oprac. s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Œladami Ubogiego.

Przyjęty człowiek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych

Kobyłka 2004

 

 

 

 

 

 

W serii materiałów formacyjnych MDPC dotšd wydano:

 

Informator. Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyœćca.

Informator o Zgromadzeniu: Nasz sposób życia.

W kręgu wiecznoœci. Œmierć, sšd, niebo, piekło, czyœciec.

Jak pomagać duszom czyœćcowym? Modlitwa.

Jak pomagać duszom czyœćcowym? Odpusty.

Wiele jest dróg, ale jedna twoja.

Œladami Ubogiego. Przemienione serce.

 

W przygotowaniu:

 

Jak pomagać duszom czyœćcowym? Post, jałmużna.

Œladami Ubogiego. Powołanie.

 

 

 

 

            Materiały formacyjne przeznaczone sš do użytku wewnętrznego Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyœćca, osób zainteresowanych włšczeniem się do tej grupy, a także jej sympatyków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Adres Redakcji:

Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyœćca

przy Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych

<
ul. Poprzeczna 1,  05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08  lub kom. 0/ 698.230.430
e-mail: Mail do Sióstr


 

W TYM OPRACOWANIU:

 

 

 

SŁOWO DO PRZYJACIÓŁ

 

HISTORIA PEWNEGO SPOTKANIA

 

Słodycz nawiedzenia

Najpiękniejsza oblubienica

Królewska brama

Spotkanie z trędowatym

Tršdy naszego życia

Prawdziwie uzdrowiony

 

ŒWIADECTWA POWOŁANIA

 

Prosiłam Maryję

Pragnęłam modlić się za rodziców

Służyć Panu Jezusowi?

Pan Bóg cię zaprasza

Œwiętymi bšdŸcie

 

INFORMACJE O ZGROMADZENIU I MDPC

 

*Słowo do Przyjaciół*

 

            Drodzy Członkowie Młodzieżowego Dzieła i Czytelnicy kwartalnika "Życie Wieczne". Kierujemy do Was drugi zeszyt z cyklu "Œladami Ubogiego", zawierajšcy zbiór katechez o œw. Franciszku z Asyżu. Opracowanie to zawiera kontynuację historii jego nawrócenia, która nam wszystkim może pomóc odnaleŸć swojš własnš drogę do Pana Boga.  Zapraszamy do pochylenia się nad wydarzeniami, które w sposób radykalny przemieniły Franciszkowe losy.

            W sposób szczególny treœć tej broszury może okazać się bliska tym osobom, które zasmakowały już słodyczy płynšcej z wyboru Chrystusa  w swoim życiu; które dostrzegajš w sobie pragnienie pogłębienia relacji z Nim; które chcš rozeznać i wypełnić Jego wolę; które czujš wewnętrzne przynaglenie, by zatrzymać się nad swojš codziennoœciš; które nie mogš całym sercem przylgnšć do Boga, bo na przeszkodzie stoi jakiœ nieprzyjęty człowiek albo jakaœ przykra rzeczywistoœć, z obrzydzeniem omijana w naszych wspomnieniach…

            Życie ludzkie pełne jest niechcianych doœwiadczeń, których przyczynš byli inni ludzie. Nie wszystko przecież, co stanowi naszš historię było miłe i dobre i mamy o to żal, bo w jakiœ sposób zostaliœmy przez to skrzywdzeni. Wiele też naszych własnych złych czynów chcielibyœmy wymazać z pamięci swojej i osób nimi dotkniętych. Jednak człowiek nie ma takiej władzy, dlatego niekiedy nawet długie lata potrafi nosić w sercu nienawiœć czy to do innych, czy do samego siebie…

            Franciszek też nie był wolny od takich doœwiadczeń. Jak sobie  z nimi poradził?  - zapraszamy do lektury...

 

 

Z franciszkańskim pozdrowieniem: Pokój i dobro!

Siostry Wspomożycielki Dusz Czyœćcowych


 

 

 

 

 

 

 

SŁODYCZ NAWIEDZENIA

 

            Franciszek wrócił do Asyżu, ale pytania ze Spoleto głęboko "przeorały" jego serce, nie mógł o nich zapomnieć. Otrzymał obietnicę, że wkrótce zostanie mu wyjawione, co dalej ma robić więc czekał. Był jak ziemia gotowa do przyjęcia ziarna, ale Siewca nie przychodził... I może właœnie dlatego Franciszek nie zachowywał się na przygotowanej przez siebie uczcie tak, jak kiedyœ. Szedł na samym końcu pogršżony w głębokiej zadumie, bo też miał o czym rozmyœlać... Nie w głowie były mu œpiewy, już go nie bawiły, bo i dawny styl życia już go nie pocišgał... Zapewne zastanawiał się nad swojš nieciekawš sytuacjš. Niby Pan pochwycił jego serce, ale teraz gdzieœ się ukrył... Jak długo trzeba będzie czekać na Jego drugie słowo? A może wszystko było tylko złudzeniem, może to jedynie bujna wyobraŸnia, może niepotrzebnie zawracał z drogi do Apulli?

            Takie i inne wštpliwoœci nasuwajš się każdemu, kto po jakimœ dotknięciu łaski Bożej - choćby w czasie rekolekcji czy pielgrzymki - wraca w swoje œrodowisko. Pamięć nie pozwala wymazać tego, co tak poruszyło nasze wnętrze, że postanowiliœmy odtšd słuchać głosu Pana. Ale jednoczeœnie nie bardzo wiemy jak się do tego zabrać, w którš stronę się zwrócić. Na pewno trzeba coœ zmienić, ale co i jak? W domu, w szkole ci sami ludzie, tylko my jacyœ dziwni, jakby nieobecni..., czekamy na coœ, co nawet trudno racjonalnie uzasadnić albo w miarę jasno nazwać,  a to wcišż nie przychodzi...

            Pan Bóg jednak ma swojš okreœlonš pedagogię - nieco innš niż ludzka i dlatego nie zawsze jš rozumiemy. On wie najlepiej, kiedy zrobić kolejny krok... Wie, że najpierw trzeba człowieka rozsmakować w ciszy, w milczeniu; trzeba skłonić do refleksji, do stawiania pytań; wzbudzić tęsknotę za ponownym doœwiadczeniem bliskoœci Boga; rozniecić pragnienie głębszego życia... A na to trzeba czasu...

            Do tak spragnionej dotknięcia duszy Pan Bóg ma już wtedy swobodny dostęp. Gdy serce jest gotowe na spotkanie, wtedy nawet panujšcy wokół zgiełk nie może stanšć na przeszkodzie. Najważniejsza jest cisza w sercu człowieka. To co dzieje się obok nie ma znaczenia.

            Widać to wyraŸnie na przykładzie Franciszka. Przecież jego przyjaciele zachowujš się bardzo głoœno, a on, jakby wcale tego nie słyszšc, pogršża się w zadumie, i właœnie wtedy - na ulicy - nawiedza go Pan. Miłoœć Boża bardzo "mocno" zawładnęła Franciszkowš duszš, bo jak zapisali biografowie: "Słodycz tak cudowna napełniła jego serce, że nie mógł ani mówić, ani poruszać się [...], jak sam póŸniej wyznał, nawet gdyby cięto go na kawałki, nie byłby w stanie ruszyć się z tego miejsca".

            Kiedy towarzysze zabawy odwrócili się i zobaczyli, że został daleko za nimi, wrócili do niego. Zauważyli, że coœ się z nim stało, ale nie wiedzieli co. Nawet do głowy im nie przyszło, że to Bóg stanšł na drodze młodego Bernardone. Zaczęli więc żartować z niego, pytajšc: "O czymże to myœlałeœ, że nie szedłeœ z nami? Być może myœlałeœ o ożenieniu się?" W odpowiedzi usłyszeli: "Powiedzieliœcie prawdę, ponieważ myœlałem o wzięciu oblubienicy szlachetniejszej, bogatszej i piękniejszej, aniżeli kiedykolwiek widzieliœcie". Oni jednak zupełnie nie zrozumieli, o czym Franciszek mówił. Nigdy nie spotkali się z kimœ takim, więc  uznali, że ta oblubienica jest tylko wytworem fantazji. Wykpili więc swego towarzysza.

            Ten schemat wydarzeń funkcjonuje do dziœ. Młody człowiek, przed którym Pan Bóg ujawni odrobinę Swego piękna, czuje się nim tak obezwładniony, tak przez nie zagarnięty, że musi się zatrzymać. Musi? Tak, bo skoro piękno natury, choćby górskich krajobrazów, może niekiedy tak zachwycić, że chciałoby się godzinami stać w jednym miejscu i je "chłonšć", to cóż dopiero piękno samego Stwórcy?... Jest to przymus wynikajšcy z fascynacji spotkanym Pięknem, z umiłowania Go, a więc pozostawiajšcy wolnoœć. Człowiek zawsze ma możliwoœć przejœcia obok...

            Co się dzieje, gdy rozpoznamy Boga i zatrzymamy się przy Nim? Zaczynamy odstawać od grona koleżanek i kolegów, bo to, co ich cieszy, wypada bardzo blado w porównaniu ze słodyczš, której doœwiadczyliœmy od Pana. Nie ma już siły przycišgania. Oni, podobnie jak przyjaciele Franciszka, kiedyœ zauważš ten dystans i upomnš się o bliskoœć. A gdy nie będziemy zainteresowani, to po prostu wyœmiejš i odejdš... I tylko myœl o tej "najpiękniejszej oblubienicy" nie pozwoli nam za nimi pobiec.

 

NAJPIĘKNIEJSZA OBLUBIENICA

 

            Uczta, w czasie której, Franciszek doœwiadczył tajemniczego i pełnego wewnętrznej słodyczy nawiedzenia, była jego ostatniš towarzyskš imprezš. Od tej chwili jego serce zwróciło się ku oblubienicy, którš było "prawdziwe życie religijne, dzięki ubóstwu szlachetniejsze, bogatsze i piękniejsze niż wszystko inne". Dziwna to oblubienica... A jednak zawładnęła całkowicie sercem Franciszka do tego stopnia, że "gardził tym wszystkim, co niedawno kochał".

            Ale czy dotšd nie był on człowiekiem religijnym? Przecież wychował się w rodzinie praktykujšcych katolików, a o matce biografowie piszš, że była bardzo pobożna... Franciszek był człowiekiem wiary, ale wiary tradycyjnej, wyuczonej, przejętej od rodziców... Brakowało w tej religijnoœci osobistej relacji z Panem Bogiem - z Bogiem żywym i prawdziwie obecnym w życiu człowieka.

            Podobnie przecież dzieje się w życiu wielu współczesnych katolików. Chodzš do koœcioła, uczęszczajš na lekcje religii, modlš się, ale brakuje temu wszystkiemu pewnej "iskry", która rozpromieniłaby tę szaroœć religijnego nawyku. Od kiedy Franciszka nawiedził Pan, już nawet nie iskra, ale wielki płomień ogarnšł jego serce. W jego blasku zaczšł zauważać swojš nędzę i marnoœć œwiatowych przyjemnoœci. Dlatego coraz częœciej poszukiwał ciszy, stawał się hojniejszy w rozdawaniu jałmużny ubogim i z coraz większym upodobaniem oddalał się na modlitwę do pewnej groty za miastem. Bóg napełniał serce Franciszka takš słodyczš, że odczuwał jakby wewnętrzny przymus szukania Jego uszczęœliwiajšcej bliskoœci, a czasami zagarnięty niš niespodziewanie modlił się nawet na ulicy i w innych miejscach publicznych.

            Nic więc dziwnego, że nie pasował już do dawnego œwiata i nie chciał płynšć z jego nurtem. Jak podaje jeden z życiorysów, Franciszek "oddalajšc się nieco od œwiatowego zgiełku, starał się zachować Jezusa Chrystusa, we wnętrzu swoim i ukryć przed ironicznymi spojrzeniami ewangelicznš perłę, którš pragnšł nabyć sprzedawszy wszystko"...

            Tak to już jest, że żaden człowiek zdobyty przez Bożš miłoœć nie krzyczy o niej wokoło, nie rozgłasza, ale najczęœciej nawet nie rozmawia o swym szczęœciu z najbliższymi przyjaciółmi. Bo jak wytłumaczyć te nagłe zmiany w sposobie życia? Jak opowiedzieć o Bogu, który nieskończenie przerasta każde, nawet najpiękniejsze słowa? Poza tym skšd można mieć pewnoœć, że ktoœ nie zniszczy szyderstwem tego, co jest tak wielkš intymnoœciš? Dlatego jedynym pragnieniem jest wtedy milczenie wobec œwiata i żarliwa modlitwa do Boga, aby wskazał co dalej robić ze swoim, tak odmienionym, życiem.

            Tak właœnie modlił się Franciszek i gdy pewnego dnia zanosił do Pana swoje błagania, usłyszał odpowiedŸ: "Franciszku, to wszystko, co kochałeœ i pragnšłeœ posiadać według ciała, trzeba abyœ uznał za godne wzgardy i nienawiœci, jeżeli chcesz znać Mojš wolę. Gdy póŸniej zaczniesz to czynić to, co wydawało ci się ongiœ miłe i słodkie, będzie dla ciebie nie do zniesienia i przykre, w tym zaœ do czego odczuwałeœ wstręt, znajdziesz wielkš słodycz i rozkosz bez miary". Co miały znaczyć te słowa? Z pewnoœciš Franciszek tego nie wiedział, ale nauczony doœwiadczeniem z radoœciš je przyjšł...

 

KRÓLEWSKA BRAMA

 

            Kiedy zatrzymamy się nieco dłużej nad Franciszkowš radoœciš, wywołanš kolejnym dotknięciem Bożej łaski, mogš nasunšć się pewne wštpliwoœci i pytania. Jak to się dzieje, że człowiek zaczyna coœ słyszeć na modlitwie? A ponadto skšd czerpie pewnoœć, że to sam Bóg przemawia we wnętrzu jego serca, że to nie sš tylko jakieœ tam jego własne wymysły? Co sprawia, że jest uległy tym tajemniczym wskazaniom? Co czyni go tak otwartym na Boże natchnienia?

            Najkrócej można by odpowiedzieć, że tym, co pozwala człowiekowi tak jasno dostrzegać obecnoœć Boga w swojej codziennoœci i być posłusznym Jego woli jest ubogie serce. Widać to wyraŸnie w historii Franciszkowego nawrócenia. Na ostatniej koleżeńskiej uczcie, w której brał udział po powrocie ze Spoleto, Bóg ukazał mu ubóstwo jako swoisty klejnot. Dzięki niemu prawdziwe życie religijne, którego pod wpływem łaski zapragnšł młody Bernardone, miało być szlachetniejsze, bogatsze i piękniejsze...

            Dzięki ubóstwu bogatsze? Dziwnie to brzmi i jakby trochę nielogicznie, a jednak... Okazuje się bowiem, że nie ma innej drogi do Pana Boga niż przez ubóstwo. Trzeba je tylko dobrze zrozumieć i nie kojarzyć z nędzš, ale raczej z wolnoœciš, dyspozycyjnoœciš i hojnoœciš ludzkiego serca wobec Boga oraz drugiego człowieka.

            Ku takiemu ubóstwu dšżył Franciszek - choć w sposób jeszcze bardzo niedoskonały i mało œwiadomy - gdy, jak piszš jego biografowie, zaczšł stawiać na stole o wiele więcej chleba niż to było potrzebne do posiłku, aby być przygotowanym na udzielenie go biednym. Ponadto postanowił sobie, że z miłoœci do Boga będzie wynajdywał ubogich i z wielkš hojnoœciš ich obdarowywał. Pojechał też na pielgrzymkę do Rzymu, gdzie nawet przebrał się w żebracze łachmany i przed bramš œwištyni prosił przechodniów o wsparcie. I choć dalekie były te młodzieńcze porywy Franciszkowego serca od idei prawdziwego ubóstwa, to jednak żłobiły w jego wnętrzu miejsce dla Bożych łask. Dlatego potrafił już je rozpoznawać, przyjmować i cieszyć się nimi.

            Z pewnoœciš Panu Bogu nie przeszkadza to, że młody człowiek wiele rzeczy czyni bardziej z czystej spontanicznoœci niż z dojrzałej decyzji służenia Bogu i bliŸniemu. Nie tylko nie przeszkadza, ale - jak to widać na przykładzie Franciszka - miła jest Mu taka postawa, bo choć jeszcze nie w pełni dojrzała, otwiera na wyższe dobra i wartoœci. Wiemy przecież, że Franciszek przed wyprawš do Apulii słynšł z rozrzutnoœci. Dzięki bogatemu ojcu dysponował dużymi pieniędzmi, wydajšc je na same tylko przyjemnoœci - np. stroje czy zabawy. Natomiast po powrocie stał się hojny w rozdawaniu jałmużny ubogim. Tak więc widać wyraŸnš przemianę w jego sposobie myœlenia i działania. Odwraca się od własnych potrzeb, aby zaradzić czyjejœ biedzie.

            Tak właœnie działa łaska Boża, gdy człowiek zechce jš wpuœcić do swojego serca. Stopniowo uwalnia od tego wszystkiego, co może przeszkadzać w sięgnięciu po prawdziwe bogactwo - po samego Boga. Stšd każdy, kto pragnie wkroczyć na drogę autentycznego nawrócenia musi pozbyć się przywišzania do dóbr doczesnych, musi przejœć przez bramę ubóstwa. O tej koniecznoœci poucza nas Jezus Chrystus, na kartach Ewangelii Œwiętej, w bardzo znamiennych słowach: "Jakże trudno wejœć do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładajš ufnoœć. Łatwiej jest wielbłšdowi przejœć przez ucho igielne, niż bogatemu wejœć do królestwa Bożego" (Mk 10, 24-26).

            Œledzšc dalsze losy Franciszkowego odkrywania woli Bożej, odkrywania drogi powołania, zobaczymy, jak bardzo głęboko ten Asyski Młodzieniec rozmiłuje się w ubóstwie. Aż tak bardzo, że przylgnie do niego, niczym drugie imię, włoskie okreœlenie: Poverello - Biedaczyna. Zobaczymy też, że odkšd Franciszek zapragnšł poœlubić prawdziwe życie religijne, uszlachetnione, ubogacone i upiększone klejnotem ubóstwa, każdy następny dotyk Bożej miłoœci, będzie wprowadzał go na drogę coraz doskonalszego ogołocenia. Nie na drogę nędzy jednak, ale coraz pełniejszego otwarcia na duchowe bogactwa wiary oraz na drogę ufnego powierzania swojego życia dłoniom dobrego Boga.

            Tak więc, po spotkaniu z Chrystusem w Spoleto, kiedy to w tajemniczym głosie Franciszkowe serce rozpoznało prawdziwego Pana, przyszedł czas na kolejny etap. Też niełatwy, bo zaprawiony goryczš niemiłego spotkania...

 

SPOTKANIE Z TRĘDOWATYM

 

            Wielu ludzi spotykał Franciszek w swoim życiu. Miał przyjaciół, znajomych, stykał się z klientami w sklepie ojca... Jednak po ostatnich dotknięciach Bożej łaski coraz bardziej lubił przebywać sam, gdzieœ poza miastem, poza zgiełkiem dnia. Musiał mieć czas i przestrzeń ciszy, aby głębiej zastanowić się nad zapowiedziš przemiany, która miała się w nim dokonać. Urzšdzajšc konne przejażdżki zapewne przychodziły mu na myœl usłyszane na modlitwie słowa, że to, co dotšd było dla niego miłe stanie się wstrętne, a to, do czego czuł odrazę przemieni się w słodycz. Co to miało znaczyć? - Franciszek tego nie wiedział...

            Pewnego dnia jechał konno drogš pod Asyżem, gdy nagle wyrwał go z zadumy dŸwięk kołatki trędowatego. W czasach Franciszka ta choroba była czymœ w rodzaju współczesnego AIDS. Budziła lęk, bo nie znano na niš lekarstwa, bo łatwo było się niš zarazić - np. przez dotyk. Budziła trwogę, bo trędowaci byli usuwani na margines życia społecznego i skazani na powolne umieranie w ogromnych cierpieniach. Nie wolno im było nigdzie pracować, więc żyli w ogromnej nędzy, liczšc jedynie na jałmużnę ludzi zdrowych.

            Franciszek był ze swej natury człowiekiem wrażliwym na ludzkie cierpienie. Często wspierał trędowatych, ale nigdy nie czynił tego osobiœcie. Zawsze szukał jakiegoœ poœrednika. Widok tych "cuchnšcych, żywych trupów" był mu tak przykry, że omijał trędowatych z daleka. Niekiedy jednak był zmuszony przejeżdżać koło ich mieszkań. Wówczas odwracał twarz w drugš stronę, żeby na nich nie patrzeć i dłońmi zatykał sobie nos, żeby nie czuć odoru gnijšcego ciała.

            Tym razem był zbyt zamyœlony, żeby w porę dostrzec niemiłego przechodnia, ale miał jeszcze szansę odwrotu. Wystarczyło spišć konia ostrogami i powstrzymujšc na chwilę oddech, szybko odjechać, oddalić się na bezpiecznš odległoœć, i jeszcze szybciej wyrzucić z pamięci to przykre spotkanie i zajšć się czymœ przyjemniejszym. Jednak uczynił   inaczej...

            Biografowie piszš, że Franciszek, "zadajšc sobie gwałt, zsiadł z konia i dał trędowatemu wsparcie, całujšc go w rękę. Otrzymawszy zaœ od niego pocałunek pokoju wsiadł na konia i kontynuował swojš przejażdżkę. Gdy się oddalił, poznał prawdziwoœć Bożej obietnicy; co było dla niego tak gorzkie niegdyœ, a mianowicie widok i kontakt z trędowatymi, zostało zamienione w słodycz."

            Dlaczego Franciszek nie uciekł? Dlaczego nie odwrócił twarzy? Więcej! - skšd mu przyszło do głowy, żeby całować trędowatego? Mógł mu przecież dać pienišdze i odjechać... Niełatwo znaleŸć odpowiedzi na te pytania, bo zachowanie Franciszka było zupełnie nieracjonalne, wręcz nierozsšdne. Mógł przecież zarazić się tršdem i stać się jednym z tych, którymi dotšd tak się brzydził...

            Musimy więc nieco dłużej zatrzymać się przy tym wydarzeniu. Pamiętamy, że przemiana goryczy w słodycz była warunkiem poznania woli Bożej. Było tam wyraŸne zastrzeżenie: "Jeżeli chcesz znać mojš wolę..." Franciszek chciał, a więc Pan Bóg dał mu możliwoœć przejœcia przez to doœwiadczenie. Stworzył mu warunki do tego, aby uœwiadomił sobie swoje własne uczucia wobec trędowatych i przełamał wstręt, aby została usunięta bariera, która dotšd przeszkadzała Franciszkowi w pełnym otwarciu się na Boga. Ale co ma wspólnego trędowaty z Bogiem? Otóż wiemy, że Bóg mieszka w sercu każdego człowieka. Jeżeli wstrętny jest nam choćby jeden z ludzi, Bóg nie będzie mógł być przez nas w pełni przyjęty. Pozostanie odrzucony, pominięty, znienawidzony w tej właœnie jednej osobie, w tej jednej ludzkiej twarzy. Mówišc "nie" na spotkanie z człowiekiem, mówimy "nie" spotkaniu z Bogiem...

            Skoro tak, to może warto by w tym miejscu Franciszkowej historii spróbować odnaleŸć swoje własne życie? Często przecież uskarżamy się, że nie rozumiemy tego, czego Bóg od nas chce. Zastanawiamy się dlaczego spotykajš nas różne cierpienia? Dlaczego innym się dobrze wiedzie, choć nie chodzš do koœcioła? Dlaczego właœnie nam zawsze jakoœ pod górkę? A może gdzieœ na drodze naszego codziennego życia stoi jakiœ trędowaty? Może jest jakaœ niemiła rzeczywistoœć, którš od dawna obchodzimy z daleka, której nie chcemy zobaczyć, z którš nie chcemy się spotkać? Może nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że odwracamy ze wstrętem głowę od kogoœ, kogo trzeba zauważyć i... ucałować…

 

TRĽDY NASZEGO ŻYCIA

 

            Wcale nie tak łatwo je odnaleŸć, bo nawet nie myœlimy, że jest to takie ważne. Przecież każdy z nas ma jakieœ sympatie i antypatie, a poza tym wiadomo, że nie jesteœmy w stanie wszystkich i wszystkiego lubić. Uważamy to za normę i dlatego zbytnio nie angażujemy się w analizowanie naszych odniesień do Pana Boga, do siebie samych, do innych ludzi czy też do otaczajšcego nas œwiata. Jakoœ tam sobie żyjemy. Jednak na dłuższš metę samo „jakoœ tam” nie wystarczy… W końcu przyjdzie taki moment, gdy jak Franciszek zapragniemy głębszego niż dotšd życia i wówczas trzeba będzie spotkać się z tym wszystkim, co dotychczas omijaliœmy z obrzydzeniem.

            Jak rozpoznać trędowatego lub tršd? Może w naszym życiu ich nie ma? Może ten problem akurat mnie nie dotyczy? W poszukiwaniu odpowiedzi najlepiej zaczšć od zadawania sobie kolejnych pytań: co napełnia mnie goryczš, zniechęceniem?, czy jest ktoœ taki, kogo nienawidzę; z kim nie chcę się spotykać, rozmawiać, kogo nie akceptuję, a nawet nie toleruję ani jego poglšdów, ani obecnoœci, ani tym bardziej bliskoœci?, czy jestem zadowolony z tego co robię, z tego jak wyglšdam, z tego kim jestem i jaki jestem, jakich mam rodziców?, czy podobam się sobie samemu?, czy z przyjemnoœciš każdego ranka spoglšdam w lustro?

            Gdy, w kontekœcie tych i innych podobnych pytań, przyjrzymy się dokładniej naszym relacjom z ludŸmi szybko dostrzeżemy tych, którzy sš naszymi trędowatymi. Najłatwiej rozpoznamy ich w innych ludziach, do których czujemy niechęć i wstręt, którzy stanowiš dla nas jakieœ zagrożenie, jak np.: w rodzicu uzależnionym od alkoholu, w złoœliwym nauczycielu, w agresywnych kolegach, w pozbawionych skrupułów koleżankach.

            O wiele trudniej zobaczyć trędowatego w sobie. Wolimy nie mówić, ani też myœleć o tym, co nas odrzuca od nas samych, bo to męczy, bo jest nam z tym Ÿle... Spychamy więc wszystko w jakiœ ciemny kšt i mamy nadzieję, że kiedyœ sprawa sama się rozwišże, że kiedyœ ten problem zniknie. Uciekamy jak najdalej od tego, co boli - w cokolwiek: w zabawę, naukę, używki, imprezy - aby choć trochę poczuć się wolnym od ciężaru własnego istnienia. Niestety zazwyczaj bywa odwrotnie - problemy urastajš do takich rozmiarów, że już nie wiadomo, gdzie je pomieœcić, wszędzie ich pełno… Trzeba z nimi coœ zrobić, ale ani nie wiadomo co, ani w jaki sposób, jak więc dalej żyć?

            Jeszcze innym tršdem, który domaga się dotknięcia może być grzech nasz własny lub kogoœ innego. Tutaj często mamy największe problemy. No może jeszcze grzechy innych łatwiej jest zobaczyć, bo to właœnie one czyniš ludzi tymi obcymi, niemiłymi, a niekiedy ohydnymi w naszych oczach. Gorzej z wykryciem własnych przewinień, z utożsamieniem się z mianem grzesznika czyli z kimœ nieczystym - z trędowatym. Łatwiej jest kogoœ obarczyć winš za swoje nieszczęœcia niż przyznać się do swoich własnych błędów.

            Tymczasem, sięgajšc do Franciszkowej historii życia, należy zauważyć bardzo istotny szczegół. Zanim młody Bernardone złożył pocałunek na dłoni trędowatego musiał zadać sobie gwałt i zsišœć z konia. Gwałt to słowo, które nie niesie ze sobš żadnych miłych skojarzeń. Jest  z nim zwišzane cierpienie, a więc nie było Franciszkowi łatwo przełamać obrzydzenia, postšpić zupełnie wbrew swojej naturze, ale jednak to uczynił. Potem zsiadł z konia, stajšc na tej samej płaszczyŸnie, co trędowaty i ucałował go. Już nie patrzył na niego z góry, jako ktoœ zdrowy, szlachetny, czysty. Stanšł naprzeciw, jak równy z równym. On też był trędowaty, tyle że nie na ciele - jak sam póŸniej wyznał w Testamencie: „Gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to co wydawało mi się gorzkie, zamieniło mi się w słodycz duszy i ciała”.

            Franciszek bardzo potrzebował tego spotkania, żeby zrozumieć jak bardzo jego serce zarażone było groŸniejszym tršdem niż choroba ciała - pragnieniem wielkoœci, które chciało rozminšć się z prawdš o autentycznym wielkim życiu, w którym nie można odepchnšć żadnego człowieka, nawet najbardziej odrażajšcego. Dlatego przez zetknięcie z człowiekiem, który dotšd był mu wstrętny, został wprowadzony w samo centrum swojego wewnętrznego nieładu. Gdy stanšł twarzš w twarz z trędowatym, gdy dotknšł jego gnijšcego ciała i udzielił jałmużny, zauważył, że tym obdarowanym jest on sam...

 

PRAWDZIWIE UZDROWIONY

 

            Kto uzdrowiony? Ten chory na tršd, którego Franciszek po raz pierwszy potraktował jak równego sobie, a nawet kogoœ zacniejszego, bo w tamtych czasach w rękę całowało się kogoœ godniejszego od siebie? Nie. ródła biograficzne nic nie mówiš na ten temat. Trędowaty pozostał trędowatym, ale zmienił się młody Bernardone. Bóg uzdrowił wszystkie jego zmysły: wzrok, słuch, powonienie, dotyk. Już nie odwracał głowy na widok takich ludzi, nie omijał ich by przypadkiem nie poczuć przykrego zapachu, nie wzdrygał się na dŸwięk kołatki trędowatego, ale udał się tam, gdzie było ich wielu i opatrywał im rany: „wzmocniony łaskš Bożš do tego stopnia spoufalił się  z trędowatymi i stał się ich przyjacielem, że - jak œwiadczy w swoim Testamencie - pozostał wœród nich i pokornie im służył”. Opatrywał im rany i każdego całował w rękę!

            To wydarzenie jasno przedstawia nam prawdę o przyjęciu tršdów naszego życia. Naszym zadaniem jest zrobić ten jeden mały czyn - przemóc siebie i stanšć naprzeciw tego, co jest mi wstrętne, niemiłe, obrzydliwe i dotknšć!. Dotknšć spraw, które dotšd omijaliœmy z daleka. Dotknšć - to znaczy przyjšć fakt, że sš i ponadto stanowiš częœć tego œwiata, w którym dane mi jest żyć. Ta przykra rzeczywistoœć nie zmieni się przez moje dotknięcie, bo np. ojciec pozostanie alkoholikiem do końca życia, bo nikt nie cofnie czasu i nie zmieni mojej historii życia, bo zło które być może zostało przeze mnie zasiane rozrosło się już w potężne drzewo, bo…

            Dotyk uzdrawia tych, którzy dotykajš, a więc nas samych. Dlatego Pan Bóg chce byœmy dotykali swoich trędowatych. Każdego z nas - jak Franciszka - to On sam wprowadza między nich, umacniajšc przy tym swojš łaskš. Bez niej - nie łudŸmy się - nie bylibyœmy w stanie służyć tym, którzy zagrażajš naszemu życiu w tak realny sposób jak ta choroba, którš Franciszek mógł się zarazić i podzielić los swoich nowych, odrzuconych na margines społeczny przyjaciół.

            Ucałowanie tršdów sprawia zmianę sposobu ich widzenia. Odzyskujemy Boży wzrok: przecież zarówno i my sami, jak i ci, którzy w jakiœ sposób nas skrzywdzili, sš dziećmi tego samego Boga! On patrzšc na nas wszystkich mówi: jak dobrze, że jesteœ! Nikogo nie pomija, nikim się nie brzydzi, od nikogo nie odwraca swojego Boskiego Oblicza, ale dla zbawienia wszystkich poœwięcił życie swojego umiłowanego Syna.

            Bóg najpierw uczynił dla nas to, czego my boimy się najbardziej - umarł. Wczeœniej jednak wzišł na siebie wszystkie nieczystoœci œwiata, wszystkie grzechy, wszystkie tršdy, całe zło wszelkiego ludzkiego grzechu. Cała obrzydliwoœć œwiata spadła na nieskalanie czystego i niewinnego Jezusa Chrystusa i dlatego czytamy o Nim w Księdze Izajasza: „Nie miał On wdzięku, ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglšdu, aby się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mšż boleœci, oswojony z cierpieniem, jak ktoœ, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, że mieliœmy Go za nic” (53,2-3).

            Jakże nam ten opis pasuje do trędowatego, od którego młody Bernardone odwracał swojš twarz!  Bo rzeczywiœcie to On jest Trędowatym, On jest tym Nieczystym… Dlatego dalej Prorok pisze jak to możliwe, żeby Bóg był trędowaty: „Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dŸwigał nasze boleœci, a myœmy Go za skazańca uznali. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscyœmy pobłšdzili jak owce, każdy z nas obrócił się ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich” (Iz 53, 2-6).

            Wszyscyœmy pobłšdzili - podkreœla Izajasz. Wszyscy - bez wyjštku i dlatego nikt z nas nie ma prawa uważać się za lepszego od innych. Wszyscy jesteœmy grzeszni i właœnie dlatego Franciszek zsiadł z konia. Może zrozumiał - choćby wtedy jeszcze nie tak jasno - że tak wyglšda Chrystus w tym właœnie człowieku. Tak wyglšdam ja w oczach Chrystusa, gdy jestem w grzechach i On nie boi się mnie dotknšć (Mt 8, 1-4).

            Każdy, kto zbliżył się do Boga, pozwalajšc Mu zadziałać w swoim życiu, będzie wprowadzony między trędowatych, aby w zetknięciu z nimi zobaczył kim sam jest i poznał, że każdy „człowiek jest tylko tym, czym jest w oczach Boga, niczym więcej”.

            Dopiero tak przemienieni łaskš Bożš jesteœmy w stanie spotkać się z „chorš osobš” albo z jakšœ „chorš rzeczywistoœciš” naszego życia i nie uciec…

            Ale czy Pan Bóg chce, abyœmy ucałowali grzech, który przecież odłšcza nas od Jego łaski, krzywdzi nas samych i innych ludzi? Czy żšda tego, abyœmy rzucili się w ramiona rodzica, który np.: - jak opowiadała jedna z dziewczšt - po pijanemu złamał jej rękę, mszczšc się w ten sposób za zawiadomienie przez niš policji, gdy bił jš i jej matkę? Jak tu powiedzieć do takiego człowieka: dobrze, że jesteœ?! Komu przeszło by to przez gardło? Na pewno nie tej dziewczynie! Więc czego żšda Bóg stawiajšc nas w obliczu tršdu?

            Zacznijmy od tego, że wszystko, co On stworzył jest dobre, a więc także ja i ten oto trędowaty dla mnie człowiek. Więcej! Istnienie każdego z nas jest realizacjš odwiecznego zamysłu Boga i stanowi częœć niepojętego dla nas dzieła stwórczego. Bóg kochajšc człowieka, który nosi na sobie zmazę grzechu pierworodnego, przestrzega go, uœwiadamiajšc mu jego słaboœć: „jeżeli zaœ nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie” (Rdz 4,7). Nawet jeżeli kolejny raz Go nie posłucha i podobnie jak w Raju ulegnie złu, choć wstrętna Mu jest ludzka nieprawoœć, nie może przestać kochać tych, których z miłoœci powołał do istnienia. Będzie o nich walczył, aby się nawrócili i mieli życie wieczne.

            Tak więc, Pan Bóg, patrzšc na trędowatych - czyli na każdego z nas - mówi: dobrze, że jesteœ, ale niedobrze, że właœnie taki jesteœ!, że tak daleko odszedłeœ od obrazu, na wzór którego cię stworzyłem!… A gdy nas samych wprowadza między trędowatych nie chce, abyœmy umiłowali tršd, bo nawet jako choroba ciała jest on wstrętny i wymaga leczenia. Pan Bóg pragnie tylko tego, abyœmy tak, jak On, przyjęli za dobre istnienie każdego człowieka, nie ze względu na jego czyny (bo na miłoœć nimi nie zasłużył), ale dlatego, że tak jak i my jest on dzieckiem Bożym. Nie muszę więc rzucać się na szyję komuœ, kto mnie zgwałcił, ale nie mogę nim gardzić, nie mogę wyrzšdzać mu zła. Œwięty Franciszek będzie pouczał póŸniej w swoich Pismach: „jeżeli już nie możesz kogoœ kochać, to przynajmniej nie czyń mu zła”...

            Trzeba jednak jeszcze raz podkreœlić, że do takiej postawy potrzebne jest wczeœniejsze otwarcie na działanie Bożej łaski w naszych sercach. Pamiętajmy, że gdy Franciszek spotyka trędowatego, ma już wczeœniej przemienione serce i całym tym sercem zwrócony jest ku Panu, modli się, wspiera ubogich, pragnie poznać wolę Bożš, co do swojego życia. Dlatego i my również musimy najpierw przyjšć Boga, aby móc przyjšć człowieka… Tylko Jego mocš w swoim przeœladowcy możemy ujrzeć potrzebujšcego pomocy człowieka. Tylko czerpišc ze Ÿródła Jego miłoœci jesteœmy w stanie zatroszczyć się o życie wieczne tego, kto być może zamienił nasz życie w koszmar. Przypomina mi się tutaj wyznanie pewnego młodzieńca, który występował w jednym z programów telewizyjnych. Gdy zapytano go, co czuje do swojego ojca, który całe życie go maltretował, płaczšc powiedział: „Nienawidzę go i wolałbym, żeby nie żył!”.

            Dlaczego musimy pojednać się z takimi ludŸmi? Czy nie można inaczej? Czy nie da się być szczęœliwym pomijajšc to, co jest tršdem? Czy nie wystarczy nam sam Jezus i Jego miłoœć? Niestety nie, bo - jak napisał w 1Liœcie œw. Jan Apostoł: „Jeœliby ktoœ mówił: ‘Miłuję Boga’,  a brata swego nienawidził, jest kłamcš, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaœ mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też   i brata swego” (4, 20-21).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powołał mnie Pan.

Œwiadectwa

Sióstr Wspomożycielek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROSIŁAM MARYJĘ...

 

            Nie pamiętam dokładnie kiedy zrodził się we mnie "pomysł", aby zostać siostrš zakonnš, ale na pewno byłam wtedy uczennicš szkoły podstawowej. Potem jako nastolatka bardzo chciałam pomagać ludziom, a szczególnie młodzieży samotnej, pogubionej, z rodzin dotkniętych jakšœ patologiš. Wydawało mi się, że swoje marzenia najlepiej zrealizuję w życiu zakonnym. Miałam tylko jeden problem - nie chciałam nosić habitu, żeby nie wyróżniać się spoœród innych ludzi. Mimo usilnych poszukiwań nie znalazłam zgromadzenia bezhabitowego. W œrodowisku, w którym dorastałam (mała wioska w województwie lubelskim), było czymœ niespotykanym, żeby siostry nosiły strój œwiecki. Kiedy już wydawało mi się, że inaczej ułożę sobie życie, coraz bardziej pragnęłam zbliżyć się do Boga, chciałam poznawać Go i kochać. Wtedy też, jakby z nowš siłš, odrodziło się we mnie pragnienie bycia siostrš dla wszystkich ludzi, a jednoczeœnie wyłšcznš własnoœciš Boga.

            W wakacje, po ukończeniu szkoły podstawowej, pojechałam razem z rodzinš do Częstochowy - na Jasnš Górę. W tym szczególnym miejscu, przy obrazie Matki Bożej, na nocnym czuwaniu z dziecinnš naiwnoœciš i prostotš prosiłam Maryję, żeby wskazała mi zgromadzenie przeznaczone dla mnie. Gdy rano wróciłam do naszego samochodu, moja mama dała mi folder Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych. Byłam bardzo zaskoczona, a jednoczeœnie szczęœliwa, gdy okazało się, że jest to zgromadzenie bezhabitowe. Ten zbieg okolicznoœci odczytałam jako odpowiedŸ Matki Bożej na mojš proœbę.

            Wkrótce napisałam swój pierwszy list z proœbš o informacje jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać siostrš wspomożycielkš. Wraz z odpowiedziš otrzymałam zaproszenie do Sulejówka. PóŸniej przez trzy lata jeŸdziłam na rekolekcje powołaniowe, przyglšdałam się życiu sióstr i coraz bardziej byłam przekonana, że właœnie tutaj jest mój dom.

            Po ukończeniu szkoły chciałam wstšpić do zgromadzenia i byłam przekonana, że nic mi nie jest w stanie w tym przeszkodzić. Tymczasem trzy miesišce przed końcem roku szkolnego uległam wypadkowi. Jednak pragnienie zwyciężyło nad rozsšdkiem i przyjechałam do postulatu. Niestety już po dwóch miesišcach musiałam wrócić do domu, aby kontynuować leczenie i rehabilitację. Minęło pół roku zanim ponownie rozpoczęłam postulat. Powtórna decyzja była bardzo trudna. Przekonały mnie słowa siostry mistrzyni: "Jeżeli Bóg dał Ci łaskę powołania, możesz jš odrzucić, ale jesteœ za niš odpowiedzialna".

            Skończyłam szczęœliwie pierwszy etap formacji i zostałam przyjęta do nowicjatu. Wtedy pojawiła się kolejna próba - moja mama bardzo ciężko zachorowała. Doœwiadczyłam ogromnego trudu trwania przy Chrystusie. Przez cały okres choroby mamy dręczyły mnie myœli, że bardziej jestem potrzebna w domu niż w zgromadzeniu. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, że mojej rodzinie najbardziej była potrzebna modlitwa, a nie moja fizyczna obecnoœć...

            Obecnie mam 27 lat. W lipcu 2002 r. w Sulejówku złożyłam œluby wieczyste i jestem ogromnie wdzięczna Panu Bogu za dar powołania.

 

s. Urszula

 

**************

 

PRAGNĘŁAM MODLIĆ SIĘ ZA RODZICÓW...

 

Doskonała miłoœć bliŸniego dšży do służenia innym.

 

. Honorat KoŸmiński

 

Wszystkie lata, które spędziłem w zakonie, były w wielkim weselu ducha spędzone; każdy dzień był dla mnie jakby nowš jakšœ uroczystoœciš. [...] gdybym tysišc razy żył na œwiecie, tysišc razy bym obrał to życie, a nie inne.

 

. Honorat KoŸmiński

 

            Urodziłam się w małej wiosce położonej koło Nowego Miasta nad Pilicš, ale bardzo krótko cieszyłam się beztroskim dzieciństwem. Gdy miałam siedem lat, w cišgu jednego miesišca straciłam oboje rodziców. Zmarli na tyfus, bo w tamtych czasach była to choroba œmiertelna. Rozstanie przeżyłam bardzo boleœnie. Mimo okazywanej mi przez najstarszš siostrę troski i miłoœci tęskniłam za nimi. Dlatego często chodziłam na cmentarz i tam, płaczšc prosiłam, aby zabrali mnie do siebie...

            O zakonie zaczęłam myœleć w piętnastym roku życia. To były lata pięćdziesište. Niewiele wówczas informacji o siostrach docierało do ludzi i dlatego mało o nich wiedziałam - jedynie to, że nie wychodzš za mšż i dużo się modlš. Odpowiadało mi to, gdyż ja także nie chciałam mieć męża, lecz pragnęłam modlić się za zmarłych rodziców. Znałam dwa zgromadzenia bezhabitowe. Wybrałam Wspomożycielki ponieważ wczeœniej wstšpiła do nich moja cioteczna siostra. Opowiedziałam jej o swoim pragnieniu i moja ciocia zawiozła mnie do Nowego Miasta na rozmowę z Matkš Generalnš. Wszystko przebiegło pomyœlnie: termin został uzgodniony - miałam przyjechać już na stałe we wrzeœniu. Z listš rzeczy, które powinnam z sobš wzišć pojechałam do domu. Niestety opiekujšca się mnš, starsza siostra, która już założyła własnš rodzinę, żyła bardzo skromnie. Nie było jej stać na taki wydatek. Tak więc mimo szczerego pragnienia nie mogłam podjšć tej drogi powołania ze względów materialnych. Musiałam zrezygnować ze swoich planów. Wcale nie było mi łatwo się z tym pogodzić, więc znowu chodziłam na cmentarz do swoich rodziców i prosiłam ich o pomoc.

            Po upływie dwóch lat, gdy już prawie zapomniałam o zakonie, niespodziewanie dostałam list od jednej z sióstr Wspomożycielek, w którym nie było już wcale mowy o posagu. Ten list był tak piękny, że czytałam go chyba z dziesięć razy. Mojemu szczęœciu nie było miary, wreszcie mogłam znaleŸć się w upragnionym miejscu.

            Kilka lat póŸniej, dopiero gdy już złożyłam pierwsze œluby zakonne, dowiedziałam się komu zawdzięczam dar powołania. Cioteczna siostra Aniela, która była już Wspomożycielkš, gdy umierali moi rodzice, opowiedziała mi o przedœmiertnej proœbie mamy. Wiedzšc, że wkrótce umrze prosiła czuwajšcš przy niej Anielę, żeby modliła się, abym ja poszła do   tego zakonu, w którym ona jest. Byłam bardzo wzruszona tym opowiadaniem. Z pewnoœciš po œmierci matczyna troska o mnie też nie ustała. Będšc po tamtej stronie  życia, a zarazem bliżej Pana Boga, mogła swojš modlitwš wspierać mnie jeszcze bardziej. Jestem pewna, że to właœnie mamie powinnam dziękować najbardziej za wyproszenie łaski powołania zakonnego.

            W zgromadzeniu jestem już ponad pięćdziesišt lat i cieszę się każdym dniem, który przeżyłam jako Wspomożycielka.

 

s. Angela

 

**************

 

 

SŁUŻYĆ PANU JEZUSOWI?...

 

Tylko miłoœć boża może tak zawładnšć człowiekiem, by go przywieœć do zupełnego zapomnienia o sobie, do pragnienia wielkich ofiar i wielkich poœwięceń. . Honorat KoŸmiński

 

Dziewictwo konsekrowane jest zdolne, jak żadna inna miłoœć, otworzyć się na usługiwanie, na poœwięcenie się braciom nieznanym i potrzebujšcym posługi miłoœci, podobnej do tej, jakš  żywił do ludzi sam Chrystus.

Papież Paweł VI

 

            Urodziłam się w Krasławiu - na Łotwie. Gdy miałam dwa lata zabrano mojego ojca do wojska - był to czas wojny - i już go nigdy więcej nie widziałam. Mama została z dwójkš małych dzieci bez œrodków do życia. Dlatego też oddała nas pod opiekę babci, a sama wyjechała w poszukiwaniu pracy. Zatrudniła się w mieœcie bardzo oddalonym od Krasławia w fabryce cegieł i do domu mogła przyjeżdżać tylko raz w roku Przywoziła wtedy dla nas ubrania i tornistry do szkoły.

            Babcia troszczyła się o nas jak potrafiła, ale niejednokrotnie bieda dawała o sobie znać. Chodziłyœmy więc z babciš wczesnym rankiem do lasu na jagody i potem je sprzedawałyœmy. Podobnie robiłyœmy, gdy w lesie pojawiły się grzyby. W ten sposób udawało się nam jakoœ przeżyć.

            Babcia była osobš bardzo pobożnš, zadbała więc i o to, abyœmy były wychowane w duchu wiary katolickiej. Gdy miałam osiem lat (moja siostra siedem) przyjęłyœmy I Komunię Œwiętš, a potem przystšpiłyœmy do  Sakramentu Bierzmowania.

            Pragnienie podjęcia życia zakonnego zrodziło się w moim sercu dzięki cioci. Mieszkała ona wiele lat w Przytułku, znajdujšcym się przy naszym koœciele parafialnym. Znała Siostry Wspomożycielki, gdyż pracowały przy koœciele oraz opiekowały się chorymi. Odwiedzały również mojš ciocię i œwiadczyły jej różne usługi. Często, wracajšc ze szkoły zachodziłam tam, żeby odwiedzić ciocię. I tak pewnego dnia, gdy wstšpiłam do niej, zapytała mnie: "Helenko, czy ty chcesz służyć Panu Jezusowi?". Byłam wtedy bardzo młoda - miałam zaledwie trzynaœcie lat. Słyszšc to, rozpłakałam się i pomyœlałam sobie: jaka ta ciocia dziwna, pyta czy ja chcę służyć Panu Jezusowi, przecież każdy chciałby u Pana Jezusa służyć zamiast iœć do ludzi. To były takie czasy, że ludzie biedni służyli u bogatych, zrozumiałam więc, że chodzi o takš służbę. Siostry Wspomożycielki były bezhabitowe i dlatego nie wiedziałam, że sš zakonnicami. Nie wiedziałam też na czym polega ich życie. Widzšc moje łzy, ciocia domyœliła się, że nie zrozumiałam dobrze pytania i zaraz wszystko mi wytłumaczyła. W niedługi czas po tej rozmowie babcia zaprowadziła mnie do Sióstr Wspomożycielek. Było to 2 paŸdziernika w Œwięto Matki  Bożej Różańcowej. Zamieszkałam u Sióstr i nadal chodziłam do szkoły. Do postulatu przyjęto mnie za rok. Po uzyskaniu końcowego œwiadectwa szkolnego wyjechałam do Polski i w Warszawie rozpoczęłam nowicjat.

            Jestem Wspomożycielkš już siedemdziesišt lat i wcišż bardzo podoba mi się służba u Pana Jezusa, i jestem bardzo wdzięczna swojemu Panu, że właœnie tš drogš powołania mnie prowadzi.

s. Helena Donata

 

**************

 

PAN BÓG CIĘ ZAPRASZA...

 

            Jestem jedynym dzieckiem moich rodziców. Miałam brata, ale zmarł po czterech dniach od urodzenia. Pochodzę z rodziny wierzšcej, ale praktykujšcej tylko w niedzielę i to nie zawsze. Jeœli chodzi o moje życie religijne, to bardzo dużo zawdzięczam mojej babci. To właœnie ona nauczyła mnie modlitwy. Z niš najwięcej rozmawiałam o sobie i o różnych ważnych dla mnie sprawach.

            Gdy skończyłam szkołę œredniš, przyszedł czas wyboru dalszej drogi życiowej. Nie wiedziałam co mam dalej robić. Złożyłam więc dokumenty na studia i przystšpiłam do egzaminów, ale moje starania poszły na marne. Nie dostałam się. Było mi z tym bardzo ciężko. Kiedyœ, siedzšc w domu, włšczyłam radio. Akurat była Msza œwięta. Od tego czasu częœciej włšczałam katolickie radio, a któregoœ dnia pomyœlałam, że zamiast słuchać Mszy w radiu mogłabym po prostu pójœć na niš do koœcioła i poszłam. Poczułam się tam bardzo dobrze, polecałam Panu Bogu moje życie, pytałam co mam czynić. Gdy żadna odpowiedŸ nie przychodziła, zaczęłam jeszcze gorliwiej się modlić. Przychodziły mi do głowy różne myœli, również i o powołaniu do  życia zakonnego...

            Po pewnym czasie okazało się, że jednak jestem wpisana na listę studentów i od pierwszego paŸdziernika mam rozpoczšć rok akademicki na pierwszym roku studiów. O dziwo ta wiadomoœć wcale mnie nie ucieszyła, bo jakiœ wewnętrzny głos wzywał mnie do czegoœ innego. Coraz wyraŸniej słyszałam w swoim sercu wołanie Chrystusa "PójdŸ za Mnš". Wtedy też babcia zaproponowała, żebym poszła z niš do koœcioła na nabożeństwo Odnowy w Duchu Œwiętym z całonocnym czuwaniem. Z radoœciš przyjęłam tę propozycję. Podczas tego nabożeństwa wiele osób składało œwiadectwa wiary, uzdrawiajšcego Bożego działania w ich życiu. Ja nie podeszłam do ambonki, bo nie doœwiadczyłam aż tak namacalnie działania Boga.

            Pod koniec czuwania, do ambonki podszedł także ojciec, który przewodniczył temu nabożeństwu. Powiedział, że jest między nami osoba, która szuka swojej drogi życiowej i prawdopodobnie w tej intencji ofiarowała udział w tym nabożeństwie. Mówił dalej, że "Pan Bóg chce jš zaprosić do siebie, chce by Mu służyła". Wiedziałam, że to chodzi o mnie, ale się nie przyznałam. Długo jeszcze po powrocie do domu z nikim o tym nie rozmawiałam. Jednak po pewnym czasie postanowiłam powiedzieć to mojej babci, do której miałam bardzo duże zaufanie.

            Wieczorem babcia zadzwoniła do mnie, ale nie zdšżyła mi nic konkretnego przekazać, bo komórka się rozładowała, a my nie mamy stacjonarnego telefonu. Nie mogłam w nocy zasnšć, bo babcia nigdy do mnie nie dzwoniła. Wiedziałam, że musiała to być jakaœ bardzo ważna sprawa. Doczekałam do rana i poszłam do niej. Okazało się, że spotkała znajomš siostrę zakonnš, Wspomożycielkę Dusz Czyœćcowych, która właœnie teraz prowadzi w parafii rekolekcje powołaniowe dla dziewczšt i zapisała mnie na nie. Wróciłam więc do domu po najpotrzebniejsze rzeczy i z poœpiechem poszłam do siostry.

            W sercu miałam ogromnš radoœć, choć też pewnš obawę, bo nigdy dotšd nie uczestniczyłam w takich rekolekcjach, nie wiedziałam czy podołam ich wymaganiom. Jednak słowa z nabożeństwa: "Pan Bóg chce cię zaprosić do siebie, chce abyœ Mu służyła" dodawały mi siły i odwagi. Następnego dnia rekolekcyjnego modliłyœmy się z siostrš za znajomych, za tych, którzy dzisiaj spotkajš się z Bogiem w wiecznoœci. Modlitwa ta bardzo mnie poruszyła ponieważ zawsze modliłam się za zmarłych, a nie za konajšcych. To było dla mnie coœ zupełnie nowego.

            Po zakończeniu rekolekcji poszłam do babci, żeby podzielić się swoimi przeżyciami. Będšc u niej dostałam wiadomoœć od mamy, że wczoraj zmarła moja druga babcia. Zaraz przypomniałam sobie modlitwę za tych, którzy dzisiaj odejdš do Pana. Wtedy zrozumiałam, że Bóg powołuje mnie do Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek, abym ofiarš mojego życia niosła pomoc zmarłym. Œmierć babci była dla mnie dodatkowym znakiem od Boga i odpowiedziš na pytanie: gdzie jest moje   miejsce.

            Obecnie jestem na drugim roku Nowicjatu. Jestem Panu Bogu wdzięczna za to wszystko czego we mnie dokonał i co uczyni w przyszłoœci. Proszę Go, abym potrafiła wypełnić Jego wolę i wytrwać w Jego   miłoœci do końca.

Nowicjuszka Izabela

 

**************

 

ŒWIĘTYMI BĽDCIE...

 

Zostawcie œwiatu jego pociechy, a Bogu dziękować będziecie sercem całym za drogę, na której was postawił.

. Honorat KoŸmiński

 

            W moim domu rodzinnym było prenumerowane czasopismo religijne: "Posłaniec Serca Jezusowego". Nie myœlšc jeszcze o powołaniu bardzo lubiłam czytać informacje o zgromadzeniach zakonnych. Gdy widziałam siostry zakonne, budziły we mnie zainteresowanie swojš innoœciš i tajemniczoœciš. Czasami nawet szłam za nimi, aby lepiej się przyjrzeć.

            Myœl o pójœciu do zakonu obudziła się we mnie w czasie Misji Œwiętych, które w mojej parafii prowadzili księża Jezuici. Pewne fragmenty z nauk zapadły mi głęboko w serce, jak np. cytat z Pisma Œwiętego: BšdŸcie œwięci, jak Ojciec wasz jest œwięty. Jednak z upływem lat zapomniałam o swoich pragnieniach. Żyłam teraŸniejszoœciš, dorastałam. Marzyłam o udanym życiu w małżeństwie.

            Po kilku latach, gdy w parafii były renowacje Misji, we mnie na nowo odżyło pragnienie wstšpienia do zakonu. Nie znałam żadnego zgromadzenia, więc z wielkimi obawami i lękiem opowiedziałam o swoich zamiarach księdzu Proboszczowi. On odesłał mnie do innego księdza, który dał mi adres do sióstr bezhabitowych w Warszawie. Ja raczej myœlałam o siostrach habitowych, bo innych nie widziałam, ale pojechałam w umówionym terminie na spotkanie z Przełożonš Generalnš. Ustaliłyœmy, że za dwa tygodnie mam przyjechać do domu nowicjackiego.

            Gdy wróciłam do domu, moje starsze siostry były bardzo zaskoczone tš decyzjš, jak mogły tak odradzały wyjazd do zakonu. Ja jednak kompletowałam rzeczy, które powinnam z sobš zabrać. Przed samym wyjazdem zachorowałam, miałam wysokš temperaturę, a więc musiałam zostać w domu. Termin mojego wyjazdu minšł. Nie wiedziałam co robić. Myœlałam, że może Pan Bóg nie chce, żebym szła do zakonu. Chorobę uznałam  w końcu za wyraz woli Bożej - widocznie zakon to nie było moje miejsce. Postanowiłam o tym zapomnieć, cieszyć się œwiatem i korzystać z życia. Trwało to rok czasu, ale nie czułam się szczęœliwa. Myœl o życiu zakonnym wcišż wracała.

            Pewnej niedzieli, będšc w koœciele, mojš uwagę przycišgnęła postać jednej pani, która na pewno nie była z naszej parafii. Nie znałam jej. Zainteresowała mnie, bo była bardzo skupiona, miała w swoim wyglšdzie coœ takiego, co mnie zadziwiało i pocišgało zarazem.

            Po Mszy œw. niespodziewanie zawołała mnie gospodyni ks. Proboszcza i zapytała czy chcę wstšpić do zakonu, bo na plebanii sš siostry. (Nie wiem skšd wiedziała o moich pragnieniach. Może słyszała mojš pierwszš rozmowę z księdzem Proboszczem). Gdy powiedziałam jej, że tak, zaprowadziła mnie do tej samej pani, którš widziałam w koœciele. Okazało się, że to była Matka Generalna bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych. Matka uœcisnęła mnie serdecznie i powiedziała, że już wyjeżdża, ale na urlopie zostaje jej współsiostra, z którš za tydzień mam przyjechać do Nowego Miasta n. Pilicš. PóŸniej dowiedziałam się, że Wspomożycielki i to zgromadzenie z Warszawy, do którego miałam wstšpić majš tego samego założyciela. Widocznie Pan Bóg chciał, żebym jednak była Wspomożycielkš...

            Teraz dziękuję Jezusowi za wszystkie lata trwania w powołaniu,  które nie jest łatwe, ale dla mnie coraz piękniejsze.

s. Stanisława

 

**************

 

ZGROMADZENIE SIÓSTR WSPOMOŻYCIELEK DUSZ CZYŒĆCOWYCH

/bezhabitowe/

 

            Wspomożycielki należš do wielkiej rodziny franciszkańskiej, żyjšcej według Reguły œw. Franciszka z Asyżu. Zostały powołane do życia w 1889 roku przez bł. Honorata KoŸmińskiego - kapucyna i Wandę Olędzkš.

 

            Podstawowym zadaniem zgromadzenia jest niesienie pomocy zmarłym cierpišcym w czyœćcu przez ofiarę życia zakonnego, modlitwę oraz pracę apostolskš. Wspomożycielka ma być dla wiernych przypomnieniem, że najważniejszš rzeczš dla człowieka ma być troska o życie wieczne.

 

            Formacja zakonna w zgromadzeniu rozpoczyna się postulatem. Jest to czas pogłębiania wiary oraz weryfikacji swego powołania.

 

            Dwuletni nowicjat - to okres przyswajania sobie duchowoœci i charyzmatu Wspomożycielek, wdrażanie się w życie modlitwy oraz życie we wspólnocie. Nowicjat kończy się złożeniem œlubów czasowych: czystoœci, ubóstwa i posłuszeństwa.

 

            Pięć lat junioratu, to dalsze wgłębianie się w rzeczywistoœć życia zakonnego przez modlitwę, dokształcanie, zaangażowanie w prace apostolskie w różnych wspólnotach Zgromadzenia.

 

            Uwieńczeniem tego czasu sš œluby wieczyste, które siostra składa na ręce Przełożonej Generalnej w czasie uroczystej Eucharystii.

           

            Jeżeli Bóg wlał w Twoje serce pragnienie podjęcia naszego sposobu życia i niesienia pomocy zmarłym cierpišcym w czyœćcu, by mogli osišgnšć pełnię szczęœcia, to napisz albo przyjedŸ.

           

Warunki przyjęcia do Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek:

 

*szczere pragnienie służenia Bogu w życiu zakonnym (powołanie)

*zdrowie psychiczne i fizyczne

*wiek 16 - 35 lat.

 

Bliższe informacje pod adresem:

 

DUSZPASTERSTWO POWOŁAŃ

Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych

UL. POPRZECZNA 1, 05-070 SULEJÓWEK,

tel. 0/22/783 13 64; e-mail: powolaniowka@o2.pl

 

 

**************

 

MŁODZIEŻOWE DZIEŁO POMOCY DLA CZYŒĆCA

* MDPC *

 

             To działajšca przy Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych katolicka grupa modlitewna przeznaczona dla młodzieży żeńskiej i męskiej, pragnšcej nieœć pomoc duszom czyœćcowym oraz poznawać coraz bardziej naukę Koœcioła Katolickiego na temat życia wiecznego i rzeczy ostatecznych człowieka, a więc œmierci, sšdu, życia po œmierci: nieba, czyœćca, piekła. MDPC jest częœciš tzw. Apostolskiego Dzieła Pomocy dla Czyœćca, skupiajšcego osoby wiekowo starsze niż młodzież.

 

Kim jest Członek Młodzieżowego Dzieła?

 

  - Przyjacielem Boga, troszczšc się o życie zgodne z Jego wolš.

  - Przyjacielem Koœcioła, włšczajšc się œwiadomie w jego misję przez poznawanie i rozszerzanie katolickiej nauki o życiu wiecznym. Stara się być w swoim œrodowisku œwiadkiem nadziei życia wiecznego.

  - Przyjacielem zmarłych cierpišcych w czyœćcu, niosšc im pomoc przez codziennš dowolnš modlitwę w ich intencji, uczestnictwo w życiu sakramentalnym i patrzenie z wiarš na wszystkie wydarzenia zwišzane  z życiem, przemijaniem, œmierciš. Troszczy się również o pozyskiwanie nowych członków Dzieła.

  -Przyjacielem Zgromadzenia, włšczajšc się w jego charyzmat, poznajšc jego duchowoœć i modlšc się o nowe powołania do Sióstr Wspomożycielek. Każdy poniedziałek jest dniem duchowej i modlitewnej łšcznoœci Sióstr i Członków Dzieła.

 

Patronem Młodzieżowego Dzieła jest: œw. Franciszek z Asyżu.

 

Odpowiedzialnš za Dzieło z ramienia Zgromadzenia jest jedna z Sióstr.

 

Jak włšczyć się do MDPC?

 

            Należy zgłosić swoje pragnienie niesienia pomocy zmarłym; wypełnić otrzymanš od siostry moderatorki Kartę Członka Dzieła i odesłać na adres :

 

MŁODZIEŻOWE DZIEŁO POMOCY DLA CZYŒĆCA

przy Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyœćcowych

ul. Poprzeczna 1,  05-070 Sulejówek
tel.: 022/ 487.86.08  lub kom. 0/ 698.230.430
e-mail: Mail do Sióstr