Życie Wieczne

Rok 10/Nr 1/39/styczeń—luty-marzec/2009

 

Kwartalnik formacyjny „Życie Wieczne” przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia. Prenumerata za ofiarą dobrowolną.

Redakcja: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska.

 

Adres Redakcji:

„Życie Wieczne”

ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek,

tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430;

e-mail: mdpcanna@wp.pl

gg. 7479325; www.wspomozycielki.pl

 

 

W tym numerze:

 

DO PRZYJACIÓŁ

 

Najważniejsza jest miłość: Miłość a zazdrość

Kto się modli, nie zginie. Istota modlitwy

 

BLIŻEJ BOGA

 

Mi-Rel… powiedz o dawaniu

 

BLIŻEJ KOŚCIOŁA

 

Środa Popielcowa – Prochem jesteś…

 

W KRĘGU WIECZNOŚCI

 

Czyściec w doświadczeniu świętych: św. Mikołaj z Tolentino

Jak pomagać duszom czyśćcowym? Jałmużna przebaczenia cd.

Kwartalna intencja modlitewna MDPC

 

Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC

 

Rekolekcje dla dziewcząt i dla MDPC w obiektywie

W skrócie

Świadectwo powołania: Bardzo chciałam służyć Jezusowi

Droga ku Bogu z św. Franciszkiem : Kapłaństwo

 

*****************************

 

ZAPRASZAMY NA REKOLEKCJE

 

dla młodzieży żeńskiej

 

* 31 IV-03 V 2009 SULEJÓWEK

 

ul. Poprzeczna 1 (dom Sióstr)

 

Temat: Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. (św. Paweł)

 

 

* 20-27 VI 2009 ZAKOPANE

 

Os. Bachledy 32 (Dom Pani Marii Banaś)

 

Temat: Poszukiwanie szczęścia, podejmowanie decyzji.

 

 

dla młodzieży żeńskiej i męskiej

 

* 16-24 VII 2009 WIELKIE OCZY k. Korczowej

 

(Zespół Szkół w Wielkich Oczach)

 

Temat: "Człowiek jest tym, czym jest w oczach Bożych - niczym więcej" (św. Franciszek z Asyżu)

 

 

Dojazd:

- do Sulejówka - pociągiem podmiejskim (Koleje Mazowieckie lub Szybka Kolej Miejska) z Warszawy Wsch. w kierunku: Siedlce, Mińsk Maz., Sulejówek Miłosna

- do Wielkich Oczu autobusem PKS z Lubaczowa (6.40; 7.12; 9.20; 11.25; 13.40; 15.25; 18.15;19.15 ).

 

Rozpoczęcie: godz. 17.00; zakończenie: ok. 10 rano.

 

Opłata - ofiara dobrowolna.

 

Weź ze sobą: Pismo św., różaniec, notatnik, śpiwór (do Wielkich Oczu dodatkowo: materac lub grubą karimatę (tam śpimy na podłodze), buty na zmianę, instrument muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać). Zaproś swoich znajomych - będzie Ci raźniej:))

 

 

Dokładne informacje i zgłoszenia:

 

s. Anna Czajkowska

ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek

tel.: 022/ 487 86 08 lub kom. 0/ 698 230 430

gg: 7479325; e-mail: mdpcanna@wp.pl

 

 

*****************************

 

 

DO PRZYJACIÓŁ

 

 

NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ...

 

Miłość a zazdrość

 

Jednym z przejawów egoizmu, czyli – jak podaje Mały słownik etyczny - „postawy życiowej, której jedynym motywem jest szeroko rozumiana korzyść własna; nie liczenie się z potrzebami, pragnieniami i interesami innych ludzi oraz traktowanie ich jako konkurentów zagrażających osiągnięciu własnych celów”, jest zazdrość. Według Barucha Spinozy ma ona miejsce wtedy, „gdy ktoś troszczy się, by samemu tylko cieszyć się tym, co posiadł i dla siebie tylko rzecz tę zachować”. W odniesieniu do miłości między dwojgiem ludzi, tak rozumiana zazdrość wyrażałaby się w zachłanności, w zawłaszczeniu sobie drugiego człowieka, w znacznym ograniczeniu jego wolności w relacjach z innymi ludźmi. Zazdrość sprzeciwia się naturze miłości, która ze swej istoty jest wolna i otwarta oraz dysponuje człowieka do bycia darem dla innych.

 

„Miłość nie zazdrości” - czytamy w Listach św. Pawła. Jednak w Piśmie Świętym znajdujemy także takie fragmenty, które mówią o zazdrosnej miłości samego Pana Boga: „Ja Pan, Bóg Twój, jestem Bogiem zazdrosnym” (Wj 20,5b); „Nie będziesz oddawał pokłonu cudzemu bogu, bo Pan ma na imię Zazdrosny: jest Bogiem zazdrosnym” (Wj 34,14; por. Pwt 4,24; 5,9; 6,15;), „Zazdrosna miłość Pana Zastępów tego dokona” (2Krl 19,31; Iz 9,6; 37,32;) „Jak płaszczem okrył się zazdrosną miłością (59,17); „A Pan zapłonął zazdrosną miłością ku swojej ziemi i zmiłował się nad swoim ludem” (Jl 2,18); „Tak mówi Pan Zastępów: Ogarnęła Mnie zazdrość wielka o Syjon i zapłonąłem wielką żarliwością o niego” (Za 8,2); „Jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański” (Pnp 8,6).

 

Słowo Boże wiele razy ukazuje nam Boga jako zazdrosnego Pana, ale z drugiej strony wielokrotnie przestrzega nas przed zazdrością, jako czymś, co sprowadza zło i nieszczęście na człowieka (np. Księga Mądrości, Księga Przysłów). Jak to pogodzić? Tę pozorną sprzeczność można wytłumaczyć jedynie tym, że istnieją różne rodzaje zazdrości. Warto je poznać, aby móc twórczo przeżywać uczucie zazdrości.

 

Ksiądz Krzysztof Grzywocz, w czasie sesji w Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie nt. „Kierownictwo duchowe a uczucia niekochane”, wskazał na zazdrość jako wyraz troski o miłość. Jest to zazdrość o osobę; zazdrość wynikająca z obawy przed ryzykiem utraty ukochanego człowieka. Jest to słuszny lęk, gdyż doświadczenie odchodzenia z inną kobietą czy z innym mężczyzną, czy też oddawanie czci bożkom jest realnym zagrożeniem, sprowadzającym grzech, cierpienie i ból. Bóg kocha człowieka miłością zazdrosną, bo pragnie dla nas prawdziwego szczęścia - życia wyzwolonego od zła i wszelkich niewoli: „Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (Pwt 5,6). Kiedy my kochamy kogoś miłością zazdrosną pragniemy szczęścia i dobra dla tej osoby. Ufamy jej, ale bierzemy też pod uwagę skłonność do ulegania słabościom, od której nie jest przecież wolny żaden człowiek. Bronimy jednej z najwyższych wartości, którą jest miłość łącząca dwie osoby. W tym sensie możemy mówić o dobrej zazdrości.

 

Zazdrość, która sprzeciwia się miłości jest nazwana wadą główną. Łączy się ona z agresją i często przekształca się w zawiść. Jest wyrazem braku zaufania i chorej podejrzliwości wobec kochanej osoby i ludzi, z którymi ona się spotyka. Jeżeli pod wpływem zazdrości życzymy komuś zła, albo wyrządzamy zło, wówczas mamy do czynienia z grzechem śmiertelnym.

 

Ksiądz Grzywocz twierdzi, że dobrze przeżywana zazdrość może być mecenasem wartości, może pobudzać nas do osobistego rozwoju. Dlatego nie należy się jej obawiać, gdy się pojawi. Trzeba tylko nad nią czuwać, aby motywowała do pomnażania dobra. Niekiedy dobrze jest okazać zazdrość wobec kogoś, kogo kochamy, wówczas dajemy mu jasny komunikat, że ta miłość stanowi dla nas wielką wartość, o którą pragniemy się nieustannie troszczyć.     Cdn.

s. Anna Czajkowska WDC

 

 

KTO SIĘ MODLI, NIE ZGINIE…

 

Istota modlitwy

 

„Pnie, naucz nas modlić się (…), taką prośbę skierował do Jezusa jeden z Jego uczniów, ujrzawszy modlącego się Mistrza (por. Łk 11,1). Modlitwa jest najważniejszą sprawą dla człowieka wierzącego. Jest ona właściwym pokarmem dla naszej duszy tak jak codzienny posiłek potrzebny jest, dla naszego ciała. Ktoś powiedział, że jest ona niezbędna dla życia duszy jak powietrze dla życia ziemskiego. I tak jak nie można żyć bez powietrza, tak nie można żyć po chrześcijańsku i rozwijać się duchowo bez modlitwy.

 

Wielu z nas z całą pewnością modli się, może modli się codziennie, ale prawie każdy z nas uskarża się także, że nie umie się modlić, że nie wie jak się modlić. Dobra modlitwa, autentyczna modlitwa z całą pewnością nie zależy od wiedzy i nie jest owocem lektury książek z zakresu duchowości. Prawdą jest także, że odmawiane nawet najpiękniejsze formuły modlitewne nigdy nie dadzą modlitwie życia. Może to uczynić jedynie Duch Święty, ale tylko wtedy, gdy człowiek pozwoli Mu w sobie działać. Jest bowiem wielu ludzi, którzy nie posiadają wiedzy na temat modlitwy, a jednak są ludźmi modlitwy, modlą się prawdziwie, szczerze i autentycznie. Jednakże wiedza, chociaż nie daje życia, jest czymś ważnym, a nawet bezcennym, gdyż wskazuje drogę do tego życia. I dlatego należy pytać, mówić, pisać, czytać i rozważać na temat samej modlitwy.

 

W książkach traktujących o modlitwie znajdujemy szereg różnych określeń modlitwy: „Jest ona rozmową z Bogiem”; „Jest wzniesieniem umysłu do Boga”; „Jest wzniesieniem duszy do Boga”. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus napisała: „Modlitwa jest dla mnie wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości”. A św. Franciszek z Asyżu pouczając swoich braci prosił, aby stając do modlitwy ich „serca były w Bogu, a Bóg w sercu”.

 

Poszukując istoty modlitwy należy zauważyć, że jest ona naszą świadomą i najgłębszą relacją do Boga, jest żywym i osobistym związkiem z Bogiem, który JEST i w którym my „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (por. Dz 17,28). Z naszej strony jest ona pokornym przyjęciem daru, przyjęciem cudu Bożego życia i działania w nas. „O gdybyś znała dar Boży!” (J 4,10), mówi Jezus do kobiety przy studni. Gdy przychodzimy szukać naszej wody Bóg pierwszy wychodzi i prosi, aby dać Mu pić. Św. Augustyn powie, że to „Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli”.

 

Ale modlitwa jest także działaniem człowieka. Bóg kieruje do nas swoje słowo i zaprasza nas do odpowiedzi. Wydaje się zatem, że w pierwszej kolejności ważniejszą i trudniejszą rzeczą niż sama praktyka modlitwy jest wiara. Nasza najgłębsza świadomość, że Bóg udzielił nam niewiarygodnej mocy dialogowania z Nim samym, udzielił nam ogromnego przywileju, jakim jest nasza zdolność modlitwy. Możemy i powinniśmy ucieszyć się tym darem, ucieszyć się tą niesamowitą zdolnością rozmawiania z samym Bogiem. Zanim więc uświadomimy sobie obowiązek modlitwy, to że musimy się modlić mamy najpierw uradować się perspektywą, że możemy się modlić. Że to Bóg pierwszy uzdolnił nasze serca do odpowiedzi wiarą na Jego Słowo i obietnicę naszego zbawienia.

 

Modlitwa wiąże się zatem zawsze z trudem wiary, że Bóg mówi do człowieka i że słucha go  z zainteresowaniem. Przychodząca na nas często pokusa milczenia i niesłuchania na modlitwie Boga, prowadzi do zarzucenia samej modlitwy. Gdy jednak nasze serce szuka Boga, gdy pragnie usłyszeć Go i poznać Jego wolę, to niezależnie, od tego, jaki będzie język naszej modlitwy, czy będą to słowa, czy gesty, będzie to zawsze autentyczna modlitwa. Modlitwa bowiem człowieka pochodzi z jego serca, z tego ukrytego centrum, które trudno jest nawet nam samym bez pomocy zamieszkującego w nim Ducha Bożego poznać i zgłębić. Serce, które jest najgłębszym mieszkaniem każdego człowieka, jest miejscem jego wewnętrznych dążeń i decyzji. W nim wybieramy drogę życia lub śmierci, w nim wybieramy Boga lub decydujemy się sami iść przez życie.

 

Jeśli zatem nasze serce nie jest „w Bogu”, jeśli jest daleko od Niego wówczas także nasza modlitwa pozostaje jałowa i pusta. I pewnie wówczas prawdziwe stają słowa, które ktoś zapisał o modlitwie, że: „milsze jest Panu Bogu szczekanie psa niż bezmyślne klepanie pacierzy”. Modlitwa jest bowiem żywą relacją do Boga, który jest bliżej nas niż my sami siebie i który nieskończenie nas miłuje, jako najdroższe swoje dzieci. Cdn.

s. Irena Złotkowska WDC

 

 

*****************************

 

 

BLIŻEJ BOGA

 

 

MI-REL… POWIEDZ O DAWANIU

 

„Istnieją niezliczone sposoby dawania. Najczęściej kiedy mówimy o ofiarności, wydaje nam się, że cnota ta wiąże się z dawaniem pieniędzy. To bardzo błędne skojarzenie. Wielu twoich bliskich odczuwa niedosyt tego, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. Wszyscy, na przykład, pragną być zauważeni, pragną usłyszeć od ciebie jakieś słowo uznania; pragną, abyś obdarzył ich sympatią i uczuciem. Musisz zdać sobie sprawę również z tego, że nie zawsze jesteś w stanie im to wszystko zapewnić. Bardzo wielu ludzi czyni podsumowanie całego roku w grudniu. Dlaczego jednak i ty miałbyś czekać aż tak długo, aby rozliczyć się ze swoimi czynami? Dlaczego nie miałbyś się im przyglądać, na przykład, na końcu każdego miesiąca? Albo czy też jest coś, co uniemożliwiałoby ci robienie tego pod koniec każdego tygodnia? Tak, chyba się już rozumiemy: dlaczego nie miałbyś wykonywać takiego rozliczenia pod koniec każdego dnia?

 

Jeżeli o zachodzie słońca możesz się zatrzymać, aby jeszcze raz spojrzeć na to wszystko, co tego dnia uczyniłeś - to może dostrzeżesz jakiś dobry uczynek, jakieś słowo, które podniosło kogoś na duchu, jeśli przypomni ci się jakieś łagodne spojrzenie, które ogrzało kogoś jak promień słońca... wówczas będziesz mógł powiedzieć, że twój dzień miał sens. Nie to jest ważne, co dajesz za pomocą pie­niędzy, ale to, co ofiarowujesz poprzez swoją życzliwość.

 

To, o co tak bardzo zabiegasz dzisiaj, jutro może rozsypać się w drobiazg w mgnieniu oka. Pamiętaj jednak o tym, że kiedy uda ci się kogoś podnieść na duchu, pomóc komuś w pracy, pochwalić go za nią, prawdziwie przejąć się tym co ktoś do ciebie mówi... uzyskasz poprzez to wszystko zasługę na całą wieczność. Zachowując się w ten sposób, sam bardzo już skorzystałeś na tym. Ktoś, kto wy­świadczył dobro, sam odniósł już z tego powodu wielką korzyść.

 

Jeżeli pragniesz być szczęśliwy, musisz nieustannie się uczyć jak uszczęśliwiać innych. Wiedz, że nocą nie uda ci się spokojnie zagłębić w ciszy, jeżeli nie będziesz potrafił odnaleźć w sobie choćby odrobiny satysfakcji z minionego dnia, kiedy - w skrytości swojej duszy - nie zdasz sobie sprawy, że nie udało ci się pocieszyć kogoś smutnego, pomóc komuś utrudzonemu życiem czy podnieść na duchu kogoś, kto stracił nadzieję.

 

Pamiętaj: jeżeli nie udało ci się stać dla kogoś przyczyną radości, to znaczy, że nie uczyniłeś dzisiaj nic, co zostanie po tobie zapamiętane. Pamiętaj: jeżeli nie wykonałeś choćby jakiegoś drobnego gestu, który komuś w czymś pomógł, cały twój dzień został zmarnowany. Tak więc: wszystko, co czynisz swojemu bliźniemu, czyń całym sercem; pamiętaj, ażeby każda czynność była wykonywana z pełnym oddaniem.

 

Zarówno w małych jak i w wielkich uczynkach dawaj z siebie to, co masz najlepszego”.

 

(Mi-Rel to nieznany prorok z anonimowej książki Powrót Proroka przetłumaczonej z języka włoskiego. Mi-Rel oznacza Miłość i Relację (z wł. Am-Rel = Amore - Relazione). Prorok nie jest ani Europejczykiem, ani Afrykańczykiem, ani Hindusem. Książka kończy się pytaniem: „A Tobie jak się wydaje, kim jest?”)

 

 

*****************************

 

 

BLIŻEJ KOŚCIOŁA

 

 

2 II - OFIAROWANIE PAŃSKIE - DZIEŃ ŻYCIA KONSEKROWANEGO

 

Powołanie w kryzysie?

 

„Nie ma kryzysu powołań - zapewnia w książce Pójść drogą błogosławieństwa współczesny teolog i ojciec duchowny ks. Marek Dziewecki - gdyż Bóg, który powołuje, nie jest nigdy w kryzysie. Kryzys mogą przeżywać jedynie ci, którzy są powołani. Dzieje się tak wtedy, gdy nie przyjmują od Boga daru bogatego człowieczeństwa i zaproszenia do świętości, czyli do życia w sposób błogosławiony”. Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Kryzys dotyczy powołanych. Powołani do wyłącznej służby Panu Bogu czy do małżeństwa i życia rodzinnego to ludzie, a człowiek jest wolny - dlatego nawet samemu Bogu może powiedzieć: „Nie”. Może i coraz częściej to czyni…, rozmijając się z własną drogą do szczęścia. 

 

Każdy człowiek pragnie być szczęśliwy i raczej mało prawdopodobne, żeby młodzi ludzie - wbrew własnym pragnieniom - z premedytacją, jakby na przekór Bogu, Ewangelii i całemu światu odwracali się od własnej drogi powołania. Bardziej przekonywujące są inne powody tego marszu pod prąd Bożego wezwania. Pisze o nich Amadeo Cencini w wielu publikacjach podejmujących zagadnienie wyboru drogi powołania:

 

„Dziś młodzieniec wybiera - a przynajmniej jest prowokowany (niemal zmuszany) przez kulturę dominującą do wybierania - na podstawie funkcjonalności danej rzeczy oraz jej użyteczności z punktu widzenia jego interesów osobistych. Wybiera na podstawie kalkulacji, bo ponoć wszystko można oszacować, tak że nie do pomyślenia jest inwestycja, która by nie zwróciła się z procentem. Wedle tych kalkulacji śmieszny staje się wybór zgodny z ideałami, dokonany po prostu dlatego, że coś jest piękne, tak jak - przykładowo - ofiarowanie się Panu Bogu, należenie całkowicie do Niego, wysławianie, głoszenie i kochanie Go, służenie Mu w braciach…”.

 

Cencini podaje jeszcze wiele innych powodów, które przyczyniają się do kryzysu wśród powołanych. W dobie podważania wszelkich autorytetów, młody człowiek czuje się osamotniony, nie ma z kim dzielić tego, co staje się treścią jego codziennego życia, a każdą interwencję dorosłego odbiera jako przejaw wścibstwa w jego intymne sprawy. Jeżeli jakimś cudem zaakceptuje obecność kogoś dorosłego i zapragnie poddać się jego przewodnictwu, napotyka na inny problem, który Cencini nazywa analfabetyzmem emocjonalnym, czyli nieumiejętnością wyrażania siebie. Nie potrafi nazwać i uzewnętrznić, tego co się w nim dzieje, czego doświadcza, co czuje. Wskutek tego nieomal traci on kontakt z samym sobą, ze swoim najgłębszym „ja”. Człowiek, który nie zna własnego wnętrza, w sposób nieunikniony, będzie miał problem z rozumieniem i z przyjmowaniem świata innych osób - również tych osób, które stanowią wspólnotę zakonną.

 

Innym czynnikiem powodującym u młodych osób rozmijanie się z Bożym wezwaniem jest autyzm powołaniowy. Przejawia się on tym, że człowiek zarządza sam sobą w całkowitej izolacji od innych. Tworzy własny, iluzoryczny świat, nie biorąc pod uwagę faktu, że realizacja powołania uzależniona jest od wielu zewnętrznych uwarunkowań. Powołany zamiast otwierać się na świat wspólnoty życia konsekrowanego, podejmując trud włączenia w jej sposób życia, staje jakby obok wspólnoty wraz ze swoim projektem na świętość, w którym nie ma miejsca na odkrywanie prawdy o sobie w perspektywie Chrystusowego krzyża. Osoba taka nie dopuszcza możliwości kształtowania siebie we wspólnocie, bo każda sytuacja wymagająca rezygnacji z własnej wizji siebie i z wydumanego przez siebie obrazu życia zakonnego zagraża jej wewnętrznemu światu.

 

Znamienne jest również to, że podjęcie drogi powołania do wyłącznej służby Bożej postrzegane jest przez młodych ludzi jako wejście niemalże we wspólnotę ucieleśnionych aniołów. Wszyscy są do siebie podobni, mili, uprzejmi, obdarzający się wzajemnie poczuciem zadowolenia. W tak infantylnej wizji życia zakonnego w centrum stoją uczucia i potrzeby powołanej osoby, a nie Jezus, który wzywając do pójścia za Nim nie wskazuje na drogę łatwą i przyjemną, ale na drogę krzyża: „Kto chce iść za Mną niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

 

Kto naprawdę miłuje Boga, i z tej miłości pragnie oddać Mu swoje życie, nie ulęknie się żadnego trudu na drodze powołania, bo przecież miłość usuwa lęk.

s. Anna Czajkowska WDC

 

 

25 II - ŚRODA POPIELCOWA

 

Prochem jesteś...

 

W roku kościelnym liturgia Środy Popielcowej rozpoczyna okres Wielkiego Postu, czyli czterdziestodniowy czas specjalnego przygotowania do przeżycia Tajemnicy Paschalnej – Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Tego dnia w czasie Mszy św. poświęca się popiół przygotowany z gałązek palmowych poświęconych w ubiegłoroczną Niedzielę Palmową.

 

Błogosławiąc popiół kapłan wypowiada następujące słowa: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy, spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów,   i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna. Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen”. Następnie kapłani oraz wszyscy wierni przyjmują na swoje głowy znak popiołu. Każdy może usłyszeć wówczas wypowiadane przez kapłana jedno z dwóch wezwań: Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz lub Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

 

Symbolika popiołu jest obecna w całym Piśmie Świętym, zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie. Według Słownika obrazów i symboli biblijnych popiół jest obrazem przemijania ludzkiego życia, swoją lekkością i drobnością przypomina proch i pył ziemi, przywodząc człowiekowi na pamięć jego ziemskie pochodzenie (por. Rdz 3,19) i to kim jest on sam z siebie przed Bogiem. Popiół w Biblii jest wyrazem smutku i symbolem pokuty. Abraham stojąc przed Bogiem wie dobrze, że jest tylko „prochem ziemi i popiołem (por. Rdz 18,27), a Hiob wadząc się z Bogiem, a następnie poznając wielkość i wspaniałość Jego zamiarów „czyni pokutę w prochu i popiele” (por. Hi 42,6).

 

Człowiek w Biblii szczerze czyniący pokutę okrywa się worem pokutnym i posypuje popiołem. Tak uczynił Daniel będący na wygnaniu poszcząc w worze pokutnym i popiele (por Dn. 9,3). Podobnie zachował się król Niniwy przyjmując wezwanie proroka Jonasza do nawrócenia: „Wstał z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele” i prosił, by jego poddani żarliwie wołali do Boga, i aby „każdy odwrócił się od swego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami. Kto wie może się ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy” (por. Jon 3, 6-9).

 

Jezus wzywając Żydów do nawrócenia widział opór ich serc i umysłów, mimo, iż byli oni naocznymi świadkami Jego znaków i cudów. Dlatego mówił do nich: „Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i popiele by się nawróciły (Mt 11,21).

 

W Starym Testamencie popiół ze spalonego mięsa zwierząt ofiarnych nie był uważany nigdy za bezużyteczną pozostałość, lecz za materię szczególnie oczyszczoną. Zmieszany ze źródlaną wodą miał szczególną moc oczyszczania (por. Lb 19). Autor Listu do Hebrajczyków przywołując to znaczenie popiołu powie: „Jeśli bowiem krew kozłów i cielców, i popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu (Hbr 9,13-14).

 

Czytania liturgiczne w Środę Popielcową pouczają, że Panu Bogu nie są miłe same tylko zewnętrzne wyrazy pokuty - czynione często na pokaz lub aby sobie samemu coś udowodnić. Przyjmując więc popiół na nasze głowy na znak przyjęcia Chrystusowego wezwania do przemiany życia, trzeba na nowo uświadomić sobie, że najważniejsze jest, aby dokonała się nasza metanoia, czyli nawrócenie.

 

Jako uczniowie Chrystusa mamy przyoblekać się w Niego samego, w Jego myśli i uczucia, w Jego relację do Boga i drugiego człowieka. Metanoia to także odwrócenie się od swojego czysto ludzkiego sposobu myślenia, sądzenia, odczuwania i układania swojego życia.  A to wymaga ogromnego wewnętrznego wysiłku. Sami z siebie, będąc tylko „pyłem i prochem”, nie zdołamy wiele uczynić, dlatego otwierajmy w tym czasie nasze serca i umysły na światło Bożego Słowa i na moc Ducha Świętego, który został nam dany.

s. Irena Złotkowska WDC

 

*****************************

 

 

W KRĘGU WIECZNOŚCI

 

 

CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH

 

Święty Mikołaj z Tolentino

 

„Nie bądź wątpiącym Mikołaju. To ja twój brat Gentile. Twe modlitwy i akty pokutne ocaliły mą duszę od pewnego potępienia”- oto słowa pełne nadziei na życie wieczne skierowane do Świętego, którego relacje z wiernymi zmarłymi cechowała przyjaźń duchowa, jaką zjednał sobie różnymi formami niesienia im pomocy.

 

Urodził się w 1245r. w regionie zwanym Merche, położonym na wschodnim wybrzeżu Włoch. Jego narodziny sprawiły wielką radość rodzicom, którzy większość małżeńskiego życia przeżyli nie posiadając dzieci. W swoim cierpieniu zwrócili się do wielkiego dobroczyńcy i wyjątkowego przyjaciela ludzi potrzebujących znanego na całym świecie św. Mikołaja z Bari. Wyrazem ich wiary była pielgrzymka do grobu Świętego, gdzie prosili o łaskę posiadania dziecka i złożyli obietnicę, że jeśli narodzi się syn dadzą mu imię Mikołaj. Dziewięć miesięcy później urodził się im syn, który zgodnie z obietnicą na chrzcie świętym otrzymał imię Mikołaj. Gdy dorósł wstąpił do Zakonu Augustianów.

 

W życiu Mikołaja uderzało podobieństwo do jego patrona gdyż był współczujący wobec ubogich i nieszczęśliwych oraz dzielił się z innymi wszystkim, co posiadał. Swoją dobroczynność rozciągnął nawet poza ten świat gdyż współczując duszom czyśćcowym w ich cierpieniach został ich duchowym przyjacielem. Dziś św. Mikołaj z Tolentino czczony jest jako patron dusz czyśćcowych. W jego biografii odnajdujemy dwa wydarzenia, które świadczą o jego wyjątkowym i skutecznym wstawiennictwie w sprawach wiernych zmarłych.

 

Pewnej sobotniej nocy tuż po święceniach kapłańskich usłyszał głos zmarłego zakonnika, którego znał osobiście. Brat Pellegrino – jak się przedstawił – ujawnił, że obecnie znajduje się w czyśćcu i prosi o odprawienie Mszy św. za jego duszę i dusze cierpiące w czyśćcu aby w ten sposób uwolnić je od smutku. W odpowiedzi na to Mikołaj przez cały tydzień sprawował Msze św. w intencji zmarłych braci i sióstr. Pod koniec tygodnia brat Pellegrino ukazał się powtórnie tym razem po to, aby wyrazić wdzięczność Mikołajowi za otrzymaną przysługę oraz zapewnił, iż ujrzał wielką liczbę osób, które dzięki modlitwom zakonnika mogły cieszyć się obecnością Boga.

 

Drugie zdarzenie miało miejsce w czasie, gdy brat Mikołaj znajdował się w kościele. Podczas zapalania lampionu przed Najświętszym Sakramentem ktoś zawołał do niego donośnym głosem tak, że się przestraszył. Mikołaj pomyślał sobie, że to kolejna z pokus szatańskich, których tak często doświadczał, lecz okazało się, że był to głos jego rodzonego brata Gentile.

 

Wcześniej jeszcze, gdy Mikołaj dowiedział się o brutalnym zamordowaniu swego brata zasmucony jego mało świętym życiem zaczął odprawiać pokutę znacznie wykraczającą poza tę sprawowaną, na co dzień, modlił się, płakał i pościł, błagając Boga następującymi słowami: „Panie zachowaj go. Nie pozwól, aby jego dusza została skazana na potępienie”. Teraz sam Gentile uszczęśliwiony wyzwoleniem swojej duszy wołał do brata: „Miłosierdzie Boga Wszechmogącego, Mikołaju, okazało się być ogromne. Dobry Bóg ocalił mnie od pewnego potępienia. Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie uczyniłeś. Jednakże odprawiaj nadal pokutę. Twoje ofiary są tak miłe Bogu, że o cokolwiek Go poprosisz do końca twych dni będzie ci dane”.

 

Po tych dwóch wydarzeniach Mikołaj nigdy nie zaprzestał codziennych modlitw i częstego odprawiania Mszy świętych za wiernych zmarłych. Z tego też powodu artyści przedstawiają go często w otoczeniu ogromnych rzesz dusz czyśćcowych. Skuteczność modlitwy Mikołaja jeszcze za jego życia stała się tak szeroko znana, że inni zaczęli uciekać się do niego w imieniu zmarłych, których darzyli miłością. Po śmierci był czczony przez wiernych jeszcze przed wyniesieniem na ołtarze. Dla wielu jego świątobliwe życie stało się wzorem do naśladowania, a niektórzy przyjęli go jako duchowego przewodnika. Jedną z takich osób była święta Rita, która uzyskała od Boga, dzięki wstawiennictwu Mikołaja, łaskę zdrowia na czas uroczystości jego kanonizacji.

 

Więcej o św. Mikołaju z Tolentino, którego wspomnienie liturgiczne obchodzimy 10 września, można znaleźć w książce ks. Michaela Di Gregorio OSA Święty Mikołaj z Tolentino patron dusz czyśćcowych.

s. Anna Pękowska WDC

 

 

JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?

 

Jałmużna przebaczenia

 

Przebaczyć, to nie znaczy zapomnieć. Dość często zdarza się, że zapomnienie o doznanej zniewadze uważamy za najlepszy dowód skuteczności naszego przebaczenia. Tymczasem akt przebaczenia wręcz wymaga dobrej pamięci, bo jak można darować komuś coś, o czym się nie pamięta. Przypominanie sobie zranień budzi w nas opór. Uruchamiają się mechanizmy obronne, które chcą chronić naszą świadomość przed ponownym cierpieniem z powodu doznanej krzywdy. Trzeba rozpoznać te mechanizmy i przełamać niechęć. Tylko tak dajemy sobie szansę na uwolnienie od bolesnego braku przebaczenia.

 

Przebaczenie nie jest tylko prostym aktem naszej woli. Bardzo ważne jest, aby taką decyzję podjąć, ale dobrze wiemy, że nie tak znowu łatwo nasze emocje podporządkowują się aktom rozumu. Ponadto ta decyzja powinna być podjęta dobrowolnie – ze szczerego serca, nie pod presją lęku, albo nacisków innych osób. Nie można nikomu nakazać przebaczenia. To pragnienie musi pochodzić od nas samych, inaczej przebaczenie nie nastąpi nigdy.

 

Przebaczenie nie odwraca biegu historii i nie zaprzecza faktom, nie sprawia powrotu do sytuacji przed doznaną krzywdą. Jeżeli np. stłuczemy wazon, logiczne jest, że jedyne, co da się w tym przypadku zrobić (co też nie zawsze jest możliwe), to spróbować go posklejać. Wszelkie wysiłki, aby wrócił on  do poprzedniego wyglądu zostaną zwieńczone niepowodzeniem. Mamy wtedy do wyboru dwie opcje: zachować posklejany przedmiot i zmienić nieco jego przeznaczenie lub się go pozbyć. Mamy do tego prawo. Trzeba się z tym zgodzić. Podobnie bywa w relacjach między ludźmi, które uległy rozbiciu. Przebaczając możemy próbować uratować związek, ale mamy też prawo nie chcieć już np. przyjaźnić się z daną osobą. Dlatego – jak twierdzi o. Jean Monburqette - przebaczenie nie jest równoznaczne z pojednaniem. Ma ono rację bytu również i wtedy, gdy nie następuje pojednanie.

 

Przebaczając, nie musimy rezygnować z dochodzenia sprawiedliwości. Na przykład człowiek, który jadąc po pijanemu samochodem pozbawił życia osobę, którą bardzo kochaliśmy, gdy otrzymuje od nas przebaczenie, to nie oznacza, że nie mamy prawa domagać się, aby został za to ukarany. Przecież i nasza wiara mówi nam, że Pan Bóg przebaczając ludziom ich grzechy w sakramencie pojednania, nie zwalnia jednak z kary doczesnej, czyli z konieczności zadośćuczynienia za wyrządzone zło. Ponadto przebaczenie także nie oznacza naiwnego uniewinnienia drugiego przez tłumaczenie go i fałszywe usprawiedliwianie, że nie był do końca świadomy swoich czynów. Zwalniając go z odpowiedzialności moralnej szukamy ukojenia bólu – łatwiej jest znieść cierpienie, gdy myślimy, że dana osoba nie krzywdziła nas świadomie i dobrowolnie. Jest to jednak kolejny przejaw włączania się mechanizmów obronnych, które trzeba rozpoznać i odrzucić, aby móc komuś prawdziwie przebaczyć.

 

Przebaczenie nie stawia mnie wyżej od innych. Niekiedy posługujemy się nim jako demonstracją swojej wyższości moralnej i władzy wobec tych, którzy nas znieważyli. Wówczas przebaczenie jest tylko pozorne, nie daje nam poczucia wewnętrznego pokoju, a dla innych staje się po prostu upokorzeniem. O. Anzelm Grün w książce Przebacz samemu sobie przestrzega przed takim wyrażaniem przebaczenia, które staje się od razu bezwzględnym oskarżeniem kogoś: „Jesteś winien. Powinieneś to wiedzieć. Powinieneś to przyznać. Ale ja jestem tak wielkoduszny, że ci przebaczam”.

 

Przebaczenie nie polega na zrzuceniu go na Pana Boga. Chociaż pełne przebaczenie jest Jego łaską, nie oznacza to, że powiedzenie komuś: „Niech ci Bóg wybaczy!” załatwi wszystko. Przebaczenie, jeżeli ma się naprawdę dokonać dzięki Bożej interwencji, powinno i tak najpierw w nas samych wybrzmieć całą gamą przykrych uczuć. Nie można się ich wypierać. Pozwólmy sobie na ich odczuwanie, skoro nawet pisma natchnione uczyniły z nich słowa modlitwy (por. Psalmy). 

 

Jak przebaczać?

 

„Aby móc z serca przebaczyć - pisze o. Anzelm Grün - trzeba przebyć kolejno kroki prowadzące do przebaczenia (…). Żadnego z nich nie wolno pominąć, w takim wypadku bowiem przebaczenie utknęłoby na szczeblu woli, nie dosięgając serca”. Podobnego zdania jest o. Jean Monburqette, który proponuje tych kroków kilkanaście. Zaznacza jednak, że Pan Bóg może przyjść z łaską przebaczenia zanim ukończymy tę drogę, czego doświadczyła na sobie Aneta Kania, autorka artykułu Do przebaczenia się dojrzewa, streszczającego książkę o. Jeana. Warto więc zapoznać się z metodą otwierania się na łaskę przebaczenia zawartą w książce o. Monburqett`a, aby móc udzielać jałmużnę również i pod taką postacią.

 

Zasadniczą sprawą jest podjecie dwóch decyzji: żeby się nie mścić i żeby nie pozwolić siebie obrażać. Chęć zemsty jest instynktownym odruchem, odczuwanym w wyniku doznanej zniewagi. Odruchem zupełnie usprawiedliwionym w konfliktowej sytuacji. Trzeba zaakceptować fakt, że może się pojawić. Jednak nie oznacza to, że trzeba za tym impulsem podążać. Zemsta pomnaża zło. Pójście za nią wcale nie przynosi ulgi, ale właśnie dodaje cierpienia: zamyka w okowach przeszłości przez ciągłe powracanie do zranienia, nie pozwala cieszyć się teraźniejszością, odbiera wewnętrzny pokój, wzmaga lęk przed kolejnym ciosem ze strony krzywdziciela, podsyca urazy, wrogość i gniew, negatywnie odbija się na naszym zdrowiu psycho-fizycznym. Aby chronić człowieka przez zgubnymi skutkami zemsty Pan Jezus napomina w Kazaniu na Górze: „Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu” (Mt 5,38a). Nie chodzi tu o przyzwalanie na zło, ale o to, aby nie rewanżować się temu złu kolejnym złem. Jakby w logicznym ciągu dotykamy w tym miejscu drugiej części pierwszego etapu przebaczania. Nie mszczę się, ale i nie pozwalam, by mnie ponownie skrzywdzono. Trzeba zatrzymać lawinę zła (np. przemocy), odwołując się choćby do wymiaru sprawiedliwości, jeżeli zaistnieje taka konieczność.

 

Następnie, podążając ku przebaczeniu, należałoby uznać swoje zranienie. Psychika ludzka wcale nam w tym nie pomaga. Uruchamia wiele mechanizmów obronnych, które nie dopuszczają do świadomości nadmiernego bólu z powodu obrazy. Powodują one pojawienie się oporów w dziedzinie poznawczej i emocjonalnej. Czasami opór poznawczy prowadzi aż do całkowitego zapomnienia wydarzenia, przez co wcale nie stajemy się od niego uwolnieni. Wywiera ono destrukcyjny wpływ na nasze postępowanie nawet po wielu latach (często dzieje się tak w przypadku molestowania seksualnego, które miało miejsce w dzieciństwie). Opór emocjonalny zaś polega głównie na tuszowaniu uczucia wstydu. Osoba zawstydzona czuje się jakby obnażona wobec innych, ma wrażenie że jej słabości są wystawione na widok publiczny, czuje się ciągle zagrożona śmiesznością i odrzuceniem. Dlatego próbuje ten wstyd ukryć, zakładając różne maski: gniewu i potrzeby zemsty, postawy władzy i wyższości, perfekcjonizmu, postawy wiecznie budzącej współczucie ofiary. Należy dołożyć starań, żeby odkryć w sobie te postawy i nie ukrywać pod nimi dotkliwego wstydu. Mamy prawo odczuwać zawstydzenie, trzeba zaakceptować to nieprzyjemne uczucie, nie uciekać od niego, gdyż jest naturalną reakcją na odmowę miłości i szacunku od tych, od których by się ich najbardziej oczekiwało.

 

Trzecim krokiem jest podzielenie się z kimś swym zranieniem z kimś, kto będzie w stanie wysłuchać bez osądzania, moralizowania, usprawiedliwiania czy narzucania swoich rad. Wypowiedzenie przed kimś swego bólu sprawia, że osoba skrzywdzona wychodzi z wewnętrznego zamknięcia, ktoś pomaga nieść ciężar upokorzenia. Ważne przy tym, aby wybierając powiernika, czynić to rozsądnie. Należy wybrać osobę, która jest w stanie nieś z nami ten ciężar bez uszczerbku dla siebie. Niedobrze by było, gdyby np. matka dzieliła się z dzieckiem swoimi zranieniami wynikającymi z pożycia małżeńskiego. Dziecko nie jest jeszcze na tyle dojrzałe, aby mogło się zdystansować do tego typu problemów. Jest duże prawdopodobieństwo, że będzie miało w życiu dorosłym problemy emocjonalne w relacjach. Ojciec Jean sugeruje także podzielenie się z samym winowajcą, o ile jest to możliwe. Niestety rzadko taka możliwość się zdarza. Czasami winowajca jest tak zatwardziały i zawzięty, że udaremnia wszelkie próby podjęcia dialogu. Wówczas z pomocą może przyjść po prostu modlitwa za niego – dialog z Bogiem, opowiedzenie o tej sytuacji, zawierzenie Mu siebie i osoby, która nas skrzywdziła. Wytrwała modlitwa może sprawić, że już na tym etapie doświadczymy zbawiennego działania łaski przebaczenia. Cdn.

s. Anna Czajkowska WDC

 

*****************************

 

 

KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC

Za osoby, które zginęły w wyniku konfliktu w Strefie Gazy

 

 

*****************************

 

Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC

 

 

W SKRÓCIE

 

Rekolekcje dla dziewcząt

W dniach 8-11 listopada odbyły się w Sulejówku rekolekcje dla młodzieży żeńskiej, które prowadzili: ks. Tomasz Denicki, s. Anna Cz. i s. Anna P. Wzięło w nich udział 15 osób. Część z nich przybyła aż z Podkarpacia, a jedna nawet z Białorusi. Rozważania rekolekcyjne koncentrowały się wokół myśli św. Alberta „Kto porzuca wszystko dla miłości Boga wie, że pozostawił niewiele w porównaniu z tym, co znalazł”.

 

Jubileusz Sulejówka

W listopadzie Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek świętowało 75 rocznicę erygowania domu w Sulejówku. Uroczyste obchody Jubileuszu odbyły się w niedzielę 16 listopada. W tym dniu o godz. 10.00 s. Irena Złotkowska wygłosiła do Sióstr i zaproszonych gości referat, w którym przedstawiła historię domu w Sulejówku. Natomiast na wszystkich Mszach świętych s. Anna Czajkowska i s. Róża Pierzchała mówiły o charyzmacie Zgromadzenia i działalności wspólnoty na terenie parafii. Po referacie wszyscy udali się do kościoła parafialnego na dziękczynną Eucharystię o godz. 12.00.  Świętowanie zakończyło się wspólnym obiadem.

 

Poświęcenie kaplicy

W sobotę 20 grudnia 2008 roku w naszym domu zakonnym przy ul. Skaryszewskiej w Warszawie odbyło się poświęcenie kaplicy. Mszę św. o godz. 15.00 odprawił w nowej kaplicy ks. Proboszcz Jacek Smyk SAC. W uroczystości poświęcenia wzieły udział Matka Generalna i Siostry z Zarządu Zgromadzenia oraz warszawaska wspólnota Sióstr. Kaplica wymagała ponownego poświęcenia ponieważ w ciągu ostatniego roku został przeprowadzony gruntowny remont domu, w wyniku którego kaplica została przeniesiona do innego pomieszczenia. Wymieniono także tabernakulum, a w prezbiterium umieszczono ikonę zstąpienia Chrystusa do otchłani, którą wykonał artysta malarz z Łodzi  - Pan Mirosław Grzelak.

 

Święta w Wilnie

Matka Generalna Zuzanna Gajda wyjechała na czas Świąt Bożego Narodzenia do wspólnoty Sióstr mieszkającej w Wilnie. Przy okazji odwiedziła także Siostry na Łotwie – w Daugavpilsie i w Krasławiu.

 

27-31 XII 2008 Sulejówek - Rekolekcje przed-sylwestrowe dla MDPC

Rekolekcje dla Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca inspirowane myślą św. Pawła: "Moc  w słabości się doskonali" głosił o. Wacław Bujak franciszkanin. Od strony muzycznej troszczyła się s. Ania P. wraz ze wspaniałą ekipą muzyków, którzy na spotkanie przywieźli własne instrumenty muzyczne, a nad całością - jak zwykle - czuwała s. Anna Cz. Na rekolekcje przybyło 27 osób – w tym pojawiło się sporo nowych twarzyJ Po Mszy św. kończącej spotkanie uczestnicy losowali "Dary od Dzieciątka Jezus" i świętych Patronów na rok 2009.

 

 

POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM WSPOMOŻYCIELKĄ

 

Bardzo chciałam służyć Jezusowi

 

Urodziłam się w rejonie Witebska na ziemiach aktualnej Białorusi blisko Łotwy. Pochodzę z rodziny polskiej, głęboko wierzącej. W domu było nas pięcioro rodzeństwa. Od młodych lat myślałam o życiu zakonnym. Prosiłam o przyjęcie do sióstr Eucharystek, ale nie zostałam przyjęta.

 

Po wojnie nastały bardzo trudne czasy dla Kościoła i życia zakonnego. Bardzo chciałam służyć Jezusowi i należeć tylko do Niego. Ze swoich pragnień zwierzałam się spowiednikowi, który poradził mi, abym złożyła prywatny ślub czystości i służyła Jezusowi tam, gdzie żyję i pracuję. Po ukończeniu kursów krawieckich znalazłam pracę w Krasławiu na Łotwie. Tu przeprowadziłam się w 1948 r.

 

Dużo modliłam się i przebywałam w kościele. Widziałam tam jedną starszą panią, która opiekowała się kościołem, jego wystrojem, czystością, ubierała ołtarze, przygotowywała dekoracje na różne uroczystości, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Później dowiedziałam się, że była to siostra Jadwiga Wspomożycielka, która sama pozostała w Krasławiu. Martwiła się i modliła się serdecznie o nowe powołania, a przede wszystkim, aby zgłosił się ktoś, kto zajmie jej miejsce w pracy przy kościele. Myślę, że to właśnie ona wymodliła moje powołanie, jako Wspomożycielki, gdy ja już wewnętrznie zrezygnowałam, że kiedyś będę mogła zostać zakonnicą.

 

Miejscowy ksiądz proboszcz skontaktował mnie z Siostrą Jadwigą. Czasy komunizmu na Łotwie były bardzo ciężkie i trzeba było wszystko czynić w ukryciu. Siostra Jadwiga kazała mi się modlić o powołanie i obiecała, że skontaktuje się z przełożonymi w Polsce. Bardzo się ucieszyłam, że Bóg wypełnił moje pragnienie i w życiu zakonnym będę mogła należeć do Niego całkowicie.

 

Do nowicjatu zostałam przyjęta w 1974 roku w wieku 42 lat. W następnym roku złożyłam pierwsze śluby zakonne w Krasławiu na ręce przełożonej generalnej Matki Donaty Czyżewskiej, która przyjechała z Polski. Pracowałam w zakładzie krawieckim i przejęłam obowiązki troski o kościół od chorej już i starszej Siostry Jadwigi, którą także się opiekowałam.

 

Zajmowałam się także osobami chorymi i starszymi na mieście. Był taki czas, że obejmowałam opieką prawie 20 osób. Troszczyłam się przede wszystkim, aby nie odeszli z tego świata do wieczności bez sakramentów świętych. Po kryjomu umawiałam ludzi chorych ze szpitala z miejscowym księdzem proboszczem, aby mogli przystąpić do spowiedzi i do Komunii św. Szłam z księdzem nocą już po 23.00. Ci, którzy byli umówieni do sakramentów św. zbierali się w jednej sali. Ja jeszcze z jedną znajomą panią czuwałam na korytarzu. Wydaje mi się, że dyrektor szpitala wiedział      o celu naszych wizyt, ale „przymykał oko”.

 

Miałam bardzo dużo zapału i energii, by jak najwięcej czynić dla Jezusa i dusz czyśćcowych. Było mnie wszędzie pełno. Praca, kościół, chorzy na mieście, chorzy w szpitalu i codzienna modlitwa osoby zakonnej. Opiekowałam się także około 40 grobami na cmentarzu, naszych sióstr, kapłanów, a także naszych sióstr zjednoczonych i krewnych zmarłych sióstr. Dziś myślę skąd miałam tyle siły, ale to na pewno Jezus dawał mi tę siłę i radość ze służby Jemu i ludziom.

 

Czasami, gdy biegłam i widziałam osoby starsze siedzące na ławeczkach, myślałam: Panie Jezu, kiedy ja odpocznę? A teraz odpoczywam, po złamaniu przed kilkoma laty, nogi w biodrze mam przymusowy odpoczynek. Dzięki Panu Jezusowi jest dobrze i mogę chodzić do kościoła, a nawet czasami chodzę na cmentarz. Mam dużo dobrych znajomych i sąsiadek, które chętnie mi pomagają. Modlę się codziennie o nowe powołania do naszego zgromadzenia z Łotwy, tak dużo Bożych pracowników potrzebuje przecież teraz Kościół na Łotwie.

s. Gema Giron WDC

 

 

Z ŚW. FRANCISZKIEM DROGA KU BOGU

 

Kapłaństwo

 

Sakrament Eucharystii, który przez św. Franciszka był przeżywany, jako miejsce żywej obecności Jezusa jest jednocześnie dla niego szczególnym wezwaniem do czci wobec sakramentu kapłaństwa i samych kapłanów. To przecież dzięki pośrednictwu ich dłoni Jezus codziennie zstępuje na ziemię, aby być z nami i umacniać nas swoim Ciałem. I to poprzez ich pośrednictwo Chrystus nadal może dotykać nas swoją zbawczą mocą i miłosierną miłością w przyjmowanych przez nas sakramentach.

 

Z tej postawy dostrzegania przez św. Franciszka wielkiej wartości i godności kapłaństwa wypływa także jego bezwarunkowe zaufanie i miłość wobec kapłanów. W swoim Testamencie napisał: „Pan dał mi i daje tak wielkie zaufanie do kapłanów, którzy żyją według zasad świętego Kościoła rzymskiego ze względu na ich godność kapłańską, że chociaż prześladowaliby mnie, chcę się do nich zwracać. I chociażbym miał tak wielką mądrość jak Salomon, a spotkałbym bardzo biednych kapłanów tego świata, nie chcę wbrew ich woli nauczać w parafiach, w których oni przebywają. I tych wszystkich i innych chcę się bać, kochać i szanować, jako moich panów. I nie chcę dopatrywać się w nich grzechu, ponieważ rozpoznaję w nich Syna Bożego i są moimi panami. I postępuję tak, ponieważ na tym świecie nie widzę niczego wzrokiem cielesnym z Syna Bożego, tylko Jego Najświętsze Ciało i Krew, które oni przyjmują i innym udzielają” (T, 6-10).

 

Pierwszy biograf św. Franciszka brat Tomasz z Celano zanotował, że Święty zawsze gorąco pragnął okazywać wielki szacunek dłoniom kapłańskim, które otrzymały boską władzę sprawowania sakramentu Eucharystii. „Często mawiał - zapewnia brat Tomasz - «Gdyby mi się przydarzyło spotkać razem jakiegoś świętego z nieba i jakiegoś biednego księdza, to najpierw uczciłbym kapłana i pośpieszył, co rychlej ucałować jego ręce. Powiedziałbym: Ach św. Wawrzyńcze, zaczekaj, ponieważ jego ręce dotykają Słowa żywota i mają w sobie coś ponadludzkiego»” (2 Cel. 201).

 

Do swoich braci i naśladowców, Franciszek skierował jedno z Napomnień, które dotyczy także szacunku wobec duchownych. Napominał, iż błogosławiony, czyli szczęśliwy jest ten człowiek, „który ma zaufanie do duchownych uczciwie żyjących według zasad Kościoła rzymskiego. A biada tym, którzy nimi gardzą; choćby bowiem byli oni grzesznikami, jednak nikt nie powinien ich sądzić, bo Pan sam zastrzega sobie prawo sądu nad nimi. O ile bowiem większa jest ich posługa wobec Najświętszego Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa, który oni sami przyjmują i sami tylko innym udzielają, o tyle większy grzech mają ci, którzy grzeszą przeciwko nim niż przeciwko wszystkim innym ludziom na tym świecie (N 26).

 

Te słowa Franciszka są także niezwykle wymowne w kontekście czasów, w których przyszło żyć Świętemu. Ówcześnie zdarzało się nierzadko, iż poziom wiedzy i obyczajów duchownych był niestety niski, a szerzące się herezje waldensów i katarów rozpowszechniały ponadto twierdzenia jakoby kapłan grzesznik nieważnie sprawował Eucharystię. Franciszek jednak nigdy nie polemizował z tymi, którzy publicznie podrywali cześć i dobrą opinię kapłanów. Przeciwnie poprzez swoją postawę i słowa umacniał ogromny szacunek wobec kapłaństwa i kapłanów. Biografowie opisali pewne zdarzenie: gdy z tłumu otaczającego Franciszka padło pytanie, czy należy otaczać szacunkiem kapłana, który daje publiczne zgorszenie, Święty nic nie odpowiedział, ale podszedł do tego kapłana, uklęknął przed nim i całując jego ręce powiedział głośno: „Nie wiem czy te ręce są nieczyste, ale choćby nawet były, przez to nie zmniejszyłaby się siła i moc sakramentów przez nie udzielanych. Te ręce dotykały mojego Pana”.

 

Wydaje się, iż postawa Franciszka i jego pouczenia mogą również i dziś mieć wielką wartość w kontekście wszechobecnej krytyki wobec hierarchii świętego Kościoła katolickiego.

s. Irena Złotkowska WDC