na złe i pragnie tej więzi, która będzie fundamentem prawdziwego człowieczeństwa”.


Źródłem ludzkiej siły jest obecność Boga w nas. To właśnie dlatego mamy czynić dobro, bo Bóg w nas mieszka - Ten, który sam jest Dobrem, wszelkim Dobrem, najwyższym Dobrem, jak powie o Nim św. Franciszek z Asyżu.


Tym, co przeszkadza w cnocie dobroczynności jest roztrząsanie i rozdrapywanie złych czynów innych ludzi. W takim przypadku środek ciężkości jest przesunięty na drugiego człowieka i nie ma tu czasu i miejsca na poznanie siebie, swoich umiejętności, które mogłyby przyczynić się do pomnożenia dobra. Istnieje też niebezpieczeństwo przyzwyczajenia się do zachowań czy postaw ludzi o zimnych sercach, wtedy trudno wybić się z przeciętności. Zostajemy wtedy nieczuli na potrzeby innych i zgorzkniali, bo nie zrealizowaliśmy naszego powołania do bycia darem dla innych.


Dobroczynność powinna być owocem miłości: kocham kogoś więc daję mu to, co dla niego najlepsze. Drugi problem możemy zauważyć w tym, że mamy naturalną zdolność czynienia dobra osobom, które są nam bliskie, kochane, które nas akceptują, z o wiele większą trudnością przychodzi nam dawanie dobra tym, którzy dla nas tego dobra nie pragną, których nazywamy naszymi nieprzyjaciółmi. Ewangelia jednak zachęca nas do miłości nieprzyjaciół i czynienia dobrze tym, którzy nas prześladują. Dlaczego? Bo taki jest nasz Bóg Ojciec - kocha dobrych i złych i dobrze czyni jednym i drugim, a my mamy być do Niego podobni.


Tutaj właśnie dochodzimy do cnoty, gdyż taka postawa człowieka jest wyjściem ponad przeciętność. Dobroczynność nie ogranicza się do pewnych chwilowych postaw, ale jest stałą cechą człowieka, który wobec wszystkich okazuje życzliwość, posiada miłujący i hojny charakter, a dobro, które czyni odnosi do Boga - Źródła wszelkiej Dobroci. Aby zbadać siebie na ile żyjemy tą cnotą, wystarczy odpowiedzieć sobie na dwa pytania: dlaczego czynię dobro i dla kogo?


Trud rozwijania w sobie cnoty dobroczynności, zresztą jak każdej innej cnoty, może przyczynić się do pomnożenia szczęścia, którego nikt nam nie odbierze, do szczęścia płynącego z pocieszania innych, z patrzenia z miłością nawet na nieprzyjaciół, z dostrzegania dobra ukrytego przez Boga w każdym człowieku. Otwórzmy więc furtkę naszego serca dla szczęścia, które jest w nas, które wypływa z dobra jakie czynimy z Bogiem i dla Boga, jak zapewnia nas F. Bersini: „Twoje szczęście złożone jestw dobru, które będziesz czynił, w radości jaką będziesz rozlewał wokół siebie, w uśmiechu jaki będziesz wywoływał, we łzach, które otrzesz. Będziesz naprawdę szczęśliwy z tego powodu, bo będziesz mógł dawać”.

s. Anna Pękowska


***********************

BLIŻEJ BOGA



Oddech życia... proza i poezja


„Modlicie się w waszym utrapieniu i w waszej potrzebie; a powinniście modlić się zarówno w pełni waszej radości jak i w dniach waszego dostatku. Czymże jest bowiem modlitwa, jeśli nie rozprzestrzenieniem się waszego życia we wszechświecie? Czy to nie dla waszej pociechy możecie wylewać w przestrzeń wasze ciemności, by móc się potem ucieszyć wschodzącą w waszym sercu jutrzenką? A jeżeli już nic innego oprócz samego płaczu nie jest w stanie skłonić was do modlitwy, to niech ona sama poprzez wasze łzy zachęca was coraz bardziej, byście zaczęli się śmiać.


Kiedy się modlicie, wznieście się w bezkresną przestrzeń, by móc spotkać tam tych, którzy modlą się w tej samej chwili, a których nie moglibyście spotkać inaczej jak tylko przez tę modlitwę.

Niech więc wasza wizyta w niewidzialnej świątyni nie będzie niczym innym jak zachwytem i radosną komunią. Bowiem jeśli wstąpicie do świątyni bez innego celu niż ten, aby jedynie prosić - nic nie otrzymacie: A jeśli wstąpicie w nią jedynie po to, by się ukorzyć - nie będziecie pokrzepieni: I nawet jeśli wstąpicie w nią jedynie, by prosić o dobro dla drugich - nie zostaniecie wysłuchani. Samo wstąpienie do tej niewidzialnej świątyni jest już wszystkim.


Nie mogę nauczyć was jak modlić się słowami. Bóg nie będzie słuchał waszych słów, chyba, że to On sam wyszepcze je poprzez wasze usta. […] Jeśli wsłuchacie się jedynie w spokój nocy, usłyszycie Go w jej ciszy.


Boże nasz, który jesteś naszym uskrzydleniem, niech Twoja w nas wola, stanie się naszą wolą. Niech Twoje w nas pragnienie, stanie się naszym pragnieniem. Niech Twoja w nas moc przemieni nasze noce, które są Twoją własnością, w nasze dni, które tak samo należą do Ciebie.

Nie pragniemy Cię o nic prosić, bowiem Ty znasz nasze potrzeby zanim zdołały się w nas narodzić: Ty jesteś naszą potrzebą, a dając nam z siebie coraz więcej dajesz nam wszystko”.

(fragm. książki K. Gibrana Prorok)



nie zapomnij

(modlitwa o wszystko)


daj mi wiarę bez cudów

taką prostą

nadzieje bez pytań daremnych

miłość bez zdrady

noce choć ciemne z gwiazdami

dni choć trudne ze słońcem

jeśli łzy to bez rozpaczy

milczenie bez udawania

słowa bez dwuznaczności

jeśli krzyż to ze zmartwychwstaniem

jeśli śmierć to w porę

kiedyś choć jedno serce bliskie


a kiedy już dni pierwsze i ostatnie

jak krople w kielichu

przeleją się wszystkie

(na świętą kolej spraw wielkich

zgodzić się trzeba)

skoro ziemię mi taką dałeś

nie zapomnij dać mi i nieba


A. Kiejza


między gałęzią a niebem


doskonała więź

którą nazywam wiernością

jest pomiędzy gałęzią i niebem


patrzą na siebie stale

chociaż nigdy z bliska


nie zdarza się im wzruszenie

ani żadna sprzeczka


nie ma gry pozorów

złudzeń

tajemnicy


nie ma żadnych wyznań

ni próżnych nadziei


jedynie wiatr

co pomiędzy nimi

przechadza się śmiele

zuchwale patrząc

w ukryte pragnienia

rozumie ten ból

rozciągnięty jak przepaść


że ani siebie dotknąć

ani opuścić nie mogą


A. Kiejza


***********************



BLIŻEJ KOŚCIOŁA



2 XI - WSPOMNIENIE WSZYSTKICH WIERNYCH ZMARŁYCH



Panie czym jest człowiek...


Panie, czym jest człowiek, że troszczysz się o niego,

Czym syn człowieczy, że Ty o nim myślisz?

Do tchnienia wiatru podobny jest człowiek,

dni jego jak cień przemijają.

Ps 144,3-4


Nasze życie jest następowaniem po sobie maleńkich gestów, które - ubóstwione - kształtują naszą wieczność.

G. de Larigaudie


Ostatnie jesienne liście spadające z drzew, które szeleszczą na cmentarnych ścieżkach, gdy nawiedzamy groby naszych bliskich w listopadowe dni oraz kamienne płyty z imionami tych, którzy odeszli od nas już na zawsze, przypominają nam nieustannie o tajemnicy przemijania. Składamy kwiaty, zapalamy znicze, modlimy się, wspominamy tych, którzy byli wśród nas i odeszli… A dzieje się tak już od tysięcy lat, bo ludzie zawsze zastanawiali się nad istotą życia i śmierci, dawali też różne odpowiedzi na te podstawowe pytania i tworzyli różne zwyczaje kultu zmarłych. Pewien poeta obserwując życie pytał: „Wszystko przemija, wszystko jest w ruchu, każda godzina jak garstka puchu. I ty, człowieku ciągle się zmieniasz, rodzisz się, żyjesz, potem umierasz. Gdzie jest sens, gdzie jest cel, jaki kres życia. Boże Ty wiesz, więc mów, bo pytam gdzie jest sens?” Mijają także lata naszego życia. Obojętnie więc czy jesteśmy jeszcze młodzi, czy może w dojrzałym albo w sile wieku, czy już doświadczamy jesieni życia powinniśmy przyglądać się swojemu życiu i pytać o sens każdego mijającego dnia.


Pewnie jak prawie wszyscy ludzie w naszym kraju jesteśmy ochrzczeni. A św. Paweł w jednym ze swoich Listów pisał do chrześcijan: „Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie” (Rz 6,3-5). Poeta zaś podpowiada: Sensem życia jest miłość, celem Ty Panie. Śmierć to nie nicość lecz zmartwychwstanie. I po to człowiek został stworzony, żeby przez życie mógł być zbawiony.


Czas naszego życia ma być zatem wypełniony dialogiem z Chrystusem, z Tym, który zna jego cel i sens życia każdego stworzenia, który pragnie udzielać nam każdego dnia odpowiedzi, na pytania rodzące się w naszym sercu i stawiane przez rozmaite doświadczenia czy koleje życia. Nie możemy zatem zapełnić naszego umysłu i serca tylko tym, co oferuje nam chwila obecna; zagłuszyć go przyjemnością konsumpcji i realizacją potrzeb związanych z ciałem i doczesnością. Przed takim postrzeganiem życia przestrzegał już Psalmista: „Taka jest droga zadufanych w sobie i przyszłość zakochanych we własnych słowach. (…) Bo kiedy umrą, nic nie wezmą ze sobą, a ich bogactwo za nimi nie pospieszy. (…) Bo człowiek żyjący bezmyślnie i w dostatku podobny jest bydlętom, które giną” (por. Ps. 49).


Nikt zapewne nie chciałby by tak spostrzegano jego codzienność, więc już dziś trzeba pytać i słuchać Boga jak wkroczyć w nowe życie z Chrystusem. Przecież dla ludzi wiary tylko w Zmartwychwstałym i Żyjącym Panu jest pełnia sensu. Dobre, pełne dobrych owoców życie jest Jego darem, darem szczególnym, darem jedynym, bo chociaż się zmienia to przecież nigdy się nie kończy, jest wieczne.


Pozwólmy więc już dziś dotknąć się Bogu, aby nasze serca nie były ziemią zeschłą, jałową i kamienistą, ale urodzajną. Pragnijmy, aby On nawiedził nas swą ożywczą łaską tu i teraz, w takim życiu jakie ono jest, by nie było ono bezsensowne i puste, ale wartościowe i piękne. Prośmy Chrystusa, aby nam pozwolił w każdym momencie życia rozpoznawać Jego obecność, gdy zbliża się do nas w drugim człowieku, abyśmy mogli Go rozpoznać jako samą Miłość, gdy powoła nas na drugą stronę życia.

s. Irena Złotkowska



2 - 25 XII – ADWENT i BOŻE NARODZENIE



Prawda przyszła na świat...


„Istnieje prawda, która pozostaje także wtedy, gdy świat przemija… Ta prawda nie jest podporządkowana duchowi ludzkiemu, […] ale duch ludzki jest jej podporządkowany - a gdy człowiek jest jej podporządkowany, wtedy jest prawdziwie wolny” - są to twierdzenia filozofa Sorena Kierkegaarda, który uważał, że człowiek bardziej lęka się prawdy niż śmierci. Według niego każdy, kto decyduje się służyć prawdzie staje się męczennikiem. Człowiek lęka się prawdy, bo za wszelką cenę chce być w tłumie, chce myśleć jak tłum, chce czynić jak tłum, chce płynąć z tłumem, a prawda prowadzi do izolacji, sytuuje człowieka obok - poza tłumem, ustawia pod prąd - czyli, w konsekwencji, naraża na wyśmianie, pogardę, niechęć, odosobnienie, a więc po prostu cierpienie.


Adwent i Boże Narodzenie kojarzą się nam raczej z życiem i radością, a tu mowa o cierpieniu, męczeństwie, o izolacji… Dlaczego?


Chyba trochę przyzwyczailiśmy się do spostrzegania tego okresu liturgicznego w sposób nieco infantylny: Mikołajki, świąteczne zakupy, witryny sklepów mieniące się ozdobami choinkowymi z melodią kolęd w tle - już w listopadzie, szopki z gipsowymi figurkami otaczającymi słodkie niemowlę w żłóbku itp. Co to ma wspólnego z dziełem Odkupienia człowieka? Nic! Dobrze więc by było, gdybyśmy rozpoczynając kolejny rok liturgiczny spróbowali wydobyć to, co tak szczelnie przesłonięte jest skorupą powierzchowności i reklamowego blichtru.


Cały Stary Testament, jako słowo poprzedzające przyjście Zbawiciela, tchnie tęsknotą oczekiwania ludu na zapowiadanego przez proroków Mesjasza Bożego. Ludu pogrążonego w ciemności grzechu, ludu zranionego zwodniczą przebiegłością szatana. Ludu, który patrząc nie widzi, słuchając nie słyszy; ludu który pragnie wreszcie ujrzeć oblicze Boga twarzą w twarz i żyć (!)… I oto przychodzi Światłość w środku nocy. Przychodzi Słowo Prawdy i staje się Ciałem. Rodzi się Życie. Przychodzi Wcielony Bóg, aby tym, którzy w Niego uwierzą i którzy Go przyjmą podarować wolność i moc dzieci Bożych - dzieci Prawdy…


Nasz Adwent powinien mieć podobny wymiar. Wprawdzie my już jesteśmy dziećmi spełnionej obietnicy, jesteśmy synami dnia. Już doświadczamy na sobie zbawiennych skutków przyjścia Pana, ale nadal podlegamy kuszeniu; nie jesteśmy odporni na oddziaływanie zła; ulegamy słabościom; wikłamy się w labirynt fałszu: kłamstw, obłudy, półprawd, niedomówień; wchodzimy w ciemność grzechu sprowadzającego duchową śmierć.


Dlatego to głos Kościoła - jak kiedyś głos proroka Izajasza i Jana Chrzciciela - wzywa: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie […] przygotujcie drogę Panu, prostujcie Mu ścieżki” (por Iz 40,3; Mt 3, 1-3), a śpiewy liturgiczne pomagają na nowo rozbudzić w nas tęsknotę za życiem łaski: „Niebiosa rosę spuście nam z góry, Sprawiedliwego wylejcie chmury”.


Liturgia Adwentu i Wigilii Bożego Narodzenia wzywa do czuwania, abyśmy jak pasterze mogli swoimi, oczyszczonymi w sakramencie pojednania, sercami znajdować się w okolicy miejsca narodzenia Pana, abyśmy pozwolili ogarnąć się niebiańskiej jasności i usłyszeć głos Anioła oznajmiającego narodzenie Zbawiciela (por. Łk 2,8-11). Reakcją pasterzy był strach, stąd pierwsze słowa Anioła brzmią: „Nie bójcie się, bo zwiastuję wam wielką radość”. Nie bójmy się i my blasku Prawdy, choć służenie jej zobowiązuje do bycia świadkiem (z gr. mártyros), czyli męczennikiem. Nie bójmy się... Bóg daje nam znak…


Spieszmy w wigilijną noc zobaczyć ten znak i przekonać się, co miało miejsce w Betlejem. Pasterze znaleźli dziecko owinięte w pieluszki. Anioł nic nie mówi o jakimś nadzwyczajnym wyglądzie dziecka, o aureoli wokół główki niemowlęcia czy o królewskich szatkach. Po prostu dziecko, jak innych tysiące (!), a jednak, gdy je zobaczyli zrozumieli. Wracali napełnieni radością, chwaląc Boga i opowiadając o przyjściu Mesjasza.


My, w naszym współczesnym Betlejem - w kościele, do którego podążymy na Pasterkę, na ołtarzu znajdziemy tylko chleb. Zwykły chleb. Czy nasze serca zrozumieją znak?, czy przyjmą Wcieloną Prawdę i będą o niej świadczyć w codzienności nawet za cenę cierpienia?

s. Anna Czajkowska



***********************



W KRĘGU WIECZNOŚCI



CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH



Bł. Stanisław Papczyński


Ojciec Stanisława Papczyński założył pierwszy polski zakon męski - Zgromadzenie Księży Marianów. Niedawno, bo 16 września bieżącego roku w Licheniu, został wyniesiony na ołtarze.


Urodził się w 17 maja 1631 roku jako jedno z wielu dzieci Tomasza i Zofii z domu Tacikowskiej. Rodzice nadali mu imię Jan. Imię Stanisław otrzymał po wstąpieniu do zakonu pijarów. Wiele lat modlił się i apostołował jako pijar. W 1670 roku opuścił ten zakon i w kilka lat później stanął na czele nowego zakonu, zaszczepiając swoim braciom troskę o losy dusz czyśćcowych.*


Nabożeństwo za zmarłych zrodziło się w sercu o. Papczyńskiego przede wszystkim pod wpływem osobistych mistycznych przeżyć. Przyczyniła się do tego również sytuacja społeczno-polityczna w Polsce XVII w. Nieustanne wojny sprawiały, że śmierć zbierała obfite plony. Przy okazji wojen szerzyły się także epidemie, a więc mnóstwo ludzi - najprawdopodobniej nie przygotowanych na spotkanie z Bogiem - odchodziło z tego świata. Szczególne ożywienie nabożeństwa za zmarłych nastąpiło u Stanisława wiosną 1675 roku, kiedy znalazł się jako kapelan w obozie wojska polskiego walczącego pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego z Turkami na Ukrainie. Ginęło wielu żołnierzy. Podobno wtedy na Ukrainie ukazało mu się wielu zmarłych i prosiło o wstawiennictwo u Boga.


Znamienne wydarzenie miło też miejsce w Luboczy w posiadłości Karskich, gdzie był gościem pana Karskiego z okazji rocznicy śmierci jego rodziców. Po nabożeństwie w kościele parafialnym, przed rozpoczęciem posiłku, o. Papczyński wpadł w ekstazę, podczas której, jak później wyznał, dane mu było widzieć męki dusz czyśćcowych.


Gdy po upływie pewnego czasu powrócił do siebie, wstał od stołu i bez słowa skierował się do wyjścia. Napotkał jednak trudność, bo przy stole siedziało bardzo dużo zaproszonych gości. Wówczas przeszedł po suto zastawionym stole, nie dotykając niczego nogami ani habitem. W jednej chwili znalazł się w drzwiach jadalni i pośpiesznie udał się do swoich współbraci w klasztorze.


Zaskoczonym jego niespodziewanym powrotem domownikom powiedział z wielkim wzruszeniem: „Bracia, błagam was, módlcie się za zmarłych, bo nieznośne męki cierpią!”. Potem zamknął się na kilka dni w celi. Nie przyjmował żadnych posiłków, ale modlił się nieustannie za zmarłych cierpiących w czyśćcu. Potem bardzo często w swoich napomnieniach kierowanych do Marianów, jak i w kazaniach wygłaszanych do ludu, jak najusilniej i ze łzami w oczach prosił o niesienie pomocy zmarłym.


Współbracia o. Papczyńskiego oraz jego znajomi byli przekonani, że ilekroć wpadał w ekstazę, zawsze miewał wizje czyśćca, a nawet doznawał cierpień dusz czyśćcowych. Prosił wtedy: „O Boże nieskończonego Miłosierdzia, przymnóż mi cierpień, a im racz zmniejszyć karę”. Dlatego wiedziony ogromną troską o ich jak najrychlejsze oczyszczenie wszystkie swoje choroby, bóle, prace, prześladowania, których wiele doświadczał, posty, umartwienia i wszelkie inne dzieła pobożne składał Bogu w ofierze za zmarłych przez ręce najłaskawszej Matki i najlitościwszej Protektorki Dusz Czyśćcowych.


Jedną z wizji czyśćca miał w klasztorze Filipinów w Studziennie przy sanktuarium Matki Bożej, gdzie przełożonym zakonu był spowiednik o. Stanisława. Po spowiedzi i Mszy św. udał się do celi zakonnej. Poczuł nagle, że traci zupełnie siły i zmysły. Widząc niezmierne cierpienia zmarłych poczuł, że Maryja wraz z nimi prosi Wszechmogącego Boga, aby Stanisław wrócił do pełni życia dla wspomagania dusz czyśćcowych. Mieszkańcy klasztoru, widząc go w takim stanie myśleli, że umarł. Jednak ojciec spowiednik zapewnił ich, że Papczyński na pewno żyje. I rzeczywiście żył, bo zaraz po odzyskaniu sił udał się do kościoła i dla rzeszy wiernych wygłosił długie kazanie o potrzebie niesie-nia pomocy zmarłym cierpiącym w czyśćcu. Potem powrócił do swojego klasztoru i nakazał braciom odmawiać codziennie brewiarz i różaniec za zmarłych oraz ofiarować za nich wszelkie zasługi, posty i umartwienia.


Bł. Stanisław Papczyński, gorliwy przyjaciel dusz czyśćcowych, zmarł 17 września 1701r., więc na beatyfikację czekał aż 306 lat.

s. Anna Pękowska



JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?


Modlitwa Pańska wg św. Mechtyldy


Ojcze nasz, któryś jest w niebie!

Ojcze nasz, proszę Cię racz wybaczyć duszom w czyśćcu cierpiącym, że Ciebie najlepszego Ojca, któryś je przyjął za dzieci swoje, one w swoim ziemskim życiu nie kochały, ani należnej czci Tobie nie oddawały. Przebacz im, że przez swoje grzeszne upodobania często Cię ze swego serca wyrzucały, gdy Ty pragnąłeś zawsze w nich mieszkać. Na spłacenie ich winy ofiaruję Ci Ojcze, miłość i cześć jaką ukochany Syn Twój a Pan nasz Jezus Chrystus, żyjąc na ziemi Tobie oddawał. Ofiaruję Ci także wszystkie Jego zasługi, prosząc byś zgładził nimi wszystkie grzechy dusz czyśćcowych. Amen.


Święć się Imię Twoje!

Ojcze, proszę Cię wybacz duszom w czyśćcu cierpiącym, że Twego najświętszego Imienia godnie nie szanowały i często nadaremnie używały. Jako zadośćuczynienie tego grzechu, ofiaruję Ci najdoskonalszą cześć Syna Twego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, z jaką On żyjąc na ziemi, Twoje Imię wysławiał. Ofiaruję Ci także wszystkie Jego czyny, przez które było zawsze wielbione święte Imię Twoje. Amen.


Przyjdź Królestwo Twoje!

Ojcze, proszę Cię racz wybaczyć duszom w czyśćcu cierpiącym, że Ciebie i Królestwa Twego w swoim ziemskim życiu nigdy całym sercem nie pragnęły. Przebacz im, że Twego prawdziwego odpoczynku i wiecznej chwały Królestwa, nigdy gorliwie nie szukały. Za to ich duchowe lenistwo i opieszałość w czynieniu dobra, ofiaruję Ci gorliwą miłość Twojego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, jaką otaczał On nas w swoim ziemskim życiu, aby uczynić nas współdziedzicami Twego Królestwa. Amen.


Bądź wola Twoja jak w niebie, tak i na ziemi!

Ojcze, proszę Cię wybacz zmarłym cierpiącym w czyśćcu, że w swoim ziemskim życiu, Twoje woli nie pragnęły, ani nie szukały. Przebacz, że nawet znając ją, nie wypełniały, ani nie przedkładały jej nad swoje ziemskie upodobania. Jako zadośćuczynienie tego ich nieposłuszeństwa, ofiaruję Ci, gorące pragnienia Serca Twego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, którego ziemskim pokarmem było jak najdoskonalsze wypełnienie Twojej świętej woli. Ofiaruję Ci Jego posłuszeństwo aż do śmierci i to śmierci na krzyżu. Amen.


Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!

Ojcze, proszę Cię racz wybaczyć zmarłym cierpiącym w czyśćcu, że w swoim ziemskim życiu chleba naszego powszedniego należycie nie szanowały i z biednymi nie dzieliły. Proszę Cię przebacz im, że nie zabiegały przede wszystkim o prawdziwy chleb z nieba, którym jest najświętsze Ciało i Krew Twojego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Wybacz też, że tak rzadko i bez należnej czci oraz duchowego pożytku przyjmowały. Jako zadośćuczynienie tej duchowej oziębłości, ofiaruję Ci niewymowną miłość naszego Zbawiciela z jaką On ten Najświętszy pokarm nam podczas Ostatniej Wieczerzy zostawił. Amen.


Odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom!

Ojcze, proszę Cię racz odpuścić zmarłym cierpiącym w czyśćcu, wszystkie grzechy jakich się w swoim ziemskim życiu przeciw miłości bliźniego dopuszczały. Przebacz im szczególnie zatwardziałość serca, wrogość i nienawiść przeciw nieprzyjaciołom swoim, wybacz, że ich ani nie miłowały, ani z całego serca win im nie odpuszczały. Za ten brak miłości ofiaruję Ci niezgłębioną miłość Syna Twego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ofiaruję Ci w szczególny sposób Jego modlitwę, którą w godzinę konania na krzyżu za nieprzyjaciół swoich do Ciebie zanosił. Amen.


Nie dozwól, abyśmy ulegli pokusie!

Ojcze, proszę Cię przebacz zmarłym cierpiącym w czyśćcu, że w swoim ziemskim życiu pokus ciała, szatana i świata, mężnym sercem nie odpierały. Przebacz im, że się lekkomyślnie na zgubne wpływy narażały, a nawet wobec innych były przyczyną zgorszeń i złego przykładu. Za te ich nieprawości ofiaruję Ci zasługi chwalebnego zwycięstwa Twego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, które odniósł On nad ciałem, szatanem i światem. Ofiaruje Ci całe Jego święte życie, okrutną mękę i śmierć, którą niewinnie poniósł dla naszego zbawienia. Amen.


Zbaw nas od złego!

Ojcze, proszę Cię przebacz zmarłym cierpiącym w czyśćcu wszystkie ich grzechy i nieprawości, wybaw z mąk czyśćcowych i pozwól oglądać Twoje chwalebne oblicze w Królestwie Niebieskim, w Królestwie światłości i pokoju, Królestwie radości i szczęścia. Proszę Cię o to przez mękę i śmierć Twojego jedynego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, który pokonał ostatecznie wszelki grzech, szatana i śmierć, a nam otworzył drogę do Twojego Domu. Amen.

***********************


KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC


Za zmarłych alkoholików


***********************




Z LISTóW PRZYJACIóŁ



BELFER


Słuchałam ze swoistym „nerwem” audycji radiowej „Rozmowy niedokończone”, która - niestety - o późnej porze jest realizowana w „Radiu Maryja". - Gdybym mogła się dodzwonić? - Próbowałam dziesiątki razy, ale linia była stale zajęta. Nie rezygnowałam. - A może teraz - westchnęłam zbyt głośno, bo moja mama aż zajrzała przez uchylone drzwi, myśląc, że do niej mówię. Byłam wreszcie na linii...


Chciałam zabrać głos - usłyszałam swoje drżące z emocji słowa - w sprawie poruszanej w audycji, czyli na temat nauczycieli, a konkretnie naszego belfra z j. polskiego - wyrzuciłam z siebie jednym tchem. - Proszę bardzo - powitał mnie ojciec Robert, prowadzący audycję, tym razem z Suwałk. - Jak masz na imię i skąd telefonujesz? Przedstawiłam się może zbyt pośpiesznie, ale już nie byłam aż tak zdenerwowana, jak w pierwszym momencie...


- Chciałam powiedzieć, że nie jest prawdą, a przede wszystkim nie można uogólniać, że wszyscy nauczyciele są źli, a takie wrażenie odniosłam, wysłuchując uwag zgłaszających się dotychczas osób... Chcę właśnie na przykładzie naszego belfra z j. polskiego powiedzieć, że... to wspaniały belfer, że to byłoby niesprawiedliwe, gdybym publicznie nie zabrała głosu. Może komuś trudn o uwierzyć, ale to jest przede wszystkim prawdziwy człowiek. On jest prawdziwy! Tak samo postępuje i w szkole i wszędzie. Po prostu jest wiarygodny, autentyczny. Uczy nas nie tylko j. polskiego, ale przede wszystkim ż y c i a… Na pewno czasem p. Profesor się zdenerwuje, ale przecież jest człowiekiem; naprawdę super człowiekiem... Na chwilę przerwałam... i w tym miejscu o. Robert powiedział:


- Piękne jest to, co mówisz, ale może podaj jakiś konkretny przykład, na czym polega to „super" u twego polonisty...


Nie czekając długo zaczęłam relacjonować jedno z ostatnich wydarzeń w naszej klasie. Omawialiśmy wiersze Wisławy Szymborskiej. Jacek wyraźnie nie tolerował tematu. Siedział z głową podpartą na obu rękach i... kto wie, czy nie przysypiał... Nasz „Belfer" - bo takie ma przezwisko nasz polonista - z zaangażowaniem docierał do głębi poezji, którą przed chwilą odczytał. I wtedy Jacek zupełnie niespodziewanie podniósł rękę. Na znak, że może mówić, stwierdził: - Panie Profesorze, ja już nie wyrabiam z tym wszystkim, ja mam tego wszystkiego dość: Pan nam tu wciska piękno poezji jakiejś tam kolejnej Noblistki, a życie jest brutalne, co nam z tego, że...


Jacek mówił chyba z pięć minut. Mówił jednym tchem. W klasie panowała bezwzględna cisza. Patrzyliśmy niepewnie na „Belfra", co będzie dalej, bo Jacek był wyjątkowo podpadnięty. „Belfer" powoli usiadł... Jacek też.


- No cóż, - rozpoczął nauczyciel - pewnie masz swoje powody, dla których w sposób niekonwencjonalny zareagowałeś na to piękno, które jest. Bo widzisz, tobie jest wygodnie być takim zbuntowanym. Tak, nie rób zdziwionej miny. Tobie jest po prostu wygodnie, bo buntujesz się, nie próbując nawet zadać sobie tyle trudu, żeby podać przyczynę tego buntu. Nie pofatygowałeś się, żeby przynajmniej poznać jeden werset tej poezji, która nie jest fikcją ani czczym marzeniem, ale jest... życiem...


Jacek wstał. Był również zdziwiony, jak my wszyscy. „Belfer" powiedział mu prawdę. Powiedział w oczy to, co myśli, i to sprawiło, że Jacek po raz pierwszy w życiu, a znam go 10 lat, po raz pierwszy powiedział: Panie Profesorze, przepraszam... ja naprawdę przepraszam, nie chciałem pana zranić… W klasie cisza była jeszcze bardziej cicha niż to możliwe... ale coś nas wszystkich ściskało w gardle, bo... Jacek był prawdziwy, bez szpanu...


- Dziękuję za ten przykład - usłyszałam głos z radia. A ja... zastanawiałam się, czy ktokolwiek pojął, o co mi chodziło, czy zrozumieli, czy się poznali na naszym „Belfrze". To Jemu zadedykowałam swój wiersz, który miałam recytować z okazji Dnia Nauczyciela:


Nauczycielu Dobry...

Nauczycielu Prawdomówny

Nasz codzienny Nauczycielu...

Przez codzienność niepewną

jak każda tęsknota...

Tę wdzięczność przyjmij od nas,

co młodością śpiewa

i chociaż nieporadną

na pewno prawdziwą -

chcemy ogarnąć Ciebie

i Bogu powierzać,

aby ów zasiew trudny,

który Twym udziałem

dawał owoc dojrzały

naszych dni dorosłych, w których

i cząstka Twojej duszy się pomieści...

To dlatego... jesteś tak nam potrzebny...


Nauczycielu Dobry...

Nauczycielu Prawdomówny...

Nasz codzienny Nauczycielu,

wytrwały i wierny

zatroskany bardziej o nasze jutro

niż o swoje dziś

uparty w wymaganiach i czuły

- za naszymi plecami,

aby widać nie było serca na dłoni,

gorętszego od miłości...


Nauczycielu Dobry...

Nauczycielu Prawdomówny...

Nasz codzienny Nauczycielu...

Z oczami zgadującymi każdą myśl naszą

trudniejszą niż życie...


Nauczycielu... wędrujący wraz z nami

szkolnymi ścieżkami radości i zmęczenia.


Katarzyna Borkowska



***********************



Z ŻYCIA SIóSTR I MDPC



W SKRóCIE



Rekolekcje dla MDPC w Lutczy k. Rzeszowa

W dniach 18-26 lipca 2007 roku w Lutczy, chociaż początkowo - jak co roku - mieliśmy się spotkać w Korczowiskach, odbyły się rekolekcje dla młodzieży żeńskiej i męskiej na temat „Nie lękaj się… Ja jestem”, które prowadzili: O. Adam Michalski OFMCap oraz s. Anna Cz. i s. Anna P. Było trochę zamieszania i niepokoju w związku z nagłą zmianą miejsca, ale na szczęście dzięki życzliwości dobrych ludzi udało się wszystko zorganizować na czas.


Szczególnie serdeczne Bóg zapłać kierujemy do Pani Anny Dzika z Rzeszowa - animatorki grupy Apostolskiego Dzieła Pomocy dla Czyśćca, która poświęciła wiele czasu, żeby pomóc w znalezieniu szkoły oraz do Dyrektora szkoły w Lutczy Pana Henryka Książka, który tę szkołę udostępnił dla naszej grupy rekolekcyjnej. Ponadto serdeczne podziękowania kierujemy do wszystkich osób, które złożyły ofiary pieniężne oraz w inny sposób zaangażowały się w zorganizowanie naszego pobytu w Lutczy. Dobroczyńców otaczamy naszą dziękczynną modlitwą oraz każdego miesiąca zamawiamy Mszę świętą, aby sam Pan Bóg był im nagrodą.


W rekolekcjach wzięło udział 26 osób z różnych stron Polski. Trzeba przyznać, że szkolne warunki wcale nie przeszkodziły w tworzeniu dobrej atmosfery. Szkoła posiada wiele atutów: dużą kuchnię i jadalnię; przestronne hole, które służyły jako sala spotkań oraz oratorium; salę gimnastyczną, w której w wolnym czasie można było pograć w siatkę albo w kosza, a wieczorami urządzić salę kinową.


Na Eucharystię i adorację chodziliśmy do zabytkowego kościoła drewnianego, dzięki czemu każdego dnia mieliśmy także możliwość podziwiania pięknych widoków Pogórza Dynowskiego.

W drugiej części rekolekcji wyruszyliśmy trochę w teren. Jednego dnia na miejsce, gdzie w czasie wojny rozstrzelano kilkunastu mieszkańców wsi, a następnego do Kalwarii Pacławskiej. Wracając z Kalwarii zwiedziliśmy także arboretum w Bolestraszycach i park zamkowy w Krasiczynie. Na poprzednich stronach kwartalnika zamieściliśmy więcej zdjęć z wakacyjnych rekolekcji MDPC.



28 VII - 6 VIII 2007: piesza pielgrzymka do Częstochowy

W tym roku siostry Anna Cz. i Magda wyruszyły na pielgrzymi szlak do Matki Bożej Częstochowskiej z Biechowa k. Wrześni. Przewodnikiem 70 osobowej grupy pątników - głównie młodzieży - był o. Marcin paulin wspierany przez swego współbrata diakona Adama. Siostry wygłosiły kilku katechez o Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek i charyzmacie wspomagania zmarłych, a ponadto miały okazję nieść pomoc nie tylko duszom czyśćcowym, ale i cierpiącym na ziemi, opatrując obolałe stopy pielgrzymów.


16 sierpnia w Sulejówku zmarła w wieku 89 lat s. Helena Donata Czyżewska. Polecamy ją Waszej modlitewnej pamięci.


Nowe opracowanie o odpustach

We wrześniu tego roku nakładem Edycji Paulińskiej została wydana książka Jak pomagać duszom czyśćcowym? Odpusty. Jest to uzupełniona i poszerzona wersja broszury, którą kilka lat wcześniej opracowałyśmy dla Młodzieżowego Dzieła. Podobnie jak poprzednie pozycje z tej serii książkę o odpustach można nabyć bezpośrednio w Wydawnictwie - w katolickich księgarniach internetowych albo zamówić w naszym Zgromadzeniu, pisząc do Sulejówka na adres MDPC.


Ważne daty:


4 X - święto św. Franciszka z Asyżu uroczyście obchodzi cały zakon franciszkański, a więc i Siostry Wspomożycielki


13 X - święto bł. Honorata Koźmińskiego Założyciela naszej rodziny zakonnej


2 XI - Dzień Zaduszny - święto tytularne Zgromadzenia


10 XI - święto Opieki Matki Bożej - 118 rocznica powstania Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych oraz 8 rocznica powstania Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca


16 XII - rocznica śmierci bł. Honorata Koźmińskiego, w uroczystych obchodach tego dnia w Nowym Mieście nad Pilicą wezmą udział Bracia Kapucyni, przedstawicielki zgromadzeń honorackich oraz miejscowi wierni


Nadzwyczajna Kapituła Generalna

Odbędzie się w Sulejówku w dniach 23-24 XI 2007r. Powodem, dla którego została zwołana Kapituła jest sprawa odrodzenia drugiego członu Zgromadzenia, czyli Sióstr Zjednoczonych (zob. artykuł Wracając do żródeł... ). Będziemy bardzo wdzięczne jeżeli Młodzieżowe Dzieło wesprze nasze rozeznawanie swoją modlitwa i ofiarą.


Rekolekcje rocznicowe MDPC

Kolejną (VIII) rocznicę zaistnienia Młodzieżowego Dzieła będziemy świętować w czasie rekolekcji w Sulejówku w dniach 27-31 XII, więc serdecznie zapraszamy Przyjaciół z MDPC – i nie tylko - do licznego uczestnictwa:)



NASZ SPOSóB ŻYCIA



Wracając do źródeł... Siostry Zjednoczone - cd.


Założyciel naszego Zgromadzenia bł. Honorat Koźmiński był głęboko przekonany, że Bóg jako dawca powołania do życia całkowicie poświęconemu Jemu dla zbawienia innych, kieruje to zaproszenie do konkretnej osoby, a także wskazuje konkretne zgromadzenie z jego celem i duchem. Zadaniem człowieka jest przyjęcie tej wyjątkowej łaski w całkowitej wolności i współpraca z nią. Ma on jednak bardziej liczyć na Boga niż na swoje siły i możliwości. Rozeznając dar powołania w sercach wielu osób O. Honorat przypominał, że Jezus od swoich naśladowców wymagał przede wszystkim gotowości i miłości. Dlatego nie powinny się dziwić, jeżeli na ich drodze pojawią się różne próby i doświadczenia. One oczyszczą ten dar, utwierdzą w nim a także wypróbują jakość miłości osoby powołanej.


Zdaniem Ojca Założyciela szczególnym celem zakładanych przez niego Zgromadzeń ukrytych jest: „rozbudzić wszędzie królestwo Bożej miłości, pracować nad podniesieniem i uświęceniem ludzkości we wszystkich klasach i wzajemnych stosunkach (dziś byśmy powiedzieli - we wszystkich środowiskach społecznych i zawodach), by wprowadzić w całym świecie życie chrześcijańskie, a nawet więcej, by cały świat zapalić Bożą miłością, uświęcając go i przemieniając według słów Zbawiciela: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię, i czegóż chcę - tylko, aby zapłonął (Łk 12,49).


Jak było napisane w poprzednim artykule - powołanie do zakonnego życia ukrytego mogło być realizowane w trzech kręgach przynależności: siostry życia wspólnego, siostry zjednoczone i siostry stowarzyszone. Rozeznając powołanie O. Honorat widział jasno, że wiele osób pragnie żyć dla Boga, ale ma dużo przeszkód utrudniających podjęcie życia wspólnego np. stan zdrowia, obowiązek opieki nad kimś z rodziny, lub coś innego, co predysponuje daną osobę do większego zaangażowania w sprawy ludzi tego świata, aby „przykładem i słowem pozyskiwać innych dla Boga”.


Bł. Honorat dbał bardzo o to, by nie zmarnować żadnej łaski powołania - darmo danej przecież przez Boga, a którą nazywał „łaską ponad wszystkie łaski (…) wyjątkową i szczególną”. Jednakże łaskę tę należy dobrze skonkretyzować i umieścić w celu i misji danego zgromadzenia, aby ciągle się nie wahać i nie wystawiać Boga na próbę. Do jednej z wahających się kandydatek pisał: „Zapewniam cię, w Imię Pana Jezusa, że masz prawdziwe powołanie i wyłącznie do tego zgromadzenia. (…) Bóg cię wybrał na kamień węgielny swojej sprawy”.


Gdy dziś w naszej zakonnej rodzinie sióstr wspomożycielek modlimy się i zastanawiamy nad odrodzeniem sióstr zjednoczonych, sięgamy do źródeł ich obecności i konkretnego wkładu w realizację charyzmatu naszego Zgromadzenia. W początkowym okresie istnienia Zgromadzenia (do 1908 r.) większość sióstr stanowiły właśnie zjednoczone żyjące w swoich domach i realizujące misję wspomagania dusz czyśćcowych we własnych środowiskach życia i pracy. Siostry zjednoczone naszego Zgromadzenia dzięki przychylności biskupa wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego przetrwały aż do okresu powojennego na dawnych Kresach Wschodnich Polski na terenie dzisiejszego Grodna, Wileńszczyzny oraz Łotwy. Ostatnia z sióstr zjednoczonych zmarła w Krasławiu w 1988r.


Jak podają Ustawy naszego Zgromadzenia z 1906r. Siostry zjednoczone pozostawały pod kierunkiem duchowym sióstr życia wspólnego, odbywały we wspólnocie rekolekcje, kapituły win, brały pozwolenia i tu składały swoją profesję zakonną. Jedna ze starszych sióstr znająca dobrze siostry zjednoczone wspomina, że pozostawały one zawsze w serdecznych stosunkach ze wspólnotami sióstr wspomożycielek. Współdziałały w realizacji zadań i charyzmatu naszej rodziny zakonnej, niekiedy razem pracowały.


Na przykład podczas II wojny światowej w Wilnie razem z siostrami życia wspólnego współdziałały w niesieniu pomocy ofiarom wojny. Zaopatrywały siostry ze zgromadzeń habitowych w odzież cywilną, aby mogły uniknąć aresztowań, spieszyły z pomocą uwięzionym, szczególnie zakonnikom i księżom, zanosząc im paczki żywnościowe, a także ciepłą odzież oraz pielęgnowały rannych. To one głównie spełniały to zwyczajne, ciche apostolstwo domowe i środowiskowe, aby skuteczniej wpływać na ten świat zachowując w nim ducha wiary i prawdziwej pobożności na czym tak bardzo zależało naszemu Założycielowi.

W dniach 23-24 listopada zbierze się Kapituła Zgromadzenia, w celu rozeznania woli Bożej odnośnie odrodzenia sióstr Zjednoczonych. Ponownie prosimy Członków Dzieła i Czytelników o modlitwę.

s. Irena Złotkowska



POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM WSPOMOŻYCIELKĄ



Jezus mnie zapraszał… Dałam Mu odpowiedź


Pochodzę z Łotwy, z drugiego co do wielkości miasta w tym kraju - Daugavpils. Pisząc to świadectwo zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie tak dawno żyłam w świecie, szukałam sensu życia, szukałam odpowiedzi na pytanie - co to jest miłość? Niektóre przyjaciółki zapraszały mnie do dyskoteki, mówiły - poznasz coś nowego, a przecież chodziło im o zwyczajną, chwilową przyjemność - o chłopaków, alkohol, papierosy, narkotyki. W głębi serca nie mogłam zgodzić się na taki styl życia, w środku coś mi mówiło, że to nie jest miłość, której pragnę i której szukam. Spotykając się z nimi widziałam w ich oczach smutek, niezadowolenie, nie były szczęśliwe w tym co robią i jak spędzają czas.


We mnie rosła ogromna pustka, poczucie samotności, ale jednocześnie tęsknota za miłością prawdziwą. Zostawałam sam na sam z tą pustką, nie mogłam z nikim podzielić się tym, co przeżywam, bo innych to nie interesowało. Zaczęłam po prostu dłużej zostawać w kościele. Po Mszy św. zostawałam sama i pytałam Boga - co ma znaczyć to, co przeżywam, jak mam rozumieć to, co czuję w sercu? Zaczęłam częściej chodzić na adorację Najświętszego Sakramentu. Patrzyłam na monstrancję i trwałam w ciszy bez słów. Po pewnym czasie zauważyłam, że w moim sercu zaczęło coś się zmieniać. Wychodziłam z kościoła bardziej spokojna, radosna. Czekałam na następną adorację, aby trwać w obecności Kogoś, kto mnie bardzo kocha i chce, abym była szczęśliwa.


W wakacje tato pozwolił mnie i mojej siostrze pójść w pielgrzymce do Aglony (to jest na Łotwie takie Sanktuarium Maryjne jak w Polsce Częstochowa). Pielgrzymka trwała pięć dni. Ja szłam z intencją poznania - co mam czynić dalej jak skończę szkołę średnią. W tej pielgrzymce szły także siostry bezhabitowe. Uderzyła mnie ich prostota i radość, czułam, że są one szczęśliwe. Jedna z sióstr głosiła w czasie drogi konferencje o miłości Boga do człowieka. Uderzyły mnie bardzo jej słowa, że „Bóg objawia się człowiekowi w cichym powiewie wiatru…”. Słowa te były dla mnie jak promień Bożej miłości, poczułam wielką radość i ciepło w sercu, chciało mi się płakać ze szczęścia . Pierwszy raz w życiu odczułam takie dotknięcie Boga Jego słowem. Zdałam sobie sprawę, że już niczego i nikogo tak mocno nie pragnę jak Boga.


Po powrocie z pielgrzymki dalej chodziłam do szkoły, prowadziłam zwyczajne życie. Napisałam jednak list do Sióstr Wspomożycielek, bo to one szły w pielgrzymce. Dostałam pierwszy list z broszurką - „Wiele jest dróg, ale jedna twoja”. Dalej zastanawiałam się nad swoim życiem, nie chciałam jednak zgubić miłości, którą spotkałam. Poszłam na rekolekcje do sióstr, które zorganizowały na Łotwie, później wyjechałam na rekolekcje do Polski. Wewnętrznie słyszałam - nie bój się iść tą drogą.


Potem Pan Jezus przygotował mi jeszcze wiele niespodzianek. Okazało się, że na praktyki ze szkoły wysyłają nas do Niemiec. Trudno mi było wejść tam w pracę, ale czułam, że Jezus jest przy mnie. Nadal kontaktowałam się listownie z siostrami. W jednym z listów poruszyły mnie takie słowa - „Pan Jezus czeka na Ciebie, nie zamykaj serca na Jego wołanie”. Wtedy pomyślałam, a może Jezus zaprasza mnie do szczególnej dla Niego służby. Z Niemiec wracałam przez Polskę. Zatrzymałam się na kilka dni w Sulejówku. Dużo się modliłam, czułam, że Jezus mnie zaprasza. Dałam Mu odpowiedź, że chcę zostać razem z Nim. Powiedziałam o tym siostrom i pojechałam do domu na Łotwę.


Powiedziałam mamie, że chcę zostać siostrą zakonną. Mama nie chciała tego słuchać. Płacząc mówiła, że nie mogę jej samej zostawić, tym bardziej, że zmarł mój tato. Tylko moja siostra wstawiała się za mną mówiąc: jak to nie będzie jej droga to powróci do nas szybko. Rozstanie było smutne, jechałam bez wsparcia mojej rodziny, ale zawierzyłam Bogu moją drogę i moje życie.


Niedawno złożyłam pierwsze Śluby. Doświadczam jak bardzo kocha mnie Bóg i jak mnie prowadzi. Jestem wdzięczna, że On mnie powołał, że mogę być Jego Oblubienicą. Cieszę się, że mogę Go uwielbiać przez codzienną modlitwę i pracę, i że mogę pomagać duszom czyśćcowym, które On chce mieć w swoim Królestwie Niebieskim. Bóg obdarował mnie także wspólnotą, wieloma siostrami, On wypełnił pustkę mego serca i odnalazłam to czego szukałam.

s. Jelena



ŚLADAMI ŚW. FRANCISZKA Z ASYŻU – PATRONA MDPC



To jest to, czego chcę


Franciszek już zrozumiał, że ma być jeszcze bardziej ubogi, więc natychmiast porzucił strój pustelniczy, ubrał się w suknię z szorstkiego sukna i przepasał zwykłym sznurkiem, zdjął sandały i według wskazań Ewangelii, nie używając odtąd laski ani nie nosząc ze sobą torby, wyruszył głosić pokutę, czyli wzywać ludzi do chrześcijańskiego sposobu życia.


Głosząc kazania nie karcił i nie groził nikomu piekłem, ale głosił pokój, który stał się jego udziałem, gdy opuścił wszystkie dobra materialne i poszedł za Jezusem: „Niech Pan obdarzy was pokojem” - tak pozdrawiał swoich słuchaczy. Jego serce wypełniała radość. Słowo Boże jak lampa rozjaśniało jego drogę (por. Ps 119, 105).


Nie miał nic, był żebrakiem, jego jedynym skarbem była ogromna miłość do Miłości - do Boga. Dlatego mógł wołać: „Deus meus et omnia!” - „Bóg mój i wszystko!”. W Bogu cały świat należał do niego - każde stworzenie mówiło mu o miłości i dobroci Boga, więc uwielbiał Stwórcę, nazywając wszystko bratem lub siostrą. Jeżeli doświadczał smutku w głębi duszy, jeżeli płakał, to tylko z tego powodu, że dostrzegał jak bardzo „Miłość nie jest kochana!” przez ludzi. Dlatego też - jak piszą biografowie - „zachęcał wszystkich, by kochali i bali się Boga, a także by pokutowali za grzechy”.


Franciszek został pochwycony przez ubogiego Chrystusa i już nie wyobrażał sobie życia innego jak tylko to, które zostało mu wskazane przez Jego słowo. Taki też sposób życia przekazał swoim braciom. W Regule franciszkańskiej czytamy: „Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowywaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa przez życie w posłuszeństwie, bez własności i w czystości”.


Franciszek nie chciał zakładać żadnego zakonu, chciał tylko służyć Panu. Jednak przykładem radykalnego życia Ewangelią pociągnął ku Chrystusowi wielu młodych ludzi. Ruch franciszkański szybko rozprzestrzenił się w różne strony świata, przyczyniając się do duchowej odnowy Kościoła.


Każdy człowiek słyszący Chrystusowe wezwanie „Pójdź za Mną” jest zapraszany przez Jezusa do odbudowy Kościoła w jego duchowym wymiarze. Przykład Biedaczyny z Asyżu pokazuje nam jak bardzo wiele dobra można uczynić tylko przez to, że podejmie się swoje życiowe powołanie. Wystarczy, że zechcemy być otwarci i dyspozycyjni, a sama miłość Boża będzie czyniła z nas swoje narzędzie i będzie przemieniała świat przez miłość naszych serc i przez dobre czyny naszych rąk.

WDC

***********************