Życie Wieczne
Rok 10/Nr 3/41/lipiec—sierpień-wrzesień/2009
Kwartalnik formacyjny „Życie Wieczne” przeznaczony jest do użytku wewnętrznego. Kierowany jest do Członków Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca oraz do dziewcząt zainteresowanych duchowością i charyzmatem Zgromadzenia. Prenumerata za ofiarą dobrowolną.
Redakcja: s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska.
Adres Redakcji:
„Życie Wieczne”
ul. Poprzeczna 1; 05-070 Sulejówek,
tel. 022/487 86 08 lub kom.: 0/ 698 230 430;
e-mail: mdpcanna@wp.pl ; gg. 7479325; www.wspomozycielki.pl
DO PRZYJACIÓŁ
KTO SIĘ MODLI, NIE ZGINIE
Formy i rodzaje modlitwy
Dobry chrześcijanin jest nieulękłym orłem, szybującym w przestworzach, jakby z pragnienia dosięgnięcia słońca. Tym jest dobry chrześcijanin na skrzydłach modlitwy.
Wielomówstwo nie jest potrzebne, by dobrze się modlić. Wiemy, że Pan Bóg jest tam, w świętym Tabernakulum; otwieramy przed Nim nasze serce, znajdujemy upodobanie w Jego Przenajświętszej właśnie jest najlepsza modlitwa.
Modlitwa jest u Boga wszechmocna. Łatwo Go modlitwa pozyskać. Gdyby w piekle można było modlić się, piekło przestałoby istnieć. Dusz zaprzestająca modlitwy umiera z wycieńczenia. Dusza modląca się z żarem i wytrwale podobna jest do jaskółki, wznoszącej się łatwo i szybującej w przestworzach. Tak tez jest z modlitwą duszy żarliwej, która przenika aż do tronu Bożego i kontempluje przymioty Boże.
św. Jan Maria Vianney
Wszelka autentyczna i zażyła relacja do Pana Boga ze swojej natury angażuje całe życie człowieka. Ten całościowy wyraz modlitewnej postawy człowieka nazywamy formą modlitwy. I tu możemy najprościej wyróżnić dwie możliwości. Człowiek spontanicznie może tworzyć własne formy modlitwy albo posługiwać się już istniejącymi formami.
Formy modlitwy są najczęściej wynikiem modlitwy człowieka w konkretnej jego sytuacji życiowej. Kształtują się one w zależności od osób, okoliczności modlitwy a także wyrażanej w niej treści.
Podstawową zasadą w życiu duchowym jednakże jest, aby posługiwać się istniejącymi już i sprawdzonymi formami bez przesadnego zabiegania o tworzenie nowych, własnych i oryginalnych form wyrazu dla swojej modlitwy. Bowiem poprzez przesadne szukanie form można zniszczyć autentyzm i spontaniczność samej modlitwy.
Omawiając kryteria podziału modlitwy na różne jej rodzaje możemy wyróżnić następujące:
Ze względu na treść modlitwę dzielimy na:
- modlitwę uwielbienia
- modlitwę dziękczynienia
- modlitwę przebłagania, przeproszenia
- modlitwę prośby
Ze względu na okoliczności dzielimy modlitwę na:
- modlitwę indywidualną, osobistą lub prywatną
- modlitwę wspólnotową, publiczną, liturgiczną
Ze względu na sposób odbywania:
- modlitwę ustną (indywidualna i wspólnotowa)
- modlitwę myślną lub wewnętrzną (medytacja-rozmyślanie, modlitwa serca, modlitwa prostoty, kontemplacja, modlitwa mistyczna).
Zanim w następnych artykułach zostaną omówione rodzaje i metody modlitwy, a następnie także trudności związane z modlitwą, należy jeszcze podać kilka praktycznych uwag związanych z przygotowaniem do modlitwy.
Po pierwsze modlący się człowiek musi wiedzieć, że staje przed Bogiem. Modlitwa zatem nie może być aktem czysto mechanicznym, tzw. „odklepaniem” znanych nam na pamięć formuł modlitewnych bądź samym tylko uczestnictwem bez wewnętrznego zaangażowania we wspólnotowych praktykach modlitewnych.
Po drugie modlitwa wymaga to od nas pewnego trudu uwagi i skupienia. Gdy ten warunek jest spełniony, wówczas możemy powiedzieć o kimś takim, że modli się pobożnie. Czym zatem jest owa postawa pobożności na modlitwie? Przede wszystkim chodzi tutaj o to, aby modlący się był duchowo obecny, czyli swoją myślą trwał na modlitwie. Także człowiek modlący się pobożnie skierowuje swoje serce i swoją wolę ku Bogu, czyli w kontakt z Bogiem angażuję wszystkie władze swojej duszy: pamięć, wolę i serce. Wewnętrznie jest ukierunkowany i nastawiony na kontakt z Bogiem. Owocem takiej modlitwy jest jak mówi św. Tomasz z Akwinu tzw. „duchowe pokrzepienie”.
I nie chodzi tu w pierwszej kolejności o odczuwanie „słodyczy” na modlitwie, ale o napełnienie duszy mocą Bożej miłości. Człowiek modlący się pobożnie otrzymuje zawsze owoc modlitwy, czyli duchową moc uzdalniającą do wypełnienia w codzienności woli Bożej. Cdn.
s. Irena Złotkowska
BLIŻEJ KOŚCIOŁA
ROK KAPŁAŃSKI
Komu wiele dano...
Od tego wiele wymagać się będzie - poucza nas Pismo Święte. Zapewne jednymi z tych, którym dano wiele, są kapłani. Dlatego św. Faustyna Kowalska pisała: „O wielka godności kapłana, ale i o wielka odpowiedzialności kapłana. Wiele ci dano, o kapłanie, ale i wiele od ciebie żądać będą...”
Benedykt XVI w Liście na rozpoczęcie Roku Kapłańskiego, który ogłosił w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego, zauważa, że „We współczesnym świecie, podobnie jak w trudnych czasach Proboszcza z Ars trzeba, żeby kapłani wyróżniali się w swoim życiu i działaniu mocnym ewangelicznym świadectwem. Słusznie zauważył Paweł VI: człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków, aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, ż są świadkami.” W innym miejscu stwierdza z ubolewaniem: „Istnieją niestety także nigdy nie dość opłakane sytuacje, w których sam Kościół musi cierpieć ze względu na niewierność niektórych swych sług. Świat zaś w takich sytuacjach czerpie z nich motywy zgorszenia i odrzucenia. To, co w takich przypadkach może najbardziej przynieść korzyść Kościołowi, to nie tyle pedantyczne ujawnianie słabości swych sług, ile odnowiona i radosna świadomość wielkości Bożego daru, skonkretyzowanego we wspaniałych postaciach wielkodusznych duszpasterzy, zakonników żarliwych miłością Boga i dusz, światłych i cierpliwych kierowników duchowych. Pod tym względem nauczanie i przykład św. Jana Marii Vianneya mogą być dla wszystkich istotnym punktem odniesienia”.
Słowa Papieża stanowią szczególne przypomnienie dla Członków Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca, że przyjaźń z Bogiem i z Kościołem obejmuje także przyjacielską życzliwość wobec kapłanów - szafarzy sakramentów. Warto więc przypomnieć sobie to, co jest napisane w Informatorze MDPC. Czytamy tam: „W dzisiejszych czasach łatwo nam przychodzi narzekanie na Kościół i naszych duszpasterzy. Bardzo dużo od nich wymagamy. Chcielibyśmy, żeby byli idealni. Kościół ma zaradzić wszelkiej biedzie materialnej i nędzy moralnej na świecie. Księża mają być zawsze radośni, otwarci i dyspozycyjni. W szkole powinni mieć stalowe nerwy, nieziemską cierpliwość i raczej nie powinni wymagać od uczniów, bo przestaną być lubiani. Ponadto mają mówić ładne kazania i dobrze spowiadać... Gdy nie spełniają naszych oczekiwań, jesteśmy rozczarowani..., a czasami nawet zgorszeni...
A przecież przyjaźń z Kościołem bez wątpienia ogarnia również przyjaźń z kapłanami. W prawdziwej przyjaźni musi funkcjonować wzajemność. Nie możemy tylko wymagać, ale powinniśmy wspomagać naszych przyjaciół. Nie chodzi tu o coś nadzwyczajnego, ale po prostu o życzliwe słowo i modlitwę... Przede wszystkim o modlitwę. Gdyby żaden parafianin nie zasnął bez odmówienia chociażby: Pod Twoją obronę albo jednej Zdrowaśki w intencji swoich księży z pewnością mielibyśmy lepszych kapłanów, a w naszych sercach byłoby więcej wyrozumiałości...
Przyjacielska życzliwość może wyrażać się w bardzo zwyczajny sposób. Jeżeli jakoś szczególnie poruszyły cię treści z kazania czy z katechezy, powiedz o tym księdzu, jeżeli wzbudziły wątpliwości zapytaj... Nie czekaj aż ksiądz pierwszy do ciebie się odezwie czy uśmiechnie... Kapłani też czasami są nieśmiali... Kapłaństwo jest darem samego Chrystusa i dlatego życzliwość okazywana księdzu jest także wyrazem naszej relacji z Bogiem.
Rozumiał to św. Franciszek, który czuł tak wielki szacunek do tych Bożych wybrańców, że - jak sam wyznał - gdyby jednocześnie spotkał Anioła i kapłana, to najpierw pokłoniłby się kapłanowi, a dopiero potem Aniołowi.
Osobom tworzącym MDPC powinien być bliski przykład świętego Patrona, a więc pamiętajcie o swoich kapłanach w modlitwie i bądźcie ich przyjaciółmi w domu, w szkole i w pracy”.
W Dekrecie o odpustach na rok kapłański zaleca się modlitwy w intencji uświęcenia kapłanów, za które każdego dnia możemy uzyskać odpust częściowy. Trzeba odmówić 5 razy Ojcze nasz.., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu… albo inną modlitwę zatwierdzoną ku czci Najświętszego Serca Jezusowego (np. Litanię).
s. Anna Czajkowska
Dekret o odpustach na Rok Kapłański
Dla ubogacenia darem świętych odpustów specjalnych nabożeństw sprawowanych w Roku Kapłaństwa ogłoszonym ku czci świętego Jana Marii Vianneya.
Bliski jest dzień obchodów 150. rocznicy pobożnego przejścia do nieba świętego Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, który na ziemi był godnym podziwu wzorem prawdziwego pasterza w służbie owczarni Chrystusa.
Ponieważ przykład Jana Marii Vianneya może zainspirować wiernych, w szczególności kapłanów, do naśladowania Jego cnót, Papież Benedykt XVI postanowił, że od 19 czerwca 2009 roku do czerwca 2010 roku w całym Kościele będzie celebrowany Rok Kapłaństwa, podczas którego duchowni jeszcze bardziej umocnią swoją wierność Chrystusowi poprzez pobożne rozmyślania i święte nabożeństwa oraz inne stosowne praktyki. Ten święty okres rozpocznie się w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Dniu Modlitw o Uświęcenie Kapłanów, nieszporami, które Benedykt XVI będzie celebrował wobec relikwii świętego Jana Marii Vianneya, przywiezionych specjalnie do Rzymu na tę okazję przez Biskupa diecezji Belley-Ars. Ojciec Święty zakończy Rok Kapłaństwa na placu Świętego Piotra w Rzymie w obecności duchownych przybyłych z całego świata, którzy odnowią złożone przyrzeczenie wierności Chrystusowi i ożywią więzy kapłańskiego braterstwa. Duchowni przez modlitwę i dzieła miłosierdzia będą zabiegać, aby otrzymać od Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana łaskę świadectwa cnotami wiary, nadziei i miłości oraz innymi tak, by również zewnętrznym sposobem życia ukazywali pełne oddanie dobru duchowemu Ludu Bożego, które Kościół ceni ponad wszystko.
Dar świętych odpustów, których Penitencjaria Apostolska obecnym Dekretem wydanym zgodnie z wolą Ojca Świętego udziela w czasie Roku Kapłaństwa, niech pomoże jak najpełniej osiągnąć tak upragniony zamiar. Dlatego też:
A. Kapłani, którzy w skrusze serca w jakimkolwiek dniu pobożnie odmówią przynajmniej jutrznię lub nieszpory przed wystawionym publicznie do adoracji lub obecnym w tabernakulum Najświętszym Sakramentem i – za przykładem świętego Jana Marii Vianneya – oddadzą się duchem ochoczym i hojnym celebracji sakramentów, przede wszystkim sakramentu pokuty, uzyskać mogą odpust zupełny, który będą mogli ofiarować również za zmarłych kapłanów, pod warunkiem przystąpienia do sakramentalnej spowiedzi, przyjęcia Komunii Świętej oraz odmówienia modlitwy w intencjach Ojca Świętego. Kapłani mogą ponadto uzyskać odpust częściowy, także możliwy do ofiarowania za zmarłych kapłanów, jeśli pobożnie odmówią przepisane modlitwy o uświęcenie życia i o gorliwe wypełnianie powierzonych im zadań
B. Wszyscy wierni, którzy w pokorze serca w kościele albo w kaplicy będą uczestniczyć pobożnie we Mszy Świętej, ofiarując tego dnia modlitwy i dobre uczynki w intencji kapłanów, aby Jezus Chrystus Najwyższy i Wieczny Kapłan ich uświęcił i kształtował według swego Serca, mogą uzyskać odpust zupełny pod warunkiem przystąpienia do sakramentalnej spowiedzi i odmówienia modlitwy w intencjach Ojca Świętego w dniach, w których rozpoczyna się i kończy Rok Kapłaństwa, w dniu 150. rocznicy śmierci świętego Jana Marii Vianneya (4 sierpnia 2009 r.), w pierwsze czwartki miesiąca oraz w inne dni wyznaczone przez poszczególnych ordynariuszy dla pożytku wiernych. Zachęca się, aby w kościołach katedralnych i parafialnych kapłani, którym powierzona jest tam posługa duszpasterska, prowadzili odnośne nabożeństwa, celebrowali Msze Święte i sprawowali sakrament pokuty.
Osoby w podeszłym wieku, chorzy i wszyscy, którzy ze słusznych powodów nie mogą wychodzić z domu, mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli – w duchu wyzbycia się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i z zamiarem wykonania, jak tylko będzie to możliwe, trzech zwykłych warunków odpustu – we własnym domu albo tam, gdzie przeszkoda ich wstrzymuje, w dniach wyżej wskazanych odmówią modlitwy o uświęcenie kapłanów i ofiarują z ufnością Bogu przez Maryję, Królową Apostołów, swoje cierpienia i niewygody życia.
Udziela się, wreszcie, odpustu częściowego wszystkim wiernym, ilekroć pobożnie odmówią pięć razy Ojcze nasz…, Zdrowaś, Maryjo… i Chwała Ojcu… albo inną modlitwę specjalnie zatwierdzoną ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa, by wyprosić kapłanom łaskę zachowania czystości i świętości życia.
Obecny Dekret jest ważny przez cały okres trwania Roku Kapłaństwa. Bez względu na jakiekolwiek przeciwne zarządzenia.
Rzym, siedziba Penitencjarii Apostolskiej, 25 kwietnia, w święto świętego Marka Ewangelisty, Roku Pańskiego 2009.
Kapłanom dał Bóg taką moc, jakiej nie użyczył ani aniołom ani archaniołom: tym, co mieszkają na ziemi, zlecił, by szafowali tym, co jest w niebie.
Św. Jan Chryzostom
Gdybyśmy poznali, kim jest kapłan Jezusa Chrystusa, musielibyśmy umrzeć - nie z bojaźni, ale z zachwytu.
św. Jan Maria Vianney
Módlmy się za kapłanów! Każdego dnia zauważamy, jak rzadcy są przyjaciele Jezusa. Zdaje mi się, że to właśnie rani Go najgłębiej: niewdzięczność, a zwłaszcza widok poświęconych mu dusz, które dają innym to serce, które całkowicie do Niego należy.
Św. Teresa z Lisieux
Kościół potrzebuje - i będzie potrzebował zawsze - kapłanów. Proś o to codziennie Trójcę Przenajświętszą za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny. I proś, by byli weseli, operatywni, sprawni, by byli dobrze przygotowani i aby ochoczo poświęcali się dla swoich braci, nie czując się ofiarami.
bł. Josemaria Escriva
W KRĘGU WIECZNOŚCI
CZYŚCIEC W DOŚWIADCZENIU ŚWIĘTYCH
Św. Jan Maria Vianney
Rok kapłański, który rozpoczęliśmy 19 czerwca bieżącego roku, związany jest również ze 150 rocznicą narodzin dla nieba św. Jana Marii Vianneya. Przyszedł na świat 8 maja 1786 r. w Dardilly, niedaleko Lyonu, jako czwarte z sześciorga dzieci ubogiej rodziny chłopskiej. Jego dzieciństwo przypadło na czas rewolucji francuskiej, co spowodowało, że nauczył się pisać dopiero w siedemnastym roku życia. Słabo przyswajał wiedzę, a to wiązało się z licznymi upokorzeniami. Dwa razy odmawiano mu przyjęcia do seminarium, a gdy go przyjęto, nakłaniany był do odejścia.
Dzięki staraniom ks. Balleya, który rozpoznał w nim wielkie powołanie dane mu było przyjąć święcenia kapłańskie. Pierwsze trzy lata kapłaństwa był wikariuszem, a potem został proboszczem w Ars. Żarliwą i ufną wiarą, świadectwem ubogiego życia i surową ascezą pociągnął parafian do Boga i odmienił ich życie zaniedbane religijnie. Ujął ludzi niezwykłą hojnością serca: potrafił zdjąć na ulicy buty i skarpety, aby je oddać biedakowi, a sam wracał do domu boso.
Był czcicielem Serca Jezusowego, Matki Bożej z La Salette i św. Filomeny. Zmarł 4 sierpnia 1859r. Kanonizował go Pius XI w 1925r., a cztery lata później został ogłoszony patronem proboszczów. Jego liturgiczne wspomnienie obchodzimy 4 sierpnia.
Dlaczego Jan Maria Vianney pojawia się w cyklu artykułów: Czyściec w doświadczeniu świętych? Był nie tylko świętym proboszczem, który zabiegał o nawrócenie swoich parafian, ale również odznaczał się niezwykłą gorliwością ratowania dusz w czyśćcu cierpiących. Fakt ten udokumentowany został choćby w Nauce, jaką wygłosił na ambonie w dzień zaduszny pt. O cierpieniach w czyśćcu i o sposobach ratowania dusz cierpiących. Tego dnia z rozkazu Boga - jak sam stwierdził - wszedł na ambonę przemawiać w imieniu zmarłych rodziców, krewnych i znajomych parafian, których był proboszczem. Nie tyle doświadczał objawień dusz czyśćcowych, co w duszy słyszał ich prośby o to, by ludzie nie zaprzestawali za nich modlitw. Proboszcz z Ars był tak przeniknięty cierpieniem dusz czyśćcowych, że nie wahał się twierdzić: „Ogień w czyśćcu jest ten sam co w piekle; różnica na tym tylko polega, że nie jest wieczny”.
Święty tak jednoczył się z mękami tych dusz, że przedstawiał swoim parafianom jakoby ich mowy: „O jakże my cierpimy, uwolnijcie nas bracia z tych męczarni, wy to możecie uskutecznić. O gdybyście wy czuli, co to za boleść być w rozłączeniu z Bogiem! Goreć w ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą, ponosić bóle niesłychane, być trawionym żalem, wiedząc, żeśmy mogli tego uniknąć! O dziatki drogie, myśmy was tak kochali, czyż podobna, abyście nas opuścili? Wy spoczywacie na miękkim łożu, a my dzień i noc cierpimy i płaczemy. Mieszkacie w domach, któreśmy wam zostawili, używacie owocu trudów naszych; a my opuszczeni przez was od tylu lat ponosimy katusze tak straszne. Ani jałmużny nie czynicie, ani o Mszę św. nie prosicie dla przyjścia nam z pomocą. O jakże straszne są męczarnie nasze!”.
Szczególne miejsce w sercu Jana Marii Vianneya zajmowały dusze zmarłych rodziców, o których zapomniały dzieci. Aby wzruszyć serca niewdzięcznych, używał dobitnych porównań i podkreślał stałą obecność zmarłych pośród żyjących: „Te biedne dusze krążą około nas, idą za nami wszędzie; ale niestety są to biedni żebracy około złych bogaczów! Przedstawiają im swoje potrzeby i swoje męczarnie, ale źli bogacze nie zwracają na to uwagi. Prosimy – wołają – o jedno Ojcze nasz, o jedno Zdrowaś, o jedną Mszę świętą”.
A z naszej strony tak niewiele potrzeba mówi święty: „Każdego poranka możemy ofiarować za dusze w czyśćcu cierpiące wszystkie czynności nasze i wszystkie modlitwy, jakie w ciągu dnia odmówimy. Jest to niewiele zaprawdę. Wyobraźmy sobie, że ktoś ma ręce związane i jest ciężarem obciążony; że my przechodzimy każdego dnia około niego i trochę z tego ciężaru ujmujemy: po niejakim czasie owego biedaka spod ciężaru całkiem uwolnimy. Z duszami w czyśćcu cierpiącymi rzecz ma się podobnie, ujmujemy im ciężaru, zmniejszamy ich cierpienia ile razy coś dla nich czynimy”.
W nauce proboszcza z Ars nie brakło także mowy o pożytkach płynących z modlitwy za zmarłych:, „Jeśli chcemy, bracia drodzy, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek zbawienia, modlitwa za umarłych”. Jan Maria Vianney zapewnia, iż osoba, która modliła się za duszami w czyśćcu cierpiącymi, gdy sama stanie przed Chrystusem na progu wieczności, będzie doświadczać ich orędownictwa u Pana. Dusze uwolnione z czyśćca rzucą się do stóp Zbawiciela i powiedzą: „Panie, zlituj się nad tą duszą, ona nas wyrwała z płomieni, ona za nas uczyniła zadość Twej sprawiedliwości. Zapomnij jej przewinień, jak ona błagała, żebyś zapomniał przewinień naszych”. Święty był także przekonany, że dusze te pełne miłości wyrażając wdzięczność wyproszą dla tej osoby tysiąc razy więcej łask, gdyż mają już doświadczenie, co to znaczy rozłąka z Bogiem.
Obyśmy nie przechodzili obojętnie jak bogacze posiadający możność zbierania zasług dla nieba obok żebraków, którzy już takiego skarbu nie mają. Obyśmy okazali się przyjaciółmi dla tych, którzy w czasie ziemskiego życia tak wiele dla nas uczynili, obyśmy jak św. Jan Maria Vianney zachęcali wszystkich do modlitwy za zmarłych i mieli pewność że dusze te będą wstawiać się za nami.
s. Anna Pękowska
JAK POMAGAĆ DUSZOM CZYŚĆCOWYM?
Jałmużna przebaczenia
Jeszcze tylko dwa etapy trzeba pokonać, aby móc w pełni ucieszyć się łaską przebaczenia. Oczywiście należy przy tym pamiętać, że Bóg nie jest ograniczony żadnymi etapami - Jego łaska może nas dotknąć zanim zdążymy przejść choćby kilka z nich. Ważne, aby mieć świadomość, że chodzi przede wszystkim o wyruszenie w drogę, o podjęcie wysiłku otwierania się na przebaczenie, o wyrażenie pragnienia i przyzwolenia we wszystkich sferach naszego ludzkiego bytu - o zgodę na przebaczenie w sferze myśli, uczuć i woli. Trzeba jednak przygotować się i na to, że może będzie konieczne długie i mozolne podążanie aż do ostatniego etapu, aby móc świętować swoje przebaczenie.
Jedenasty krok prowadzi nas przez otwarcie na łaskę przebaczenia. Ojciec Jean Monbourquette pisze: „Wewnętrzna próżnia, którą wytworzyłeś, wyrzekając się bycia jedynym sprawcą swego przebaczenia, przygotowuje cię do przyjęcia Bożej miłości. Przygotowujesz się do przebaczenia pod Bożym tchnieniem. Odpowiadasz na zaproszenie Jezusa: Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36). Nie żebyś chciał naśladować Boga, licząc na własne siły, ale uzdolnić się do przyjęcia Jego życia, źródła miłości i przebaczenia”.
W tym etapie bardzo ważna jest nasz obraz Boga. Teoretycznie wiemy, że Bóg jest miłością i miłosierdziem, ale w praktyce życia odkrywamy w sobie różne fałszywe wyobrażenia o Bogu, ukształtowane i ukryte w głębi naszej osobowości pod wpływem różnych doświadczeń z ludźmi. Często przenosimy na Pana Boga obraz nadopiekuńczego rodzica, srogiego nauczyciela, sędziego czy policjanta. Ważne w przebaczaniu jest uświadomienie sobie, że Bóg nie będzie nas karał, jeżeli natychmiast nie przebaczymy bliźniemu, i że przebaczenie nie jest warunkiem miłości Boga wobec nas. Bóg nas kocha bezwarunkowo i niczego człowiekowi nie narzuca. Jednak wiemy z Ewangelii (przypowieść o nielitościwym dłużniku Mt 18,23-35), że człowiek przyjąwszy przebaczenie od Boga niekoniecznie chce taką postawę powielać w swoich relacjach z innymi ludźmi. Dlatego przebaczenie wymaga przede wszystkim nawrócenia serca i kierowania się Bożą miłością. W jednym z ćwiczeń o. Jean : „W tym stanie łaski, w którym czujesz się zamieszkały przez Bożą miłość, spojrzyj na osobę, która ci zawiniła, przybliżającą się do ciebie. Czy zaczynasz rozpoznawać, że coś się zmieniło w Tobie? Patrz tej osobie prosto w oczy. Czy możesz uczciwie stwierdzić, że czujesz się zdolny powiedzieć jej: Przebaczam ci? Jeśli tak, to zrób to. Jeśli nie, powróć do siebie i zapytaj się jakie z twych więzów jeszcze cię trzymają. Możesz podjąć dialog z Jezusem, aby Go prosić, żeby wyzwolił cię z ostatnich przeszkód przebaczenia. (…) Przyjdzie dzień, kiedy ku twemu wielkiemu zdziwieniu, przebaczenie wypłynie ze źródła twego serca”.
Ostatni etap wiedzie ku podjęciu konkretnej decyzji: zerwać związek czy go odnowić. Ponieważ przebaczenie nie jest synonimem pojednania, nie oznacza, że ono musi teraz nastąpić. Dobrze, gdyby udało się doprowadzić do pojednania, do odnowienia naderwanych więzów małżeńskich, rodzinnych, sąsiedzkich czy przyjacielskich, do nadania nowego kształtu relacjom z osobą, której przebaczyliśmy. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Mamy prawo nie chcieć podtrzymywać kontaktów, zwłaszcza gdy nie ma pewności, że ktoś nie zrani nas ponownie.
W książce Jak przebaczać? autor zamieścił bajkę o przebaczeniu w małżeństwie Alfreda i Adeli. Niech ta opowieść posłuży jako zakończenie artykułów o etapach przebaczania:
„Na skraju pewnej małej i spokojnej wioski; zamieszkałej przez rentierów i paru kupców, znajduje się gospodarstwo ze świeżo malowanymi budynkami. Kwadraty różnobarwnych pól otoczone prostymi rowami. Oto gospodarstwo Alfreda, człowieka dumnego, nieskazitelnego i mało rozmownego. Wysoki, chudy, wąska broda, nos orli wzbudza u ludzi tyleż respektu co strachu. Jest mało rozmowny, a gdy mówi, to zazwyczaj przysłowia o wartości pracy czy powadze życia. Jego żona, Adela, ma zawsze życzliwy uśmiech i miłe słowo. Ludzie czują się dobrze w jej towarzystwie. Wszystko jest w niej okrągłe: twarz, piersi, siedzenie...
Adela cierpi w milczeniu przy mężu skąpym w słowa i pieszczoty. żałuje w głębi serca, że poślubiła tego "pracusia", który oczarował jej zmarłego ojca. Oczywiście, Alfred zapewnił jej dostatek i pozostał jej wierny, lecz całkowicie zaabsorbowany pracą, niewiele ofiarowuje jej czasu na zażyłość i przyjemności.
Pewnego dnia Alfred postanawia skrócić swój dzień roboczy. Zamiast pracować aż do zmierzchu, wraca do domu wcześniej. Ku wielkiemu zaskoczeniu, przyłapuje Adelę w małżeńskim łożu na gorącym uczynku z sąsiadem. Mężczyzna szybko ucieka przez okno, podczas gdy bezradna Adela rzuca mu się do stóp błagając o przebaczenie. On pozostaje sztywny jak posąg: blady z oburzenia, usta sine z wściekłości, zaledwie może powstrzymać wybuch. Widząc się takim "rogaczem", przeżywa upokorzenie, gniew, a także głęboki żal. Nigdy nie był wielkim mówcą, teraz też nie wie, co powiedzieć. Szybko jednak zdaje sobie sprawę, że zachowując milczenie, poddaje Adelę jeszcze większym torturom niż uczyniłyby to jakiekolwiek słowa czy akty przemocy.
Nie wiemy, jak sprawa Adeli rozniosła się po wsi, ale "złe języki" szybko się rozpuściły. Przepowiadano, że Alfred zażąda separacji. Lecz oto, wbrew plotkom, na niedzielnej sumie w środkowym przejściu pojawia się Alfred, z głową wzniesioną wysoko, w towarzystwie Adeli, która drepcze za nim. Wspaniały chrześcijanin, sprawia wrażenie, że zrozumiał przykazanie: "Odpuść nam, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom". Ale chwalebne przebaczenie Alfreda karmi się skrycie hańbą Adeli.
W domu Alfred dalej rozognia swoją urazę poprzez milczenie i ukradkowe, pełne pogardy spojrzenia na grzesznicę. Tymczasem nieba nie da się oszukiwać pozorami cnoty, toteż zostaje wyprawiony pośpiesznie anioł dla naprawienia sytuacji. Za każdym razem, gdy Alfred przenosi na Adelę spojrzenie twarde i posępne, anioł spuszcza w jego serce kamyczek. Alfred odczuwa za każdym razem uszczypnięcie, które wywołuje u niego grymas. Jego serce staje się tak ciężkie, że musi chodzić pochylony i z trudem wyciąga szyję, żeby lepiej przed sobą widzieć.
Pewnego dnia, gdy Alfred zajęty jest cięciem zboża, zauważa opartą o parkan świetlistą postać, która mu mówi: "Alfredzie, wyglądasz na przybitego". Zdziwiony, że słyszy swe imię wymawiane przez nieznajomego, Alfred pyta go, kim jest i czemu się wtrąca. Anioł mu odpowiada: "Tak, wiem, że zostałeś zdradzony przez swą żonę i że upokorzenie cię męczy. Ale ty dokonujesz subtelnej zemsty, która ciebie samego przygnębia". Alfred czuje się rozszyfrowany, pochyla głowę i przyznaje: "Nie mogę pozbyć się tej przeklętej myśli: jak ona mogła mnie zdradzić, mnie, męża tak wiernego i hojnego? Zbezcześciła małżeńskie łoże!" Przy tych słowach, na twarzy Alfreda pojawia się grymas bólu. Anioł proponuje mu więc pomoc, lecz Alfred jest przekonany, że nikt nie może mu ulżyć: "Jak mocny byś nie był, cudzoziemcze, nigdy nie będziesz mógł wymazać tego, co się zdarzyło". "Masz rację, Alfredzie, nikt nie może zmienić przeszłości, lecz ty teraz masz siłę, aby widzieć ją inaczej. Uznaj swoją ranę, zaakceptuj swój gniew i upokorzenie. Następnie powoli zacznij patrzeć inaczej na Adelę. Czy tylko ona jest winna? Przypomnij sobie swoją obojętność wobec niej. Postaw się na jej miejscu. Potrzebujesz nowych i zaczarowanych oczu, żeby ujrzeć swe nieszczęście w innym świetle."
Alfred naprawdę nie rozumie, ale ufa aniołowi. Czy ma inny wybór z tym palącym ciężarem w sercu? Nie mając innego wyjścia pyta swego gościa, jak mógłby zmienić swe spojrzenie. Anioł zaczyna go pouczać: "Zanim spojrzysz na Adelę, wygładź czoło, zmarszczki dokoła ust i pozostałe mięśnie twarzy. Zamiast widzieć w Adeli niegodziwą kobietę, patrz jak na małżonkę, która potrzebowała czułości. Przypomnij sobie, z jaką oziębłością i surowością ją traktowałeś. Przypomnij sobie jej szlachetność i ciepło, które tak uwielbiałeś na początku swej miłości. Przy każdym odnowionym spojrzeniu zdejmę ci kamyk z serca".
Alfred akceptuje umowę, podkreślając równocześnie swą wrodzoną niezdarność. Stopniowo, powoli, lecz nie bez świadomych wysiłków, przykłada się pilnie do patrzenia na Adelę nowymi oczami. Ból w sercu powoli się zaciera. Adela wydaje się przemieniać w mgnieniu oka: z niewiernej żony staje się osobą łagodną i czułą, jaką poznał w wiośnie ich miłości. Adela sama czuje zmianę. Ulżyło jej, odnajduje swój dobry humor, uśmiech i jowialność. Ze swej strony Alfred też czuje się przemieniony. Jego serce, jeszcze posiniaczone przez kamyki, pozwala się owładnąć głębokiej czułości. Nowe uczucie, które go przepełnia, wywołuje jeszcze lęk. Lecz wieczorem płacząc, bierze Adelę w swe ramiona, bez słowa. Oto dokonał się cud przebaczenia”. Cdn.
s. Anna Czajkowska
KWARTALNA INTENCJA MODLITEWNA MDPC
Za osoby, które zginęły w katastrofach lotniczych
Z ŻYCIA SIÓSTR I MDPC
II Rok Wielkiej Nowenny przed 100 rocznicą śmierci
bł. Honorata Koźmińskiego
Drugi rok Wielkiej Nowenny rozpoczął się 16 grudnia 2008 r. w Sanktuarium bł. Ojca Honorata w Nowym Mieście nad Pilicą i zgromadził braci kapucynów z Ministrem Prowincalnym na czele oraz przedstawicielki i przedstawicieli całej Rodziny Honorackiej. Tematem II roku Nowenny jest „Powołanie i konsekracja”.
O
1916 - 2016
Odkrywając zachwycające piękno tej trudnej i ofiarnej drogi wyznawał: „To życie jest tak wzniosłe, że choćbym się najbardziej wysilał, nigdy dość godnie wysławić go nie będę w stanie (…). Jest to bowiem stan tak wzniosły, tak doskonały i święty, że tej wielkości i wspaniałości rozum ludzki pojąć należycie nie jest zdolny, a łaska powołania do niego tak wielka, że nad nią nie ma większej na świecie, i że jej nikt ani zasłużyć sobie, ani odpowiedzieć jej godnie nie potrafi”.
Gdy życie zakonne było prześladowane, gdy było zagrożone w naszej ojczyźnie podczas prześladowań ze strony zaborcy Ojciec Honorat wierzył głęboko, „że jest ono instytucją Boską i ustać nie może, gdyż bez niego nie mogłaby być wypełniona Ewangelia”.
Bóg posłużył się tym wielkim miłośnikiem życia konsekrowanego i przez niego powołał w Kościele polskim zastęp sióstr i braci prowadzących ukryte życie zakonne. Pisał do swoich sióstr i braci: „Chrystus potrzebuje ofiary serc czystych, ofiary dusz całkiem Jego miłości oddanych, gotowych na wszystkie prace i poświęcenie. Niech to będą dusze najprostsze, ze stanu niskiego i nieumiejętne, ale niech będą gotowe naśladować Najświętszą Maryje Pannę, żyjąc w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie gotowe wreszcie na współcierpienie z Chrystusem”. Zachęcał też siostry: „Składajmy gorące dzięki Jezusowi, że nas powołał do naśladowania Go, raz – jako chrześcijanki, po wtóre – jako żyjące według rad ewangelicznych. Domy i rodziny, żyjące po Bożemu, teraz są rzadkością, dziś wyglądają jak oazy na pustyniach bezwyznaniowych. Dzisiaj na świecie rady ewangeliczne są na ogół wzgardzone. Wielkie szczęście dla tych, które te rady zrozumiały, poszły za nimi i pielęgnują je w sercach swoich. W czasach ogólnej niewiary wielce utrudzone są te dusze, które nie idą za ogólnym prądem, trzymają się silnie Boga i tego wszystkiego, czego ich wiara uczy, są to wybrani domownicy Boga, którzy Go rozumieją, bo jak On sam powiedział – to już nie słudzy, ale przyjaciele Jego. Jeśli Cię Bóg wybrał do tego zaszczytnego związku przyjaźni ze Sobą – odpowiedz godnie powołaniu”.
Dziś, gdy mówimy o kryzysie osób powołanych i tych, których wzywa On do swej szczególnej służby, w tym II roku Wielkiej Nowenny, błagajmy Boga za przyczyną bł. Ojca Honorata, Założyciela Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek o dar nowych powołań. Oby ten rok, w którym rozważamy wielki dar powołania i konsekracji zakonnej zaowocował wiernością naszemu życiowemu powołaniu oraz darem powołań do duchowej rodziny jaką są dla wszystkich członków Dzieła Siostry Wspomożycielki.
s. Irena Złotkowska
Siostry Zjednoczone – głos Stolicy Apostolskiej
Każda Wspomożycielka uważać się ma za ofiarę całopalenia z miłości do Boga i dusz Jego Krwią odkupionych, złożoną na stosie życia zakonnego, i ogołoconą nie tylko z tego wszystkiego, co każda zakonnica opuszcza na świecie, ale i z własnych zasług, jakiekolwiek może zebrać w ciągu swego życia. Wszystkie one już do niej nie należą, ale są całkowicie darowane duszom czyśćcowym przez ręce Najświętszej Maryi Panny”.
(Pierwsze Ustawy Zgromadzenia)
W numerze 35 „Życia Wiecznego” zwracałam się z gorącą prośbą do wszystkich osób związanych z naszym Zgromadzeniem o dar modlitwy, aby wypełniła się wola Boża poprzez decyzję Stolicy Apostolskiej w sprawie odrodzenia Sióstr Zjednoczonych w strukturze naszego Zgromadzenia.
Siostry Zjednoczone od początku istnienia naszej rodziny zakonnej stanowiły jej apostolski rdzeń i w 1908 r., czyli w momencie reorganizacji wszystkich zgromadzeń honorackich, było ich nawet więcej niż sióstr życia wspólnego.
Z ogromną radością i wdzięcznością Bogu pragnę zakomunikować, że po stu latach od kasaty Sióstr Zjednoczonych, zostały one zaaprobowane przez Stolicę Apostolską, jako pełnoprawne członkinie naszego Zgromadzenia, żyjące jego duchem i charyzmatem, składając śluby zakonne, ale jednocześnie prowadząc życie bardziej ukryte, gdyż podejmując powołanie nadal pozostają w swoich miejscach i środowiskach życia i pracy.
Dnia 2 maja 2009 r. Stolica Apostolska dała możliwość odrodzenia w naszym Zgromadzeniu Sióstr Zjednoczonych. Odtąd zmieniła się także struktura Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek, jak mówi, zatwierdzony przez Rzym, nowy numer Konstytucji: „Zgodnie z charyzmatem założycielskim bł. O. Honorata Zgromadzenie składa się z sióstr życia wspólnego, żyjących według Konstytucji oraz sióstr zjednoczonych żyjących według własnego Statutu zatwierdzonego przez Stolicę Apostolską. Siostry życia wspólnego i siostry zjednoczone stanowią jedną rodzinę zakonną żyjącą tym samym duchem oraz realizującą ten sam charyzmat niesienia pomocy zmarłym cierpiącym w czyśćcu”.
Natomiast Siostry Zjednoczone - jak mówi zaaprobowany przez Stolicę Apostolską Statut - są powołane, aby uczestniczyć w zbawczym dziele Chrystusa przez niesienie pomocy zmarłym cierpiącym w czyśćcu i dawać świadectwo chrześcijańskiej nadziei powołania nas przez Boga do życia z Nim w wieczności (por. nr 79 Statutu). Czynią to pośród świata, ale w Kościele, z Kościołem i dla spraw Kościoła. Poświęcając się całkowicie Bogu pośród świata mają jednocześnie być, jako „źródła światła w świecie” (Flp 2,15).
Nie wyróżniając się od otoczenia mają skuteczniej wspomagać Kościół w jego posłannictwie (por. nr 22 Statutu). Zgodnie ze Statutem: Wypełniając zadania apostolskie podejmują realizację odwiecznego planu Boga i jednoczą się ze zbawczym dziełem Odkupiciela, który chciał odkupić i uświęcić ludzi przez wyniszczenie na krzyżu. Ten udział w Chrystusowym wyniszczeniu wprowadza je w ekonomię Odkupienia i wzywa, aby przez ofiarę własnego życia dopełniały udręk Chrystusa dla dobra Jego Mistycznego Ciała - Kościoła (por. nr 28 Statutu).
Przez życie konsekrowane według ślubowanych rad ewangelicznych Siostry Zjednoczone podejmują pełniej wezwanie św. Pawła: „Proszę was, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej” (Rz12,1).
Dzieląc się tą naszą wspólną radością pragniemy nadal prosić o modlitwę, aby w wielu młodych sercach wzbudził Bóg święty zapał i pragnienie włączenia się pełniej i bardziej z bliska w Chrystusowe dzieło Odkupienia. Powołanym zaś dał odwagę do pozostawienia swoich własnych planów, aby ufając Bożej miłości i łasce podjęli Boży plan zbawienia człowieka.
Prośmy usilnie Pana Żniwa, aby było jak najwięcej tych, które „przemierzając szerokości ziemi docierają aż do głębin czyśćca”, jak mówiła bł. Maria od Opatrzności, założycielka francuskiego zgromadzenia wspomożycielek.
s. Irena Złotkowska
POWOŁAŁ MNIE PAN... JESTEM WSPOMOŻYCIELKĄ
Targowałam się z Panem Bogiem…
Sięgając myślą w przeszłość, od czego wszystko się zaczęło pewnie w sposób zupełnie prosty banalny i taki zwyczajny dla wielu, z wyjątkiem - no właśnie ten mały wyjątek to - ja. Na myśl, przychodzą mi słowa, usłyszane jeszcze za nim wstąpiłam do zgromadzenia, a które odzwierciedlają historię mojego zakonnego powołania. Oto zapamiętane fragmenty tego wiersza:
„Nie stanął przede mną Chrystus w białej szacie,
nie wziął za rękę, by przyprowadzić do furty klasztornej,
nie słyszałam dźwięku Jego słów, a jednak wiedziałam,
że mam być tu.
I nie przyszłam z jakiegoś ludzkiego nieszczęścia czy rozpaczy,
nie to było zupełnie inaczej.
Po prostu wiedziałam, jasno jak na dłoni,
że mam wszystko rzucić i iść choćby nie wiem, jak kto bronił.
A potem trzeba było przejść przez pożegnanie (......)
przez mamy oczy spłakane, przez ojca bolesne spojrzenie. (…)
I ta pewność, że się wchodzi na drogę, która wiedzie na pewno do Boga.”
Głos powołania, można porównać do pięknej muzyki najpierw jest cichy, delikatny, ale jednocześnie stanowczy i nabierający coraz mocniejszych dźwięków. Wydaje mi się, że dosyć długo opierałam się temu „Głosowi”.
Patrząc na swoje życie, było ono bardzo podobne do życia, jakie wiodły moje koleżanki. Nie wyróżniało się niczym szczególnym, było zupełnie zwyczajne, więc niby dlaczego ja? Owszem niedzielna Msza św., codzienny pacierz, tak robiło i robi wiele osób i nic więcej, gdy chodzi o praktyki religijne. A jednak Pan Bóg „wiercił mi dziurę w brzuchu”.
Bardzo lubiłam tańczyć i nie przepuściłam okazji, by nie wziąć udziału w zabawie. Nawet odległość nie miała znaczenia, ani pora roku, czy ogrom prac w polu. Nie było czym jechać, szliśmy na piechotę po kilka kilometrach., albo na pożyczonych rowerach, a raz nie wierzyliśmy, że to zrobimy, chłopcy założyli konia do wozu po drodze na polu były kopki z sianem więc wrzuciliśmy i mieliśmy frajdę, a potem rano trzeba było zdążyć na autobus do szkoły no i oczywiście pierwsze lekcje przespane.
Wiem, że dla dzisiejszego pokolenia może to brzmi jak z epoki jaskiniowców, ale my korzystaliśmy z tego, co akurat było „pod ręką”, a wiele nam nie było potrzeba do dobrej zabawy. A Pan Bóg wymyślił, że mam iść do zakonu, więc ja oczywiście zaczęłam kombinować i stawiać warunki. Zgoda, Panie Boże, ale ... jak będzie tak i tak. Oto moje ostatecznie wypowiedziane - tak - „targowałam” się z Panem Bogiem, ponad pięć lat. Tylko że, ja chciałam nosić habit, nawet już robiłam sobie welonik na głowie, jak to będzie mi w nim do twarzy, a tutaj takie nie wiadomo co, co to za siostry? jakieś drugoplanowe skoro nie noszą habitu. W tej sytuacji Pan Bóg posłużył się moją przekorą, właśnie usłyszałam z ust naprawdę zacnej osoby, że prawdziwa siostra zakonna to ta, która nosi habit, a te inne, to nie wiadomo co to. Wtedy sobie postanowiłam, skoro mają taką opinię u niektórych osób z pobożnego środowiska, to ja pójdę właśnie do nich.
Zaczęłam od przywożenia do domu moich rzeczy osobistych, gdyż mieszkałam poza domem rodzinnym na stancji. Co zaczęło wzbudzać, uzasadnione zdziwienie u mojej mamy. Ja coś się tam odpowiadałam wymijająco, chociaż wiedziałam, że i tak muszę w końcu to powiedzieć i zaczęłam, od mamy. Mama, tak mi się wydawało, przyjęła to w miarę spokojnie, może nawet ze zrozumieniem, a jak już wiedziała mama, to i się w końcu dowiedział tata i tu już nie było tak dobrze. Nie chciał w ogóle o tym słyszeć, długo nie pogodził się z moją decyzją. Uważał, że marnuję sobie życie, pamiętam w dniu mego wyjazdu do zgromadzenia, bardzo płakał, wtedy widziałam pierwszy raz jak mój tata płacze. Jeszcze w początkach mego życia zakonnego wysyłał mamę, aby przywiozła mnie z powrotem. Mama przyjeżdżała, mówiła o tym, ale nigdy mnie do tego nie namawiała, chociaż wiem, że było jej trudno. W mojej ocenie tata dopiero pogodził się z moim powołaniem, gdy przyjechał na moje śluby wieczyste, był to jego jedyny pobyt u mnie, pierwszy i ostatni.
Dzisiaj dawną pasję taneczną, zamieniłam na pasję górską. To jest moje nowe odkrycie, pochodzę z nizin, więc góry urzekły mnie przy pierwszym spotkaniu, jeszcze w nowicjacie, gdy pojechałyśmy w Beskid Wyspowy, a potem w Tatry. Chodzenie po górach, wspinaczka i to zmęczenie, które temu towarzyszy, hartuje we mnie siłę i daje mi nową moc, do pracy na kolejny cały rok. A piękno i masyw gór przypomina mi o wędrówce mojego życia, o tym, że wysiłki podejmowane każdego dnia zostaną nagrodzone pięknem Niebieskiego Jeruzalem.
W górach, żeby wejść na szczyt, trzeba pokonać w sobie lenistwo, strach, być wytrwałym i powoli zmierzać, ku górze trzymając się wyznaczonego szlaku. Pomagają też ludzie, którzy idą obok dobrym słowem, uśmiechem, pozdrowieniem. Góry obnażają nas, ukazują cała prawdę o nas, uczą poznawania własnych możliwości i ograniczeń. Ta wędrówka jest analogią do naszej codziennej drogi życia, którą przemierzamy, nigdy sami zawsze - Jezus – drugi człowiek – i ja.
W Zgromadzeniu jestem już ponad 20 lat i mogę to moje dotychczasowe życie zamknąć w słowach wiersza Jerzego Lieberta pt: „Jeździec”
Uciekałem przed Tobą w popłochu,
Chciałem zmylić, oszukać Ciebie -
Lecz co dnia kolana uparte
Zostawiały ślady na niebie.
Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie.
Nie mam słów, by spod Ciebie się podnieść,
Coraz cięższa staje się mowa
Czyżby słowa utracić trzeba,
By jak duszę odzyskać słowa?
Czyli trzeba aż przejść przez siebie,
Twoim słowom siebie zawierzyć -
Jeśli trzeba, to tratuj do dna,
Jestem tylko twoim żołnierzem.
Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom -
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę.
Do zobaczenia na „Twoim szlaku”, gdziekolwiek Pan Cię pośle.
s. Krystyna WDC
Z ŚW. FRANCISZKIEM DROGA KU BOGU
Braterstwo
Ja najmniejszy brat Franciszek, sługa nieużyteczny – tak najczęściej św. Franciszek mówił o sobie. Franciszek nazywany jest przez wielu pisarzy i twórców kultury odnowicielem chrześcijańskiej wizji człowieka i świata. A czyni to w sposób bardzo prosty, samą mocą swego chrześcijańskiego sposobu bycia i wyrażania się.
Chrześcijaństwo obaliło bowiem w świecie syntezę humanizmu filozofii greckiej, która czyniła człowieka miarą i pierwowzorem wszystkiego. Także w systemie greckim boskość ukształtowana była na miarę człowieka, na obraz i podobieństwo człowieka. Chrześcijaństwo zaś uznając prawdę, że wszystko istnieje na skutek stwórczej woli Boga, i że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo (Rdz. 1,27), widzi życie każdego człowieka i całą historię rodzaju ludzkiego oraz całego stworzenia w relacji do Boga. Człowiek i całe stworzenie jest przedmiotem odwiecznej miłości Boga nawet po grzechu pierworodnym, nawet po sprzeniewierzeniu się Bożemu planowi. Bóg przez dzieło i dar odkupienia udzielony wszystkim bez wyjątku ludziom w Jezusie Chrystusie czyni powtórnie człowieka i świat uczestnikiem Swego boskiego życia i miłości.
Franciszek rozpoznając w Synu Bożym Jezusie Chrystusie swego Brata dokonuje „kopernikańskiej” zmiany myślenia. Najwyższy Bóg, który objawił się naszym oczom w Jezusie Chrystusie, jawi się, jako Najmniejszy. Przychodząc na świat wybrał drogę uniżenia i pokory. Zatem my wszyscy, jako Jego bracia jesteśmy równi. To braterstwo w Jezusie Chrystusie przekreśla wszelkie różnice i historycznie uwarunkowane podziały na warstwy i klasy społeczne. Franciszek w każdym człowieku odkrywa i dostrzega Brata – Chrystusa. Odtąd wszyscy ludzie: starzy i młodzi, biedni i bogaci, rodacy i obcy, mężczyźni i kobiety, członkowie wspólnot i spoza ich grona, chrześcijanie i muzułmanie, przyjaciele i wrogowie, dobrzy i źli, a nawet każda istota stworzona, stanowią w Bogu Ojcu rodzeństwo z wykluczeniem wszelkiej dominacji człowieka nad człowiekiem i z poszanowaniem każdego nawet najmniejszego stworzenia na ziemi.
Kiedy po nawróceniu Franciszka zaczęli przychodzić do niego pierwsi naśladowcy, wspólnocie zgromadzonej wokół siebie nadaje znamienny tytuł: „wszyscy bez różnicy niech nazywają się braćmi mniejszymi. I jeden drugiemu niech umywa nogi” (1Reg. 6,3-4). Bo przecież Chrystus przyszedł na świat nie po to, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (por. Mk 10, 45).
Braterskość była dla Franciszka istotnym elementem obranej formy życia. Kierując się przesłaniem Ewangelii w rozumieniu braterstwa Franciszek poszedł jeszcze dalej burząc szczeble hierarchii doczesnej, kiedy przełożonych zobowiązał, aby byli „sługami całego braterstwa”. Nikt bowiem nie ma prawa stawiać siebie wyżej nad drugiego, bo to jest sprzeczne z przykładem Jezusa. Chrystus umywający swoim uczniom nogi jest najmocniejszym argumentem i symbolem takiego rozumienia relacji między ludźmi. My jako Jego bracia w dziedzinie wszelkich powiązań społecznych mamy brać z Niego wzór i być sługami jedni drugich.
Wspólnota, dla której Franciszek jest patronem, ma być wspólnotą braterską, ma być środowiskiem tworzenia się nowych stosunków międzyludzkich przez realizację zasady – bycia dla drugich. Ma być ona podobna do łona matki, w którym kształtuje się nowe, duchowe rodzeństwo braci i sióstr złączonych wspólną więzią miłości objawionej w Jezusie Chrystusie.
s. Irena Złotkowska