Życie Wieczne

Rok 9/Nr 3/37/lipiec-sierpień-wrzesień/2008

Kwartalnik formacyjny "Życie Wieczne przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia.Prenumerata za ofiarą dobrowolną.Redakcja: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska, s. Anna Pękowska

Adres Redakcji:
"Życie Wieczne"
ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek,
tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430;
e-mail: mdpcanna@wp.pl

W tym numerze:

DO PRZYJACIÓŁ

Zaproszenie na rekolekcje
Najważniejsza jest miłość: Miłość przyjaźni
O cnotach zapomnianych: Odwaga
Śpiewam o tym, czym żyję - wywiad z Eleni

BLIŻEJ BOGA

Mi - Rel... powiedz o modlitwie...

BLIŻEJ KOŚCIOŁA

Wakacje, wakacje. Na wszystko jest czas.

W KRĘGU WIECZNOŚCI

Czyściec w doświadczeniu świętych: św. Pio z Petrelciny
Jak pomagać duszom czyśćcowym? Lęk, strach, wiedza, wiara
Kwartalna intencja modlitewna MDPC

Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ

Miłość dla zwykłego lansu...

Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC

W skrócie
Świadectwo powołania: Tchnienie serca...
Droga ku Bogu z św. Franciszkiem : Słowo Boże


*****************************

DO PRZYJACIÓŁ



ZAPRASZAMY NA REKOLEKCJE



dla młodzieży żeńskiej

*21-25 VII 2008 SULEJÓWEK


dla młodzieży żeńskiej i męskiej


09-17 VII 2008 KONIECZKOWA k. Rzeszowa


Adresy:
Sulejówek k. Warszawy, ul. Poprzeczna 1 (dom Sióstr Wspomożycielek)
Konieczkowa k. Rzeszowa, Szkoła

Dojazd:
- do Sulejówka - pociągiem podmiejskim (Koleje Mazowieckie lub SKM) z Warszawy Wsch. w kierunku Siedlce, Mińsk Maz., Sulejówek Miłosna.
- do Konieczkowej - autobusem PKS z Rzeszowa w kier. Gwoźnicy (z Warszawy też jest bezpośrednie połączenie do Niebylca, a stamtąd już do Konieczkowej zawiozę Was naszym busem)

Rozpoczęcie: godz. 17.00; zakończenie: ok. 10 rano.

Opłata - ofiara dobrowolna (szczegóły pod poniżej podanym adresem).

Weź ze sobą: Pismo św., różaniec, notatnik, śpiwór (do Konieczkowej materac lub karimatę oraz miskę do mycia i płaszcz od deszczu), buty na zmianę, instrument muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać). Zaproś swoich znajomych - będzie Ci raźniej:))

Dokładne informacje i zgłoszenia:

s. Anna Czajkowska
ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08 lub kom. 0/ 698.230.430
gg: 7479325; e-mail: mdpcanna@wp.pl <mailto:mdpcanna@wp.pl>




NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ...


Miłość przyjaźni

"Człowiek jest nadzieją dla człowieka (...), żyjąc według Chrystusowego wzoru, stajemy się nadzieją nawzajem dla siebie i próbujemy nadać przyszłości rysy Jezusa Chrystusa - twierdzi papież Benedykt XVI. Kiedy w relacji miłości dwoje ludzi staje się dla siebie nawzajem nadzieją? Najpełniej wtedy, gdy łączy ich prawdziwa przyjaźń. Jednak dla jasności trzeba zaznaczyć, że pisząc tutaj o przyjaźni pragnę podkreślić jej rolę w budowaniu trwałej relacji między dwojgiem ludzi - relacji miłości, której celem jest miłość oblubieńcza. Jest to tylko jeden z aspektów przyjaźni, która oznacza rzeczywistość o wiele bogatszą. Wiemy przecież, że przyjaźń łączy ze sobą ludzi także tej samej płci, przeważnie rówieśników, ale zdarza się też, że przyjaciółmi są osoby w różnym wieku, w różnym stanie: rodzice i dzieci, nauczyciele i uczniowie, itd. W tym artykule chodzi przede wszystkim o ukazanie znaczenia przyjaźni między dwiema osobami, zmierzającymi do zawarcia sakramentu małżeństwa.

Miłość przyjaźni (z gr. filia) - taka, jak ją przedstawia Arystoteles, a za nim wielu innych myślicieli - wymaga spotkania dwóch miłości życzliwych, czyli miłości wobec drugiego człowieka ze względu na niego samego. Filia nie może istnieć bez wzajemności. Ową wzajemną miłością kochamy tego, kto nas kocha, wybieramy tego, kto nas wybiera - kochamy przyjaciela ze względu na niego samego, a przyjaciel nas kocha przede wszystkim ze względu na nas samych.

Wzajemność w miłości przyjaźni ma zasadnicze znaczenie, bez niej przyjaźń nie ma racji bytu. Można prawdziwie kochać kogoś bez wzajemności, ale przyjaźnić się nie można. Miłość przyjaciół to związek dokonujący się przez połączenie dwóch miłości życzliwych. Należy to mocno podkreślić - właśnie miłości życzliwych, w których nie liczy się na żadne korzyści, niczego nie chce się zyskać dla siebie, ale w centrum stoi umiłowana osoba i jej dobro. Dlatego filia jest określana przez Arystotelesa jako najdoskonalsza miłość osobowa, przekraczająca wszystko to, co stanowi egoizm i zamknięcie w sobie. Ponadto przyjaźń to na pewno nie jest poryw emocji czy pożądania, ale świadomy, przejrzysty wybór. Kocham tego oto człowieka, bo jest on moim dobrem i tym, co wybrałam; on kocha mnie z tych samych powodów i oboje o tym wiemy. Ta obopólna świadomość wyboru wyzwala od gorączki namiętności, od chęci zawłaszczenia umiłowanej osoby.

Przyjaźń wymaga dużo czasu i przebywania razem. W tym kontekście łatwiej zrozumieć czemu ma służyć okres narzeczeństwa. Przyszli małżonkowie, jeżeli najpierw nie staną się przyjaciółmi nie stworzą w przyszłości szczęśliwej relacji miłości oblubieńczej. Jednak trzeba przy tym pamiętać, że celem przyjaźni nie może być jakieś wspólne dzieło, którego dwie osoby mają zamiar dokonać. Celem przyjaźni może być jedynie osoba przyjaciela. Dzieło jest tylko owocem przyjaźni. Innymi słowy: celem przyjaźni nie może być udane małżeństwo, ono będzie udane tylko jako skutek doświadczanej przez narzeczonych (a potem także przez małżonków) przyjaźni.

Dlaczego przyjaźń ma tak wielkie znaczenie? Ona sprawia, że między kochającymi się osobami tworzy się płaszczyzna porozumienia we wszystkich aspektach życia. Nie ma spraw, które nie byłyby warte uwagi - wszystko, co dotyczy przyjaciela jest również cząstką mojego życia. Nie ma tematów, których nie można by było podjąć we wspólnej rozmowie. Nie ma problemów, których nie dałoby się rozwiązać wspólnym wysiłkiem. Ponadto cechą charakterystyczną przyjaźni jest wzajemna otwartość i zaufanie, a nawet pewność, że naszym związkiem nie zachwieje utrata zewnętrznej atrakcyjności; nie zniszczy go także żadna życiowa tragedia - np. trwałe kalectwo umiłowanej osoby; śmierć dziecka; utrata pracy.

W przyjaźni otwierają się bramy do coraz głębszych duchowych przestrzeni serca kochanego człowieka, do których nie ma innej drogi. Bez miłości filia nigdy nie mielibyśmy do nich dostępu. Przyjaźń sprawia, że miłość nieustannie się rozwija, a kochające się osoby po wielu latach małżeńskiego życia nadal są dla siebie jedynym i niepowtarzalnym darem. Przyjaciele nieustannie odkrywają w sobie nawzajem dobro, którym rozbudzają i podtrzymują płomień miłości duchowej - miłości umożliwiającej przekraczanie samych siebie i wychodzenie naprzeciw drugiego. Cdn.

s. Anna Czajkowska




O CNOTACH ZAPOMNIANYCH

Odwaga

Odwaga nie jest brakiem ostrożności. Odwaga nie jest ślepym zuchwalstwem. Odwaga jest męstwem, cnotą kardynalną niezbędną dla życia duszy.

Miejmy odwagę żyć jawnie i stale zgodnie z naszą wiarą.

Pan potrzebuje dusz śmiałych i odważnych, które by nie szły na kompromis z miernotą, lecz pewnym krokiem przenikały do wszystkich środowisk.

bł. Josemaria Escriva


Bóg daje mi odwagę proporcjonalnie do moich cierpień. Czuję, że teraz nie mogłabym znieść więcej; ale się nie boję, bo jeżeli cierpienia wzrosną, On pomnoży w tym samym czasie moją odwagę.

św. Teresa z Lisieux


Życie stawia nas nieraz w sytuacjach, w których nie ma czasu na zastanawianie się nad podjęciem takiej czy innej decyzji. W takich momentach naszej ziemskiej wędrówki niezwykle przydatna okazuje się być cnota odwagi - dobry nawyk mężnego stawiania czoła trudnościom. Jak cennym jest darem doświadczamy wówczas, gdy nie mogliśmy wcześniej zaplanować odważnego zachowania, a w konkretnej sytuacji znalazła się jakaś duchowa siła, która pomogła nam stanąć w obronie czegoś, co stanowi wartość.

W praktyce odwaga polega na opanowaniu lęku, który pojawia się w nas jako mechanizm obronny sygnalizujący, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Bez niej całe życie możemy przeżyć jak kobieta, która całą noc przesiedziała na stole, bo po pokoju biegała mysz. Od nas zależy czy zatrzymamy się w rozwoju, czy postawimy na hart ducha. Odwaga wiąże się bowiem z umiejętnością wytrwania na drodze czynienia dobra. Jej istotą nie są tylko szlachetne czyny, ale postawa serca oddanego Bogu i ludziom. To w odważnym sercu rodzą się decyzje podejmowania działań.

Aby odpowiedzieć na pytanie kim jest człowiek odważny, potrzeba jeszcze dwóch innych pytań: Dla kogo żyję? i Komu poświęcam moje życie? Łatwiej jest mówić o odwadze, o pokonywaniu lęków, gdy miłuje się Chrystusa, wierzy w Niego i stale pogłębia z Nim relację. Człowiek posiadający cnotę odwagi to ten, który dobrze zna swoje słabości, nie pokłada ufności w sobie, lecz źródło siły i duchowej mocy upatruje w Bogu: "Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia(2 Tym 1,7). Autor Listu do Tymoteusza zetknął się z różnymi oskarżeniami podczas głoszenia Ewangelii, lecz miłość do Chrystusa wspierała jego odwagę w chwilach próby i ucisku.

Każdy z nas chce żyć bez napięć, nieporozumień, chcemy też, aby inni dobrze o nas myśleli. Odwaga może jednak domagać się porzucenia tego, co ważne by wybrać to, co najważniejsze. To, że tak często zamykamy się w naszym egocentryzmie jest wynikiem lęku i strachu, którym pozwalamy się kierować. Szatan wprowadza w serce człowieka niepokój i strach, które prowadzą do braku miłości i wierności. Jako chrześcijanie musimy mieć w sobie odwagę oddawania życia dla Jezusa Chrystusa rezygnując czasem z kuszących propozycji dzisiejszego świata. W listach starego diabła do młodego C. S. Lewisa stary diabeł narzeka, że w obecnym świecie wszyscy doceniają konieczność i piękno odwagi.

Człowiekiem, który zachwycił świat swoją odwagą był na pewno papież Jan Paweł II. Tak często dodawał nam sił słowami: "Bóg jest Miłością, miejcie odwagę żyć dla Miłości; "Nie lękajcie się; "Wypłyń na głębię. Te słowa, a zarazem przykład odważnej miłości papieża, skłoniły nie jedno serce do pójścia za głosem powołania. Jan Paweł II wiedział, że prawdziwa miłość to ta, która usuwa wszelki lęk i strach dlatego pragnął dla nas odwagi, która byłaby również świadectwem naszej wolności. O. Mieczysław Kożuch tak powiedział o zmarłym papieżu: "To był człowiek, który zbojkotował lęk, który nigdy nie oddał czci bestii lęku. A jeżeli odczuwał lęk, jak każdy człowiek stworzony z krwi i kości, to było to uczucie, które nie panowało nad nim. Ale z mocą, bo Bóg daje Ducha mocy, szedł na przód.

Od tego wielkiego papieża Polaka możemy uczyć się: odwagi mówienia, odwagi porywania się na rzeczy wielkie, odwagi wytrwałości i odwagi umierania. Zdarza się, że ludzie będący u kresu życia żałują najbardziej momentów swego milczenia, gdy trzeba było zabrać głos. Nie popełniajmy tego samego błędu zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi nam stanąć w obronie słusznej sprawy. Musimy mieć odwagę wypowiadania się po to, by w dzisiejszym zakłamanym świecie było więcej prawdy i wolności, jaką daje Chrystus. Odwaga sięgania po rzeczy wielkie idzie w parze z wielkodusznością. Gdy człowiek zaufa Bogu może uczynić bardzo wiele. Wówczas nieprzeciętne czyny stają się możliwe do zrealizowania. W odwadze wytrwałości chodzi o cierpliwość codziennego spełniania obowiązków chrześcijanina. Cnotę tę posiada na przykład lekarz, który po kilku latach pracy w zawodzie bada pacjenta z jeszcze większą wrażliwością niż czynił to po raz pierwszy. Odwagi umierania nie ma bez odwagi nadziei. Tu tracimy to, co najlepsze by zyskać to, co niepojęte.

Coraz częściej psychologowie informują o wielkiej liczbie samobójstw popełnianych przez ludzi młodych. Czy zabrakło im odwagi życia? A może ktoś nie odkrył wartości dzielenia się własnym życiem z innymi? Być może brakło ludziom z ich otoczenia odwagi udzielenia pomocy, gdy znajdowali się w potrzebie? Te kilka pytań powinno wystarczyć, by dostrzec cenę odwagi.

Na drodze pracy nad tą cnotą nie może zabraknąć modlitwy o odwagę serca. Człowiek odważny nieraz zadaje sobie pytanie: Skąd - będąc z natury lękliwym - znalazłem tyle siły, by stawić czoła takim trudnościom? Jak się okazuje odwaga jest cnotą ludzi pokornych, ludzi ufających Panu; ludzi, którzy pragną iść przez swoje życie śladami Chrystusa.

Podsumowaniem tych rozważań niech będą słowa Jana Pawła II, który odważył się całkowicie uwierzyć Bogu i prawdziwie umiłować Go całym sercem, i dla tej miłości przeżyć całe życie: "Wiary i miłości nie wolno sprowadzać do samych słów lub mglistych sentymentów. Wierzyć w Boga i kochać Go znaczy konsekwentnie przeżywać swoje życie w świetle Ewangelii. Wierzyć w Boga i kochać Go znaczy starać się zawsze czynić to, co Chrystus nam mówi zarówno w Piśmie Świętym, jak poprzez nauczanie Kościoła. Nie jest to łatwe. Często trzeba wiele odwagi, aby postępować wbrew prądom obowiązujących mód lub opinii tego świata. Lecz - powtórzę to jeszcze raz - taki jest właśnie program życia prawdziwie udanego i szczęśliwego.

s. Anna Pękowska


ŚPIEWAM O TYM, CZYM ŻYJĘ...


Z Eleni - polską piosenkarką greckiego pochodzenia - rozmawia s. Anna Czajkowska.

(Eleni Tzoka (czyt. Dzoka) urodziła się 27 kwietnia 1956 roku w Bielawie na Śląsku jako dziesiąte dziecko greckich emigrantów Despiny i Peryklesa Milopulos.
Wyszła za mąż za Fotisa Tzokasa, mając 20 lat. Ich jedyna córka, Afrodyta, zginęła w 1994 roku z rąk swojego byłego chłopaka Piotra.)

Jest Pani piosenkarką, której z upodobaniem słuchają wszystkie pokolenia - na koncertach gromadzą się całe rodziny i świetnie się bawią. Jak Pani sądzi - czemu to Pani zawdzięcza?

Rzeczywiście tak jest i sprawia mi to ogromną radość. Często jestem słuchana w domach przez pokolenia. Ludzie mówią o mnie: "nasza Eleni:) Jest to bardzo miłe, gdy traktują mnie tak, jakbym była częścią ich rodziny. Jest to dla mnie najcudowniejsza i najcenniejsza nagroda za te trzydzieści kilka lat pracy na estradzie - pracy pięknej, ale i trudnej zarazem. Czemu to zawdzięczam? Od wielu lat nie zmieniłam swojego stylu śpiewania; są to piosenki melodyjne - piosenki, które mówią o zwykłych, ludzkich problemach, o codziennym życiu, także o moim własnym, o wydarzeniach z życia osób, które są mi bliskie - moich znajomych, przyjaciół... Nie mogę oddzielić mojej pracy zawodowej od codziennego życia - te dwie rzeczywistości stanowią jedność. To, co przeżywam w danym momencie, co czuję, przenika do treści moich piosenek, wybrzmiewa przede wszystkim w tekstach, w sposobie ich wykonania. Poza tym w moich piosenkach jest dużo Grecji, bo moi rodzice byli Grekami. Mam dwie ojczyzny: urodziłam się w Polsce, ale moje korzenie tkwią w ziemi greckiej. Może dlatego jestem trochę inna na estradowym rynku polskim:)

Głównym tematem śpiewanych przez Panią utworów jest miłość. Dlaczego?

Śpiewam o tym, czym żyję. Miłość towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Nie znałam niczego innego. Wychowałam się w wielodzietnej rodzinie. Moi rodzice doświadczyli wielu trudów w swoim życiu. Wojna domowa w Grecji zmusiła ich do emigracji. Znaleźli się w obcym kraju, nie znali języka, musieli zatroszczyć się o utrzymanie dzieci, a mimo to, nigdy nie słyszałam, żeby się żalili czy narzekali na swój los. Wiedzieli, że powinni zadbać także o nasze wykształcenie - przykładali do tego dużą wagę. Warunki były naprawdę niełatwe. Mieszkaliśmy w osiem osób w dwóch pokojach. Troje mojego rodzeństwa studiowało - trzeba było naprawdę dużo wysiłku, żeby temu podołać, ale moi rodzice nigdy nie mówili, że jest im za ciężko. Więcej, nawet dzielili się jeszcze z innymi ludźmi tym, co posiadali - choć żyliśmy bardzo skromnie. W ten sposób starali się dać nam jak najwięcej miłości i nauczyć okazywać ją innym nie tylko w słowach, ale również w czynach. Byłam najmłodsza, a więc najbardziej rozpieszczana:) Wszyscy opiekowali się mną i mi pomagali. Zresztą do dziś z rodzeństwem trzymamy się blisko i bardzo się wspieramy. Tak więc treścią mojego życia, i to od samego dzieciństwa, jest miłość - miłość do Boga, do rodziny, miłość do innych ludzi i miłość do przyrody.

Z miłością bardzo ściśle łączy się przyjaźń. Czy myślała Pani kiedyś o tym, żeby zaśpiewać o przyjaźni?

No właśnie... Chociaż zaśpiewałam o przyjaźni: Strzeż się dobrych przyjaciół, ale jest to dosyć przewrotny i przekorny tekst;) Oczywiście prawdziwą przyjaźń bardzo sobie cenię.

Czytelnicy naszego kwartalnika to głównie grono Przyjaciół tworzących Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyśćca. Na pewno chcieliby się dowiedzieć czym dla Pani jest przyjaźń?

Od wielu lat mam przyjaciół, z którymi regularnie się spotykam i są to sprawdzeni przyjaciele. Mówi się, że prawdziwą przyjaźń można poznać w biedzie. Ja tego doświadczyłam. Gdy w moim życiu doszło do tragedii, wszyscy stanęli blisko mnie i byli przy mnie, gdy tego potrzebowałam. Jednak w przyjaźni nie o to chodzi, że musimy się codziennie widzieć i rozmawiać. Czasami nie widuję się z kimś dłuższy czas, ale gdy zadzwoni o północy czy jeszcze później, gdy chce żeby go wysłuchać, to nie ma sprawy - po to się ma przyjaciół.

Czy jest więc szansa, że zaśpiewa Pni o prawdziwej przyjaźni?

Tak, oczywiście:))

Trzymam za słowo:) Może ta piosenka stałaby się przesłaniem czy wezwaniem dla młodych ludzi, bo miłość i przyjaźń jakby tracą na wartości..., coraz mniej dla nich znaczą...

W pewnym sensie ich rozumiem, bo przecież często my, dorośli, coraz bardziej jesteśmy zakręceni. Nie dajemy im tego, co powinniśmy, więc z czego oni mają czerpać? Oni mają dużo pokus wokół, dużo niedobrych rzeczy chłoną z prasy, z innych mediów i wskutek tego tracą rozeznanie, co jest dla nich dobre, a co złe. Jeżeli i my im nie pomagamy właściwie wartościować, to w końcu się gubią: co to jest miłość, czym jest przyjaźń?. Spotykam się z młodymi ludźmi i widzę, że jest w nich dużo wrażliwości, chociaż niekiedy mocno ukrywanej pod grubą warstwą pozornej pewności siebie i siły. Gdy się spojrzy głębiej, okazuje się, że są to osoby tęskniące właśnie za tą prawdziwą miłością, za przyjaźnią.

Jak określiłaby Pani różnicę między przyjaźnią i miłością?

One są bardzo blisko siebie, trudno je rozdzielić... To jeszcze zależy w jakich relacjach..., ale wydaje mi się, że są ze sobą bardzo związane. Przyjaźń i miłość to jakby dwie bliźniacze formy ludzkich relacji...

Czy mąż może być przyjacielem?

Może być... Mój mąż jest dla mnie przyjacielem, a ja - jako żona - jestem przyjacielem dla niego. Często doświadczam tego np. w sprawach zawodowych. Pracujemy w tej samej branży, a mimo to potrafimy o tym rozmawiać godzinami. Nawet jeżeli widzimy się krótko, bo akurat ja wróciłam, a mąż wyjeżdża, to często się kontaktujemy, choćby telefonicznie, i wszystko uzgadniamy, omawiamy. Po wielu latach wspólnego życia jesteśmy przyjaciółmi. Na pewno wymaga to wzajemnego zaakceptowania swoich słabości i nie podkreślania wad tej drugiej strony. Nie trzeba ich uwypuklać, a raczej starać się je umniejszać. Ja też mam swoje wady. Oboje wiemy, co nas w sobie nawzajem drażni. Dlatego wystarczy jedno spojrzenie i już wiemy o co chodzi:) To tylko od nas zależy, jak sobie z tym poradzimy... Trzeba nauczyć się umniejszać wady... Jeżeli małżonkowie są przyjaciółmi to jest to coś wspaniałego... Właśnie w takiej relacji miłość przeplata się z przyjaźnią:)

Jaką rolę odegrała przyjaźń w najtrudniejszych chwilach Pani życia, a szczególnie po zabójstwie córki?

No właśnie... Znam przykłady małżonków, którzy w sytuacjach, gdy dochodziło do takich tragedii, zaczynali obwiniać siebie nawzajem, obarczać czymś, co tak naprawdę nie istnieje... Przecież każdy z nas popełnia błędy i nie chodzi o to, aby ich skutkami obciążyć jedną stronę... Takie koncentrowanie się na znalezieniu winnego, albo na formie zemsty nad sprawcą tragedii, nie wniesie nic dobrego. Ja i mój mąż zastanawialiśmy się nad tym, gdzie popełniliśmy błąd, czego nie dopilnowaliśmy? Dlaczego dwoje młodych ludzi nie poradziło sobie z tym uczuciem? Przecież miłość jest czymś pięknym, dlaczego więc z jednej strony ta miłość była tak zaborcza? Dlaczego miłość, która nie powinna zabić... jednak zabiła? Po prostu zadawaliśmy dużo pytań... Poszukiwaliśmy przyczyn tragedii i odpowiedzi na nasze pytania, ale nie obwinialiśmy siebie nawzajem... Tutaj sprawdziła się nasza miłość i przyjaźń...

Co mogłaby Pani powiedzieć młodym, zakochanym ludziom o przejawach źle pojmowanej miłości na podstawie relacji Afrodyty i Piotra?

Jest bardzo delikatna granica między miłością, a nienawiścią... Gdy się ją przekroczy, miłość przeradza się w zachłanność: "Jeżeli nie jesteś moja, to niczyja nie będziesz - tak mówił Piotr do Afrodyty.
Afrodytka zostawiła zapiski, w których scharakteryzowała tę relację. To najpierw było koleżeństwo, potem przyjaźń, która w końcu przerodziła się w miłość, z którą on sobie nie poradził... Afrodytka, widząc, że to idzie w złym kierunku nie dała rady tego zatrzymać, a nie podzieliła się tym z nami, nie mówiła do końca prawdy, że się boi... Właśnie tutaj jest błąd, że młodzi ludzie nie mówią nam, rodzicom, o swoich emocjach, o obawach... Kiedy spotykam się z młodzieżą bardzo podkreślam, że trzeba szczerze rozmawiać z rodzicami... Jeżeli nie z rodzicami, to przynajmniej wyznać to jakiejś dorosłej osobie, do której mamy zaufanie, że dzieje się coś niedobrego... Nie można dopuścić do tego, żeby jedna osoba zniewalała drugą... W swoich notatkach Afrodytka napisała, że miłość polega na tym, że człowiek rozwija się sam i pomaga w tym rozwoju osobie, którą kocha... Jeżeli widzimy, że to nie idzie w dobrym kierunku, trzeba jak najszybciej wycofać się, dopóki nie jest za późno. W przypadku mojej córki już było za późno... Afrodyta mówiła swoim rówieśnikom, że ona kiedyś żywa ze szkoły nie wyjdzie, ale oni to zlekceważyli - jak to młodzi ludzie - nie potraktowali tego poważnie... Gdyby to do mnie powiedziała, zaczęłabym pytać, dociekać... Może udałoby się uniknąć tragedii... Nie można lekceważyć takich sygnałów...

Nie jest chyba łatwo dostrzec w porę takie niebezpieczeństwo i odejść...

Zdaje sobie sprawę, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Często nawet my dorośli z taką miłością sobie nie radzimy, z takim zniewoleniem emocjonalnym w małżeństwach, w rodzinach - ileż przykładów można wskazać... A co dopiero młodzi, którzy dopiero w to wchodzą, dla których są to pierwsze doświadczenia, którzy wiedzą, że miłość jest czymś pięknym, czymś fascynującym... Tak, miłość jest piękna, ale jeżeli pojawiają się niedobre jej przejawy: ograniczanie kontaktów z dotychczasowymi przyjaciółmi, zbytnia zazdrość, szantaż: "jeżeli nie zostaniesz ze mną, to coś złego sobie zrobię, itp., trzeba się wycofać z tej relacji...

Ile czasu zmagała się Pani z bólem po stracie córki, zanim dokonało się przebaczenie?

Ten proces nie był długi. Bardzo pomogło mi to, czego uczyła nas mama, czego doświadczaliśmy w domu - postawę przebaczania mieliśmy wpajaną od dziecka. Byliśmy uczeni miłości do każdego człowieka, bez względu na to jaki by był... Dlatego przebaczyłam natychmiast. Gdy dowiedziałam się o tragedii zaraz zadzwoniłam do mamy Piotra - przecież obydwie straciłyśmy dzieci. Nie do końca obwiniałam Piotra za to, co się wydarzyło, nigdy nie czułam nienawiści do niego, nie pragnęłam zemsty. Raczej zastanawiałam się gdzie my, rodzice, popełniliśmy błąd. W czasie bezsennych nocy, gdy rozmawiałam z Bogiem, gdy pytałam dlaczego do tego doszło, wzięłam jakby pod lupę całe swoje życie... Był to taki swoisty rachunek sumienia, dochodzenie do przyczyn tragedii - dlaczego Piotr to zrobił? I tak naprawdę na te pytania nie ma odpowiedzi... Dlatego pogodzenie się z wolą Bożą uznałam za drogę najwłaściwszą, bo wtedy łatwiej sobie wszystko poukładać... Jednak ból, nieutulony żal po stracie Afrodytki pozostał... On nadal jest... i chyba nie minie nigdy... To chyba normalne...

Czy to znaczy, że przebaczyła Pani natychmiast, ale żałoba trwała dłużej?

Tak... Gdy wszystko gwałtownie runęło w moim życiu, chyba rok albo nawet dwa lata... tak naprawdę nie wiem jak minęły. Chociaż szybko wróciłam do pracy, jeździłam na koncerty, robiłam zakupy i zajmowałam się domem... funkcjonowałam tak, jakby mnie ktoś zaprogramował.
Próbowałam wychodzić naprzeciw moich przyjaciół, gdy nie wiedzieli jak się zachować wobec mnie. To było dla nich bardzo trudne i dlatego wiedziałam, że ja ze swojej strony muszę im pomóc, że muszę przejść ponad swoim bólem. Nie mogłam przecież zabronić moim koleżankom, żeby opowiadały o swoich dzieciach... Jak to w środku bardzo mnie bolało(!), starałam się jednak nie okazywać niczego na zewnątrz. Wiedziałam, że musze być twarda, że muszę to przełamać w sobie, bo inaczej nie będę mogła normalnie żyć i kontaktować się z przyjaciółmi. Jeżeli nie będziemy mogli rozmawiać o normalnym biegu życia, to o czym innym? Dlatego nie miałam wyjścia... musiałam pokonać ból. Przecież wkoło otaczali mnie ludzie, patrzyłam na rówieśników Afrodytki, wypłakałam wiele łez, zmagałam się też z takim dziwnymi obawami o nią: gdzie teraz jest?, co się z nią dzieje?... Myślałam - ja siedzę sobie w domu, a gdzie jest moje dziecko? Każdy więc musi ten okres żałoby przejść... Nie da się inaczej...
Cdn.



*****************************

BLIŻEJ BOGA



MI-REL... POWIEDZ O MODLITWIE

"Wydaje ci się, że modlitwa jest wyżaleniem się przed Bogiem, wypowiedzeniem wszystkich problemów, które w sobie nosisz. Pragniesz Go poinformować o twoich zmartwieniach i próbujesz skłonić do tego, aby wziął sobie do serca twoje trudności. Czasami sugerujesz wręcz Panu Bogu to, co powinien dla ciebie uczynić. Potem, kiedy już nie wydaje ci się, aby twoje prośby zostały spełnione, mówisz, że Bóg cię nie wysłuchał, albo w najlepszym przypadku stwierdzasz, że być może ty sam jesteś człowiekiem małej wiary. Zarówno w modlitwie jak i w życiu zależy ci na tym, aby w głównym miejscu Jego zainteresowania znalazło się to, czego ty sam pragniesz. Pamiętaj jednak: poprzez modlitwę możesz otrzymać jedynie to, czego naprawdę potrzebujesz. A to, czego potrzebujesz, być może wcale nie jest tym, o co prosisz, a jedynie tym, czego pragniesz.

Modlitwa jest prawdziwym pragnieniem duszy; pragnieniem czystym i niewypowiedzianym. Jeśli to, o co prosisz w swojej modlitwie jest w sprzeczności z tym, czego rzeczywiście pragniesz, nie otrzymasz tego, o co prosisz ale to, czego rzeczywiście pragniesz. Czasami, kiedy się modlisz, nie chcesz wziąć pod uwagę niektórych swoich potrzeb. Jeżeli twoje serce nie jest wystarczająco silne, aby przeć twoje wewnętrzne pragnienie, zaczynasz prosić o coś, co jest niemożliwe. Tak więc, biorąc pod uwagę, że objawów nie można usunąć bez usuwania przyczyn, otrzymasz dokładnie to, o co prosisz.

Modlitwa to nie jest tylko zwykła rozmowa. Słowa, które wypowiadasz nie mają wielkiego znaczenia, chyba tylko wtedy, jeśli zdołasz wypowiadać to, co rzeczywiście czujesz i myślisz. Jeśli to, co mówisz znajduje się w konflikcie z tym, co myślisz, prawdą twojej modlitwy będzie jedynie to, co czujesz.

Modlitwa nie jest siłą mającą na celu zmienić zamiary Boga względem twojej osoby. Modlitwa jest wysiłkiem, który ma przemienić twój upór, twój egocentryzm i ślepe dążenie do wytyczonych celów w dobrowolne przyjęcie woli Boga. On pragnie dla ciebie tego, co najlepsze. Dopiero kiedy będziesz w stanie uwierzyć w twórczą siłę twojego życia, wtedy będziesz w stanie rzeczywiście się modlić.

Modlitwa nie jest zwykłym życzeniem wyrażonym poprzez słowa; jest raczej łagodnym przyprowadzeniem drugiej osoby przed oblicze Boga i prośbą skierowaną do Niego, aby zechciał wypełnić względem niej swoją wolę.

Modlitwa nie jest zbiorem słów i pragnień, ale zdolnością umysłu. Jest także głębokim umiłowaniem Boga, drugiej osoby i samego siebie. Kiedy nauczysz się żyć w harmonii ze swoimi emocjami i zdasz sobie sprawę z tego, że Bóg kocha cię takim jakim jesteś, poczujesz, że modlitwa zaczyna ci się podobać. Obdarowany zostaniesz bowiem głębokim przekonaniem, że Bóg naprawdę cię wysłuchał. Pamiętaj: Bóg może nadać rzeczom bieg bardziej interesujący, aniżeli ty byłbyś w stanie marzyć. Niebezpieczeństwo wcale nie polega na tym, aby prosić o wiele, ale właśnie na tym, że twoje oczekiwania są nazbyt małe w stosunku do tego, co mógłbyś otrzymać (...) .

Jednak (...) nie ma łatwej drogi prowadzącej do dojrzałości duchowej. Twoim zamierzeniem powinna być nieustająca wewnętrzna świadomość przyjętych na siebie zobowiązań. Pół godziny dziennie medytacji i trwania w obecności z Bogiem, może ci bardzo pomóc we właściwym wypełnieniu podjętych zamierzeń.

Nie proś o to, abyś został zmieniony, ani też o to, aby zostali zmienieni ludzie, z którymi przebywasz. Przekonuj samego siebie, że powzięte przez ciebie postanowienie musi przemienić się w konkret, bowiem to On obiecał ci to. Pragnie od ciebie jedynie tego, byś coraz bardziej starał się kochać. Kiedy będziesz nieustannie wymagał od siebie tego, aby być lepszym od tego kim aktualnie jesteś, jeżeli ze zdwojonym wysiłkiem będziesz pragnął realizować swoje marzenia, zobaczysz, że staniesz się tą osobą, jaką pragniesz się stać.

(Mi-Rel to nieznany prorok z anonimowej książki Powrót Proroka przetłumaczonej z języka włoskiego. Mi-Rel oznacza Miłość i Relację (z wł. Am-Rel = Amore - Relazione). Prorok nie jest ani Europejczykiem, ani Afrykańczykiem, ani Hindusem. Książka kończy się pytaniem: "A Tobie jak się wydaje, kim jest?)

*****************************

BLIŻEJ KOŚCIOŁA



WAKACJE, WAKACJE...


Na wszystko jest czas...


Na wszystko jest czas... Tylko nie wiemy ile go właściwie mamy... Dlatego Jan Paweł II podkreśla, że "Życie to czas, który został nam podarowany i w którym każdy z nas staje wobec wyzwania, jakie niesie samo życie: to wyzwanie polega na znalezieniu swojego celu, przeznaczenia i na walce o nie. Alternatywą jest przeżycie tego czasu w sposób powierzchowny, utracenie życia dla marności; nieumiejętność odkrycia w sobie zdolności do dobra i tym samym także drogi do prawdziwego szczęścia. Słowa Sługi Bożego można by przyjąć za motto rozpoczynających się wakacji, aby wolne od nauki czy pracy dni były czasem dającym wytchnienie i wzmocnienie fizycznych sił, ale też czasem ubogacającym nasze wnętrze.

Nie chodzi o to, aby wyliczać lepsze i gorsze sposoby odpoczynku i na tej podstawie klasyfikować ludzi jako mądrych czy powierzchownych i pustych. Każdy sposób przeżywania wolnego czasu jest dobry, jeżeli naprawdę służy dobru człowieka, przyczyniając się do jego rozwoju. Urlop to tylko cząstka dni, miesięcy i lat składających się na nasze ziemskie życie. Tylko cząstka, ale nie znając dnia, w którym zatrzyma się zegar odmierzający naszą doczesną pielgrzymkę, warto głębiej zastanowić się, jaki nadać jej kształt. Przy czym ważne jest nie tylko jak i gdzie się odpoczywa, ale i z kim, i aby w tym wszystkim nie zabrakło Bożej obecności.

Dla wielu osób, które zmuszone są pracować w niedziele, wakacje (urlop), to wreszcie możliwość ponownego zasmakowania w chrześcijańskim sposobie świętowania Dnia Pańskiego. Dla innych przebywanie w ciszy - na łonie natury - jest kontemplacją stwórczego dzieła Bożego, a przy tym odreagowaniem przepełnionej hałasem codzienności. Dla pracujących przy biurkach wytchnieniem bywają dni spędzone na górskich wspinaczkach, spływach kajakowych czy wędrownych obozach. Dla zabieganych i ciągle nieobecnych w domu urlopowym priorytetem będzie raczej przebywanie w rodzinnym gronie, długie rozmowy, poświęcenie jak największej ilości czasu dla bliskich i przyjaciół. Natomiast ludzie spragnieni duchowej strawy, korzystając z wakacyjnej przerwy w nauce lub w pracy, udają się na rekolekcje, aby w Bożej perspektywie przyjrzeć się swojemu życiu; aby zatrzymać się na chwilę i zastanowić na nowo nad sensem zdarzeń, spotkań i zaangażowań, które wypełniają ich powszedni dzień.

Szczególną formą rekolekcyjnej zadumy są piesze pielgrzymki do różnych sanktuariów kultu Bożego. W naszą polską rzeczywistość od dawna wpisują się ogromne rzesze pątników przemierzających setki kilometrów, aby pokłonić się Matce Bożej - jedynej Matce i Królowej naszego narodu, czyli Pani Jasnogórskiej. Kiedyś tygodnik Niedziela zamieścił mapę pielgrzymich tras mających swój początek w poszczególnych parafiach i ośrodkach duszpasterskich, a kres w Częstochowie. Mapa robiła niesamowite wrażenie - Jasna Góra wyglądała jak swoista monstrancja (!) opromieniona pątniczymi szlakami. I tak to właściwie jest, bo ten, kto tydzień, dwa, a czasami nawet trzy wędruje pieszo w upale czy deszczu, w utrudzeniu, w niedostatku czy chłodzie, zachowując przy tym radość ducha i wewnętrzny pokój, otwierając się na potrzeby idących obok braci i sióstr, mimo własnego zmęczenia, promienieje Bożą miłością i chwałą. To dlatego niekiedy zdarza się, że na widok pielgrzymki mieszkańcy wiosek i miast wychodzą przed domy, zdejmują czapki z głów, żegnają się, częstują ciastem, owocami, zupą, kanapkami - po prostu tym, co mają - i ze łzami w oczach proszą o modlitwę za nich u Matki Bożej.

Pielgrzymka, to bardzo specyficzna forma odpoczynku. Chociaż fizycznie jest bardzo wyczerpująca, to duchowo ubogaca: pozwala w Bożym świetle spojrzeć na siebie; odkryć prawdę o sobie - nie tylko słuchając konferencji głoszonych przez kapłanów - ale konfrontując się z wymogami drogi i obecnością tych, którzy - jak my - są w drodze i doświadczają jej trudu. Pątniczy szlak uczy wrażliwości na drugiego, bezinteresownej służby, poprzestawania na tym, co konieczne, przekraczania egoistycznego skoncentrowania na sobie; a więc tego, czego nam trzeba każdego dnia, by żyć szczęśliwie.

s. Katarzyna WDC



****************************
W KRĘGU WIECZNOŚCI




CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH

św. Pio z Petrelciny

"Jestem Pietro di Mauro, przezywany Precoco. Zmarłem w tym klasztorze 18 września 1908r. W pokoju nr 4, gdy ten klasztor był jeszcze przytułkiem dla bezdomnych, pewnej nocy zasnąłem z palącym cygarem i moje łóżko zapaliło się. Udusiłem się i spaliłem żywcem. Jestem nadal w czyśćcu i potrzebuję Mszy świętej, aby moja dusza została stąd uwolniona. Pan Bóg pozwolił mi przyjść do ciebie i poprosić o twoje modlitwy. Osobą, którą zmarły poprosił o pomoc jest św. o. Pio znany i otaczany kultem na całym świecie.

Urodził się 25 maja 1887 roku w Pietrelcinie, w południowych Włoszech. Na chrzcie otrzymał imię Franciszek i już jako kilkuletnie dziecko wyraził pragnienie wstąpienia do zakonu. Rozpoczynając nowicjat u Kapucynów otrzymał imię Pio. Mimo złego stanu zdrowia w wieku 23 lat otrzymał święcenia kapłańskie. 20 września 1918 r. dostąpił łaski stygmatów, które ukazały się na jego dłoniach, stopach i na boku. Od tej pory zaczęły do niego ściągać tłumy wiernych. Od swojego spowiednika ojca Benedykta otrzymał pozwolenie ofiarowania siebie jako ofiary za grzeszników i za dusze w czyśćcu cierpiące. Jak sam wspomina jego kontakty z duszami zmarłych były częstsze niż z żyjącymi. Zmarł w opinii świętości 23 września 1968r. Papież Jan Paweł II ogłosił go świętym 16 czerwca 2002 roku, a liturgiczne wspomnienie Kościół obchodzi 23 września.

Przytoczony wyżej fragment pochodzi z książki Alessio Parente OFMCap Ojciec Pio a dusze czyśćcowe. Stąd dowiadujemy się, że zmarły Mauro przyszedł do o. Pio w postaci starego człowieka, usiadł obok niego przy kominku i przedstawił się prosząc o modlitwę. Po odprawieniu Mszy św. w jego intencji o. Pio dowiedział się, że dusza zmarłego powróciła do radości Boga w niebie. O wielkiej miłości, jaką święty żywił do cierpiących na ziemi i w czyśćcu świadczy fragment jednego z jego listów: " Kiedy wiem, że jakaś osoba cierpi na duszy lub ciele, to czegóż bym nie zrobił u Pana, aby ją z tego wyzwolić? Chętnie wziąłbym na siebie wszystkie jej utrapienia, byle tylko zobaczyć ją zbawioną. Na jej korzyść zrzekłbym się też wszystkich zasług takiego cierpienia, jeśli tylko Pan Bóg pozwoliłby mi na to (List 184).

Zdarzenie, które poruszyło o. Pio miało miejsce, gdy był jeszcze młodym zakonnikiem. Kiedy przyszedł ogrzać się przy kominku zdziwił się widokiem czterech zakonników siedzących w milczeniu wokół ognia, z kapturami na głowach. Pozdrowił ich słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, ale żaden nie odpowiedział. Nie rozpoznał żadnego z nich, lecz miał wrażenie, że cierpią. Gdy powtórzył pozdrowienie i nie uzyskał odpowiedzi postanowił zapytać ojca gwardiana czy są w domy jacyś goście. Ten odpowiedział, że nie i poszli razem w to miejsce. Nikogo już nie było. Później o. Pio zrozumiał, że byli to czterej zakonnicy, którzy odbywali swój czyściec w miejscu, gdzie obrazili Pana Boga. Całą noc modlił się przed Najświętszym Sakramentem, aby uwolnić ich z czyśćca.

Innym razem, gdy o. Pio modlił się na chórze usłyszał zgrzyty i skrzypnięcia dochodzące z kościoła. Od strony bocznych ołtarzy słychać było spadające świece i świeczniki. Wychylił się z balkonu chóru i zobaczył stojącego bez ruchu młodego brata. Co tam robisz? - zapytał, ale trwało milczenie. Ojciec Pio jeszcze raz głośno zawołał: Ej! Co ty tam robisz?. Braciszek odpowiedział: Odbywam tutaj swój czyściec. Byłem studentem w tym klasztorze i tutaj muszę teraz odpokutować za brak pilności w wykonywaniu moich kościelnych obowiązków. No więc posłuchaj! - odpowiedział Ojciec Pio - Jutro odprawię za ciebie Mszę świętą, lecz nie wolno ci tu więcej przychodzić.

Obydwa przykłady opisane w książce o. Parente pokazują jak ważna jest wierność w wypełnianiu obowiązków. Być może często przyzwyczajamy się do tego, co robimy tak, że nie myślimy nawet o intencji jaką moglibyśmy w danej chwili wzbudzić. Czasem mogłaby wystarczyć nasza gorliwość w pracy ofiarowana za tych, którzy zgrzeszyli na ziemi zaniedbaniem. Takiego życia oddanego Bogu i ludziom uczy nas święty o. Pio, który przez modlitwę poznawał swego Stwórcę i pielęgnował swą miłość do żywych i zmarłych. Był przekonany, że w celebrowanych przez niego Mszach świętych uczestniczy więcej zmarłych, niż żywych i więcej zmarłych, niż żywych prosi go o modlitwę. O sobie zwykł mówić, że jest tylko "bratem, który się modli. Całe życie o. Pio było ofiarą za kościół pielgrzymujący na ziemi i cierpiący w czyśćcu.

s. Anna Pękowska



JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?

Lęk, strach, wiedza, wiara...


Podstawowym powodem lęku przed zmarłymi, a w konsekwencji także obaw związanych ze śmiercią bliskich i swoją własną jest nieznajomość Boga i tego, co Jezus mówił nam o życiu wiecznym, głosząc Dobrą Nowinę. Człowiek przeważnie obawia się tego, co nieznane, czego nie może dotknąć, czego nie może zobaczyć, a więc zrozumiałe, że również i Bóg wzbudza w nas strach, a wskutek tego straszy nas również to, co przygotował dla człowieka po śmierci.

Jakże często posądzamy Pana Boga o to, że nic go nie obchodzi nasz los, że nie ingeruje wtedy, gdy dzieje się zło; że ma upodobanie w cierpieniu, bo przecież zsyła na nas tyle chorób i nieszczęść, i nawet po śmierci każe jeszcze cierpieć w czyśćcu; uważamy, że tylko czeka, żebyśmy popełnili grzech, aby móc nas ukarać i potępić, itd. Jeżeli tak myślimy o Bogu, to nic dziwnego, że się Go boimy. Tylko, że ten wytworzony obraz Boga nie ma nic wspólnego z Bogiem objawionym w Osobie i nauczaniu Jezusa Chrystusa - Bożego Syna i naszego Pana.

Pismo Święte ukazuje Boga, który jest Miłością (por. 1 J 4,8), a miłość nie wyrządza złego i nie cieszy się z niesprawiedliwości (por. 1Kor 13, 1nn). Ten Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego wydał na mękę i śmierć, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3, 16; 1J 4,9)

Ponadto rzadko zdajemy sobie sprawę, że wszechmoc Boga nie zagraża człowiekowi. Bóg wszystko może(!). To prawda, ale nie jest w stanie chcieć dla nas czegoś, co jest złe, bo byłoby to sprzeczne z Jego naturą - On jest samym Dobrem, Pełnią Dobra. Więcej(!), Pan Bóg z miłości do człowieka nawet ze zła, które czynimy, potrafi wyprowadzić dobro. Wiele razy rozmawiałam z ludźmi, którzy wyznawali, że taka tragedia jak np. śmierć samobójcza kogoś z rodziny - jak wiadomo czyn ewidentnie zły i niosący ze sobą ogromne cierpienie - dzięki Bożej łasce stała się dla osób dotkniętych stratą przyczyną nawrócenia, pogłębienia ich wiary i życia religijnego, a także świadomości jak cennym darem jest drugi człowiek, jak bardzo trzeba być czujnym, żeby w porę dostrzec czyjeś zagubienie i pospieszyć z pomocą w odpowiednim czasie.

Natomiast cierpienie czyśćcowe nie jest zemstą Boga za nasze błędy, ale - jak naucza współczesna teologia - przejawem Bożego miłosierdzia wobec tych, którzy nie zdołali za życia przygotować się w pełni na przyjęcie daru nieba. Gdyby nie było czyśćca wielu zmarłych nie mogłoby nigdy doświadczać wiecznej szczęśliwości w domu Ojca. Żeby to lepiej zrozumieć trzeba uświadamiać sobie zasadniczą prawdę, że życie człowieka toczy się między ludźmi, że funkcjonujemy jak naczynia połączone. W związku z tym czynione przez nas dobro, ubogaca nas samych i osoby, które nas otaczają - szczególnie te najbliższe - lecz niestety podobnie dzieje się ze złem. Grzech rani nie tylko nasze serca, ale krzywdzi także ludzi, z którymi jesteśmy związani. Dlatego to nie Bóg zagradza zmarłemu drogę do nieba, ale skutki jego własnych złych czynów, które tkwią w innych ludziach. Dopóki nie zostaną odpokutowane, zmarły, pozostaje ciągle "uwiązany przy ziemi swoimi grzechami. Wiadomo, że zmarły nie może wrócić do świata żywych, nie może na nowo podjąć swojego życia i przeżyć go lepiej, nie popełniając tych błędów, które teraz po śmierci stają się przeszkodą w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Serce jest obciążone skutkami grzechów - trzeba je uwolnić od tych niewidzialnych więzów, oczyścić. A tym, co oczyszcza nie są jakieś tortury zadawane przez Boga, ale cierpienie spowodowane poznawaniem prawdy o stanie własnej duszy, która nie jest gotowa na przylgnięcie do Bożego Serca, i tęsknota za niebem.

A co z piekłem? Jak pogodzić miłość Bożą z istnieniem stanu wiecznej "bezmiłości? Bóg nikogo nie potępia (por. J 3, 17), ale do ostatnich chwil naszego życia zabiega o to, abyśmy choćby tylko uchylili drzwi swoich serc, aby do wnętrza dostała się Jego łaska. Piekło nie jest wyborem Boga dla człowieka. Jedynym przeznaczeniem Boga w stosunku do nas jest niebo (por. J 14, 1-3). Jeżeli ktoś miałby doświadczać piekielnych mąk po śmierci, to tylko na własne życzenie. Tak. Naprawdę możemy nie kochać Boga(!). Jednak Bóg nie może nie kochać człowieka(!).

Jeżeli zechcemy przyjąć taki wizerunek Boga, jaki odmalowany jest na kartach Ewangelii, będziemy modlić się za zmarłych nie ze strachu przed karzącym Bogiem, ale z miłości do Boga i do naszych najbliższych, żeby pomóc im uwolnić się od ziemi i osiągnąć niebo.

s. Anna Czajkowska


*****************************


KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC
Za ofiary trzęsienia ziemi w Chinach (ok.10 tyś)


*****************************




Z LISTÓW PRZYJACIÓŁ



MIŁOŚĆ DLA ZWYKŁEGO LANSU...


Coraz częściej możemy spotkać się z młodymi ludźmi, którzy nie doceniają siebie samych. Zazwyczaj czują się niedowartościowani z powodu swojej samotności. Czy nie słyszymy czasem stwierdzenia "Bez chłopaka (dziewczyny) jestem nikim?

W sumie nie ma się co dziwić - w końcu w gazetach dla młodzieży aż "huczy od tego wszystkiego - romantyczne opowiadania, porady miłosne, które tak naprawdę nie mają nic wspólnego z prawdziwą miłością. Po prostu - szkoda słów. Ale ludzie, którzy się tym zajmują, chcą być na czasie. Nikt nie myśli o tym, że przez tę nowoczesność cierpią ci, którzy dopiero zaczynają poznawać świat.

Problem, który chcę opisać dotyczy głównie dziewczyn, ponieważ to właśnie one są bardziej podatne na różne trendy, także na te dotyczące miłości. Większość takich nastolatek czyta pisma, które przez dłuższy czas robią zwyczajne "pranie mózgu. Dzieje się tak, ponieważ nauczono ludzi wierzyć w dosłownie wszystko, co jest napisane w gazetach i czasopismach. Dziewczyna w tak młodym wieku nie zastanawia się, czy to, co czyta, ma jakikolwiek sens - ona po prostu bierze to wszystko do siebie i stosuje na własną niekorzyść.

Szukanie miłości staje się priorytetem dla wielu nastolatek. Obojętne, jaki będzie ten chłopak - mądry albo nie; przystojny, albo brzydki; będzie miał szacunek do dziewczyny, albo nie będzie go miał; kulturalny albo kompletnie niewychowany. Jednym słowem - nieważne. Jedyne, co kotłuje się w głowie, to tylko myśl "żeby w ogóle jakiś tam był, żeby pokazać innym, że ja mam chłopaka.

Taki tok myśli ma swoje następstwa. Dziewczyna staje się ofiarą własnych marzeń, zaczyna umawiać się przez Internet, często trafiając na kompletnie zdeformowanych moralnie ludzi, którzy wciągają w bagno. Ale dla nastolatki jest to prawdziwy ideał - "no bo przecież zainteresował się i jest tym moim wymarzonym chłopakiem. Wprawdzie mogą się zdarzać prawdziwe wyjątki, ale sporadycznie. Zazwyczaj po latach (o ile taki związek przetrwa) okazuje się, że słowa "kocham cię były rzucone na wiatr, straciły swój sens, stały się sztuczne jak z plastiku, wymarzony książę z bajki okazał się prymitywnym zerem, a lata "świetności już dawno minęły. Kiedy dziewczyna uświadomi sobie, co tak naprawdę zrobiła z własnym życiem, wtedy wiadomo już, że nie za bardzo można to naprawić. Kobieca dusza pragnąca kiedyś miłości, teraz staje się wrakiem, tak głęboko zranionym w głębi serca, że tylko cud może sprawić, że rany się zagoją. Jednak, jak wszyscy wiemy - blizny zostają na zawsze.

Dlatego uważam, że lepiej jest poczekać na miłość, która do człowieka przychodzi sama, zaskakuje znienacka. Druga osoba jest jakby dodatkiem, okrasą do reszty wspaniałych, pełnych miłości ludzi, którzy nas otaczają codziennie i nigdy nie zmieszają z błotem tych dwóch, wspaniałych słów - kocham cię!

Paula


Od Redakcji

Zachęcamy Czytelników naszego kwartalnika do przesyłania swoich własnych przemyśleń (nie tylko odnośnie zasygnalizowanego przez Paulę tematu). Najciekawsze wypowiedzi wydrukujemy w następnych numerach "Życia Wiecznego w dziale "Z listów Przyjaciół.


*****************************


Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC



W SKRÓCIE

25 IV Spotkanie w Seminarium


W rzeszowskim Seminarium powstała przed kilkoma laty ok. stuosobowa grupa Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca (MDPC), którą opiekuje się jeden z Ojców Duchownych. Wspólnota seminaryjna zaprosiła Siostry Wspomożycielki na spotkanie w celu przybliżenia alumnom Zgromadzenia, przy którym od 25 lat istnieje Apostolskie Dzieło, a od prawie 9 lat także MDPC. Siostry zostały przywitane w auli przez Księdza Rektora i poproszone o zaprezentowanie Zgromadzenia oraz jego działalności w Kościele. Spotkanie zakończyło się wspólną modlitwą brewiarzową za zmarłych w seminaryjnej kaplicy. Istnienie grupy Dzieła w Seminarium jest dla nas wielką radością. Alumni, którzy przygotowując się do kapłaństwa zostali uwrażliwieni na niesienie pomocy zmarłym, jako prezbiterzy starają się szerzyć ten charyzmat wśród wiernych. Ich zaangażowanie owocuje m.in. tym, że wielu młodych ludzi włączyło się do Dzieła, a niektórzy z nich dotarli także na rekolekcje organizowane dla MDPC przez Zgromadzenie.

Rekolekcje Sulejówek 1-4 maja 2008

Wokół tego pytania "Życie, jak cię nie zmarnować? i odpowiedzi na nie koncentrowały się rozważania i modlitwy w czasie rekolekcji dla dziewcząt, które odbyły się w pierwszych dniach maja w Sulejówku. Prowadzili je br. Bartosz-Kapucyn z Łomży oraz s. Anna Cz. i s. Renata. Dwunastoosobowa wspólnota rekolekcyjna dziękowała Bratu Bartkowi słowami ułożonej przez siebie piosenki, której tekst miał być zamieszczony w kwartalniku, ale niestety zaginął:(.


MDPC w "Naszej klasie


Młodzieżowe Dzieło ma swoje konto w Naszej klasie. Ponieważ nie jesteśmy w stanie wysłać zaproszeń do 1000 osób (wyszukiwanie nazwisk i porównywanie z danymi z Kart członkowskich jest bardzo czasochłonne), to prosimy, żebyście to Wy odszukali MDPC w Internecie. Zapewne nie wszyscy należący do Dzieła mają dostęp do komputera, ale zachęcamy do przyznawania się do MDPC te osoby, które mają już konta w tym portalu - jest to jedna z form apostołowania wśród swoich znajomych na rzecz niesienia pomocy zmarłym cierpiącym w czyśćcu. Warto i tą drogą pozyskiwać Przyjaciół dla czyśćca:)

Jubileusz ADPC

15 czerwca 2008 roku w Sulejówku w Domu Generalnym Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Apostolskie Dzieło Pomocy dla Czyśćca świętowało 25 - lecie swego istnienia. Obchody Jubileuszu zostały poprzedzone rekolekcjami dla Dzieła, które głosił ks. Jarosław Oponowicz z Siedlec. W dzień jubileuszowy ks. prof. Lucjan Balter SAC wygłosił do zebranych Sióstr i członków Dzieła referat na temat Czyściec przejawem Bożego miłosierdzia.
Centralnym punktem uroczystości, która zgromadziła około stu osób (przybyły także panie z grupy Dzieła na Litwie), była Msza św. celebrowana w kaplicy Sióstr przez ks. prof. L. Baltera.

Lednica 7 VI 2008


Wśród wielotysięcznej rzeszy uczestników XII spotkania lednickiego znalazły się również Siostry Wspomożycielki. Z Sulejówka s. Anna, s. Izabela, s. Lena wybrały się naszym busem z 5-osobową grupką dziewcząt. Z Nowego Miasta nad Pilicą s. Renata przyjechała na Lednicę autokarem z grupą młodzieży związanej z klasztorem ojców Kapucynów. Wśród nich były także osoby należące do Młodzieżowego Dzieła. Szybko odnaleźliśmy się na lednickich polach w czasie wielogodzinnego oczekiwania na rozpoczęcie spotkania:) Temat tegorocznej Lednicy był bardzo bliski Dziełu, bo przecież MDPC to grono Przyjaciół:)) Po nocnym czuwaniu i przejściu przez Rybę ekipa z Sulejówka udała się na chwilę odpoczynku do Wrześni do domu Pani Marii Buta (animatorki grupy ADPC), żeby potem bezpiecznie dotrzeć do domu. Za okazaną życzliwość i gościnność składamy serdeczne "Bóg zapłać".


POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM WSPOMOŻYCIELKĄ


Tchnienie serca...

Moja "znajomość z Panem Bogiem była zwyczajna. Nic szczególnego nie wyróżniało mnie od moich rówieśników. Jednak od najmłodszych lat towarzyszyło mi przekonanie, że zostanę siostrą zakonną. Moja mama opowiedziała mi dwa zdarzenia z moich dziecięcych lat. Kiedyś, gdy wróciłyśmy z mamą z kościoła, z nabożeństwa majowego, to wbiegłam do domu i oznajmiłam mojemu tacie: "...a ja będę siostra kościelną.... Natomiast drugie miało miejsce jak zaczęłam chodzić do szkoły i pani nauczycielka zadała nam pracę domową na temat: "Kim chcę zostać w przyszłości?. Powiedziałam wtedy mamie, że napisałabym, że siostrą zakonną, ale ponieważ stwierdziłam, że dzieci z klasy będą się ze mnie śmiać to napisałam, że chcę zostać pielęgniarką.

Mijały kolejne lata, o zakonie już nie wspominałam. Kończyłam szkołę podstawową i stanęłam przed bardzo ważnym wyborem, gdzie pójść do szkoły, jaki wybrać zawód? Rodzice nie sprzeciwiali się żadnym moim pomysłom. Tato mówił mi, żebym wybrała sama, ale tak, żebym nie żałowała tego wyboru. Moim marzeniem było zostać krawcową, ponieważ moja mama prowadziła zakład krawiecki, a ja lubiłam szyć, kroić, projektować. Wiedziałam, że niewiele nauczę się w zwykłej szkole krawieckiej, więc gotowa byłam na zmianę moich marzeń. Zaczęły się poszukiwania innych szkół i zawodów, ale zawsze było coś nie tak, czegoś mi brakowało, ciągle czułam, że to nie to.

W tym czasie odwiedziła nas nasza ciocia Wiktoria, która mieszka za Odrzywołem, 12 km od Nowego Miasta. Ciocia, jak zawsze, przywoziła nam różnego rodzaju wiadomości z rodzinnej wsi naszej mamy. I w pewnym momencie padło zdanie kierowane do mojej mamy: "Wiesz, Ewa J. poszła do sióstr do "szklanego ganku (sióstr Sercanek) w Nowym Mieście. Uczyła się u innych Sióstr, a wstąpiła do innych. W jednej chwili w moim sercu poczułam radość i pomyślałam: "a może i ja pójdę do zakonu? Ogarnął mnie pokój i pewność, że to jest właśnie to, czego szukałam. Tylko został problem czy mnie w tak młodym wieku przyjmą do zakonu i jak to powiedzieć rodzicom? Pewnie się nie zgodzą. Zdobyłam się na odwagę i wyznałam moje pragnienie najpierw mamie, która opowiedziała mi nie tylko moje dziecinne pragnienia i wyznania ale również, że sama kiedyś myślała o zakonie, ale odłożyła ten zamiar na później.

Nie chciałam zostać jednak siostrą habitową, w mojej miejscowości były takie siostry. Darzyłam je dużym uznaniem i podziwem, ale jednak to nie było to, czego szukałam. Chciałam być taka, jak inni, ale jednocześnie inna, nadzwyczajna (bo należąca do Boga), a jednocześnie niczym nie wyróżniająca się z tłumu. Wiedziałam z opowiadań mojej babci, u której często bywałam na wakacjach, że są siostry bezhabitowe w Nowym Mieście n. Pilicą. Jedne prowadzą szkołę dla dziewcząt, inne mieszkają w domu ze szklanym gankiem, jeszcze inne w białej kamienicy. Natomiast te siostry przy przystanku autobusowym prowadzą Szpitalik i są bardzo otwarte na ludzi przybywających do Nowego Miasta na odpusty i targ. Można sobie zostawić sprawunki na przechowanie, zmierzyć ciśnienie tętnicze, a gdy trzeba siostry zrobią nawet zastrzyk.

Moje myśli w pierwszej chwili biegły do sióstr prowadzących szkołę, ponieważ wymyśliłam sobie, że będę chodzić do szkoły i mieszkać u tych samych sióstr. Stało się jednak inaczej, ponieważ kiedy wysiadłyśmy z autobusu w Nowym Mieście pierwsze kroki skierowałyśmy razem z mamą do "znajomych sióstr mojej babci - Sióstr Wspomożycielek. Miałyśmy tylko zapytać je jak trafić do Sióstr Niepokalanek , ponieważ nie znałyśmy dokładnego adresu. Jednak stało się inaczej. Od razu zapytałyśmy o warunki przyjęcia do zakonu. Siostry przyjęły nas bardzo serdecznie i życzliwie. Pokazały kaplicę - najważniejsze miejsce w domu - i serdecznie ugościły. Ale ostatecznej odpowiedzi co do przyjęcia mnie do zakonu nie otrzymałam, ponieważ nie było Przełożonej Generalnej, a tylko ona mogła podjąć taką decyzję.

Miałam więc przyjechać za tydzień po odpowiedź, co też uczyniłam. Oczywiście prośba była rozpatrzona pozytywnie, a Matka Generalna zaproponowała mi, żebym została na noc i wróciła do domu w niedzielę wieczorem. Tak więc przeżyłam pierwszą niedzielę w domu zakonnym - niedzielę Zesłania Ducha Świętego. Ten dzień jest dla mnie bardzo żywy jakby to, co się wtedy wydarzyło działo się teraz. A Duch Święty stał się bliskim towarzyszem mojej drogi życia. Te wspomnienia spisuję również w niedzielę Zesłania Ducha Św. Często proszę Go radę i pomoc w różnych sprawach, nawet tych najdrobniejszych. Każdego dnia pytam jak mam żyć i służyć ludziom, do których posyła mnie każdego dnia Bóg, który powołał mnie w tak prosty, a jednocześnie delikatny sposób poruszając moje serce, jednym natchnieniem.

s. Jolanta M.



Z ŚW. FRANCISZKIEM DROGA KU BOGU

Słowo Boże

Chcesz nauczyć się czegoś od Chrystusa i brać przykład z Jego życia? - Otwórz Ewangelię Świętą i posłuchaj dialogu Boga z ludźmi... z tobą.

bł. J. Escriva

Poznanie Bożego Słowa rodzi poznanie samego Boga. Podobnie jak po ludzkiej mowie, poznajemy człowieka. Dlatego czytanie Pisma św. jest tak istotne, dzięki niemu poznajemy kim Bóg jest. Słowo Boże działa w człowieku i przeistacza go. Często uświadamiamy sobie to dopiero z perspektywy czasu.

ks. K. Kucharski

Kiedy Słowo Boże przenika łaską pobożności duszę, natychmiast roztapia się lód serca, płyną ciepłe słowa uczucia, Duch Święty zsyła, na was obfitość słodkiego pocieszenia, a dusza wylewa swoją radość łzami oczu.

św. Albert


Św. Franciszek w naukach kierowanych do braci podkreślał, że błogosławiony, czyli szczęśliwy, jest ten zakonnik, który swoją radość i zadowolenie odnajduje w słowach i dziełach Pana (por. Napomnienie 20). Franciszek również i dziś może nas nauczyć jak odnajdywać prawdziwą radość życia w spotkaniach z Panem w Jego Słowie, które jak mówi Apostoł narodów św. Paweł, jest zawsze "żywe i skuteczne. Zapytajmy więc - jak Franciszek spotykał się z Panem w Jego Słowie? Co takiego szczególnego czynił, że przemieniło ono jego życie i sprawiło, że był on i jest do tej pory najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi?

Wiemy, że aby się z kimś spotkać trzeba najpierw wejść z nim w kontakt, trzeba nie tylko mówić, ale również słuchać, i nie tylko słuchać, ale także usłyszeć, i nie tylko usłyszeć, ale również przyjąć, to co do nas mówi. Franciszek doświadczając nędzy swojego życia, jego kruchości i grzeszności, z całą tą swoją biedą, w pokorze serca stawał przed Panem. Zdawał sobie dobrze z tego sprawę, że sam nie jest wszechwiedzący, że sam sobie nie poradzi, więc przychodził do Boga - pytał Go i słuchał. Pragnął gorąco, aby to sam Jezus w swoim Słowie pouczał go, skorygował sposób jego myślenia, widzenia i działania. Po prostu zgadzał się w pokorze serca, aby to Jezus nawracał go i przemieniał jego życie.

Franciszek, pyta zatem dziś i mnie - o moją wewnętrzną postawę, gdy słucham Bożego Słowa. Pyta czy, podobnie jak on, jestem gotowy zakwestionować sposób swojego myślenia, czy potrafię zrezygnować z własnej optyki widzenia, czy byłbym w stanie zrezygnować ze sposobu, w jaki żyję, tylko dlatego, że Pan w swoim Słowie tak do mnie powiedział.

Nie wystarczy więc tylko dobrze usłyszeć, trzeba to przyjąć, trzeba o tym pamiętać, trzeba iść ze Słowem Pana w życie, trzeba przechowywać je głęboko w swoim sercu, by mieć je nieustannie przed swoimi oczyma i wprowadzać je w czyn. Franciszek usłyszane Słowo Pana przyjmował z radością "to jest to!, ale był to dopiero początek, a nie koniec jego drogi-spotkań z Jezusem w Słowie.

Biografowie opisują, że Święty Biedaczyna z Asyżu nieustannie dniem i nocą nosił Boże Słowo w swoim sercu, troskliwie je pielęgnował, troszczył się o nie. Pragnął i zabiegał o to, aby Boże Słowo wypełniało całą przestrzeń jego pamięci, tak, by troski, kłopoty i pokusy tego świata nie zdławiły w nim ani Słów ani przykazań Pańskich. Często modlił się usłyszanym na liturgii Słowem Pana, rozważał je, by to sam Chrystus mógł tłumaczyć różne wydarzenia codziennego życia. Pozwalał zatem, aby Jezus mocą swego Słowa nie tylko przemieniał kondycję jego umysły i serca, ale by kierował jego życiem, by mogło ono codziennie wydawać owoc dobrych decyzji i czynów.

Jezus obiecuje, że wierność i wytrwałość w słuchaniu Słowa Pana zawsze przynosi owoc - trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny lub stokrotny. Ten owoc to radość, pokój i zwyczajne zadowolenie, jakich możemy doświadczać pośród rozmaitych życiowych prób, trudów i przeciwności. Owoc ten uszczęśliwia również innych - tych, z którymi każdego dnia spotykamy się i żyjemy. Ale owoc ten trwa także na wieki. Cdn.

s. Irena Złotkowska

*****************************