Życie Wieczne
Rok 9/Nr 2/36/kwiecień-czerwiec/2008
*****************************
Kwartalnik formacyjny „Życie Wieczne” przeznaczony
jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków Młodzieżowego Dzieła
Pomocy dla Czyśćca oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem
Zgromadzenia.
Prenumerata
za ofiarą dobrowolną.
Redakcja: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska,
s. Anna Pękowska
Adres
Redakcji:
„Życie
Wieczne”
ul.
Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek,
tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430;
e-mail: mdpcanna@wp.pl
*****************************
W TYM NUMERZE:
DO PRZYJACIÓŁ
Zaproszenie na
rekolekcje
Najważniejsza jest miłość: Miłość
życzliwości
O cnotach zapomnianych: Wrażliwość
BLIŻEJ BOGA
Mi - Rel… powiedz o decyzjach…
Wiara jak dom na skale: Wiara naturalna i
religijna
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
Ruach
Miłość
pragnie ciebie…
W KRĘGU WIECZNOŚCI
Czyściec w doświadczeniu świętych: bł.
Katarzyna Emmerich
Jak pomagać duszom czyśćcowym? Lęk,
strach, wiedza, wiara
Kwartalna intencja modlitewna MDPC
Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ
GOŚĆ w dom...
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
W skrócie
Zaproszenie na Jubileusz 25-lecia ADPC
Nasz sposób życia: Przez ręce Maryi
Pośredniczki Łask
Świadectwo
powołania: Miałam wewnętrzną pewność...
Droga
ku Bogu z św. Franciszkiem : Słowo Boże
*****************************
DO PRZYJACIÓŁ
ZAPRASZAMY NA REKOLEKCJE
dla młodzieży żeńskiej
* 1-4 V 2008 SULEJÓWEK
Temat: Życie, jak cię nie zmarnować?
** 9-13 VII 2008 SULEJÓWEK
dla młodzieży żeńskiej i
męskiej
14-24 VII 2008 LUTCZA k. Rzeszowa
Adresy:
Sulejówek
k. Warszawy, ul. Poprzeczna 1 (dom Sióstr Wspomożycielek)
Lutcza
k. Rzeszowa, Zespół Szkół Nr 1
Dojazd:
- do Sulejówka - pociągiem
podmiejskim (Koleje Mazowieckie lub SKM) z Warszawy Wsch. w kierunku Siedlce,
Mińsk Maz., Sulejówek Miłosna.
-
do Lutczy - autobusem PKS z Rzeszowa (z Warszawy też jest bezpośrednie
połączenie)
Rozpoczęcie: godz. 17.00; zakończenie: ok. 10 rano.
Opłata - ofiara dobrowolna (szczegóły pod poniżej podanym
adresem).
Weź
ze sobą: Pismo św., różaniec,
notatnik, śpiwór (do Lutczy, materac lub karimatę oraz miskę do mycia i płaszcz
od deszczu), buty na zmianę, instrument muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać).
Zaproś swoich znajomych - będzie Ci raźniej:))
Dokładne informacje i
zgłoszenia:
s. Anna Czajkowska
ul. Poprzeczna 1, 05-070
Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08 lub kom. 0/ 698.230.430
gg: 7479325; e-mail: mdpcanna@wp.pl
NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ...
Kochającym się należy się niebo.
Gdy się kochacie,
będziecie już na tej ziemi je
mieć.
Miłość jest jak słońce.
Przynosi światło i barwę.
Wszystko kwitnie i rozwija się.
Kiedy słońce zachodzi,
cienie stają się coraz dłuższe.
Bez słońca jest ponuro i zimno.
Komu brakuje miłości,
temu brakuje wszystkiego.
Miłość to cel życia.
Kto żyje dla czegoś innego,
ten będzie zawsze oszukanym.
Jedynym kluczem,
który otwiera drzwi raju,
jest miłość.
P. Bosmans, F. Werner
Miłość życzliwości
„Ludzi
nie wolno kochać tak, jak smakosze lubią na przykład karpie” - przestrzega św.
Augustyn. O ile w miłości pożądliwej okazujemy się właśnie „miłośnikami karpi”, czyli cieszymy się istnieniem
drugiego człowieka ze względu na siebie (ponieważ go potrzebujemy, bo pragniemy
jego czułości i bliskości, dzięki niemu czujemy się szczęśliwi itp.), o tyle w
miłości życzliwości pojawia się radość ze względu na samo dobro osoby ukochanej
(ponieważ chcemy, aby to ona była szczęśliwa, aby spotkało ją to, co najlepsze,
chcemy jej istnienia dla niej samej, a nie dla siebie).
Miłość
życzliwości - amor benevolentiae - czyli bezinteresowne pragnienie dobra
kochanego człowieka ze względu na niego samego, rodzi się jako owoc wychowanej,
ubogaconej i uszlachetnionej dobrem miłości pożądliwej - nie jest jej
zaprzeczeniem, ale jest jej rozwinięciem, wyrażającym się w afirmacji ukochanej
osoby, w pełnej zgodzie na jej duchowe i fizyczne istnienie. Afirmacja ta
wyraża się w znanym nam już stwierdzeniu: „Dobrze, że jesteś!”, formułowanym
wobec drugiego człowieka, bez chęci czerpania z faktu jego istnienia
jakichkolwiek korzyści.
Dla
jasności trzeba przypomnieć, że miłość życzliwości jest czymś, czego
doświadczamy od innych oraz tym, co z naszej strony powinno być darem dla osoby
umiłowanej. Ponadto bezinteresowne zabieganie o dobro dla drugiego nie zawsze
musi wypływać z żarliwej miłości. Może istnieć życzliwość bez miłości, ale
miłość pozbawiona życzliwości nie byłaby prawdziwą miłością. Życzliwość jest
takim etapem rozwoju relacji miłości, który pozwala nam wznieść się jakby ponad
to, co i tak de facto przyjdzie jako nagroda za miłość, czyli całe
związane z nią bogactwo dóbr duchowych, łącznie z radością płynącą z samego
miłowania. W danym momencie nasza świadomość nie skupia się na nagrodzie, lecz
na szczęściu ukochanej osoby.
Josef
Pieper, analizując fenomen miłości w różnych jego przejawach, zaznacza jednak,
że w sensie ścisłym do takiej miłości zdolny jest tylko Pan Bóg. On naprawdę
kocha nas za nic. W człowieku zawsze tkwi choćby odrobina interesowności i
błędem byłoby tego nie brać pod uwagę. Wprawdzie mówimy, że kochamy
bezinteresownie, ale z drugiej strony podświadomie spodziewamy się choćby np.
oznak wdzięczności czy wzajemności. W każdym z nas gdzieś głęboko zakodowane
jest też pragnienie bycia kochanym za coś. Jesteśmy szczęśliwi, gdy druga osoba
dostrzega w nas to, co godne jest umiłowania. Clive Staples Lewis w książce Cztery
miłości stwierdza wprost, że „Chcemy być kochani za naszą mądrość,
piękność, szlachetność, uczciwość, wdzięk, użyteczność”. Według tegoż autora
niezasłużona miłość jest czymś, czego potrzebujemy, ale nie jest tym rodzajem
miłości, której pragniemy, której oczekujemy od innych.
Chęć
zasłużenia sobie na miłość może być czynnikiem bardzo silnie wspomagającym nasz
rozwój i dojrzewanie do pełni człowieczeństwa. Mądre wymagania stawiane przez
osobę kochaną sprawiają, że podejmujemy się wzmożonej pracy nad sobą. Wartości
przez nią preferowane stają się ważne, mobilizując niejednokrotnie do przełamania przyzwyczajeń czy schematów myślowych.
Więcej, miłość potrafi wykrzesać z nas tyle pozytywnej energii, że niekiedy
jesteśmy zaskoczeni, że w ogóle stać nas na aż tyle. Warto o tym pamiętać i
kochając miłością życzliwą, kochać także miłością wymagającą. Im więcej dobra
zrodzi się pod wpływem miłości zanim wypowiemy w kościele sakramentalne TAK,
tym większe szanse na udany i trwały związek małżeński, a także na szczęśliwe życie rodzinne. Cdn.
s. Anna Czajkowska
O CNOTACH ZAPOMNIANYCH
Wrażliwość
Wrażliwość
jest jednym z najpiękniejszych przymiotów ludzkiej uczuciowości. Polega ona na
dostrzeżeniu piękna w otaczającej nas rzeczywistości, jest dostrzeżeniem Boga,
drugiego człowieka oraz całego świata stworzeń. To dzięki tej cnocie jesteśmy
zdolni do wzajemności, to ona uzdalnia nas do życia dla innego człowieka.
Według
Alessandro Pronzato wrażliwość wymaga uwagi, delikatności, intuicji, taktu,
szacunku. Uważając ją za cechę miłości ów autor pisze: „Trzeba odgadywać czego
drugi człowiek chce ode mnie w danym momencie, w konkretnej sytuacji, starając
się nie narzucać mu tego, co sobie wcześniej obmyśliliśmy”. Można by więc
powiedzieć, że wrażliwość to niechęć sprawiania innym przykrości, to swoiste
wyczucie, co wypada powiedzieć, a czego nie. Taka postawa pozbawia człowieka
„grubej skóry” i czyni go bardziej podatnym na impulsy z zewnątrz.
Kim
jest człowiek wrażliwy? To ktoś nieobojętny i działający z czułością, ta z
kolei wysubtelnia wrażliwość tak, że serce człowieka nie pozostaje lodowate
lecz ciepłe, wrażliwe na każdy „dotyk”. Być wrażliwym to pozwolić zasnąć
zmęczonemu człowiekowi, zapalić papierosa tam, gdzie nikt nie będzie musiał
kaszleć od dymu, odłożyć na chwilę komórkę, by ktoś kto jest obok mógł zadać
nam pytanie.
Widzimy,
że wrażliwość jest przeciwieństwem niewrażliwości, która proponowałaby pominąć
drugiego człowieka, jego potrzeby, zlekceważyć go, przekreślić lub postąpić
tak, jakby nie istniał. W cnocie, którą zgłębiamy nie ma też miejsca na
nadwrażliwość, która byłaby raczej skupieniem się na sobie, odnoszeniem do
siebie wszelkiej krytyki i uwag.
Aby
rozpocząć pracę nad uwrażliwieniem serca, trzeba zacząć od patrzenia na
wszystko ciągle nowym wzrokiem, patrzenia, tak jakby się spoglądało pierwszy
raz. Dopiero po pewnym czasie przekonamy się, że „najlepiej widzi się tylko
sercem” (A. de Saint-Exupery).
Wrażliwość
naturalna to bardziej wyostrzone zmysły: wzroku, słuchu, smaku, dotyku.
Wrażliwość duchowa, to silniejsze odczuwanie duchowymi zmysłami. Postępować
drogą tej cnoty, to lepiej widzieć Boga, Jego miłującą obecność i łaskę, to
wzruszyć się do głębi losem drugiego człowieka, to być otwartym i słuchać głosu
własnego sumienia i serca. Bez tej duchowej wrażliwości nikt z nas nie
odczuwałby potrzeby modlitwy za zmarłych, nikt z nas nie miałby pragnienia
włączenia się do grona Przyjaciół, tworzących MDPC.
Ewangeliczny
przykład serca wrażliwego na Boga i drugiego człowieka znajdujemy w osobie
Maryi. Wrażliwość wsparta czystością serca pozwoliła Jej usłyszeć zwiastowanie
Anioła. Dzięki temu, że potrafiła widzieć działanie Boga w swojej duszy, mogła
zaśpiewać z radością: „Wielbi dusza moja Pana” (1,46). Otwarta na potrzeby bliskich pośpieszyła na
pomoc Elżbiecie, wrażliwa na wszelki
niedostatek zwróciła się do Jezusa: „Nie mają już wina” (J 2,3). Jako Matka
współcierpiała z Synem w chwili Jego konania na krzyżu. Jest Ona najlepszą
Mistrzynią cnoty wrażliwości dla każdego i każdej z nas.
Każdy
młody człowiek, poszukujący sensu swojego życia, zaproszony jest przez Pana
Boga do zachwytu tajemnicą własnego istnienia. Tylko ci, którzy zobaczą, że
zostali obdarowani będą mogli z siebie dawać życie innym. Co to znaczy
zrozumieli ci, którzy nie pozostali obojętni na natchnienia Ducha św., na znaki
jakie dawał im Bóg, którzy nie przeszli bez zatrzymania się nad otwartą raną
boku Chrystusa. Taka wrażliwość wypływająca z wiary jest w stanie doprowadzić
człowieka do pełni szczęścia, choć po drodze nie braknie kolców, przeciwnego
wiatru i słonych łez.
Być
wrażliwym to kochać z nadzieją, że po burzy wzejdzie słońce; to przyjąć śmierć
i życie wtedy, kiedy przychodzą, a sprawdzianem naszej cnoty niech będą
słowa, które przed laty napisał Antoine
de Saint-Exupery: „kto jest wrażliwy na śmierć, ten będzie wrażliwy na życie”.
s. Anna Pękowska
*****************************
BLIŻEJ BOGA
MI-REL… POWIEDZ O DECYZJACH
Życie jest przede mną, Panie, jak
pociągający owoc, ale życie często wywołuje we mnie lęk, bo żeby zerwać owoce,
trzeba wyjść z domu i wyruszyć w drogę...
Iść. Wciąż iść, a droga zakręca i zawraca
bez końca, nie widać co jest dalej…
Tak, boje się, Panie, mam odwagę
to przyznać i mam odwagę Ci o tym powiedzieć. Ale jeśli zamykam dziś oczy, to
nie dlatego, żebym nie chciał widzieć drogi, która jest przede mną, ale po to,
aby odnaleźć Ciebie, modlić się do
Ciebie, bo pragnę żyć, Panie. Pragnę. I pokładam w Tobie ufność...
Panie, pomóż mi, bym szedł, nie
pragnąc wiedzieć, co za każdym zakrętem droga dla mnie szykuje, bym szedł nie z
głową w chmurach, ale z nogami na ziemi i z dłonią w Twojej dłoni...
Michel Quoist, Drogi modlitwy
„We
wszystkim, co czynisz wybieraj najpierw to, co jest najważniejsze, a dopiero
potem całą resztę. W przeciwnym razie zabierzesz się do rozwiązywania
pierwszego z brzegu problemu tylko dlatego, że nie zadałeś sobie trudu
zastanowienia się ad wyborem.
Mówisz
że zależy ci na tym, aby inni cię cenili, że pragnąłbyś grać na gitarze,
nauczyć się nowych rzeczy i zdobyć dyplom. Wszystko to, czego tak bardzo
pragniesz, jest dobre i piękne. Warto to zdobyć. Weź jednak pod uwagę pierwszy
krok i to, co po nim następuje. A potem, jeśli uznasz, że jest to dla ciebie
korzystne, przyłóż się do dalszej pracy. Dopiero wtedy, kiedy weźmiesz wszystko
pod uwagę, będziesz mógł odnieść we wszystkim sukces, a później będzie ci o
wiele łatwiej zająć się wszystkim, czego pragniesz. Jeśli nie uda ci się tak
postępować, zaczniesz się zachowywać jak dziecko, któremu jednego dnia wydaje
się, że jest piłkarzem, drugiego, że jest piosenkarzem, trzeciego, że chce grać
na gitarze, a tak naprawdę nie może nauczyć się niczego. Niczego też nie jest w
stanie pokochać swoją duszą.
W
ten sam sposób zachowują się osoby, które słuchając jakiegoś filozofa czy
wsłuchując się w kogoś, kto mówi w piękny sposób, pragną natychmiast stać się
mówcami tak samo wspaniałymi.
Jeśli
chcesz nauczyć się dokonywać uważnych wyborów:
-
kontroluj swoje intuicje i koncentruj się jedynie na tych, które naprawdę masz
szansę urzeczywistnić;
-
kontroluj bieg rzeczy: nikt nie jest w stanie odkryć nowych lądów siedząc
wygodnie w swoim domu. Pozostaw swoje
miejsce; wstrząśnij twoimi myślami; nagrodą za to może być odkrycie nowych
możliwości, które pomogą ci urzeczywistnić pragnienia;
-
pogłębiaj swoją świadomość: rozmawiaj o interesujących cię rzeczach z kimś, od
kogo możesz się czegoś nauczyć;
-
oceniaj otwierające się przed tobą możliwości, biorąc również pod uwagę
korzyści czy straty; kontroluj zawsze swoje motywacje;
-
wybieraj.
Życie
jest ryzykiem. Każdy wybór pociąga za sobą jakąś dozę niepewności. Bierz zawsze
pod uwagę fakt, że każda decyzja może spowodować nieprzewidziany obrót.
Pamiętaj:
nie możesz dopuścić do tego, aby obawa przed nieznaną przyszłością
sparaliżowała twój wybór”.
(Mi-Rel to nieznany prorok z anonimowej
książki „Powrót Proroka” przetłumaczonej
z języka włoskiego. Mi-Rel oznacza Miłość
i Relację (z wł. Am-Rel = Amore - Relazione). Prorok nie jest ani Europejczykiem, ani
Afrykańczykiem, ani Hindusem. Książka kończy się pytaniem: „A Tobie jak się
wydaje, kim jest?”)
WIARA, JAK DOM NA SKALE
Wiara naturalna i religijna
Słowo
wierzę bardzo często przewija się w naszych rozmowach z innymi ludźmi i
- jak twierdzi Josef Pieper - nie zawsze jest ono używane we właściwym
znaczeniu. Niejednokrotnie moglibyśmy je zastąpić innymi słowami czy zwrotami
takimi jak: mniemam że tak właśnie jest, domyślam się, wydaje
się, przypuszczam, to jest prawdopodobne. Jeżeli taka zamiana
jest możliwa to znaczy, że nie mamy do czynienia z rzeczywistością wiary, gdyż
słowo wiara - użyte we właściwym znaczeniu - nie da się zastąpić żadnym innym.
Dla jasności posłużmy się przykładem chrześcijańskich prawd wiary.
Jeżeli człowiek wyznaje: wierzę, że jest jeden Bóg, nie można bez
wyraźnej zmiany sensu wyznania w miejsce słowa wierzę wpisać np. mniemam.
Wiara oznacza rzeczywistą aprobatę bez zastrzeżeń oraz bezwarunkowe uznanie
za prawdę, a więc nie może być czyimś mniemaniem, domysłem. Św. Tomasz z Akwinu
zapewnia, że „do samego pojęcia wiary należy, że człowiek jest pewny tego, w co
wierzy”.
Zapewne
nie jeden raz słyszeliśmy stwierdzenie, że każdy człowiek jest wierzący i w
odniesieniu do szerokiego rozumienia wiary jako wiary jest ono prawdziwe.
Pierwsze akty wiary stają się udziałem człowieka, gdy zaczyna się uczyć -
przecież wiedzę i umiejętności zdobywamy dzięki innym ludziom, a więc wierzymy,
że to, co nam przekazują jest prawdą, choć nie mamy możliwości tego sprawdzić
(np. aksjomaty, abstrakty). Jest to naturalny proces służący ludzkiemu
rozwojowi. Bez wiary nie byłby on możliwy. Mamy naturalną skłonność wierzenia
innym ludziom w odniesieniu do większości naszych codziennych spraw. Pierwszym
więc rodzajem wiary w życiu każdego z nas jest wiara naturalna - oparta na
autorytecie np. rodzica, nauczyciela, wychowawcy, rówieśnika, przyjaciela. Bez
tej wiary nie byłoby możliwe życie w ludzkiej społeczności. Nie umielibyśmy
nawiązać trwałych relacji z innymi ludźmi. Musielibyśmy ograniczyć się tylko do
działań instynktownych, zachowawczych.
Jeżeli
jednak potrafimy wierzyć w coś i wierzyć komuś, to w miarę dalszego poznawania
prawdy o świecie usłyszymy w końcu i o Bogu, który objawia się człowiekowi
przez ludzi, przez ich słowa i czyny. Ufając przekazowi autorytetów religijnych
dochodzimy do wiary religijnej.
Karol
Maisner w swojej książce Czy ty wierzysz? zwraca uwagę na bardzo istotną
różnicę między wiarą naturalną i wiarą religijną. Pierwsza nie zobowiązuje nas
do konkretnej postawy moralnej. Przyjęcie za prawdziwe np. wzorów
matematycznych nie obliguje do przemiany życia, jedynie wzbogaca intelekt. Druga
natomiast powinna wiązać się z konkretną życiową przemianą. Uznanie Dekalogu
czy Kazania na Górze za normę postępowania powinno pozostawić wyraźny
ślad w sposobie życia.
Maisner
pisze, że najbardziej niebezpieczną „formą laicyzacji jest stan, w którym człowiek
ma przeświadczenie, że wierzy, a życie jego nie różni się od życia
niewierzących. Życie religijne wyraża się wówczas wyłącznie w wierności pewnemu
zespołowi praktyk religijnych, hierarchia wartości jednak dotycząca życia i
kształtująca konkretne wybory nie ma związku z deklarowaną wiarą”.
Nie
wystarczy więc chodzić do kościoła, żeby być człowiekiem wiary, i nie wystarczy
posiadać wiedzę o Bogu, trzeba jeszcze ku temu Bogu kierować swoje życie i
zgodnie z Jego przykazaniami podążać przez codzienność. Wskaźnikami stanu
naszej wiary są np. poglądy na człowieka w ogóle, na życie, na jego sens i
wartość, na sprawy seksualne. Nie można służyć Bogu i mamonie jednocześnie.
W Encyklopedii chrześcijaństwa czytamy, że
„Rzeczownik wiara i czasownik wierzyć są dwoma wyrazami, za
pomocą których człowiek religijny wyraża swoją ogólną postawę w odniesieniu do
bóstwa. Ten, kto ma wiarę, kto wierzy, nie ogranicza się do rozumowego
przyjęcia rzeczywistości Bytu wyższego, ale powierza się Mu w postawie ufnego
oddania, oddaje Mu swoje życie, i to ma swój determinujący wpływ na sposób
odnoszenia się do świata, do ludzi, i na podejście do ciężkich prób, których
życie nie szczędzi nikomu. Wiara rozumiana w szerokim i ogólnym sensie jest
sposobem bycia, życia i kochania, typowym dla osoby religijnej”. Cdn.
s. Katarzyna WDC
*****************************
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
11 V - ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO
Ruach
W
imię Ojca i Syna i... Ducha Świętego… Właśnie…, w imię Ducha Świętego, przecież
tak mało o Nim wiemy, wielu z nas kojarzy Go z mądrością…, a przecież to tylko
jedna z wielu Jego własności.
Wokół
rzymsko-katolickich parafii, zawiązują się coraz częściej wspólnoty
charyzmatyczne... Ale czy my wiemy, Kim lub czym jest Duch Święty?
Odpowiedź
na temat Jego osoby znajdziemy w Piśmie świętym, ale nadal jest nam obcy, i
mało znany, pokazywany przez wielkich twórców jako biała gołębica, fruwająca
nad głową Boga.
Jego
moc i osoba działa w naszym życiu bardzo intensywnie, zsyła nam swoje dary,
jest dla nas pomocą, ratunkiem i światłem... Jest zawsze obecny. Oświeca nas i
przychodzi zawsze, gdy tylko tego pragniemy, gdy Go potrzebujemy.
Teraz,
kiedy piszę ten artykuł do naszego kwartalnika Życie Wieczne, czuję Jego
obecność, delikatny powiew na policzkach, jakbym siedział na łące, gdzie
powiewa spokojny wiatr, kołyszący źdźbła trawy, czuję się taki spokojny,
bezpieczny, modlę się i piszę. Zastanawiam się nad Jego osobą.
Osobą?!
Dlaczego piszę osobą, jeżeli mówimy na Niego duch, to przecież nie osoba.
Jednak to, że Duch Święty jest osobą, jest wyraźnie powiedziane w wielu
miejscach Pisma Świętego, również w Dziejach Apostolskich (5, 3-4). W tych
wersetach św. Piotr stawia czoło Ananiaszowi i zapytuje go, czemu skłamał
Duchowi Świętemu. Mówi mu również, że „nie ludziom skłamał, ale Bogu”. Te słowa
to stwierdzenie, że kłamstwo przeciwko Duchowi Świętemu jest kłamstwem
przeciwko Bogu.
Możemy
również mieć pewność, że Duch Święty jest Bogiem, ponieważ posiada cechy
charakterystyczne dla Boga. Na przykład Psalmista podkreśla fakt, że Duch
Święty jest wszechobecny: „Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę
od Twego oblicza? Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w
Szeolu położę” (139, 7-8). A św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian
również mówi o wszechobecności Ducha Świętego: „Nam zaś objawił to Bóg przez
Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (2:10).
Duch
Święty sprawia w nas nowe narodzenie, które jest warunkiem wejścia do Królestwa
Bożego, czyli do nowego życia w Bogu, w jedności z Bogiem. Chrystus mówi do
Nikodema: „zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: jeśli się ktoś nie narodzi
powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (J 3:3; por. J 1:12.13). Duch
Święty jest sprawcą nowego życia, jakiegoś początku, jakiegoś decydującego
zwrotu w nas i to Pismo Święte nazywa nowymi narodzinami. Duch Święty jest więc
absolutnie konieczny do tego, abyśmy się na nowo narodzili, abyśmy rozpoczęli
nowe życie.
Ta
„Biała Gołębica” nie przynosi nam nowych treści, nowej prawdy w stosunku do
tej, którą przyniósł nam Chrystus, ale prawdę tę, jak gdyby umieszcza w naszym
wnętrzu, bez Ducha Świętego cała ta treść pozostałaby jak gdyby na zewnątrz
nas. Dlatego Jezus, zapowiadając Jego zesłanie mówił: „Gdy zaś przyjdzie On,
Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale
powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy
chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi” (J 16, 13-14).
Tak
więc to On wzbudza w nas wiarę, bez której słowo Chrystusa nie stałoby się dla
nas słowem Bożym - Słowem, które możemy przyjąć bez jakiejkolwiek wątpliwości.
Tylko w Duchu Świętym możemy przyjąć Chrystusową naukę jako prawdę. Nie
wystarczy do tego zwyczajna inteligencja, wiedza, rozum, dobra pamięć, bo - jak
mówi Psalmista: „w Twej światłości oglądamy światłość” (Ps 36, 10). Musimy mieć
w sobie wewnętrzne światło Ducha Świętego, abyśmy mogli poznać Chrystusa jako
światłość, abyśmy mogli poznać tę światłość, którą Chrystus przekazuje nam
przez swoje Słowo i przez swoje życie. A więc od strony treści Duch Święty nie
przynosi nic nowego w stosunku do tego, co przyniósł Chrystus, ale .
Tymi
krótkimi, słowami tym razem dzięki kwartalnikowi Życie Wieczne starałem
się narysować wam, nasi drodzy Czytelnicy mały obraz, tym razem nie farbami czy
ołówkiem, ale klawiaturą z literami, bo żaden obraz, żaden film nie pozwoli wam
przeżyć tego co, Duch Święty chce przekazać od Boga, dla nas, dla Ciebie.
Nic
do człowieka nie trafia tak, jak kartki papieru, film w telewizji przeleci,
obraz wyblaknie, a papier z tymi słowami pozostanie ci na długie chwile, nie
tylko na półce ale i w sercu.
Mariusz Kuciak
22 V – UROCZYSTOŚĆ
NAJŚWIĘTSZEGO CIAŁA I KRWI CHRYSTUSA
Miłość pragnie
ciebie...
„Jezus
Chrystus jest żebrakiem miłości w Najświętszym Sakramencie. Zebrał tam
wszystkie tajemnice swej miłości, aby tym skuteczniej do wzajemnej miłości
pobudzić, a tymczasem zamiast owej miłości odbiera zapomnienie, niewdzięczność,
a nawet świętokradztwa i zniewagi” - pisał wiele lat temu bł. Honorat
Koźmiński. Tak też jest do dziś… Bóg, który „oczekuje” na człowieczą miłość,
otrzymuje najczęściej nasz grzech.
Pewnie
każdy z nas zastanawia się skąd to się bierze, dlaczego taka jest nasza
odpowiedź, dlaczego pojawia się grzech, którego przecież tak naprawdę nie chcemy?
Otóż
grzech rodzi się w nas samych, w naszym sercu. Bo to, co grzeszne to łatwiejsze
i bardziej przyjemne. Bóg do ciebie mówi „oto stoję u drzwi i kołaczę” (Ap
3,20). To prawda, Bóg stoi u drzwi naszego serca, stoi i kołacze, czeka aż
uprzątniesz Jego dom, a potem Go tam wpuścisz i na stałe „zameldujesz”. Jeśli
pozwolisz Mu na to, aby mógł się przeprowadzić do nowego domu, to zapewne
pomoże ci w wiosennych porządkach.
Kiedykolwiek
zapraszasz Boga do swojego serca On do ciebie przyjdzie. Przychodzi po cichu i
zawsze niezawodnie. Z nieskończoną miłością do człowieka i mocą uzdrowienia
ran, które sam (a) zadałeś (aś), albo ktoś zadał je tobie. Uleczy cię bez
antybiotyków, bez bandaży. Jemu nie potrzebna żadna farmakologia, ani
nowoczesna medycyna. Bogu potrzebny jesteś ty - człowiek - i twoja zgoda, aby
mógł cię nakarmić swoim Ciałem i napoić swoją Krwią, aby mógł cię uleczyć i
wzmocnić.
Jezus
jest w stanie uwolnić nas z naszych słabości, z naszych grzechów, bo przecież
On jest Bogiem. „Niech się nie trwoży serce wasze” (J, 14) - czytamy w Piśmie
świętym - „choćby wasze grzechy były jak purpura, nad śnieg wybieleją” (Iz
1,18).
Bóg
daje nam Siebie, przynosząc swoje światło, aby rozproszyć ciemność zamieszkałą
w naszym sercu i przemienić w światłość wszelkie wątpliwości związane z wiarą.
Przychodzi z łaską, by dotknąć twojego serca i podarować ci twoje życie na
nowo. Życie człowieka wyzwolonego z więzów zła. On pragnie ściągnąć nam kajdany
z rąk, bo potrzebuje naszych dłoni do czynienia dobra w świecie. Chce poszerzyć
nasze serca, żeby w nich przytulić każdego, kto cierpi z powodu braku
miłości...
Nie
szkodzi, że jesteś niezmiennie słabym i upadającym człowiekiem. Bóg cię zna
doskonale od podszewki, wie wszystko o tobie i nawet jeden włos nie spadnie z
twojej głowy bez Jego wiedzy. Zna On wszystkie nasze problemy, zmartwienia. Nie
ma nic w naszym w życiu, co by nie było zauważone, co by nie było dla Niego
ważne. Dlatego przez wszystkie lata naszego życia puka do naszych serc i podąża
krok w krok za nami jako prawdziwy, kochający Ojciec. Zna na wylot każdą naszą
wadę, ale też dostrzega każde najmniejsze dobro, na które się otworzyliśmy, o
które zawalczyliśmy w swojej
codzienności i takimi nas kocha, i pragnie naszego szczęścia… Kocha, bo
jesteśmy jego dziećmi.
„Wielu
ludzi - twierdził Sokrates - przez całe życie poszukuje właściwej drogi do
szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili,
gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni
podążać”. Obowiązkiem chrześcijanina jest walczyć o to, aby stawać się coraz
lepszym, coraz podobniejszym do Boga, na obraz którego zostaliśmy stworzeni. Dlatego
dla Niego nie ma znaczenia jak bardzo się oddaliłeś, jak często zapominasz o
tym, że masz być dobrym. Bóg szuka cię nieustannie. Popatrz na krzyż, na
przebite włócznią serce i na liczne rany na Jego ciele - w tym Najświętszym
Ciele, w tych ranach, w tej Najdroższej Krwi jest nasze zdrowie, jest nasze
szczęście.
Wyjdź
mu naprzeciw i pojednaj się z Nim, w tym czasie wielkanocnej radości wysprzątaj
dom i zaproś Miłość do siebie kolejny raz, bo Ona pragnie ciebie…, bo „Miłość -
zapewnia św. Leon Wielki - to droga, którą Chrystus do nas zstąpił, oto też
droga, po której my do Niego wstępować możemy”.
Mariusz Kuciak
*****************************
W KRĘGU WIECZNOŚCI
CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH
bł. Anna Katarzyna Emmerich
„Tej
nocy mój Anioł Stróż zaprowadził mnie do czyśćca. Straszne to miejsce!
Widziałam dusze pogrążone w ciemnościach. Były one zgromadzone razem, ale nie
miały ze sobą żadnego kontaktu (...) Chodziłam od jednej do drugiej i starałam
się je pocieszyć. I nieustannie modliłam się za nie”. Cytat pochodzi z książki Cuda
Boże w świętych duszach czyśćcowych autorstwa
o. Stanisława M. Kałdona OP i dotyczy przeżyć niemieckiej mistyczki Anny
Katarzyny Emmerich.
Urodziła
się 8 września 1774 roku w wiosce Flamschen w Westfalii jako piąte z
dziewięciorga dzieci ubogich rolników. Chociaż nie cieszyła się najlepszym
zdrowiem od najmłodszych lat pomagała w polu, w pracach domowych, opiekowała
się młodszym rodzeństwem. Uchodziła za osobę cichą o wesołym usposobieniu i nadzwyczajnej
inteligencji.
W
1802 roku wstąpiła do klasztoru augustianek, gdzie stała się powszechnie znana
jako stygmatyczka i wizjonerka. Zmarła 9 lutego 1824r. w klasztorze w Dülmen w
wieku 50 lat. Natomiast 3 października 2004 roku papież Jan Paweł II dołączył
ją do grona błogosławionych. Błogosławiona doświadczyła wiele mistycznych wizji
dotyczących m. in. Męki Pańskiej, które spisał zaprzyjaźniony z Katarzyną Klemens Brentano - poeta, pisarz
i sławny konwertyta.
Objawienie
czyśćca przytoczone wyżej miało miejsce cztery lata przed śmiercią Katarzyny.
Była to noc drugiego listopada w czasie której błogosławiona widziała dusze
cierpiące straszne zimno, stojące pośrodku ognia, odczuwające wielkie pragnienie
i takie, które odczuwały wszystkie te cierpienia jednocześnie. Podczas modlitwy
za te dusze - a były tam również dusze jej znajomych - mogła widzieć jak wiele
z nich jest uwalnianych od tej kary. Tak pisze o nich: „Z niewymowną radością
ulatywały one do miejsca lżejszych kar, a dusze, które już tam przebywały,
przyjmowały je radośnie. Miejsce to przypominało obszerny ogród, w którym rosły
drzewa, owoce i kwiaty. Wszystko to jednak było bez blasku, bez życia. Nie
widziałam tam nieba i gwiazd, bo zasłaniała je roślinność, która tworzyła
sklepienie z zieleni. Otaczało mnie zewsząd mnóstwo dusz”.
Anna
Katarzyna Emmerich codziennie modliła się za dusze cierpiące w czyśćcu,
nakładała na siebie różne pokuty, ofiarowała za nie posty, umartwienia i dobre
uczynki. Nie mogła zrozumieć dlaczego ludzie są tak nieczuli i obojętni na
cierpienia tych dusz. Mówiła nieraz: „ To niedobrze, że ludzie tak szybko
zapominają o zmarłych, że tak mało ich wspierają. Te biedne dusze nie są w
stanie same sobie pomóc. Tylko my możemy im tę pomoc ofiarować – cierpiąc za
nie, zwyciężając nasze namiętności, ćwicząc się w pokorze i przebaczeniu,
cierpliwie znosząc wady innych ludzi. Tę naszą pomoc można przyrównać do
szklanki chłodnej wody, którą podajemy umierającemu z pragnienia”.
Ponadto
Błogosławiona była przekonana, że cierpienie dusz polega na tęsknocie za Bogiem
i pragnieniu posiadania Najwyższego Dobra. Wiedziała, że dusze te mogą pomagać
ludziom, gdyż sama doświadczała na sobie ich wdzięczności. Aby skuteczniej
pomóc zmarłym dotykała swe ciało różnymi umartwieniami: modliła się w nocy,
klęcząc na śniegu, albo na ostrych kamykach, biczowała się pokrzywami, aby
pokuta połączona z modlitwą stała się skuteczniejszym sposobem wstawiennictwa
za cierpiącymi duszami. W ten sposób wybawiła z czyśćca wiele dusz, za co były
jej tak głęboko wdzięczne.
Siostra
Anna Katarzyna zawsze czuła wielką litość dla biednych dusz i dlatego modliła
się za nie nieustannie. Sama tak komentuje widzenie dusz na cmentarzu: „Czułam,
że proszono mnie o ratunek jaki może przynieść moja modlitwa, post i jałmużna”.
Pod
wpływem mistycznych przeżyć Anna Emmerich zrozumiała istotę i ogrom cierpienia
dusz czyśćcowych, a także poznała jak ważne jest niesienie im pomocy.
Zachęceni
przykładem Błogosławionej otwórzmy hojnie nasze serca na zmarłych, którzy po
tamtej stronie życia boleśnie tęsknią za oglądaniem Bożego oblicza w niebie.
Nie muszą to być aż takie umartwienia, jakie czyniła Katarzyna Emmerich. Nawet
krótka modlitwa za zmarłych czy zwykła życzliwość okazana drugiemu człowiekowi,
albo wyrzeczenie się czegoś godziwego w ich intencji są skuteczną pomocą.
Dzięki tym drobnym uczynkom miłości dusze czyśćcowe będą mogły wcześniej
cieszyć się pełnią szczęścia i wypraszać łaski dla nas żyjących na ziemi.
s. Anna Pękowska
JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?
Lęk, strach, wiedza, wiara…
W naszym myśleniu o zmarłych często
pojawia się lęk, a niekiedy nawet strach. Boimy się nawet swoich bliskich
zmarłych. Czasami zdarza się, że „straszą nas” także pomieszczenia i sprzęty,
których zmarły używał za życia. Jest problem, kto np. zamieszka w pokoju po
babci, albo kto będzie spał na tapczanie
po tacie…
Dlaczego tak się dzieje? Powodów może
być wiele. Zacznijmy od tych najbardziej osobistych, jak np. brak głębszych
więzi z osobą, która odeszła. Dobrze wiemy, że prawdziwa miłość usuwa lęk. Jeżeli
szczerze kogoś kochaliśmy, to brak ukochanej osoby będzie raczej wywoływał
bolesną tęsknotę za nią, niż strach. Niektórzy, po stracie kogoś bliskiego,
pragną choćby jeszcze tylko raz go zobaczyć, albo żeby przynajmniej się
przyśnił i nawet modlą się do Pana Boga o tę łaskę. Jeżeli jednak ktoś był nam
obcy za życia i źle się czuliśmy w jego towarzystwie, to tym bardziej będzie
obcy po śmierci, a myśl o tym, że niezależnie od naszej woli zmarły może
przebywać blisko nas powoduje lęk.
Inną przyczyną obaw przed zmarłymi
mogą być niezbyt dobre relacje z tymi osobami w czasie ich ziemskiego życia.
Boimy się wówczas, zemsty z ich strony. Teraz, gdy są niewidzialni, a - w
naszym mniemaniu - mający możliwość obserwowania nas oraz ingerowania w naszą
rzeczywistość, czujemy się bardzo niepewni, zagrożeni i bezbronni zarazem.
Każdy niezidentyfikowany odgłos w domu, niespodziewany hałas, dźwięk telefonu
dzwoniącego w środku nocy kojarzony jest od razu ze zmarłymi, budząc wielkie
przerażenie.
Zdarza się też, że czasami u osób
dorosłych i głęboko wierzących występuje zupełnie irracjonalny, paraliżujący
strach przed zmarłymi. Mimo, że trudno znaleźć konkretny powód lęku, to na
pewno on istnieje. Możliwe, że coś wydarzyło się na tyle dawno, że zatarło się
w pamięci, a jednak odcisnęło trwały ślad w emocjach. Może ktoś był straszony w
dzieciństwie cmentarzem albo może przymuszony, żeby stać przy otwartej trumnie
z ciałem, albo też nakłoniony siłą do pocałowania zmarłego na pożegnanie...
itp.
Bardzo duży wpływ na lęk przed
zmarłymi mogą mieć potoczne opinie, mniemania i wyobrażenia o śmierci, o
zmarłych i o życiu po śmierci budowane głównie pod wpływem ludowych opowieści,
literatury i filmów (tzw. horrorów). Wyobraźnia autorów książek czy scenariuszy
filmowych zdaje się nie mieć granic, aby tylko wywołać u czytelnika lub widza
zamierzony efekt dreszczyku emocjonalnego. Niestety, rozczytując się w tego
typu literaturze lub oglądając horrory z „duchami” w roli głównej, nieświadomie
tworzymy sobie obraz niewidzialnego świata daleko odbiegający od tego, który
ukazywany jest w nauczaniu Kościoła katolickiego. Zmarli przedstawiani są jako
potępieńcy albo upiorne istoty zagrażające naszemu życiu, nawiedzające i
demolujące domy itp. Nic więc dziwnego, że się ich boimy.
Oczywiście możliwe jest, żeby zmarli
ukazywali się żyjącym, prosząc o pomoc (czasami także w takiej formie, która
może wzbudzać zrozumiały lęk przed niewidzialną rzeczywistością), bo świadczą o
tym chociażby fakty z życia niektórych świętych (np. św. Ojca Pio czy bł.
Stanisława Papczyńskiego). Należy jednak pamiętać, że zmarły pozostaje w
całkowitym władaniu Boga i nie może nas skrzywdzić. Ponadto z chwilą śmierci człowiek nie
przeistacza się w jakiegoś nieokreślonego i złowrogiego ducha. To nadal jest ta
sama osoba, która kiedyś żyła na ziemi, osoba - o konkretnym imieniu i nazwisku
- ukształtowana w jedyny i niepowtarzalny sposób przez historię swojego życia.
Jeżeli okazałoby się, że w jakiś sposób nas niepokoi, to na pewno nie dlatego,
że chce nam zrobić krzywdę, ale prawdopodobnie potrzebuje pomocy i dzięki
Bożemu przyzwoleniu próbuje nam o tym „powiedzieć”.
Zasadniczym powodem ulegania lękom
przed zmarłymi jest jednak niewielka, bądź niewystarczająca, znajomość przekazu
wiary dotyczącego śmierci i wieczności oraz wzajemnych relacji między żyjącymi
i zmarłymi, czyli odnośnie dogmatu o świętych obcowaniu. Gdyby nie szwankowała
wiedza w tym zakresie, nie ulegalibyśmy
tak łatwo ułudzie własnych albo cudzych wyobrażeń o zmarłych.
Wnikliwe poznanie i przyjęcie orędzia
wiary dotyczącego śmierci i życia wiecznego z pewnością zminimalizowałoby nasze
lęki, a niesienie pomocy zmarłym uczyniłoby o wiele gorliwszym i
skuteczniejszym. Warto więc podjąć starania w dotarciu do odpowiednich
opracowań, w których językiem prostym i zrozumiałym przybliżane są te
zagadnienia. Dlaczego do opracowań, a nie do źródeł? Teksty źródłowe mogą
okazać się za trudne, skoro wiele osób pytanych przeze mnie o to, czy wiedzą, o
czym mówi fragment Wyznania wiary: „wierzę w świętych obcowanie”, nie
potrafi nic konkretnego odpowiedzieć, poza pełnym zakłopotania stwierdzeniem: nie
wiem...
s. Anna Czajkowska
*****************************
KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC
Za zmarłych
księży, zakonników i zakonnice
*****************************
Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ
GOŚĆ w dom...
Ryszard
był z siebie dumny. Drzwi podwójne, elegancko wstawione dawały gwarancję
bezpieczeństwa dla całej rodziny. Zresztą cztery zamki i domofon, a do tego
drugie piętro - pozwalały spokojnie spać w nocy i nie obawiać się gości
nieproszonych w ciągu dnia. Z dumą spoglądał na swoje dzieło. Agnieszka kładła
spać bliźniaczki, a Jarek i Zosia sprzątali pobojowisko, które zostało po
zabawie.
Miło
było tak wieczorem popatrzeć na tę kochaną "czeladkę” i na ukochaną żonę.
Miło było i przede wszystkim było bezpiecznie.
Ryszard
ostatnio z niepokojem wsłuchiwał się w relacje o napadach, o wizytach złodziei
sprytnie podszywających się pod elektryków, hydraulików i Bóg jeszcze wie
jakich specjalistów.
-
Co się tak zamyśliłeś? - usłyszał ciepły głos Agnieszki. Mimo, że byli już
ładnych parę lat po ślubie nadal kochał jej głos. Zresztą - był nadal, po
sztubacku wręcz, w niej zakochany. To było cudowne - tym bardziej, że
wzajemność była oczywista.
-
Myślę o nas. O naszej rodzinie, o tym, jak nam jest naprawdę dobrze. Przygarnął
Agnieszkę do siebie i ucałował serdecznie. Mamy za co dziękować Bogu i naszym
najbliższym - szepnęła Agnieszka… Przez chwilę milczeli. Włączony telewizor
„brzęczał” bezmyślnie jakąś dyskusją, więc wyłączyli go pośpiesznie. - Ale to
niesamowite - zauważyła Agnieszka. Popatrz - jeden mały guziczek i… nie mamy
gości w domu. Ryszard z początku nie chwycił, o co jej chodziło i zapytał:
Jakich gości?, ale zaraz potem pojął. Masz rację, to ma sens. Wielki sens. Możemy
wpuścić lub nie szanownych polityków, zacnych dygnitarzy, a także gangsterów,
zabójców, szantażystów… Ryszard wymieniał jeszcze z kilkanaście różnych takich,
co to mogliby nawiedzić ich mieszkanie. Agnieszka z początku zaśmiewała się z
jego pomysłów, ale im bardziej szeroko Ryszard „otwierał” możliwości odwiedzin
telewizyjnych gości, tym mniej jej było do śmiechu.
-
Przestań, proszę. Ryszard przestań - bo zaczynasz mnie przerażać. Oni wszyscy
naprawdę mają wstęp do nas! I to bez żadnego zabezpieczenia mogą do nas
wchodzić. To przerażające. Przecież nasze maluchy mogą ich wpuszczać, kiedy
tylko zechcą, zwłaszcza wtedy, gdy nas nie ma w domu… Agnieszka aż się
zaróżowiła z emocji. Była naprawdę zdenerwowana. - Uspokój się - próbował
rozładować sytuację Ryszard. - No nie trap się aż tak. To od nas zależy kogo tu
„wpuścimy”, a kogo nie… Głaskał ją delikatnie po głowie i tulił do siebie. W
pewnym momencie zaczął się śmiać niemal histerycznie. Agnieszka jeszcze
bardziej przerażona i zdezorientowana patrzyła na męża. Co tobie, Ryszard?
Obudzisz dzieci. Co tobie?!
Ryszard
nie mógł się uspokoić przez dłuższy czas i tylko pokazywał palcem nowe drzwi... A kiedy już mógł wykrztusić słowo powiedział: No i popatrz,
jesteśmy super bezpieczni. Podwójne drzwi, szczelne super zamki, domofon .A tu... przez szklane „okienko” cała banda bezkarnie,
codziennie, za
naszym przyzwoleniem włazi do naszego mieszkania i… robi sobie z nami, z naszymi dziećmi co
tylko chce…
Rany Boskie - westchnął na koniec. Rany Boskie! - co my wyczyniamy. Agnieszka
patrzyła na męża z uwagą i tylko kiwała potwierdzająco. Masz świętą rację ,że też
dopiero dziś zauważyliśmy niebezpieczeństwo tego szklanego okienka. My - to my, ale dzieciaki. One na pewno nie
potrafią zdecydować czy, kto i kiedy ma tędy „wejść” do naszego domu...
Następnego
dnia, kiedy wychodzili do pracy wiedzieli, że nie mogą zostawić niani z dzieciakami
bez uświadomienia, że absolutnie telewizor nie jest do użytku. Tylko oni będą
decydowali o tym, czy dzieci będą oglądać i co będą oglądać...
- Moja mama - zauważyła
niania - mówiła
zawsze: Gość w
dom, Bóg w dom. I mają państwo rację,
że nie chcą bezmyślnie narażać dzieci na takie głupoty. Głowa dziecka to nie śmietnik, do którego
można wszystko wrzucać. Małe dziecko, to przecież taki delikatesik, na który
trzeba bardzo uważać, żeby coś się tam nie stało, nie porysowało, nie popękało…
Agnieszka
wsiadała do samochodu uspokojona.
- Mądra ta
nasza niania, prawda? Ryszard potwierdzająco kiwnął głową. Czuli się teraz
naprawdę bezpiecznie. To od nich zależało, czy powiedzenie: «Gość w dom, Bóg w dom» potwierdzi się w ich codziennym, rodzinnym życiu…
Katarzyna Borkowska
*****************************
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
W SKRÓCIE