Życie Wieczne
Rok 10/Nr 2/40/kwiecień-maj-czerwiec/2009
Kwartalnik formacyjny „Życie Wieczne” przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia. Prenumerata za ofiarą dobrowolną.
Redakcja: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska.
Adres Redakcji:
„Życie Wieczne”
ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek,
tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430;
e-mail: mdpcanna@wp.pl ; gg. 7479325;
www.wspomozycielki.pl
W tym numerze:
DO PRZYJACIÓŁ
Najważniejsza jest miłość: Miłość a wzajemność
Kto się modli, nie zginie. Człowiek modlitwy
BLIŻEJ BOGA
Mi-Rel… powiedz o kodeksie życia
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
19 IV - Święto Miłosierdzia
3–9 V - Tydzień modlitw o powołania: Zaufaj i odpowiedz
W KRĘGU WIECZNOŚCI
Czyściec w doświadczeniu świętych: Św. Perpetua
Jak pomagać duszom czyśćcowym? Jałmużna przebaczenia cd.
Kwartalna intencja modlitewna MDPC
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
W skrócie
Świadectwo powołania: O życiu zakonnym nie myślałam…
Droga ku Bogu z św. Franciszkiem : Kościół
*****************************
ZAPRASZAMY NA REKOLEKCJE
dla młodzieży żeńskiej
* 20-27 VI 2009 ZAKOPANE
Os. Bachledy 32 (Dom Pani Marii Banaś)
Temat: Poszukiwanie szczęścia, podejmowanie decyzji.
dla młodzieży żeńskiej i męskiej
* 16-24 VII 2009 WIELKIE OCZY k. Korczowej
(Zespół Szkół w Wielkich Oczach)
Temat: "Człowiek jest tym, czym jest w oczach Bożych - niczym więcej" (św. Franciszek z Asyżu)
Dojazd:
- do Sulejówka - pociągiem podmiejskim (Koleje Mazowieckie lub Szybka Kolej Miejska) z Warszawy Wsch. w kierunku: Siedlce, Mińsk Maz., Sulejówek Miłosna
- do Wielkich Oczu autobusem PKS z Lubaczowa (godz. 6.40; 7.12; 9.20; 11.25; 13.40; 15.25; 18.15;19.15 ).
Rozpoczęcie: godz. 17.00; zakończenie: ok. 10 rano.
Opłata - ofiara dobrowolna.
Weź ze sobą: Pismo św., różaniec, notatnik, śpiwór (do Wielkich Oczu dodatkowo: materac lub grubą karimatę (tam śpimy na podłodze), buty na zmianę, instrument muzyczny (jeżeli umiesz na nim grać). Zaproś swoich znajomych - będzie Ci raźniej:))
Dokładne informacje i zgłoszenia:
s. Anna Czajkowska
ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487 86 08 lub kom. 0/ 698 230 430
gg: 7479325; e-mail: mdpcanna@wp.pl
*****************************
DO PRZYJACIÓŁ
NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ...
Miłość a wzajemność
Wzajemność, bez której np. przyjaźń nie mogłaby w ogóle istnieć, nie jest konieczna w miłości. Można prawdziwie kochać bez wzajemności. Dowodem na to jest miłość Boga względem każdego człowieka. Jakże wielu ludzi nie odpowiada na tę miłość, nie odwzajemnia jej, a Pan Bóg i tak kocha…
Skoro nawet Ban Bóg doświadcza nieodwzajemnionej miłości, to trudno, żeby i nam – stworzonym na Jego obraz i podobieństwo - nie przydarzyło się coś podobnego. Trzeba być tego świadomym. Wówczas może łatwiej będzie poradzić sobie z bólem, który temu miłowaniu towarzyszy.
Czy kochając bez wzajemności, kochamy nieszczęśliwie? Hermann Kesten twierdzi, że „nie ma nieszczęśliwej miłości; są jedynie nieszczęśliwi ludzie”. I taka właśnie jest prawda, bo już samo to, że w naszym sercu budzi się miłość, że jesteśmy zdolni do kochania drugiej osoby, że pragniemy dla niej dobra…, to już jest szczęście.
Oczywiście z miłością w parze zawsze pojawia się oczekiwanie na pozytywną odpowiedź, przychodzi nadzieja na wzajemność ze strony osoby, która jest przez nas kochana. To naturalne i jak najbardziej pożądane pragnienie. Chcemy, aby ta relacja nie była tylko jednostronna, aby angażowała także człowieka kochanego. Całkiem zwyczajnie oczekujemy spełnienia miłości…, a tym samym oczekujemy także i szczęścia.
Gdy nasza miłość spotyka się z obojętnością albo z odmową miłości, nieuchronnie przychodzi cierpienie. Jednak nie oznacza to, że muszę czuć się człowiekiem nieszczęśliwym. W dużej mierze od nas samych zależy jak wówczas pokierujemy swoim życiem. Wiadomo, że nie da się przestać kochać na zawołanie. I nawet o to chodzi, żeby właśnie nie przestać kochać! Wewnętrzny ból, smutek czy też poczucie głębokiego rozczarowania zapewne zagoszczą w naszym sercu i może nawet zechcą pozostać tam dłużej, niż byśmy się tego spodziewali. Mamy prawo tak się czuć, ale nie pozwólmy odebrać sobie radości z faktu samego miłowania.
Miłość zawsze łączy dwie osoby, zawsze ubogaca kochającego i uszczęśliwia, nawet wtedy, gdy spotyka się z czyjąś odmową. W jakim sensie? Pisze o tym Josef Pieper. Uważa on, że prawdziwa miłość może istnieć bez bólu i smutku, ale bez radości nie istnieje. Ponadto człowiek, któremu zdarzyło się kochać bez wzajemności jest w dużo szczęśliwszym położeniu od kogoś, kto w ogóle nie kocha, bo już przez sam fakt kochania ma udział w wielkim dobru. W swoim sercu nosi cząstkę umiłowanej osoby, tworząc z nią jedność, przezwyciężając tym samym zasadę rozłączenia, na której polega piekło. W ten sposób, kochając, zachowuje w sobie rzeczywisty powód do radości, bo nosi w sercu maleńką cząstkę raju.
Czym jest raj? Jest stanem uszczęśliwiającego zjednoczenia z Miłością – z Panem Bogiem. Dlatego, kochając kogoś, uczestniczymy w szczęściu, mimo cierpienia z powodu braku wzajemności.
Kochajmy więc, bo miłość to niebo, i oby zdarzała się nam tylko miłość odwzajemniona, obyśmy nie musieli dzielić z naszym Panem i Bogiem dramatu odrzucenia ze strony ukochanego człowieka. A jeżeli dotknie nas ten ból wiedzmy, że takie jest ryzyko miłości. C. S. Lewis w swojej książce Cztery miłości pisze: „Pokochaj cokolwiek, a niewątpliwie coś schwyci twoje serce w kleszcze; może ono nawet pęknąć. Jeżeli chcesz być pewien, że pozostanie nietknięte, nie powinieneś go nikomu oddać, nawet zwierzęciu”. Cdn.
s. Anna Czajkowska WDC
KTO SIĘ MODLI, NIE ZGINIE…
Człowiek modlitwy
Jezus w Ewangelii św. Łukasza zaprasza każdego swojego ucznia do modlitwy nieustannej: „zawsze powinni się modlić i nie ustawać…” (Łk 18,1). Jak możemy podjąć to wezwanie Jezusa i jak zdołamy odkryć sekret takiej właśnie modlitwy?
Mistrzowie życia duchowego podpowiadają, że w pierwszej kolejności nie chodzi o poznawanie i praktykowanie różnorodnych technik i form modlitwy, ale o wychowanie człowieka modlitwy. W tym bowiem tkwi istota problemu modlitwy osobistej, a także modlitwy sprawowanej we wspólnocie. Tylko wówczas, gdy stanę się człowiekiem modlitwy, będę mógł także modlić się nieustannie, wykorzystując jednocześnie różnorodność form modlitewnych w zależności od potrzeb i okoliczności. Jeśli natomiast nie stanę się człowiekiem modlitwy, to pomimo różnego rodzaju pomocy modlitewnych mogę pozostawać cały czas bezradnym wobec wymagań modlitwy. Głównym elementem modlitwy jest bowiem postawa człowieka wobec Boga - „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” - mówi św. Paweł.
Gdy uwierzę w to, gdy dotknę niejako sercem tej prawdy, że moje życie jest w dłoniach miłującego mnie Boga, wówczas we wszystkich doświadczeniach życiowych i w codziennych okolicznościach dnia znajdę sposób, by kierować do Boga moje uwielbienia, podziękowania i prośby, a nawet rozczarowania i żale, błagania i „pretensje”.
Ewangelie, a w szczególny sposób Ewangelia według św. Jana, ukazują nam niedościgniony wzór takiego właśnie człowieka modlitwy. Opowiadając o Jezusie przedstawiają Go w nieustannej rozmowie z Ojcem. Możemy zobaczyć, że nawet męka i konanie Jezusa na krzyżu nie przerwało Jego dialogu z Ojcem. W naszym życiu zaś wielokrotnie da się usłyszeć pełne niepokoju pytania: Czy Bóg mnie jeszcze słyszy? Czy On o mnie pamięta? Czy jeszcze mnie kocha? A przecież od momentu chrztu każdy z nas został wszczepiony w Chrystusa i otrzymał w darze Ducha Świętego. Odtąd przez łaskę jesteśmy z Nim w sposób duchowy bardzo ściśle zjednoczeni. Odtąd w Chrystusie Jezusie Jednorodzonym Synu Ojca jesteśmy prawdziwie umiłowanymi synami i córkami Boga. Odtąd w Jezusie i razem z Nim możemy zwracać się do Boga - Abba, Ojcze, Tatusiu. Odtąd także Bóg patrzy już na nas zawsze poprzez rany swojego Syna, poprzez przebite z miłości do nas Jego Serce.
Gdy to pojmiemy, gdy to zrozumiemy i gdy uwierzymy sercem, wszystko w naszym życiu stanie się nowe, stanie się inne. Jest to jednak kwestia wiary, kwestia głębokiej ufności względem Boga, a nie tylko zwykłego ludzkiego doświadczenia.
Odpowiedzi na pytanie jak stać się człowiekiem modlitwy możemy poszukać także w życiu świętych. Gdy przyjrzymy się tylko tym znanym i kanonizowanym przez Kościół możemy z łatwością zauważyć jak ogromna jest tam różnorodność. Są wśród nich rozmaite osoby: wykształcone, a także analfabeci, znani sobie współczesnym i tacy, o których życiu świat nic nie wiedział, osoby bardzo aktywne oraz żyjące na pustyni z daleka od innych lub za klauzurą, osoby różnych stanów, zawodów i temperamentów, utalentowani i bogaci, a także prości i bardzo biedni, sławni, czyli tacy, którym jakby po ludzku się powiodło oraz tacy, którzy w oczach tego świata ponieśli totalną klęskę.
To jednak, co ich wszystkich łączy i w czym są do siebie podobni, to właśnie bezgraniczne zaufanie Bogu, życie w Jego obecności. Cdn.
s. Irena Złotkowska WDC
*****************************
BLIŻEJ BOGA
Mi-Rel… powiedz o kodeksie życia
„Zachowujesz się jak ktoś, unoszący się na wodzie. Wtopiony w bieg czasu, w którym żyjesz, pozwalasz, żeby to otoczenie ingerowało w twoją wewnętrzną przemianę, a nie ty sam. Uświadom sobie reguły życia, które nie jest sterowane jedynie prawem czy kodeksem moralnym.
Ludzie zapominają, że nie mogą podążać naprzód, nie mając wyrobionego poczucia odpowiedzialności oraz nie przestrzegając pewnych zasad, prowadzących ich do celu.
Bądź człowiekiem zasad, poświęcaj im swoje życie. Zaufaj również doświadczeniu.
A teraz zapoznam cię z zasadami, którymi powinieneś kierować się w życiu, choćby wydawały się one banalne:
- Umiarkowanie: w jedzeniu, piciu oraz mowie;
- Milczenie: mów jedynie to, co może przynieść innym pożytek; nie uczestnicz w próżnych dyskusjach. Wystrzegaj się wszelkich skrajności, nie wzbudzaj w sobie przedwcześnie wyrzutów sumienia z powodu win, których jeszcze nie popełniłeś;
- Zachowanie porządku: czyń wszystko, aby każda rzecz, którą masz, była odkładana na swoje miejsce; dołóż starań, aby twoje codzienne zadania odbywały się zawsze w przeznaczonym na nie czasie.
- Zdecydowanie: nie uchylaj się nigdy od tego, co powinieneś zrobić; bądź niezłomny w wypełnianiu przyjętych na siebie postanowień.
- Oszczędność: nie kupuj niczego, co zbyteczne; zanim nabędziesz coś, co nie jest konieczne zapytaj się siebie, czy jest to uczciwe w stosunku do tych, którzy nie będą mogli nigdy tego kupić.
- Roztropność: nie trać nigdy czasu; bądź zawsze zajęty czymś pożytecznym; staraj się nie zajmować czymś, co nikomu nie jest potrzebne.
- Szczerość: wystrzegaj się fałszywych oskarżeń; myśl pozytywnie; a kiedy rozmawiasz, pozbądź się dwulicowości.
- Sprawiedliwość: nie przedstawiaj nikogo w złym świetle i nie bądź niesprawiedliwy; nie uchylaj się od wykonywania tego, co jest twoim obowiązkiem.
- Spokój: nie oburzaj się z powodu drobnych przykrości czy też zwykłych codziennych niedogodności.
Staraj się zawsze przestrzegać tego. Często rozmyślaj na ten temat, ponieważ to doskonały sposób na ćwiczenie się w «miłości». Pamiętaj: miłość to nie tylko piękne wyznanie. Jest to także umiejętność akceptacji, przebaczania, zrozumienia i wyświadczania dobra, którym powinno się odpłacać nawet za wyrządzone zło. I tak trzeba czynić każdego dnia.
(Mi-Rel to nieznany prorok z anonimowej książki „Powrót Proroka” przetłumaczonej z języka włoskiego. Mi-Rel oznacza Miłość i Relację (z wł. Am-Rel = Amore - Relazione). Prorok nie jest ani Europejczykiem, ani Afrykańczykiem, ani Hindusem. Książka kończy się pytaniem: „A Tobie jak się wydaje, kim jest?”)
*****************************
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
19 IV - ŚWIĘTO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO
„Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36). Miłosierdzie Boże objawione już w Starym Testamencie wyrażone jest dwoma terminami: hesed i rahamim. Ojciec Święty Jan Paweł II w Encyklice Dives in misericordia, czyli o Bożym Miłosierdziu, odwołuje się do ich znaczenia.
„Hased” oznacza w Biblii dobroć, miłość i łaskę Bożą oraz wierność Boga w miłości, pomimo zawodności i niewierności ze strony człowieka. Miłość Boża zawsze okazywała się „potężniejsza niż zdrada i mocniejsza niż grzech” (DM 52). Była ona przebaczeniem i przywróceniem łaski, była ojcowską wiernością Boga samemu sobie, gdy człowiek wołał do Niego „z głębokości swojej nędzy”. „Rahamim” natomiast wyraża bardziej miłość matczyną, niezasłużoną, pełną tkliwości, cierpliwości, wyrozumiałości i przebaczenia.
Miłosierdzie Boże w Nowym Testamencie znajduje swój pełny i najgłębszy wymiar w Jezusie Chrystusie. W Nim objawia się nam w pełni tajemnica Boga, który jest „bogaty w miłosierdzie” (Ef 2,4) i jest „Ojcem miłosierdzia” (2Kor 1,3). Miłosierdzie Boże objawiło się w przyjściu Jezusa na ziemię, w Jego czynach i nauce, a w szczególny sposób w Jego Męce i Zmartwychwstaniu „dla nas i dla naszego zbawienia”.
W miłosierdziu Bożym zawarte są wszystkie odcienie miłości, ze szczególnym akcentem na łaskawość Boga w obliczu ludzkich potrzeb, niedoli, nędzy materialnej i moralnej. Bóg zawsze pragnie wydobyć człowieka z jego nędzy, a szczególnie wówczas, gdy jego godność i wartość zostały poddane i uwikłane w różne formy grzesznych zniewoleń. Miłosierdzie Boga w Osobie Jezusa Chrystusa, w Jego odkupieńczej ofierze na krzyżu, jest dla każdego człowieka ratunkiem i szansą, wydobywa nawet z najgłębszego dna upadku i grzechu, gdyż miłość jest „potężniejsza niż śmierć – potężniejsza niż grzech” (DM 8).
Mówiąc o Bożym miłosierdziu nie można pominąć szczególnej jego apostołki, którą wybrał Jezus do rozgłaszania niepojętych skarbów Bożego miłosierdzia, siostry Faustyny Kowalskiej. Jezus powiedział do niej: „Nie znajdzie żadna dusza usprawiedliwienia, dopóki nie zwróci się do miłosierdzia Mojego i dlatego pierwsza niedziela po Wielkanocy, ma być świętem Miłosierdzia, a kapłani mają w dniu tym mówić duszom o tym wielkim i niezgłębionym miłosierdziu moim” (Dzienniczek, 570).
Wielokrotnie w objawieniach Jezus ponawiał tę prośbę. 25 września 1936 r. powiedział: „córko Moja, mów światu całemu o niepojętym miłosierdziu Moim. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do miłosierdzia Mojego; która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii św., dostąpi odpuszczenia win i kar; w dniu tym, otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby jej grzechy były jak szkarłat. Miłosierdzie Moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski” (Dzienniczek, 699). Natomiast 30 kwietnia 1937 r. powiedział: „pragnę udzielić odpustu zupełnego duszom, które przystąpią do spowiedzi Komunii św. w święto miłosierdzia Mojego” (Dzienniczek, 1109).
Podczas rekolekcji w 1935 r. siostra Faustyna zapisała: „Cała nicość moja tonie w morzu miłosierdzia Twego; z ufnością dziecka rzucam się w objęcia Twoje, Ojcze miłosierdzia, by Ci wynagrodzić za niedowierzanie tylu dusz, które lękają się Tobie zaufać. O, jak mała liczba dusz prawdziwie Cię zna. O, jak gorąco pragnę, aby święto miłosierdzia było znane duszom. Koroną dzieł Twoich jest miłosierdzie, wszystko zaopatrujesz z uczuciem najczulszej matki” (Dzienniczek, 505).
Orędzie Pana Jezusa przekazane św. siostrze Faustynie zostało przyjęte i uznane przez Kościół powszechny. Jan Paweł II, podczas kanonizacji św. Faustyny w 2000 r. ogłosił II Niedzielę Wielkanocną Świętem Miłosierdzia Bożego. Poprzedzać je może nowenna do Miłosierdzia Bożego rozpoczynana w Wielki Piątek. Orędzie o miłosierdziu Bożym skierowane do s. Faustyny wzywa również nas wszystkich do poznania tajemnicy Bożego miłosierdzia oraz do zawierzenia Bożemu miłosierdziu i oddawania czci Bogu w tajemnicy Jego miłosierdzia. Wzywa nas także do kształtowania postaw i świadczenia czynów miłosiernej miłości wobec bliźnich i modlitwie o miłosierdzie Boże dla nas, dla grzeszników całego świata oraz dla dusz w czyśćcu cierpiących.
s. Irena Złotkowska WDC
3-9 V – TYDZIEŃ MODLITW O POWOŁANIA
Zaufaj i odpowiedz...
Każde powołanie jest przejawem miłości Boga do człowieka. Jest Jego głosem wzywającym do dania odpowiedzi, do podjęcia swojej życiowej drogi. Dróg jest wiele, ale dla każdego z nas przeznaczona jest ta jedna, jedyna, najlepsza…
Zazwyczaj jest to powołanie do małżeństwa i życia rodzinnego. Niekiedy zaś Pan Bóg woła do kroczenia nieco inną drogą – wzywa do całkowitego oddania się Jemu samemu, do złączenia się z Nim więzami miłości wyrażonej w sakramencie kapłaństwa lub w ślubowaniu rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.
Często w sercach młodych ludzi pojawia się lęk przed podjęciem ostatecznej decyzji, bo serce nękają wątpliwości: czy ten wybór jest słuszny, czy wystarczy sił, aby być wiernym temu wyborowi do końca życia? Dlatego Benedykt XVI w Orędziu na 46 Światowy Dzień Modlitw o Powołania pisze: „Drodzy Przyjaciele, nie poddajcie się lękowi w obliczu trudności czy wątpliwości! Miejcie zaufanie do Boga i idźcie za Jezusem z wiernością, a staniecie się świadkami radości, która wypływa z bliskiego zjednoczenia ze Zbawicielem”.
Prawdziwości tych słów doświadczyło wielu świadków Bożej miłości. Jedną ze znanych osób, które zaufały i odpowiedziały na powołanie jest siostra Faustyna Kowalska. W Dzienniczku możemy przeczytać jak odkrywała swoją życiową drogę:
„W siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy, czyli zaproszenie do życia doskonalszego, ale nie zawsze byłam posłuszna głosowi łaski. Nie spotkałam się z nikim, kto by mi te rzeczy wyjaśnił. (Dz 7)
Osiemnasty rok życia, usilna prośba rodziców o pozwolenie wstąpienia do klasztoru; stanowcza odmowa rodziców. Po tej odmowie oddałam się próżności życia, nie zwracając żadnej uwagi na głos łaski, chociaż w niczym zadowolenia nie znajdowała dusza moja. Nieustanne wołanie łaski było dla mnie udręką wielką, jednak starałam się ją zagłuszyć rozrywkami. Unikałam wewnętrznie Boga, a całą duszą skłaniałam się do stworzeń. Jednak łaska Boża zwyciężyła w duszy (Dz 8).
W pewnej chwili byłam z jedną z sióstr swoich na balu. Kiedy się wszyscy najlepiej bawili, dusza moja doznawała wewnętrznych udręczeń. W chwili, kiedy zaczęłam tańczyć, nagle ujrzałam Jezusa obok, Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami, który mi powiedział te słowa: Dokąd cię będę cierpiał i dokąd mnie zwodzić będziesz? W tej chwili umilkła wdzięczna muzyka, znikło sprzed oczu moich towarzystwo, w którym się znajdowałam, pozostał Jezus i ja. Usiadłam obok swojej drogiej siostry, pozorując to, co zaszło w duszy mojej bólem głowy Po chwili opuściłam potajemnie towarzystwo i siostrę i udałam się do katedry św. Stanisława Kostki (w Łodzi). Godzina już zaczęła szarzeć, ludzi było mało w katedrze, nie zwracając uwagi na nic, co się wokoło mnie dzieje, padłam krzyżem przed Najświętszym Sakramentem i prosiłam Pana, aby mi raczył dać poznać, co mam czynić dalej (Dz 9).
Wtem usłyszałam te słowa: Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru. Wstałam od modlitwy i przyszłam do domu i załatwiłam rzeczy konieczne. Jak mogłam zwierzyłam się siostrze z tego, co zaszło w duszy i kazałam pożegnać rodziców i tak w jednej sukni, bez niczego przyjechałam do Warszawy (Dz 10).
Kiedy wysiadłam z pociągu i spojrzałam, że każdy idzie w swoją stronę, lęk mnie ogarnął, co z sobą robić? Gdzie się zwrócić, nie mając nikogo znajomego? I rzekłam do Matki Bożej: Maryjo, prowadź mnie, kieruj mną. Natychmiast usłyszałam w duszy te słowa: abym wyjechała poza miasto, do pewnej wioski, tam znajdę nocleg bezpieczny, co też uczyniłam i tak zostało, jak mi Matka Boża powiedziała (Dz 11).
Na drugi dzień raniusieńko pojechałam do miasta i weszłam do pierwszego kościoła, jaki spotkałam i zaczęłam się modlić o dalszą wolę Bożą. Msze św. wychodziły jedna po drugiej. Podczas jednej Mszy św. usłyszałam te słowa: Idź do tego kapłana i powiedz mu wszystko, a on ci powie, co masz dalej czynić. Po skończonej Mszy; św. poszłam do zakrystii i opowiedziałam wszystko, co zaszło w duszy mojej i prosiłam o wskazówkę, gdzie wstąpić, do jakiego klasztoru (Dz 12).
Kapłan ten zdziwił się w pierwszej chwili, ale kazał mi bardzo ufać, że Bóg zarządzi dalej. Tymczasem ja cię poślę [powiedział] do jednej pobożnej pani, u której się zatrzymasz dopóki nie wstąpisz do klasztoru. Kiedy się zgłosiłam do tej pani, przyjęła mnie bardzo życzliwie W tym czasie szukałam klasztoru, jednak gdzie zapukałam do furty, wszędzie mi odmówiono. Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa: dopomóż mi, nie zostawiaj mnie samej Aż wreszcie zapukałam do naszej furty (Lato 1924 r. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie, przy ul. Żytniej) (Dz 13).
Kiedy wyszła do mnie Matka Przełożona, obecna matka generalna Michaela, po krótkiej rozmowie każe mi iść do Pana domu i zapytać, czy mnie przyjmie. Zrozumiałam zaraz, że mam się zapytać Pana Jezusa. Poszłam do kaplicy z wielką radością i zapytałam Jezusa: Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz? - Tak mi kazała się zapytać jedna z tych Sióstr. I zaraz usłyszałam głos taki: Przyjmuję, jesteś w sercu moim. Kiedy wróciłam z kaplicy Matka Przełożona najpierw zapytała: No, czy Pan przyjął cię? - Odpowiedziałam, że tak. - Jeżeli Pan przyjął, to i ja przyjmuję (Dz 14).
Takie było moje przyjęcie. Jednak dla wielu przyczyn musiałam jeszcze przeszło rok pozostać na świecie u tej pobożnej osoby, ale już nie wróciłam do domu.
W tym czasie musiałam walczyć z wielu trudnościami, ale Bóg łaski swej mi nie szczędził, coraz większa zaczęła ogarniać mnie tęsknota za Bogiem. Osoba ta, chociaż była bardzo pobożna, jednak nie rozumiała szczęścia życia zakonnego i w swej poczciwości zaczęła układać mi inne plany życia, a jednak uczułam, że mam serce tak wielkie, że nic go napełnić nie zdoła (Dz 15).
Wtem zwróciłam się całą stęsknioną duszą do Boga. Było [to] w czasie oktawy Bożego Ciała. Bóg napełnił duszę moją światłem wewnętrznym głębszego poznania Go, jako najwyższego dobra i piękna. Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje. Przedwieczna jest miłość Jego ku mnie. Było to w czasie nieszporów - w prostych słowach, które płynęły z serca, złożyłam Bogu ślub wieczystej czystości. Od tej chwili czułam większą zażyłość z Bogiem, Oblubieńcem swoim. Od tej chwili uczyniłam celkę w sercu swoim, gdzie zawsze przestawałam z Jezusem (Dz 16).
Wreszcie przyszła chwila, w której się otworzyła dla mnie furta klasztorna- było to pierwszego sierpnia wieczorem, w wigilię Matki Bożej Anielskiej. Czułam się niezmiernie szczęśliwa, zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie. Jedna się wyrywała z serca mojego modlitwa dziękczynna (Dz 17).
Jednak po trzech tygodniach spostrzegłam, że tutaj jest tak mało czasu na modlitwę, i wiele innych rzeczy, które mi przemawiały do duszy, żeby wstąpić do zakonu więcej ściślejszego. Myśl ta bardzo się utrwaliła w duszy, ale jednak nie było w tym woli Bożej. Jednak myśl, czyli pokusa, wzmagała się coraz więcej, że postanowiłam sobie w pewnym dniu opowiedzieć się matce przełożonej i stanowczo wystąpić. Ale Bóg tak kierował okolicznościami, że nie mogłam się dostać do matki przełożonej. Wstąpiłam do małej kapliczki przed pójściem na spoczynek i prosiłam Jezusa o światło w tej sprawie, ale nic nie otrzymałam w duszy, tylko jakiś dziwny niepokój mnie ogarniał, którego nie rozumiałam. Jednak pomimo wszystkiego postanowiłam sobie, że rano po mszy św. zaraz się zwrócę do matki przełożonej i powiem o powziętym postanowieniu (Dz 18).
Przyszłam do celi, siostry już się położyły – światło było zgaszone. Ja weszłam do celi pełna udręki i niezadowolenia. Nie wiem, co z sobą zrobić. Rzuciłam się na ziemię i zaczęłam się gorąco modlić o poznanie woli Bożej […] Po chwili jasno się zrobiło w mojej celi i ujrzałam na firance oblicze Pana Jezusa bardzo bolesne. Żywe rany na całym obliczu i duże łzy spadały na kapę mojego łóżka. Nie wiedząc, co to wszystko ma znaczyć, zapytałam Jezusa: Jezu, kto Ci wyrządził taką boleść? – A Jezus odpowiedział, że: Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeżeli wystąpisz z tego Zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej, i przygotowałem wiele łask dla ciebie. Przeprosiłam Pana Jezusa i zmieniłam natychmiast powzięte postanowienie” (Dz 19).[...]
(Fragmenty: Święta s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej.
Warszawa 2003)
Modlitwa o powołania:
O Jezu, Boski Pasterzu, który powołałeś Apostołów, aby ich uczynić łowcami dusz, pociągnij ku sobie gorące i szlachetne umysły młodych i uczyń ich swoimi naśladowcami i swoimi sługami. Spraw, by dzielili Twoje pragnienie powszechnego Odkupienia, dla którego ponawiasz na ołtarzach swoją Ofiarę.
Ty, Panie, który zawsze się wstawiasz za nami, otwórz przed nimi horyzonty, by dostrzegli cały świat, w którym wznosi się niema prośba tak wielu braci o światło prawdy i ciepło miłości, by odpowiadając na Twoje wołanie przedłużali, tu na ziemi, Twoją misję, budowali Twoje Ciało Mistyczne – Kościół i byli dla wszystkich solą ziemi i światłem świata.
Rozszerz, o Panie, Twoje miłościwe wołanie również na wiele serc dziewczęcych, czystych i wielkodusznych, i wlej w nie pragnienie doskonałości ewangelicznej, oddania się służbie Kościoła oraz braciom potrzebującym pomocy i miłości. Amen.
Modlitwy o rozeznanie i wypełnienie powołania:
Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca i daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość, zrozumienie i poznanie, abym wypełnił Twoje święte i prawdziwe posłannictwo (św. Franciszek z Asyżu)
Wszechmogący, wiekuisty, sprawiedliwy i miłosierny Boże, daj nam nędznym czynić dla Ciebie to, o czym wiemy, że tego chcesz i chcieć zawsze tego, co się Tobie podoba, abyśmy wewnętrznie oczyszczeni, wewnętrznie oświeceni i rozpaleni ogniem Ducha Świętego, mogli iść śladami umiłowanego Syna Twego, Pana naszego Jezusa Chrystusa i dojść do Ciebie, Najwyższy, jedynie dzięki Twej łasce, który żyjesz i królujesz, i odbierasz hołd w doskonałej Trójcy i prostej jedności, Bóg wszechmogący przez wszystkie wieki wieków. Amen (św. Franciszek z Asyżu)
*****************************
W KRĘGU WIECZNOŚCI
CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH
Święta Perpetua
„Ujrzałam Dinokratesa, jak wychodzi z jakiegoś ciemnego miejsca, gdzie znajdowało się też mnóstwo innych ludzi. Był bardzo rozpalony i spragniony, blady i zaniedbany. Na twarzy jego widniała rana, którą miał w momencie śmierci”.
Zacytowany wyżej tekst pochodzi z pamiętnika św. Perpetui, który, który pisała w więzieniu. Żyła w II wieku w Kartaginie i należała do szlachetnego rodu. W ukryciu przed ojcem, który był poganinem przyjęła chrześcijaństwo ze swym bratem i prawdopodobnie z matką. Do więzienia trafiła za bycie chrześcijanką. Stało się to tuż po urodzeniu synka, którego zostawiła pod opieką ojca. Później udało jej się uzyskać pozwolenie na pozostawienie dziecka przy sobie, w więzieniu. Mimo wielkiej miłości do dziecka i bliskich, mimo błagań ojca, jako najwyższą wartość obrała Jezusa Chrystusa, dla którego zginęła śmiercią męczeńską 7 marca 202 lub 203 roku w Afryce Południowej (dzisiejszy Tunis). Wspomnienie liturgiczne św. Perpetui i jej towarzyszki w męczeństwie niewolnicy Felicyty obchodzimy 7 marca.
Podczas pobytu w więzieniu święta miała kilka widzeń. W pamiętniku opisuje między innymi wizję rodzonego brata Dinokratesa, który zmarł w wieku siedmiu lat cierpiąc z powodu raka twarzy. Perpetua tak dalej o tym pisze: „Dzieliła nas jednak ogromna otchłań i ani ja do niego, ani on do mnie nie mogliśmy się przedostać. W miejscu gdzie znajdował się Dinokrates, był basen pełen wody, jego brzegi były jednak wyższe niż wzrost chłopca. Dinokrates wspinał się na palce, jakby chciał się napić. Żal mi było brata, bo choć zbiornik był wypełniony wodą, on jednak z powodu wysokiego brzegu, nie mógł ugasić pragnienia”.
Po tym widzeniu Perpetua opisuje swoje przeżycie i dalszą historię: „Wtedy oprzytomniałam i uświadomiłam sobie, że brat mój cierpi. Byłam jednak przeświadczona o tym, że mogę mu ulżyć w jego cierpieniach. Modliłam się zatem za niego przez wszystkie dni, dopóki nie przeniesiono nas do więzienia wojskowego. Mieliśmy bowiem zostać wydani dzikim zwierzętom w czasie igrzysk wojskowych z okazji urodzin Cezara Gety. Tak więc dniem i nocą modliłam się wśród łez i jęku za niego, aby został mi darowany”.
Po żarliwej modlitwie w intencji zmarłego brata kartagińska Święta otrzymała kolejną wizję: „Widzę to samo miejsce, które widziałam poprzednio, ale Dinokrates był już czysty, dobrze odziany, odświeżony. Gdzie była rana, widzę bliznę. Zaś brzegi zbiornika, które widziałam wcześniej, obniżyły się i sięgały chłopcu ledwie pępka, a on bez przerwy czerpał z niego wodę. Na brzegu stała złota czara pełna wody. Dinokrates podszedł do niej i począł pić, zaś wody z niej wcale nie ubywało. Kiedy już całkowicie ugasił pragnienie odszedł od wody i jak dziecko zaczął bawić się radośnie. Wtedy ocknęłam się i zrozumiałam, że został uwolniony od kary”.
Zarówno pierwsze jak i drugie widzenie są świadectwem wiary, jaką św. Perpetua pokładała w Bogu. Okazała się ona mężną niewiastą aż do śmierci. Nie myślała tylko o sobie oczekując na śmierć męczeńską, ale troszczyła się do ostatnich chwil o swoje dziecko, o rodzinę, o współwięźniów. W sercu Perpetui był także obecny jej zmarły brat Dinokrates, który dzięki jej gorącym modlitwom jak możemy się domyślać został uwolniony z czyśćca.
s. Anna Pękowska WDC
JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?
Jałmużna przebaczenia
Ojciec Jean Monbourquette wymienia dobre określenie poniesionej straty jako czwarty etap na drodze ku przebaczeniu. Zaleca zrobienie swoistego remanentu strat spowodowanych przez obrazę, ponieważ koniecznym jest wyrzeczenie się tego, co straciliśmy w wyniku bolesnego doświadczenia. W innym razie przebaczenie nigdy się nie dokona. Jednak, aby móc się czymś rozstać, trzeba najpierw to prawidłowo rozpoznać. Często bowiem jest się bardziej zranionym przez własną interpretację przykrego wydarzenia niż przez rzeczywistą sytuację.
W książce Jak przebaczać? o. Jean proponuje ćwiczenie, w którym zachęca do skonkretyzowania strat: „Co straciłeś? Jakie twoje wartości zostały zaatakowane lub wyszydzone? Jakie oczekiwania lub jakie marzenia zostały nagle zniweczone? Oto niektóre wartości, które mogły ponieść szkodę: szacunek dla siebie, twoja reputacja, ufność w siebie, wiara w drugiego, przywiązanie do swoich bliskich, twój ideał, pragnienie szczęścia, twe walory fizyczne, zdrowie, piękno, twój status społeczny, zaufanie do autorytetu, potrzeba dyskrecji, podziw dla tych, których kochasz itd. Po określeniu i nazwaniu swojej straty uświadom sobie, że to nie cała twoja istota została znieważona, lecz tylko część ciebie samego”.
Niestety część naszych zranień ma swoje korzenie w dzieciństwie. Nie są aktualnie obecne w naszej pamięci stąd ich rozpoznanie i nazwanie jest najtrudniejsze. Doświadczamy jedynie skutków jakichś bliżej nieokreślonych rozczarowań z dzieciństwa np.: sztywność w relacjach z innymi, racjonalnie nieuzasadniona niechęć do kogoś czy też do konkretnych zachowań, reakcje niewspółmierne do bodźców. Trzeba włożyć sporo wysiłku, żeby odkryć dlaczego czyjeś słowo, gest czy zachowanie tak nas upokarza. Dać sobie czas na spokojne przeanalizowanie sytuacji, na odświeżenie pamięci.
Rany zadane nam przez innych nie tylko bolą, nie chcąc się zabliźnić, ale też wywołują w nas gorączkę gniewu i chęci zemsty. Ważne, aby zaakceptować swój gniew. Zrobimy wówczas kolejny krok w kierunku przebaczenia. Ks. Krzysztof Grzywocz, pisząc o uczuciach niekochanych zaznacza, żeby nie kopać anioła gniewu. On przychodzi, bo ma nam coś do powiedzenia. Gdy zostanie odepchnięty nigdy nie dowiemy z jakim przesłaniem przyszedł. Zauważmy, że gorączka bywa oznaką konkretnych chorób, gdybyśmy ją zlekceważyli nie byłaby możliwa dobra diagnoza, a w konsekwencji także prawidłowe leczenie.
Trzeba też dobrze zrozumieć o jaki gniew chodzi - na pewno nie o ten, który nazywamy grzechem głównym, który jest wyrazem nienawiści i chęci czynienia zła. Gniew, o którym mowa w etapach przebaczenia oznacza raczej stan wewnętrznej irytacji spowodowany przez zniewagę czy niesprawiedliwość, o gwałtowne wewnętrzne wzburzenie spowodowane obelgą. Mamy prawo do takiej reakcji w obliczu naszej czy też cudzej krzywdy. Gdy stłumimy to uczucie, przekształci się ono w trwałą urazę i wybrzmi w niekontrolowanych wybuchach agresji i obwinianiu za nie innych osób czy przedmiotów, niekiedy może pojawić się również autoagresja, cynizm, wrogość, obrażanie się z byle powodu.
Oswojony gniew, rozumiany jako gwałtowny i agresywny odruch duszy, pojawiający się w reakcji na niesprawiedliwość i krzywdę, staje się mecenasem wartości, które są bliskie naszemu sercu. Sygnalizuje niebezpieczeństwo, zagrożenie jakiegoś konkretnego dobra i pobudza do działania w jego obronie.
Szóstym etapem w procesie przebaczania jest ofiarowanie przebaczenia samemu sobie. Pod wpływem krzywdzącego doświadczenia stajemy się podatni na obwinianie samych siebie za to, że pozwoliliśmy się zranić, że okazaliśmy się słabi, bezradni, naiwni… Jesteśmy rozczarowani sobą, zawiedzeni, tracimy szacunek do siebie. Jeżeli będziemy bezwzględnie i niemiłosiernie odnosić się do siebie, obwiniając w nieskończoność za coś, co się wydarzyło, nie zdobędziemy się również na miłosierne potraktowanie naszego krzywdziciela. Dlatego przebaczenie samemu sobie ukazuje się jako punkt zwrotny na drodze przebaczania. Ojciec Jean pisze, że „gdy jesteś głęboko zraniony, nie masz się już co zastanawiać nad tym, czy przebaczyć sobie. W każdym razie jesteś do tego przyparty. Duży wstrząs, zwłaszcza gdy pochodzi od drogiej osoby, rozbije na kawałki twoją wewnętrzną harmonię. Rozpętają się wtedy w tobie przeciwstawne siły. Jedynie pokorne wybaczenie, którego sobie udzielisz, będzie w stanie przywrócić ci pokój i harmonię i otworzyć na możliwość przebaczenia drugiemu”.
Zrozumieć swego winowajcę - ten etap wymaga już pewnego dystansu do swojego zranienia. Jeżeli rana jest zbyt świeża lepiej odczekać jakiś czas, skupić się na jak najlepszym przepracowaniu sześciu poprzednich kroków, zanim przystąpi się do dalszego wchodzenia w dynamikę przebaczania. Zrozumienie osoby, która nas skrzywdziła, nie oznacza uniewinniania jej, lecz zaprzestania potępiania. Zrozumieć, to bardziej poznać uwarunkowania krzywdziciela, odkryć jego wartość i godność - mimo swych przewinień pozostaje wciąż zdolny do przemiany, do nawrócenia. Zrozumieć, to także zdać sobie sprawę z tego, że nie wszystko w życiu jest zrozumiałe - zawsze pozostaje przestrzeń tajemnicy, którą przenika jedynie Pan Bóg. W tym miejscu bardzo wyraźnie dotykamy prawdy o tym, że bez łaski Bożej przebaczenie staje się przeszkodą nie do pokonania. O własnych siłach nie bylibyśmy w stanie przejść nawet tych wstępnych etapów drogi, a cóż dopiero próbować zrozumieć winowajcę.
Kolejnym krokiem wiodącym ku przebaczeniu jest odkrycie pozytywnego sensu zranienia. Doznana krzywda wprowadza nas w stan swoistego kryzysu. Liczni autorzy piszący o kryzysach zapewniają, że są one szansą wzrostu. W tym kontekście nie dziwi fakt, że o. Jean proponuje poszukiwanie pozytywnych stron zniewagi. Zachęca, aby zapytać czego ona mnie nauczyła o sobie samym i o innych, co zamierzam z nią zrobić, jak obrócić tę porażkę w korzyść? To od nas zależy czy nadamy zranieniu sens, czy damy sobie szansę wzrostu.
Dziewiątym etapem dojrzewania do przebaczenia jest uświadomienie sobie, że jest się godnym przebaczenia i już się je otrzymało. Wraz z tym etapem przechodzi się w świat duchowy, gdzie punkt ciężkości sytuuje się po stronie otwarcia na działanie łaski. Nasza aktywność koncentruje się na dostrzeżeniu daru przebaczenia, którego w swojej nieskończonej dobroci i miłości nieustannie udziela nam Bóg, mimo naszych kolejnych upadków i niewierności. Zaakceptowanie tego, że nasze własne liczne błędy zostały przebaczone przez Miłość, umożliwi potraktowanie z miłością naszych winowajców. Dlatego w następnym etapie jest mowa o poddaniu się Bożemu prowadzeniu.
Nie chcieć przebaczyć za wszelką cenę. Jeżeli przebaczymy siłą woli, przebaczenie nie spełni swego zadania - nie zdejmie z nas ciężaru, nie uwolni od uraz, niepokojów i lęków. Nie możemy go traktować jako wypełnienia moralnego nakazu. Przebaczenie jest ściśle związane z nawróceniem serca, z pokornym poddaniem się Bogu i z modlitewnym zwróceniem ku Jego wszechmocy oraz z cierpliwym oczekiwaniem na jej zbawienne działanie. Chodzi więc o to, żeby nauczyć się wyrzekać każdego pragnienia samowystarczalności, zawziętości, natychmiastowej skuteczności, chęci panowania nad własnym życiem, aby zrobić w sercu miejsce dla łaski. Cdn.
s. Anna Czajkowska WDC
*****************************
KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC
Za osoby, które zginęły w wyniku pożaru w Kamieniu Pomorskim
*****************************
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM WSPOMOŻYCIELKĄ
O życiu zakonnym nie myślałam…
Urodziłam się Waraklanach na Łotwie w wierzącej rodzinie. Od dziecka udzielałam się przy kościele. Ponieważ lubiłam śpiewać należałam do chóru parafialnego i śpiewałam na Mszach świętych podczas różnych uroczystości. Modliłam się jak potrafiłam.
O życiu zakonnym nie myślałam. Sądziłam, że jest to specjalna droga dla ludzi wyjątkowych i świętych. Uważałam, że mam tyle słabości i wad, więc nie może być to droga dla takiego człowieka jak ja.
Lata biegły do przodu, a ja nie wyszłam za mąż, pracowałam, jako brygadzistka w miejscowym kołchozie i mieszkałam przy rodzinie. Cały czas udzielałam się przy kościele, pomagałam przy sprzątaniu, szyłam potrzebne dla kościoła szaty liturgiczne i nadal śpiewałam w chórze.
Praca przy kościele i dla kościoła sprawiała mi wiele radości i dawała wewnętrzną satysfakcję. Pewnego razu wyjechałam do Ogre, do mojej rodzonej siostry, która tam mieszkała. Trzeba było tam coś pomóc przy kościele, więc pojechałam bez ociągania.
Tam miałam ważny i znamienny sen. Przyśnił mi się były ks. proboszcz z mojej rodzinnej parafii w Waraklanach, który aktualnie pracował w Tukuma. We śnie ujrzałam go chorego i potrzebującego pomocy. Byłam wówczas na rozdrożu. Chciałam coś zrobić ze swoim życiem. Planowałam wyjechać z domu i usamodzielnić się od rodziny. Wewnętrznie uznałam, że sen ten może dla mnie coś znaczyć.
Zdecydowałam się pojechać do Tukuma i spotkać się z tym księdzem. Wyjechała w niedługim czasie i zastałam księdza cieszącego się dobrym zdrowiem. Miałam zaufanie do tego kapłana i rozmawiałam z nim o moich wewnętrznych rozterkach. Ksiądz ten znał już nasze Zgromadzenie, gdyż siostry mieszkały w Rydze i korzystał z ich pomocy. Zorganizował mi spotkanie z siostrami przy kościele św. Alberta w Rydze. Długo rozmawiałam z umówioną siostrą wspomożycielską. Ona bardzo się ucieszyła z mego przybycia i obiecała skontaktować mnie z Matką Generalną z Polski, która w niedługim czasie zamierzała odwiedzić siostry mieszkające na Łotwie, także w Rydze.
W czerwcu 1974 r. zostałam przyjęta do postulatu w domu sióstr przy Jurmalas gatwe. Wróciłam do rodzinnej miejscowości, aby się spakować i w niedługim czasie przyjechałam do sióstr. W 1976 r. złożyłam pierwsze śluby zakonne. Podjęłam pracę w Rydze, jako kurier w Ministerstwie Edukacji, a następnie pracowałam, jako laborantka w szpitalu. Cały czas pomagałam także różnym kościołom, przede wszystkim szyjąc szaty i wykonując inne prace. Przygotowywałam także dzieci do przyjęcia Pierwszej Komunii św.
W 2001 r. obchodziłam jubileusz 25 lecia życia zakonnego. Już jestem na emeryturze, ale staram się dalej służyć moimi umiejętnościami kościołowi i ludziom. Ile mogę tyle szyję, dla kapłanów, ale także dla biednych dzieci. Od kilkunastu lat opiekuję się kaplicą przyszpitalną, która także służy za pogrzebową. Prowadzę modlitwy za zmarłych. Jest to zgodne z naszym charyzmatem, więc siebie i wszystko, co mogę uczynić ofiarowuję za zmarłych cierpiących w czyśćcu.
s. Elżbieta Wirginia Malniece WDC
Z ŚW. FRANCISZKIEM DROGA KU BOGU
Kościół
W ostatnich dniach swojego życia św. Franciszek podyktował braciom Testament, w którym zawarł swoje ostatnie przesłanie i wolę. Wspominając na początku nawrócenie i powołanie, którym obdarzył go Pan, stwierdził wyraźnie, że dokonało się to w kościele. „A Pan dał mi w kościołach taką wiarę, że tak po prostu modliłem się i mówiłem: Wielbimy Cię, Panie Jezus Chryste, we wszystkich kościołach Twoich, które są na całym świecie i błogosławimy Tobie, że przez święty krzyż Twój, odkupiłeś świat”.
O Kościele mówił zawsze: „święta matka Kościół”, a dla swojego Zakonu prosił papieża o kardynała protektora, „by kierował tym braterstwem, opiekował się nim i utrzymywał je w karności, abyśmy zawsze oddani i położeni pod stopy tego świętego Kościoła, ugruntowani w wierze katolickiej, zachowywali ubóstwo i pokorę i świętą Ewangelię Pana naszego Jezusa Chrystusa, jak to stanowczo przyrzekliśmy” (2 Reguła 12, 2-4).
Gdy dziś dosyć często możemy usłyszeć deklarację katolików: Pan Bóg – tak, Kościół – nie, dostrzec możemy w tym swoisty paradoks poszukiwania Boga według swoich własnych wyobrażeń, pragnień i potrzeb. Franciszek wprost przeciwnie nie tylko odnalazł Boga w Kościele, ale chciał realizować swoje nawrócenie i życie w ścisłej więzi z widzialnym Kościołem.
Był on głęboko przekonany, że jedynie Kościół i to w swoich zewnętrznych strukturach jest gwarantem autentycznego odczytania woli Bożej i naśladowania Jezusa. Kościół jest bowiem nie tylko przedłużeniem zbawczej misji Jezusa Chrystusa na ziemi, ale jest sakramentem zbawienia, jest rzeczywistym znakiem Bożej obecności i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia chrześcijanina z Chrystusem.
Kościół w swojej strukturze jest wspólnotą wyznawców Jezusa Chrystusa. Jest wspólnotą, nie tyle tych, którzy przyjęli chrzest i deklarują, że są chrześcijanami, ale tych, którzy chcą naśladować Jezusa, chcą słuchać Jego głosu, a w codziennych decyzjach i wyborach pragną wstępować w Jego ślady.
Kościół ma zawsze charakter boski i ludzki. Boski, bo mieszka w nim Bóg, ludzki, bo tworzą go ludzie dążący do zjednoczenia z Bogiem. I dlatego jest on jednocześnie widzialny i niewidzialny, doczesny i wieczny, święty i grzeszny, ma zatem w sobie wiele cech paradoksalnych, a nawet na pozór sprzecznych.
Zewnętrzne patrzenie na Kościół, podkreślanie, podejmowanie i uwypuklanie jedynie jego zewnętrznego wymiaru nie pozwala dostrzegać w nim jego boskiego wymiaru. Sprowadzanie całej rzeczywistości Kościoła do czysto ludzkiego zjawiska prowadzi często nie tylko do jego przesadnej krytyki, ale nawet zerwania z nim.
Tak było również w czasach św. Franciszka. Wielu gorliwych chrześcijan według odczytanej przez siebie nauki Chrystusa chciało na własną rękę zreformować Kościół. Mieli na początku szlachetne i chwalebne ideały - żyć całym radykalizmem nauki Jezusa, jednak poprzez brak posłuszeństwa Kościołowi, ruchy te szybko z reformatorskich stały się pseudo reformatorskie, weszły w konflikt z Kościołem, a nawet zerwały z nim łączność. Zamiast przyczynić się do budowy Kościoła, spowodowały w Nim wyłom, zagubiły więź jedności, o którą tak gorąco modlił się Jezus, i o której pielęgnowanie prosił uczniów w ostatnich godzinach swej ziemskiej wędrówki.
Franciszek, gdy zaczęli gromadzić się wokół niego pierwsi naśladowcy, nie miał także łatwej sytuacji. Jego odniesieniu do zewnętrznej władzy kościelnej towarzyszyło również wiele napięć, przeciwności i przeszkód. Miał on jednak świadomość wewnętrznej tajemnicy Kościoła, był pewny, że tylko w Kościele żyje, działa i zbawia nadal sam Chrystus. Podobnie jak obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii dostrzec mogą jedynie ci, którzy patrzą nie cielesnymi oczyma, ale oczyma ducha, tak w odniesieniu do Kościoła jego zewnętrzna, czasami aż zbyt ludzka postać nie przeczy obecności w nim żywego Pana.
Franciszku odbuduj mój Kościół - taki głos usłyszał na początku swojej drogi nawrócenia, gdy modlił się w zniszczonym kościółku św. Damiana pod Asyżem. Odtąd nie tylko rzeczywiście odbudował kilka zrujnowanych kościółków wokół Asyżu, nie tylko sprzątał zaniedbane kościoły, ale przede wszystkim przez miłość i posłuszeństwo wobec świętej matki Kościoła uczynił go bardziej pięknym i świętym także w jego wymiarze ludzkim. A jaka jest nasza więź z Kościołem, czy budujemy go i czy jesteśmy jego żywą cząstką
s. Irena Złotkowska WDC