oprac. s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska

 

 

WIELE JEST DRÓG,

ALE JEDNA TWOJA.

 

 

 

 

 

 

 

Materiały formacyjne przeznaczone są do użytku wewnętrznego Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca, osób zainteresowanych włączeniem się do tej grupy, a także jej sympatyków.

 

 

 

 

 

 

 

 

Adres Redakcji:

Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyśćca

przy Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych

ul. Poprzeczna 1,  05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08  lub kom. 0/ 698.230.430
e-mail: Mail do Sióstr

 

 

 

 

 

 

 

Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych

Sulejówek 2002

W TYM OPRACOWANIU:

SŁOWO DO PRZYJACIÓŁ

POWOŁANIE

Życiowa konieczność

Kto woła, kogo i po co?

Znaleźć swoje miejsce

Tajemnica szczęścia

Oznaki i rodzaje powołania

Niespodziewane przeszkody

Cechy powołania

Środki służące rozeznaniu

POWOŁAŁ MNIE PAN - ŚWIADECTWA

Jezus odszukał mnie w zatłoczonym kościele

Nie pragnęłam życia zakonnego

Wydawało mi się, że mam skrzydła

Tak delikatnie i zwyczajnie..., na egzaminie

Byłam przekonana, że Bóg mnie powołuje

Prosiłam Jezusa, żeby wskazał mi adres

Spojrzałam na budynek poczty

Krętą ścieżką do Boga

Zobaczyłam jak Pan Jezus dla mnie cierpiał

 

*******

* SŁOWO DO PRZYJACIÓŁ *

Powinniśmy kochać Boga z całego serca,

gdyż Bóg stworzył je tylko dla miłości.

bł. Honorat Koźmiński

 

Drodzy Członkowie Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyśćca i Czytelnicy naszego kwartalnika "Życie Wieczne". Na pewno wielu z Was już wie jaką drogą podążać do Pana, ale wśród Przyjaciół są i takie osoby, które jeszcze poszukują tej jednej - jedynej drogi - dla siebie. Wiemy, że Pan Bóg, w swojej Opatrzności, dla każdego człowieka przewidział konkretne powołanie. Naszym zadaniem jest je odkryć, ucieszyć się nim i realizować w czasie ziemskiego życia według woli Bożej.

Niby to tak prosto brzmi, ale w rzeczywistości dla wielu młodych ludzi stanowi niemały problem. Rozeznanie, zgodnej z Bożym zamysłem, drogi powołania, nie jest łatwe i często jest przyczyną dotkliwych, wewnętrznych rozterek. Mamy więc nadzieję, że ta broszura stanie się jakąś formą podpowiedzi, ułatwiającej rozeznanie powołania do życia całkowicie oddanego Panu Bogu.

Na pewno niniejsza broszura nie stanowi jakieś systematycznego i wyczerpującego opracowania. Jest to zbiór kilku artykułów o rozeznawaniu powołania wg charyzmatycznego kierownika duchowego i założyciela wielu bezhabitowych zgromadzeń zakonnych bł. Honorata Koźmińskiego, które były już publikowane w "Życiu Wiecznym" oraz kilku powołaniowych świadectw sióstr wspomożycielek.

Wkrótce zostanie opracowany kolejny zeszyt formacyjny, zawierający pierwszy etap nawrócenia św. Franciszka - Patrona MDPC. Jego treści mogą stanowić poszerzenie i uzupełnienie dla zagadnień zasygnalizowanych w tym opracowaniu.

Życzymy wszystkim Przyjaciołom naszego Zgromadzenia owocnej lektury i jak najpełniejszego otwarcia serca na głos Bożego wezwania.

Z franciszkańskim pozdrowieniem: Pokój i dobro!

Siostry Wspomożycielki Dusz Czyśćcowych

 

*******

 

Powołanie:

Życiowa konieczność

Spotykam wiele młodych osób, dla których wielką udręką jest niepewność co do swojej drogi powołania. Niby jest w nich pragnienie życia zakonnego, czy kapłańskiego, ale boją się na nie odpowiedzieć... Czego lękają się najbardziej? Pomyłki, powrotu do swojego środowiska z poczuciem życiowej porażki, drwin otoczenia.

Myślę, że trudno znaleźć lepszego od Ojca Honorata doradcę w rozeznawaniu drogi powołania. W końcu, ani przed Nim ani po Nim, nikt inny nie założył tylu zgromadzeń zakonnych. Przy kratkach konfesjonału, internowanego w zakroczymskim klasztorze, Kapucyna wiele dziewcząt, kobiet, chłopców i mężczyzn pozbywało się lęków i obaw. A mieli się czego bać. Wówczas za wstąpienie do zakonu można było zapłacić nawet utratą życia lub zdrowia. Narażeni na morderczą zsyłkę byli nie tylko kandydaci, ale i zakonnicy, którzy przyjęli nowe powołanie.

Właściwe rozeznanie swojej życiowej drogi jest dla każdego człowieka koniecznością. Od tego zależy jego szczęście i tych wszystkich ludzi, których Pan Bóg postawi na tej drodze.

Kilka dni temu, w rozmowie z jedną Panią, która ma za sobą osiemnaście lat życia małżeńskiego - w żartach - wyrwało mi się: "Pani chyba minęła się z powołaniem". Na co Ona, całkiem poważnie, odpowiedziała: "Wie siostra, chyba rzeczywiście się minęłam. Nie wiedziałam, że powołanie to niekoniecznie grom z jasnego nieba. Gdyby wtedy, gdy byłam młoda, ktoś mi o tym powiedział... ".Tak więc trzeba i naprawdę warto potrudzić się, przełamać opory, zatrzymać się w tym cywilizacyjnym pędzie XXI wieku, aby nie przegapić czasu swego powołania.

Jako przewodnika po ścieżkach prawdy proponuję człowieka o wielkim doświadczeniu w kierownictwie duchowym bł. Honorata Koźmińskiego - niezwykłego Mnicha. A jego niezwykłość polegała na czymś zupełnie zwykłym. Potrafił sobą nie przesłaniać Pana Boga i we wszystkim zabiegać jedynie o spełnienie woli Bożej. To dlatego kiedyś wyznał: "Wolałbym z woli Bożej być robaczkiem, niż bez niej nawrócić świat cały". Ta Honoratowa niezwykłość w zwykłości to nic innego jak Boży charyzmat rozeznawania serc i dusz ludzkich.

A co też takiego szczególnego wymyślił ten brodaty Zakonnnik odnośnie rozeznawania dróg życiowych? Poczytajcie, przemyślcie, przemódlcie i oceńcie sami.

Kto woła, kogo i po co?

Samo słowo powołanie informuje nas, że dotyczy ono czegoś, co dzieje się po jakimś wołaniu. Należy zatem zadać zasadnicze pytanie: kto woła, kogo woła i po co? Odpowiedź niby oczywista, ale niestety często pomijana i nieuświadamiana. I jest to jeden z powodów, dla których wiele osób nie podejmuje życia zakonnego, czy kapłańskiego.

Otóż O. Honorat mówi, że wzywa Bóg. Wiemy, że są trzy Osoby Boskie, a wiec wołają wszystkie trzy. Bóg Ojciec wzywa przez Swojego Syna słowami: "Pójdź za Mną". Według myśli franciszkańskiego Mnicha w centrum powołania zakonnego stoi sam Chrystus, co uwyraźnia się w Jego wypowiedzi skierowanej do uczniów: "Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem...".

Tak, to właśnie On. A przecież bywa, że człowiek wstępuje do zakonu z mocnym przeświadczeniem, że to jego własny wybór. Tymczasem wyboru dokonuje Jezus. Z naszej strony jest to tylko zgoda, przyzwolenie, odpowiedź. Albowiem - jak mówi Błogosławiony - "Bóg tak rządzi światem, że nie czyni gwałtu wolnej woli człowieka".

Bóg Ojciec i Syn Boży związani są relacją miłości, którą jest Duch Święty. Skoro powiedziane jest w Piśmie Świętym, że bez pomocy Ducha Świętego nie jesteśmy w stanie wyznać: Panem jest Jezus, to chyba oczywiste - chociażby tego wprost nie mówił Honorat - że bez Niego nie możemy usłyszeć głosu powołania i pójść za nim.

Bóg jest Miłością i Miłosierdziem i tylko jako taki powołuje. I nie jest powołanie wymysłem ludzkim, ucieczką przed trudnościami, czy coraz bardziej hałaśliwym światem. Jest ono nadprzyrodzoną łaską samego Boga - jest życiowym zadaniem - jest naszą drogą do nieba. Wobec tego dla naszego życia nie jest rzeczą obojętną jak odpowiemy na Boże wołanie, bo od tego zależy nasze szczęście.

Znaleźć swoje miejsce

Wybór drogi powołania należy z pewnością do fundamentalnych decyzji ludzkiego życia. I wcale nie jest łatwo taką decyzję podjąć. Niektóre osoby wiele lat zmagają się z wątpliwościami, z oporem ze strony rodziny czy z innymi przeciwnościami, które niesie codzienność. Wiele muszą się natrudzić, zanim podejmą Boże wezwanie.

Czasami spotykam ludzi, którzy przeżyli już "kawał życia" i wciąż nie odnaleźli swojego miejsca. Dlaczego? - trudno powiedzieć. Ale na pewno wcale im nie jest z tym dobrze, bo wygląda to tak, jakby cały świat biegł do przodu, a tylko oni wciąż zostawali w tyle... Ostatnio rozmawiałam z Kimś, kto znajduje się w takiej sytuacji i z żalem mówił mi przez telefon: "Wszyscy mnie gdzieś widzą, tylko ja nie widzę nigdzie siebie! Teraz już tylko czekam na list od Pana Boga. Na list - rozumiesz? - prosto z nieba. Nie jestem człowiekiem szczęśliwym, nie jest mi dobrze. Czekam na list, bo naprawdę nie wiem co mam robić..."

Miejmy nadzieję, że ten "list" kiedyś nadejdzie. Może będzie nim jakiś człowiek, może jakieś wydarzenie, może czyjeś słowa wypowiedziane tak jakby mimochodem... Pan Bóg najlepiej zna ludzkie dzieje, słabości i lęki, i z pewnością nie pozostawi kogoś, kto szczerze pragnie kroczyć drogą Jego woli.

Dobrze o tym wiedział również Ojciec Honorat, gdy do naszego Zgromadzenia skierował 46 - letnią Natalię Nitosławską, która w planach Bożej Opatrzności miała zastąpić ciężko chorą Współzałożycielkę - Matkę Wandę Olędzką. Tak "po ludzku" można by sądzić, że w tym wieku już za późno na rozpoczynanie nowego życia. Jednak w Bożej ekonomii czas ludzki zanurzony jest w wieczność i to dlatego nie zawsze współgra z naszymi doczesnymi stereotypami... Ojciec Honorat, jako charyzmatyczny spowiednik i kierownik duchowy, nie polegał na czysto ludzkich mniemaniach, ale kierował się tym, co na modlitwie zostało mu ukazane przez Boga. Nie znaczy to, że z podjęciem życia zakonnego trzeba zawsze czekać do pięćdziesiątki... Trzeba tutaj dobrego rozeznania, żeby przez opieszałość nie zgasić w sobie Ducha Bożego i nie przegapić czasu nawiedzenia. Każdy człowiek powołany ma swój czas i jeżeli w sercu odczuwa przynaglenie powinien za nim pójść jak najszybciej, żeby nie zmarnować Bożych łask.

A doprawdy jest co stracić! Ojciec Honorat podkreśla, że osoba powołana zostaje "wezwana przez Boga do wyższej doskonałości", a więc do szczególnej bliskości z Nim. Ci, którzy stali się Bożymi wybrańcami zaliczają się - zdaniem Honorata - do "wyjątkowych dusz". Wyjątkowość ta ukazuje się w pełnej zaufania i wiary postawie pójścia za głosem powołania. Są wyjątkowi, bo wybrani spośród wielu innych do grona umiłowanych naśladowców Chrystusa; są wyjątkowi, bo zaproszeni do przyjęcia miłości nie stworzenia, ale samego Stwórcy. Niesamowite... Aż dech zapiera, gdy człowiek sobie to uświadomi...

Niestety rzadko młodzi ludzie, jak i ich rodziny, uświadamiają sobie tę prawdę z całą wyrazistością. Wiadomość, że córka czy syn chce pójść do zakonu wywołuje niekiedy wprost przerażenie, bo przecież "zmarnuje sobie życie". Młodzi mówią: "Siostro, ja nie chcę jechać na rekolekcje powołaniowe, bo się boję, że Pan Bóg będzie mi kazał iść do zakonu". Zadziwiające z jaką łatwością człowiek potrafi oddać swoje życie w ręce słabego, grzesznego człowieka, który może mu wyrządzić wiele krzywdy, a z takim lękiem myśli o powierzeniu się Bogu, który jest samym Dobrem - samą Miłością.

Jakże słabo człowiek zna Boga... Jakże nieprawdziwy Jego obraz w sobie nosi, skoro słysząc głos Boga lęka się otworzyć swoje serce... Ojciec Honorat zapewnia: "Gdy jesteście wierni swemu powołaniu, Bóg was osłania i broni od wszelkich niebezpieczeństw i nikt wam zaszkodzić nie może". Tak więc, pójście za Bożym wezwaniem nie jest zagrożeniem, ale zabezpieczeniem - jest czymś więcej niż najlepsza polisa ubezpieczeniowa, bo chroni na życie wieczne.

Tajemnica szczęścia

Największe dzieło, którego dokonał Honorat w swoim życiu to wcale nie to, że powołał do istnienia 26 zgromadzeń zakonnych i nie to, że trafnie kierował sercami całych rzeszy ludzi, i również nie to, że do dziś jego porady - choć sprzed dziesiątek lat - trafiają w samo sedno duchowych rozterek osób poszukujących drogi powołania... Skoro tak, to co jeszcze większego mógł uczynić?

Otóż życiowym dziełem tego kapucyńskiego Mnicha jest to, że wypełnił wolę Bożą w swoim życiu, to że otworzył się na działanie łaski, to że wytrwał w wiernej miłości ku Bogu do końca życia - do ostatnich chwil... Po prostu był tam, gdzie Jezus chciał go mieć i robił to i tak, jak On tego chciał. Honorat odkrył na czym polega tajemnica szczęścia i dlatego mówił: "Gdybym tysiąc razy żył na świecie, tysiąc razy bym obrał to życie, a nie inne". Jakie życie? Życie, w którym było mnóstwo cierni i ostów, wiele cierpień, osamotnienia i niezrozumienia, nawet ze strony współbraci i władz kościelnych... Więc co to za szczęście? A jednak!, bo prawdziwym szczęściem nie jest brak cierpienia, ale podjęcie łaski powołania i wytrwanie w niej do końca życia... To właśnie dlatego potrafił kierować innymi ludźmi zgodnie z wolą Bożą, gdyż jego osobistą i największą troską było czynienie wszystkiego na Jego chwałę.

Chwała Boża to główny cel życia każdego człowieka i o nią przede wszystkim powinniśmy - zdaniem Honorata - zabiegać, bo to jest nasze szczęście. A kto z nas nie chciałby być szczęśliwy? Gdy kieruję to pytanie do młodych ludzi, w czasie katechez lub na rekolekcjach, nigdy nikt nie podnosi ręki..., bo pragnienie szczęścia jest wpisane w nas gdzieś tak bardzo głęboko, że gdyby je nam wyrwano przestalibyśmy być ludźmi.

Oznaki i rodzaje powołania

Skoro tak wielkim szczęściem jest odkrycie i podjęcie powołania, to przyjrzyjmy się, jak jego oznaki charakteryzował Ojciec Honorat. I tu z pewnością wiele osób się zdziwi, bo stwierdza on, że osoba powołana nie zawsze musi odnajdywać w sobie naturalne predyspozycje do stanu zakonnego. Więcej, może nawet odczuwać pewną niechęć do tego rodzaju życia! Aż się wierzyć nie chce, że to tak może być. Przyznam, że sama byłam bardzo zaskoczona, gdy po raz pierwszy o tym przeczytałam. Ojciec Honorat był człowiekiem wielkiego doświadczenia w rozeznawaniu powołania, więc zapewne można mu wierzyć, gdy stwierdza, że "naturalny pociąg" nie jest jego koniecznym warunkiem, i że prawdziwie Boże powołanie nie wyklucza nawet naturalnej niechęci do tego stanu życia.

Ten wielki Kierownik dusz wylicza jednak trzy rodzaje powołania, które dają pełny obraz tej tak trudnej do ogarnięcia tajemnicy Bożego działa w ludzkich sercach. Pierwsze to powołanie "nadzwyczajne i pewne", które łatwo jest rozpoznawane przez osobę powołaną i jej najbliższe otoczenie. Drugie Honorat nazywa powołaniem "niezwykłym - wahającym się". Wówczas osoba powołana nie zawsze odczuwa jednakowe pragnienie życia zakonnego, jednocześnie wahając się między oddaniem na wyjątkową służbę Bogu, a życiem w świecie. I wreszcie trzeci rodzaj, który określa jako "zwyczajny". Charakteryzuje się on brakiem "wewnętrznych pociągów", ale rodzi się np. jako owoc uczestnictwa w rekolekcjach, czy też dogłębnej refleksji nad wyższością życia poświęconego Bogu, lub jest skutkiem duchowej współpracy ze spowiednikiem.

W celu ułatwienia rozeznania powołania zakonnego, Ojciec Honorat, opierając się na doświadczeniu osób powołanych, wylicza wewnętrzne nastawienia, które mogą wskazywać na to, że Bóg kogoś wzywa. I tak np.: odczucie marności rzeczy ziemskich, które nie są zdolne zaspokoić pragnień serca; wstręt do przewrotnego i zepsutego świata, i do wszystkiego, co sobą prezentuje; obawa przed duchowym rozbiciem, którego już wielu doznało; pragnienie życia cichego, ukrytego, z dala od zaszczytów i sławy; obawa przed popełnieniem grzechu, przed upadkiem, którego trudno się ustrzec wśród świata; konieczność pracy nad zbawieniem duszy, do czego o wiele więcej okazji jest w zakonie; chęć odpokutowania za grzechy; nadzieja zapewnienia sobie szczęśliwej śmierci; przykład świętych wzorów oddania się Bogu; pragnienie swobodnego oddania się modlitwie i bliskiego obcowania z Bogiem; pragnienie naśladowania Chrystusa Pana; pragnienie pracy i cierpienia dla zbawienia innych ludzi; pragnienie poświęcenia się dla chwały Bożej w najdoskonalszy sposób.

Powołanie jednak zawsze pozostanie tajemnicą, której odkrywanie wymaga od każdego człowieka przede wszystkim osobistego, modlitewnego zanurzenia w Bogu.

 

Niespodziewane przeszkody

Mamy już dwudziesty pierwszy wiek, obserwujemy powszechne zjawisko akceleracji - kolejne pokolenia dzieci coraz szybciej osiągają odpowiednie poziomy rozwoju... Mamy wiek lotów kosmicznych i skomputeryzowanych wojen... Niesamowity postęp cywilizacyjny, wszystko mknie do przodu, a ludzie wciąż mają podobne pragnienia i problemy z ich realizacją... Każdy współczesny, normalny młody człowiek chce być szczęśliwy, nosi w swoim sercu głębokie pragnienie bycia kochanym i akceptowanym przez najbliższe mu grono ludzi i jest mu bardzo źle, gdy nikt nie chce ucieszyć się jego istnieniem. Jak to możliwe? Czyżby świat ludzkiego wnętrza nie nadążał za współczesnością? Przecież problemy związane z osiągnięciem szczęścia, odkryciem celu i sensu życia nurtowały ludzkie umysły i serca od zarania czasów.

Okazuje się, że cywilizacyjny postęp nie ma tu nic do rzeczy. Pragnienie szczęścia przekracza wszelkie granice historyczno czasowe, stąd też niemożność jego osiągnięcia również boli jak zawsze. Dla wielu szczęście to nic innego jak wreszcie móc się znaleźć w upragnionym zakonie, ale nie zawsze jest to takie proste. Często na przeszkodzie stają osoby najbliższe. Tak, jak dla Kogoś, kto napisał do mnie w czasie minionych wakacji: "Niestety, z powodu problemów rodzinnych jadę na rok na studia teologiczne do Krakowa. Choć sercem już jestem w zakonie, to jednak czeka mnie rok wygnania. Chyba taka jest wola Pana. [...] Wierzę, że przez ten rok Jezus przemieni serca moich rodziców".

Oczywiście dla człowieka wierzącego w Bożą Opatrzność wszystko ma sens i jest wyrazem Bożej dobroci. Może ten rok tęsknoty ma być swoistym dojrzewaniem serca do całkowitego oddania się na służbę Jezusowi i ludziom?... Może jest to jakiś czas próby i weryfikacji swoich pragnień? Nie wiadomo. Wobec tego należałoby chyba zapytać o to, jak przeżyć długie miesiące, a może i lata, oczekiwania na czas sprzyjający podjęciu powołania. Każdy zakon stawia przed kandydatami jakieś warunki do spełnienia. Jest to z pewnością wymaganie posiadania odpowiedniego wieku, dobrego stanu zdrowia fizycznego i psychicznego, predyspozycji do życia we wspólnocie, ale przede wszystkim posiadania daru Bożego powołania.

 

Cechy powołania

Powołanie - według bł. Honorata Koźmińskiego - winno być stałe, rozsądne i określone. Tak więc czas oczekiwania dany przez Boga może być szansą na spokojne przyjrzenie się sobie i swojemu powołaniu. Czy rzeczywiście jest ono takie, jak być powinno? W poszukiwaniu właściwej odpowiedzi chyba warto nadal trzymać się autorytetu Ojca Honorata, który tak wiele osób "podprowadził" do Boga.

Przez powołanie stałe rozumie on taki stan ducha osoby powołanej, który nie tylko w chwilach gorliwości podtrzymuje ją w powołaniu, ale dominuje przede wszystkim wówczas, gdy pojawiają się pokusy i przeciwności. Cokolwiek by się działo, w sercu tkwi głębokie pragnienie oddania siebie Jezusowi, będące zarazem źródłem siły i wewnętrznego pokoju na modlitwie.

Jednak stałość to jeszcze nie wszystko. Powołanie ma być także rozsądne, a więc głos serca powinien zgadzać się z głosem rozumu. Należy wszechstronnie rozważyć swoją sytuację, biorąc przy tym pod uwagę wszelkie argumenty "za i przeciw". Nie chodzi tu jednak o zimną kalkulację, ale spojrzenie na własne motywacje w świetle tajemnicy Bożego wezwania oraz troski o własne zbawienie, które realizuje się przecież przez rozeznanie i wypełnienie woli Bożej.

Zdaniem Ojca Honorata powołanie winno być jeszcze określone, a więc w sposób jasny ukierunkowane na daną wspólnotę zakonną i powierzony jej charyzmat. To oczywiste, że każde powołanie zakonne musi być "gdzieś" realizowane. Stąd pojawia się ten wymóg. Pan Bóg wybiera sobie ludzi dla wypełnienia konkretnych zadań. Dlatego tak kieruje losami osoby powołanej, aby mogła wybrać właściwą wspólnotę zakonną i podjąć te zadania.

Środki rozeznawania powołania

Pamiętaj, słuchaj Jezusa - taką radę dała mi jedna z sióstr Wspomożycielek, gdy wewnętrznie zmagałam się z problemem kogo wybrać: chłopca, którego pokochałam czy Jezusa, który ujawnił mi swoją miłość i zaprosił do oddania Mu swego życia w zakonie. Nie mogłam wtedy powiedzieć, że kocham Chrystusa - dopiero co zauważyłam Jego realne istnienie na drodze mojego życia. Jednak Jego zaproszenie miało w sobie tak przyciągającą siłę, że czułam jak moje serce samo lgnie do Boga. Wiedziałam, że muszę w końcu podjąć jakąś decyzję, bo z takim wewnętrznym rozdarciem po prostu nie dało się żyć.

Szukałam rady u osoby, która już wybrała - u siostry zakonnej. Spodziewałam się, że powie mi mniej więcej tak: "zostaw człowieka, cóż on Ci może zaproponować?, Jezus Cię naprawdę kocha". Oczekiwałam konkretnej podpowiedzi. Tymczasem ta siostra powiedziała tylko: "Jeżeli wybierzesz człowieka, to nie rób sobie wyrzutów. Pamiętaj tylko, słuchaj Jezusa". No dobrze, ale co to znaczy: słuchaj Jezusa?!!! Dla mnie - osoby, która prawie wcale nie chodziła do kościoła i rzadko kiedy modliła się do Boga - to była zupełna abstrakcja. Słuchać Jezusa, którego nie widać, którego nie słychać... Jak to robić?

Teraz już wiem, że słuchanie Jezusa to modlitwa, to prośba, żeby Bóg mną kierował, jeżeli rzeczywiście Jego wolą jest, żebym była Wspomożycielką. Teraz też już rozumiem, dlaczego nie mogła mi dać takiej podpowiedzi, jakiej od niej oczekiwałam. Nie mogła ingerować w to, co jest tajemniczym działaniem łaski w sercu człowieka. Nie mogła wyręczyć mnie od osobistego poszukiwania i rozeznawania swojej drogi powołania, bo przecież to moje życie i ja sama za nie odpowiadam. Nikt nie może za nas dokonywać życiowych wyborów. Tak, jak i nikt nie może nas zwolnić z odpowiedzialności za skutki podjętych decyzji.

Dlatego też siostra powiedziała mi w zasadzie to samo, co bł. Honorat mówił swoim penitentkom i penitentom, którzy u niego szukali rady. On również modlitwę polecał jako jeden z głównych środków rozeznawania powołania. Oprócz niej wymienia również osobistą rozwagę i radę spowiednika. Wszystkie trzy elementy są głęboko zakorzenione zarówno w doświadczeniu samego Błogosławionego, jak i w ogóle w tradycji zakonnej.

Wracając do modlitwy, należy zaznaczyć, że w trakcie rozeznawania powołania w żadnym razie nie może jej zabraknąć, o ile rzeczywiście zależy nam na własnym szczęściu. Dlaczego? Przecież zarówno dawcą naszego życia, jak i powołania jest Bóg. Jak można by było odczytać Boży zamysł odnośnie nas samych, gdybyśmy nie zapytali o to jego Autora? Mógłby jednak ktoś powiedzieć: ja tam nie pytałem; wiedziałem, co mam robić i jestem człowiekiem szczęśliwym. Owszem, jest to możliwe. Przecież i ludzie niewierzący uważają się za szczęśliwych, a skoro nie wierzą w Boga, to na pewno nie pytają Go o nic. Są szczęśliwi, bo chociaż oni w Boga nie wierzą, to Bóg w nich wierzy. Choć oni Go nie kochają, to On ich kocha i skoro nie może bezpośrednio, to przez ludzi kieruje ich losami; chociaż Go nie szukają w swoim życiu, to On ich szuka i do ostatnich chwil ich życia robi wszystko, żeby Go rozpoznali i przyjęli do swojego serca. Bóg nigdy nie rezygnuje z żadnego człowieka, jakkolwiek ten chciałby Go ze swego życia wykreślić. Dlatego często zdarza się, że człowiek nie pytając Boga trafia na właściwą osobę, z którą ma wejść w związek małżeński i jest szczęśliwy.

To przypadkowe, dobre trafienie jest możliwe na drodze powołania do małżeństwa, które dotyczy większości młodych ludzi, ale nie w przypadku powołania do zakonu, czy do kapłaństwa. Na tę drogę Bóg powołuje tylko niektórych i dlatego bez modlitwy, bez słuchania Bożego głosu nie da się tak po prostu trafić...

Wiemy już, że w celu rozeznania powołania przede wszystkim trzeba się modlić. Osoba poszukująca swojej drogi powołania zazwyczaj bez większych trudności wchodzi w modlitewny dialog z Panem Bogiem. Na czym on polega? Z pewnością nie na jakichś nadzwyczajnych uniesieniach mistycznych. Najczęściej jest to uparcie powtarzane zwykłe pytanie: "Panie, co chcesz, abym czynił?", połączone z pełną ufności prośbą o Boże światło i pomoc w podjęciu dobrej decyzji. Niektórzy proszą też swoich przyjaciół czy inne osoby zaufane o modlitewne wsparcie. Wiadomo, że modlitwa wstawiennicza może być wielką pomocą dla poszukującego swojej drogi życiowej.

Według bł. Honorata to właśnie na modlitwie młody człowiek rozeznaje wolę Bożą, oczyszcza się z negatywnych skłonności oraz potrafi ocenić wartość stanu zakonnego, w którym może się całkowicie poświęcić Bogu. Jednak zaznacza przy tym, że dla właściwego rozeznania swojej drogi modlitewne zwrócenie ku Dawcy powołania powinno być dopełnione osobistą rozwagą.

Wiemy przecież, że po to Bóg dał nam rozum, abyśmy go używali. Dlatego i w przypadku rozpoznawania drogi powołania jest on niezbędny. To co Ojciec Honorat nazywa osobistą rozwagą jest niczym innym jak zaangażowaniem wszystkich władz człowieka w celu poznania Bożego zamysłu wobec nas; poznania siebie samego, swoich nawyków i predyspozycji; poznania sposobu życia danego zakonu oraz wymagań wobec osób pragnących włączyć się do tej rodzinny zakonnej.

Osobista rozwaga zabezpiecza przed zbyt pochopnym i nieprzemyślanym podejmowaniem decyzji o wstąpieniu do zakonu, jak i wycofywaniem się z drogi prowadzącej do klasztornej furty. Z doświadczenia wielu powołanych wiadomo, że decyzji o wstąpieniu do zakonu zazwyczaj towarzyszy dużo emocji - zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Często młody człowiek musi zmagać się nie tylko z własnymi wątpliwościami co do słuszności podjętej decyzji, ale także z brakiem akceptacji i wsparcia ze strony osób najbliższych. Honorat również zaznacza, że pozytywna odpowiedź dana na Jezusowe: "Pójdź za Mną" nie uwalnia od tego rodzaju trudności.

Wobec piętrzących się przeszkód oraz wewnętrznych rozterek mamy do dyspozycji jeszcze jeden ważny środek służący rozeznawaniu powołania. Jest nim rada spowiednika, rada mądra i roztropna - jak to podkreśla Błogosławiony. Skorzystanie z tego środka wydaje się być bardzo pomocne zwłaszcza wtedy, gdy tracimy pewność, gdy nagle pojawiają się jakieś nowe okoliczności lub niespodziewane propozycje innego pokierowania swoim życiem.

Współcześnie jedną z takich kontrpropozycji są studia wyższe. Dlatego wiele młodych osób odkłada podjęcie decyzji na "po - studiach", między innymi z obawy, że w zakonie nie pozwolą na podjęcie dalszej nauki... Gdyby poradziły się mądrego spowiednika wiedziałyby, że zdobycie wyższego wykształcenia nie jest najistotniejszym czynnikiem stanowiącym o wartości kandydata do tego rodzaju życia. Każda osoba wstępująca do zgromadzenia zakonnego - bez względu na to czy ma czy też nie ma "mgr" przed nazwiskiem - przechodzi przez wszystkie etapy formacji, ucząc się od podstaw tego wszystkiego, co jest niezbędne do życia wspólnotowego - również najbardziej zwykłych posług. Nawet z tytułem doktorskim nie zostaje się od razu przełożonym, ale najpierw postulantem, potem nowicjuszem itd. Nie jest więc istotne jakie kto ma wykształcenie albo czy je w zakonie zdobędzie, bo to sprawa drugorzędna. Na pierwszym miejscu stoi gotowość wypełnienia woli Bożej i miłość do Chrystusa, któremu chcemy oddać swoje życie.

Ponadto - według bł. Honorata - nie należy też zbyt długo zastanawiać się nad powołaniem, żyjąc w świecie, gdyż można zmarnować swoją drogę życia. Dlaczego? Przecież niejednokrotnie doświadczamy ludzkiej słabości i podatności na różne wpływy. Czy wystarczy nam sił, by mając w sercu Chrystusowe zaproszenie do życia w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie, przez kilka lat opierać się naciskom współczesnego świata, w którym "wszystko wolno"?... Czy na pewno wystarczy nam męstwa, by pozostać wiernym swemu powołaniu aż do uzyskania dyplomu?...

Warto zadać sobie te pytania i na modlitwie wyklęczeć szczere odpowiedzi, zanim zostaną podjęte jakieś wiążące decyzje.

*******

 

Powołał mnie Pan.
Świadectwa sióstr wspomożycielek.

Jezus odszukał mnie w zatłoczonym kościele...

Historia mojego spotkania z Jezusem była wyjątkowa i nieoczekiwana. Miałam wówczas 14 lat. Miejscem, gdzie usłyszałam tę propozycję był mój kościół parafialny. Jeszcze z czasu przygotowania do I Komunii Świętej pamiętałam słowa Księdza Proboszcza, który podkreślał, że szczególnie w każdą niedzielę Jezus czeka na każdego z nas. Te słowa mobilizowały mnie do udziału we Mszy św. w każdą niedzielę.

I tak pewnej niedzieli, w dni wakacyjne, Jezus sam odszukał mnie w zatłoczonym kościele. Po skończonej Mszy św. przysłuchiwałam się prelekcji głoszonej do młodzieży przez jedną z sióstr Wspomożycielek. Pragnienie bycia siostrą zakonną pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie. Do tej pory marzyłam jedynie o tym, żeby w przyszłości zostać stomatologiem. Nie rozumiałam życia zakonnego, nie zastanawiałam się, nie pytałam o radę. Towarzyszyło mi jedynie jakieś urzeczenie i zachwyt, radość i szczęście, siła woli i pewność, że Jezus woła. Oznajmiłam najbliższym, że chce iść do zakonu. Uważałam, że decyzja należy do mnie. Byłam bardzo stanowcza, nieugięta, chociaż nikt nie popierał mojej decyzji. Rodzice tłumaczyli mi i byli bardzo uparci, uważając, że nie powinnam podejmować tak ważnej decyzji, będąc jeszcze niepełnoletnią.

Do Zgromadzenia zaplanowałam wstąpić po skończeniu ósmej klasy. Moje plany zostały pokrzyżowane. Rozpoczęłam szkołę średnią w Radomiu i zamieszkałam w internacie, ciągle jednak pragnąc życia zakonnego. Nic dla mnie nie było ważne, ani szkoła, ani zawód - nic! Obiecywałam Panu Jezusowi i sobie, że nigdy nie będę żałować nie ukończonej szkoły. Wiele razy słyszałam, że trzeba mieć powołanie. Nie wiedziałam co to jest. Ja tylko usilnie pragnęłam oddać swoje życie Jezusowi. Przynaglenie wewnętrzne było tak silne, że nie wyobrażałam sobie czekania kilka lat aż skończę szkołę, dlatego decyzję o wstąpieniu do Zgromadzenia podjęłam w wieku szesnastu lat. Przerwałam szkołę i pierwszego maja zostałam przyjęta do postulatu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. Odbywałam go częściowo poza zakonem, mając jednak świadomość, że już przynależę do Zgromadzenia. 29 czerwca tegoż roku, w uroczystość św. Piotra i Pawła, moja zapłakana mama odwiozła mnie do Nowego Miasta n. Pilicą. Rozstanie z najbliższymi było bolesne i dla mnie i dla nich. Wydawało mi się, że tracę ich na zawsze...

Gdy po latach wspominam te chwile, sama nie mogę wyjść ze zdziwienia, że Bóg dał mi tyle odwagi i siły. Jestem pełna podziwu dla Pana Boga, że mnie - czternastoletnie dziecko - potraktował poważnie i obdarzając powołaniem, tak bardzo zaufał.

s. Zuzanna

 

Nie pragnęłam życia zakonnego...

Zawsze z szacunkiem odnosiłam się do kapłanów i sióstr zakonnych, ale nigdy siebie nie widziałam w roli zakonnicy. Dwie moje siostry cioteczne, starsze ode mnie, wstąpiły do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. W Limanowej spotykałam codziennie na Mszy św. siostry Szarytki pracujące przy parafii. Lubiłam obserwować jak się modliły, podziwiałam je, ale sama nie pragnęłam życia zakonnego. Przed maturą, gdy większość moich koleżanek wybierała się na studia, ja również postanowiłam studiować, chociaż nie byłam do końca przekonana, czy to jest to, czego pragnę w życiu. Na studia nie dostałam się i zaczęłam pracować, częściej zastanawiałam się czego ja tak naprawdę szukam. I wtedy odkryłam w sobie wyraźnie, najpierw jako propozycję, a potem przynaglenie: "Pójdź za Mną". Nie byłam tym zbytnio zachwycona i tłumaczyłam się, że to nie dla mnie. Myślałam - po jakimś czasie to mnie - ale wezwanie wracało coraz mocniej. próbowałam się nawet bronić, pytając dlaczego akurat ja? Tym bardziej, że miałam już propozycję ułożenia sobie życia. Jezus był jednak mocniejszy od wszystkich argumentów.

Gdy ostatecznie zostałam pokonana, byłam gotowa na wszystko, nawet na takie surowe i trudne życie jakiego obraz sobie stworzyłam na podstawie literackich opisów. skoro już wiedziałam, że mam być zakonnicą zgodziłam się na chodzenie w habicie, ale marzyło mi się zgromadzenie, w którym siostry nie nosiłyby habitu, mimo że byłam przekonana, iż takie zgromadzenie nie istnieje. Pragnęłam nie odróżniać się strojem od innych ludzi, by na zewnątrz być jak wszyscy, a jednak być kimś innym, całkowicie oddanym Jezusowi, być wśród ludzi i móc mówić im o Bogu. Gdy po raz drugi uczestniczyłam w rekolekcjach dla młodzieży spotkałam siostrę Serafitkę, która potwierdziła moje powołanie do życia zakonnego. Dałam jej swój adres, aby mogła mi wysłać termin rekolekcji, na które miałam pojechać i ewentualnie zostać w zgromadzeniu.

Wtedy właśnie siostry Wspomożycielki podjęły pracę w mojej miejscowości. Ksiądz Proboszcz, który pierwszy dowiedział się o moim zamiarze wstąpienia do sióstr Serafitek, powiedział mi, że do naszej parafii niedawno przyjechały siostry, które nie noszą habitu. Wyrażał się o nich bardzo pozytywnie. Zraz na drugi dzień spotkałam się na plebanii z siostrami. Powiedziałam, że pragnę wstąpić do ich zgromadzenia. Właściwie wtedy było mi wszystko jedno czym siostry się zajmują. Najważniejsze było to, że nie nosiły habitu. Piękno powołania Wspomożycielki Dusz Czyśćcowych odkryłam dopiero w nowicjacie i zapragnęłam żyć nim jak najpełniej.

Po rozmowie z siostrami i upewnieniu się, że mogę być przyjęta, zwolniłam się z pracy. Przeżywałam jeszcze wiele niepewności, czy sprostam wymaganiom życia zakonnego, ale swojej decyzji już nie zmieniłam.

s. Róża

 

Wydawało mi się, że mam skrzydła...

Pragnienie życia z Bogiem i dla Boga zrodziło się u mnie po lekturze książki “Dzieje duszy” św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Nie wiedziałam wtedy na czym polega życie zakonne, ale czułam ogromną tęsknotę za Panem Bogiem. Jezus tak mocno pociągał mnie do siebie, że nawet chciałam umrzeć, aby móc się z Nim spotkać. Życie tu na ziemi przestało mieć dla mnie sens, chociaż z natury byłam osobą energiczną i wesołą, udzielałam się społecznie, miałam wielu przyjaciół i lubiłam tańczyć. Coś się we mnie zmieniło, szukałam teraz samotności i ciszy. Lubiłam być sama, czytać religijne książki i modlić się. W sercu odczuwałam dotkliwy ból, że kiedyś w moim życiu nie było miejsca dla Boga i nie wierzyłam, że On jest. Moje wewnętrzne cierpienia nasiliły się, gdy uświadomiłam sobie, że w niebie przebywają tylko święci i to dlatego Pan Bóg nie chce mnie zabrać do siebie. To moje grzechy trzymały mnie na ziemi.

Kiedyś zapytałam swoją mamę czy na Łotwie są jakieś zakony. Odpowiedziała, że są i jeżeli chcę może mnie zawieść do Agłony, do Sióstr Karmelitanek od Dzieciątka Jezus. Ale ja jakoś dziwnie nie miałam ochoty tam jechać. Więcej nie wróciłam do tego tematu. Wszystko trzymałam w głębi swojego serca i o swoich pragnieniach rozmawiałam tylko z Panem Bogiem. Mówiłam do Niego, że to On jest Wszechmocny i jeżeli mam jeszcze u Niego jakąś szansę, jeżeli nadaję się do zakonu, to niech mnie tam zaprowadzi...

Kiedy zmarła mama zaczęłam często chodzić na cmentarz, aby tam modlić się za nią. Polubiłam to szczególne miejsce. Po niespełna dwóch latach zmarł tato. Od tego momentu postanowiłam codziennie być na Mszy Świętej w jego intencji, żeby pomóc mu wyjść z czyśćca, jeżeli tam właśnie przebywa. Miesiąc później byłam w kościele w Jekabpils. Był Wielki Post. Po wieczornej Mszy Świętej i Drodze Krzyżowej ksiądz zaprosił mnie do zakrystii i zapytał wprost czy chcę być siostrą Wspomożycielką Dusz Czyśćcowych. Odpowiedziałam, że tak. Byłam bardzo szczęśliwa. Już wiedziałam gdzie jest moje miejsce. Wracając do domu wydawało mi się, że mam skrzydła i mogę latać!!!

 

s. Margarita

Tak delikatnie i zwyczajnie..., na egzaminie...

Było to prawie dwadzieścia pięć lat temu. Byłam nastolatką. Miałam wtedy problemy z wiarą. Od dwóch lat, w czasie niedzielnej Mszy św., nie odmawiałam "Wierzę w Boga". Uważałam, że skoro nie wierzę, to nie będę udawać, że jest inaczej. Na dodatek należało wówczas przyjąć sakrament bierzmowania. Miałam problem, bo jak ja - jako osoba niewierząca - mogę przystąpić do sakramentu? Szybko jednak znalazłam bardzo proste rozwiązanie: nie przygotuję się - pomyślałam - nie zdam egzaminu i nie zostanę dopuszczona.

I rzeczywiście nie tknęłam nawet zadanego materiału. Tymczasem na egzamin nie przyszedł ksiądz Proboszcz, ale jakaś siostra zakonna. Zamiast nas pytać opowiedziała o tym, jak spotkała się z miłością Jezusa w swoim życiu. Coś dziwnego stało się ze mną. Moje serce nagle napełniło się OBECNOŚCIĄ BOGA. W dniu Bierzmowania, nie wypowiadane od długiego czasu wyznanie wiary, odmawiałam z przekonaniem i radością. Pojawiło się też pragnienie dania odpowiedzi na tę nieoczekiwaną miłość Jezusa, która przyszła tak delikatnie i zwyczajnie - na egzaminie... Nikt nie domyślał się nawet, co wówczas działo się w moim sercu. Jezus mnie odnalazł i jednocześnie jakby wezwał do szukania Go w swoim życiu. Świadomie, bez niczyjej zachęty sięgnęłam po Pismo Święte. To tam odkrywałam Jezusa, ale też i siebie. Pojawiło się wiele pytań, a wśród nich i te najważniejsze: czego On ode mnie oczekuje?

Wkrótce rozpoczęłam szkołę średnią. Zamieszkałam na stancji u Sióstr. Niektóre z nich czasami pytały mnie czy nie chciałabym zostać Wspomożycielką. Nie wiedziałam wtedy czy chcę, ale to pytanie niepokoiło mnie, drążyło moje myśli i serce. No tak - pomyślałam kiedyś - przecież chciałam odpowiedzieć na miłość Jezusa... Odtąd, czasami nawet natarczywie, zaczęłam pytać Go, czy to właśnie to jest moja droga. Ponieważ mieszkałam u Sióstr, mogłam obserwować ich zwyczajny dzień. W ich życiu urzekała mnie przede wszystkim zwyczajność i prostota. Po dniu usługiwania chorym przychodziły do Kaplicy, aby odetchnąć przed Jezusem. Widziałam jak żyły dla Niego, rozumiałam coraz bardziej jak mogę odpowiedzieć na Jezusową miłość. Po studniówce poprosiłam o przyjęcie do Postulatu... I jestem Wspomożycielką.

s. Irena

 

Byłam przekonana, że Bóg mnie powołuje...

Urodziłam się na Łotwie jako trzecie z ośmiorga dzieci. Moi rodzice nie byli katolikami. Mama należała do Kościoła prawosławnego, a tata do luterańskiego, ale rzadko uczestniczyliśmy w nabożeństwach. We mnie było głębokie pragnienie poznania Boga, którym z nikim się nie dzieliłam. Gdy miałam piętnaście lat zaczęłam zastanawiać się nad celem i sensem mojego życia. Zrozumiałam wtedy, że tylko Bóg może nadać sens mojemu życiu. Przyjęłam chrzest w kościele luterańskim, zaczęłam czytać Pismo Święte i modlić się słowami “Ojcze nasz...”. Byłam przekonana, że Bóg mnie powołuje i chociaż nie wiedziałam na czym polega życie zakonne, to czułam ogromne pragnienie, aby tam wstąpić. Nie znałam żadnego zgromadzenia zakonnego, dlatego dniami i nocami myślałam o tym jak zrealizować swoje powołanie.

Po ukończeniu szkoły podstawowej miałam zamiar uczyć się dalej w tej samej szkole. Przeczytałam jednak w gazecie ogłoszenie o Gimnazjum w Agłonie i odczułam, że tam powinnam pojechać. Agłona leży ok. 300 km od mojego domu rodzinnego. Jest to taka łotewska Częstochowa - największe sanktuarium maryjne w kraju. Rodzice byli przeciwni moim planom, dlatego uważam to za cud, że w końcu mogłam rozpocząć naukę w tym Gimnazjum. Jadąc do Agłony nie wiedziałam, że znajduje się tam Bazylika Matki Bożej, i że tam właśnie spotkam siostry zakonne.

Kiedyś poszłam do Bazyliki i wtedy zapoznałam się z siostrami z jednego ze zgromadzeń habitowych. Przeszłam do Kościoła katolickiego i chciałam wstąpić do tego zakonu, ale siostry powiedziały, że jestem jeszcze za młoda. Chciały żebym najpierw skończyła szkołę. Miałam kilka koleżanek, które też myślały o życiu zakonnym. Jedna z nich przeczytała artykuł o Siostrach Wspomożycielkach Dusz Czyśćcowych. Prosiła mnie, żebym napisała do nich. W odpowiedzi na list otrzymałam zaproszenie na rekolekcje do Polski. Nie miałam pieniędzy ani paszportu i rodzice nie chcieli mnie puścić tak daleko, ale dzięki Opatrzności Bożej udało mi się wyjechać. Pojechałam do Sulejówka z nastawieniem, że na pewno nie zostanę u tych sióstr, bo nie noszą habitu. Niewiele rozumiałam z rekolekcji, bo nie znałam języka polskiego, ale Pan Bóg mocno do mnie przemówił. Jeszcze w tym samym roku zamieszkałam u sióstr Wspomożycielek w Rydze, zostałam przyjęta do aspiratu i chodziłam do szkoły. Pragnienie habitu było we mnie bardzo głębokie, ale powoli Bóg dał mi zrozumieć, że nie habit jest najważniejszy, ale to, co jest w sercu i śluby zakonne czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

s. Inga

 

Prosiłam Jezusa, żeby wskazał mi adres...

Na drodze mojego powołania zakonnego wielkim darem była Wspólnota Miłosierdzia Bożego, działająca przy jednej z parafii szczecińskich. To w niej Chrystus pozwolił mi odkryć swoją przebaczającą miłość. Zachwycił mnie obraz Jezusa Miłosiernego z podpisem: Jezu ufam Tobie! Czułam, że Jezus spojrzał na mnie wzrokiem pełnym miłości i pokoju. Gdy na Jego obliczu zobaczyłam uśmiech, serce moje napełniło się ufnością. Uwierzyłam słowom zapisanym w Dzienniczku św. Faustyny: “Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie dusza słaba i grzeszna, a chociażby miała więcej grzechów niż piasku na ziemi, utonie wszystko w otchłani miłosierdzia Mojego”.

Radosne spojrzenie Jezusa towarzyszyło mi wszędzie, nie mogłam o nim zapomnieć. Zapragnęłam pomóc Jezusowi w Jego największym pragnieniu jakim jest zbawienie każdego człowieka. Chciałam pomagać ludziom cierpiącym, których Pan stawiał na mojej drodze. W swoich modlitwach pamiętałam też o zmarłych i konających, gdyż byli szczególnie bliscy mojemu sercu. Czułam coraz mocniej, że Jezus chce mnie mieć przy sobie i że ja też chcę być z Nim. Prosiłam więc, żeby wskazał mi drogę, na której wypełniłabym Jego wolę. Prosiłam, żeby w ciągu miesiąca wskazał mi adres tego zgromadzenia zakonnego, w którym chce mnie mieć. Modliłam się Jego słowami z Ewangelii wg św. Jana: O cokolwiek poprosicie Ojca Mojego w Imię Moje, to wam się spełni (por. J 15, 1-17). Zaufałam tej obietnicy Jezusowej i czekałam. Był już ostatni dzień, a Jezus milczał. Poszłam do kościoła na wieczorną Mszę św. Po jej zakończeniu, pod kościołem, czekała na mnie znajoma Pani i podała mi karteczkę z adresem Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. Potem przedstawiła mi siostrę zakonną z tego Zgromadzenia, która wcale nie wyglądała jak zakonnica - nie miała habitu, ale zwykłe ubranie. Byłam tym bardzo zdziwiona i trochę oszołomiona, że Jezus tak dosłownie odpowiedział na moje modlitwy.

Dziękuję Bogu za Jego miłość i miłosierdzie. Modlitwa: “Jezu ufam Tobie!” nadal jest mi bliska i wciąż obecna na mojej drodze do Boga.

s. Iwona

 

Spojrzałam na budynek poczty...

Pan Bóg w moim życiu nie zajmował wiele miejsca. Praktycznie prawie Go tam nie było. Wprawdzie moi rodzice dopilnowali, żebym przyjęła trzy najważniejsze Sakramenty czyniące ze mnie katoliczkę, ale niewiele rozumiałam z tego, czym tak naprawdę są. Chodzenie na religię zawsze było dla mnie ciężarem, a więc gdy byłam już w technikum z rzadka pokazywałam się na katechezie. Czasami szłam ze względu na moją najbliższą koleżankę. Nie było też we mnie zbytniego pragnienia modlitwy. Niekiedy tylko, po drodze do szkoły, wstępowałam na chwilę do kościoła. Natomiast na niedzielną Mszę Świętą i do spowiedzi chodziłam sporadycznie. Nie znałam prawie żadnych formuł modlitewnych. Nie potrafiłam odmawiać różańca. Czasami modliłam się do Matki Bożej, ale własnymi słowami. Z "gotowych" modlitw najbardziej przypadły mi do gustu te, o których mówił nasz Ojciec Katecheta (akurat wtedy byłam na religii) - akt strzelisty: "Jezu ufam Tobie" i "Zdrowaś Mario" odmawiane dziesięć razy na palcach rąk trzymanych w kieszeniach. Nad moim łóżkiem wisiał tylko jeden malutki obrazek Jezusa Miłosiernego - pamiątka od jakiegoś księdza chodzącego po kolędzie. Z Pisma Świętego czytałam tylko te fragmenty, które były potrzebne do zaliczenia religii i otrzymania świadectwa końcowego, a mój stosunek do Kościoła i księży był typowy dla wierzącego i niepraktykującego katolika - krytykancki i plotkarski.

Po maturze znalazłam dobrą pracę. Miałam własne pieniądze, więc finansowo byłam niezależna od rodziców. Wolny czas spędzałam z przyjaciółmi i znajomymi. I jak to się mówi - było fajnie. Kiedyś po pracy, idąc jedną z przemyskich ulic w kierunku dworca kolejowego, zaczęłam się zastanawiać nad sobą, nad tym co robię...

Było piękne, słoneczne majowe popołudnie (kilka minut po godzinie 15), a we mnie zero radości. W sercu poczułam ogromną pustkę. W moim wieku - myślałam - bracia mieli już żony i dzieci, mieli jakiś cel w życiu, a ja?... Nic za mną, nic przede mną. I właśnie wtedy, odrywając wzrok od szarych, jak moje myśli płytek chodnika, spojrzałam na budynek poczty po drugiej stronie ulicy. Nagle zaświtała mi prawie szalona myśl: napiszę do różnych zgromadzeń zakonnych, wybiorę jakieś i pójdę do zakonu. Nie miałam zielonego pojęcia na czym polega takie życie, ale jechałam do domu napełniona niesamowitą radością.

Wyciągnęłam z szafy cały stos ulotek z informacjami o zakonach. Przywiozłam je z Częstochowy. Całą klasą pojechaliśmy na Jasną Górę przed maturą. Usiadłyśmy z koleżanką - zupełnie nieświadomie - na schodkach Jasnogórskiego Ośrodka Powołaniowego i jakaś siostra zaprosiła nas do jego wnętrza. Dla żartu wzięłyśmy po jednej ulotce ze wszystkich zgromadzeń. W domu rzuciłam je w kąt szafy i przeleżały tam trzy lata. Wybrałam kilkanaście adresów i wysłałam listy. Nie wiedząc jeszcze czy Siostry mnie przyjmą, w pracy złożyłam prośbę o zwolnienie. Moje życie zaczęło się zmieniać. Kupiłam sobie Biblię, czytałam ją w każdej wolnej chwili. Poszłam do spowiedzi i zaczęłam regularnie chodzić do kościoła. Pan Jezus nagle stał się Kimś najważniejszym na świecie. Wszędzie Go było pełno: w moich myślach, w sercu, w głębi duszy.

Kiedy nadeszły odpowiedzi z zakonów, wybrałam jeden (habitowy) i miałam tam pojechać, żeby się zapoznać. W dniu wyjazdu, w Jarosławiu, spotkałam koleżankę z pracy. Zapytała mnie dlaczego się zwalniam. Powiedziałam, że chcę wyjechać. Gdy wymieniłam miejscowość, domyśliła się, że do zakonu. Była tam na rekolekcjach. Odradzała mi wyjazd. "Tu w Jarosławiu - mówiła - są świetne siostry. Nie noszą habitów mogą swobodnie działać wśród ludzi i ewangelizować ich nawet w pociągu". Dałam się przekonać. Wieczorem poszłyśmy tam razem. Tak poznałam Siostry Wspomożycielki.

Ale ta dziewczyna zapoznała mnie również ze swoim kolegą, w którym, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, zakochałam się "bez pamięci". Po prostu tragedia. Był to człowiek, w którym upatrywałam jakby ucieleśnienie wszystkich moich marzeń o przyszłym mężu, a jednocześnie Pan Jezus dopominał się o wypełnienie danego Mu słowa. Było mi bardzo ciężko, nie wiedziałam co robić. W końcu zdecydowałam, że jednak zostanę z tym chłopcem. Moja rodzina odetchnęła z ulgą. Jednak ta "idylla we dwoje" szybko się skończyła. Zerwaliśmy ze sobą i w ten sposób zostałam bez pracy, bez chłopaka i niestety... już bez chęci wstąpienia do zakonu. Pozostała mi jednak łaska nawrócenia - bliskość Boga, stały kontakt z kościołem i z Siostrami. Wkrótce znalazłam nową pracę. Zarabiałam trzy razy więcej niż w poprzedniej i nie musiałam dojeżdżać. Złożyłam dokumenty na studia zaoczne i zaczęłam chodzić z innym chłopakiem. Miałam wszystko. Powinnam być szczęśliwa, ale w moim sercu była tylko bolesna pustka.

Na szczęście, po kilku miesiącach, Pan Jezus jeszcze raz się o mnie upomniał. Tym razem słowami jednej z Sióstr. "Wiesz co - powiedziała - On i tak długo na ciebie czeka". Nie chciałam sprawdzać, czy czekałby jeszcze dłużej. To było drugie i wiedziałam, że ostatnie zaproszenie.

s. Anna

 

 

Krętą ścieżką do Boga

Moja droga do Boga była bardzo skomplikowana. Rodzice byli niewierzący, a w szkole wychowywano mnie w duchu ateistycznym. Dopiero po reformach przeprowadzonych w naszym kraju (na Łotwie, włączonej w terytorium byłego Związku Radzieckiego - przyp. Red.) przez Gorbaczowa zaczęto uczyć prawdziwej historii. W prasie zaczęły pojawiać się artykuły związane nie tylko ze światem materialnym, ale również duchowym. Ludzie spragnieni Boga interesowali się wszystkim, co dotyczyło sfery duchowej i co przekraczało świat materialny.

Ja również zaczęłam zajmować się astrologią i jogą. Moje zainteresowania zaprowadziły mnie do sekty, której filozofia skupiała wszystkie religie świata. Wydawało mi się, że moje poglądy są bardzo nowoczesne i uniwersalne. Za pomocą okultyzmu, jogi oraz różnych ćwiczeń duchowych i fizycznych dążyłam do doskonałości, aby stawać się "bogiem". Nie wiem czym by się zakończyło moje życie, gdyby nie wypadek z bliską mi osobą, którą zaangażowanie w sekcie doprowadziło do krytycznej sytuacji. Od śmierci uratował ją ksiądz wyznania rzymsko-katolickiego. Po tym wydarzeniu zaczęłam chodzić do kościoła katolickiego i mimo, że nic nie rozumiałam, trwałam przy Jezusie. Wierzyłam, że On ma moc uporządkować moje wnętrze.

W mojej drodze do Boga bardzo pomogły mi katechezy Neokatechumenatu głoszone po raz pierwszy na Łotwie w mojej parafii. Właśnie w czasie tych katechez poczułam powołanie do pójścia za Jezusem Chrystusem. Tam też zrozumiałam sens Eucharystii, nauczyłam się rozważać Słowo Boże, doświadczyłam wspólnoty, ciepła i serdeczności oraz osobowej miłości Boga, której wcześniej nie było mi dane poznać. W sekcie Absolut był zimny, abstrakcyjny, daleki...

Z Siostrami Wspomożycielkami zapoznałam się chodząc na spotkania młodzieżowe. Jedna z tych sióstr pracowała w mojej parafii jako katechetka. Podobało mi się ich ukrycie wśród świata, ale siebie samej tam nie widziałam. Od dziecka marzyłam o założeniu rodziny. Chciałam mieć dużo dzieci. Nawet zbierałam literaturę dotyczącą wychowania. O zakonie myślała moja rodzona siostra i nikt się temu nie dziwił, bo była bardzo poukładana i spokojna. Ja natomiast mam całkiem odmienny temperament... Kiedyś rozmawiałyśmy o tym z siostrą i nagle powiedziałam: "Zobaczysz, że będzie odwrotnie". To zdanie mnie samą zaskoczyło. Nie wiem dlaczego to powiedziałam... Potem mój ojciec duchowny kapucyn polecił mi zapoznać się bliżej ze Wspomożycielkami i zaraz nadarzyła się ku temu okazja. Otrzymałam od s. Margarity zaproszenie na jej śluby wieczyste, które miała złożyć w Polsce. Na wyjazd zdecydowałam się w ostatniej chwili. Wszystkim (i sobie samej) mówiłam, że jadę tylko zobaczyć jak siostry żyją i zaraz po ślubach wrócę, ale w sercu czułam, że będzie inaczej. Wzięłam też ze sobą tyle rzeczy jakbym rzeczywiście miała zostać.

Uroczystej Mszy św., w czasie której s. Margarita składała śluby wieczyste, przewodniczył biskup drohiczyński o. Pacyfik Dydycz - też kapucyn i to przez niego Pan Jezus "przekonał mnie", że powinnam wstąpić do Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych.

W kilka lat później już ja sama ślubowałam Chrystusowi miłość i całkowite oddanie na wieki - też w Polsce i nawet ten sam biskup celebrował Mszę św., co i na ślubach s. Margarity.

Chcę jeszcze podkreślić rolę Maryi w moim życiu. Ona pomogła mi w wyborze drogi zakonnej i zawsze na niej towarzyszy, troskliwie prowadząc mnie do swojego umiłowanego Syna. Razem z Nią mogę dzisiaj wołać: "Wielkie rzeczy uczynił mi Pan"...

s. Nina

 

Zobaczyłam, jak Pan Jezus dla mnie cierpiał...

Naprawdę wielkie jest miłosierdzie Boże! Pomyśleć tylko, że kiedyś w nie nie wierzyłam. Nie wierzyłam, że Bóg może kochać kogoś takiego, jak ja. Widziałam w sobie tylko same wady i grzechy. W końcu jednak poukładałam sobie życie jako tako i nawet zaczęło mi być dobrze z tym co miałam. Od czasu do czasu Pan delikatnie pukał do mojego serca, tylko że ja myśli o wstąpieniu do zakonu nigdy nie traktowałam poważnie. I tak, w tej bezcelowości, mijały lata mojego życia, aż przyszedł czas, gdy zobaczyłam, że Bóg pragnie mojego szczęścia. Dosłownie to zobaczyłam. Lubiłam oglądać telewizję i chociaż w żadnym razie nie byłam telemanką, to każdy dobry film zobaczyłam.

W Wielki Wtorek - późnym wieczorem - na jednym z kanałów TV rozpoczynał się serial pt. "Jezus z Nazaretu". Jeszcze nie tak dawno, oglądając go przy prasowaniu swoich rzeczy w towarzystwie rodziny, bardzo krytykowałam ten film. Tym razem byłam sama i nie wykonywałam żadnej pracy, byłam skupiona na oglądaniu. Tego samego dnia, nieco wcześniej, obejrzałam jeszcze inny film - o Małej Teresce - i to był początek. Coś we mnie drgnęło. Poczułam jakby zazdrość, że tak można kochać Jezusa. Tak, ale Tereska była świętą, więc mógł ją pokochać Bóg, a ona Jego - myślałam. Ja zdecydowanie nie należałam do świętych, a więc mowy być nie mogło, żeby Bóg mnie kochał. No, ale nic. Zaczęłam oglądać serial. Z minuty na minutę coraz głębiej wchodziłam w historię życia Jezusa. To było dla mnie "mocne uderzenie" - łaski oczywiście. Zobaczyłam na filmie - choć wcześniej czytałam Ewangelię i znałam ją prawie na pamięć - jak Jezus dla mnie cierpiał.

W jednej chwili zrozumiałam, że jestem winna Jezusowi wdzięczność, a jedyną miarą tej wdzięczności mogło być tylko ofiarowanie Mu swojego życia. I w tej właśnie chwili zdecydowałam się na wstąpienie do zakonu. Ale to naprawdę był dopiero początek. W Piśmie Świętym szukałam potwierdzenia tego, co tak nagle przyszło mi do głowy. Prawie przez rok każdego dnia, gdy otwierałam Słowo Boże, Pan mówił mi to samo: "Pójdź za Mną". Ciągle natrafiałam na ten fragment Ewangelii wg św. Marka, aż zaczęłam podejrzewać, że mam zaznaczoną kartkę, ale nic z tego. Mocowałam się z łaską Bożą z całych sił, a z drugiej strony bardzo chciałam iść za Jezusem. Byłam coraz bardziej wyczerpana tą walką. Bałam się. Bardzo się bałam, ale sama nie wiedziałam czego i to było najtrudniejsze. Nabawiłam się anemii, stałam się strzępkiem nerwów, ale mimo wszystko zwolniłam się z pracy i czekałam.

W niedzielę Dobrego Pasterza pojechałam gościnnie do Sióstr Wspomożycielek do Nowego Miasta i tam stając u stóp Pana Jezusa, u kresu swoich sił, postawiłam Bogu "ultimatum" - nigdy więcej nie zdobyłam się na taką odwagę. Mówiłam: "Panie Jezu, albo daj mi siły, albo mi zabierz to powołanie!". I jak ręką odjął. Miłosierdzie Boże jest niezgłębione! Poczułam się taka szczęśliwa. Bez wątpienia przyczyniła się do tego również jedna z sióstr, która "namówiła" mnie do takiej rozmowy z Jezusem.

Później, w pierwszym roku nowicjatu, Pan Jezus uleczył mnie z niewiary w Jego miłość, posługując się inną siostrą. Odtąd, z dnia na dzień, coraz bardziej jestem pewna Jego Miłości. Bardzo nie lubię słowa "na pewno", ale tu jest na pewno - Bóg mnie kocha i dowody tej miłości mam co chwila.

s. Jolanta