oprac. s. Anna Czajkowska, s.
Irena Złotkowska
ladami Ubogiego.
Przyjęty człowiek.
Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyćcowych
Kobyłka 2004
W serii materiałów formacyjnych MDPC
dotšd wydano:
Informator. Młodzieżowe
Dzieło Pomocy dla Czyćca.
Informator o
Zgromadzeniu: Nasz sposób życia.
W kręgu wiecznoci.
mierć, sšd, niebo, piekło, czyciec.
Jak pomagać duszom
czyćcowym? Modlitwa.
Jak pomagać duszom
czyćcowym? Odpusty.
Wiele jest dróg,
ale jedna twoja.
ladami Ubogiego.
Przemienione serce.
W przygotowaniu:
Jak pomagać duszom
czyćcowym? Post, jałmużna.
ladami Ubogiego.
Powołanie.
Materiały formacyjne przeznaczone sš
do użytku wewnętrznego Młodzieżowego Dzieła Pomocy dla Czyćca, osób zainteresowanych włšczeniem się do tej grupy, a
także jej sympatyków.
Adres Redakcji:
Młodzieżowe
Dzieło Pomocy dla Czyćca
przy Zgromadzeniu Sióstr
Wspomożycielek Dusz Czyćcowych

W TYM OPRACOWANIU:
SŁOWO
DO PRZYJACIÓŁ
HISTORIA
PEWNEGO SPOTKANIA
Słodycz nawiedzenia
Najpiękniejsza oblubienica
Królewska brama
Spotkanie z trędowatym
Tršdy naszego życia
Prawdziwie uzdrowiony
WIADECTWA
POWOŁANIA
Prosiłam Maryję
Pragnęłam modlić się za
rodziców
Służyć Panu Jezusowi?
Pan Bóg cię zaprasza
więtymi bšdcie
INFORMACJE O ZGROMADZENIU I MDPC
*Słowo do Przyjaciół*
Drodzy
Członkowie Młodzieżowego Dzieła i Czytelnicy kwartalnika "Życie
Wieczne". Kierujemy do Was drugi zeszyt z cyklu "ladami
Ubogiego", zawierajšcy zbiór katechez o w. Franciszku z Asyżu.
Opracowanie to zawiera kontynuację historii jego nawrócenia, która nam
wszystkim może pomóc odnaleć swojš własnš drogę do Pana Boga. Zapraszamy do pochylenia się nad
wydarzeniami, które w sposób radykalny przemieniły Franciszkowe losy.
W
sposób szczególny treć tej broszury może okazać się bliska tym osobom, które
zasmakowały już słodyczy płynšcej z wyboru Chrystusa w swoim życiu; które dostrzegajš w
sobie pragnienie pogłębienia relacji z Nim; które chcš rozeznać i wypełnić Jego
wolę; które czujš wewnętrzne przynaglenie, by zatrzymać się nad swojš
codziennociš; które nie mogš całym sercem przylgnšć do Boga, bo na
przeszkodzie stoi jaki nieprzyjęty człowiek albo jaka przykra rzeczywistoć,
z obrzydzeniem omijana w naszych wspomnieniach
Życie
ludzkie pełne jest niechcianych dowiadczeń, których przyczynš byli inni
ludzie. Nie wszystko przecież, co stanowi naszš historię było miłe i dobre i
mamy o to żal, bo w jaki sposób zostalimy przez to skrzywdzeni. Wiele też
naszych własnych złych czynów chcielibymy wymazać z pamięci swojej i osób nimi
dotkniętych. Jednak człowiek nie ma takiej władzy, dlatego niekiedy nawet
długie lata potrafi nosić w sercu nienawić czy to do innych, czy do samego
siebie
Franciszek
też nie był wolny od takich dowiadczeń. Jak sobie z nimi poradził? - zapraszamy do
lektury...
Z franciszkańskim pozdrowieniem: Pokój i dobro!
Siostry Wspomożycielki Dusz Czyćcowych
SŁODYCZ NAWIEDZENIA
Franciszek wrócił do Asyżu, ale
pytania ze Spoleto głęboko "przeorały" jego serce, nie mógł o nich
zapomnieć. Otrzymał obietnicę, że wkrótce zostanie mu wyjawione, co dalej ma robić więc czekał. Był jak ziemia gotowa do przyjęcia
ziarna, ale Siewca nie przychodził... I może włanie dlatego
Franciszek nie zachowywał się na przygotowanej przez siebie uczcie tak, jak
kiedy. Szedł na samym końcu pogršżony w głębokiej zadumie, bo też miał o czym rozmylać... Nie w głowie były mu piewy, już go
nie bawiły, bo i dawny styl życia już go nie pocišgał... Zapewne zastanawiał
się nad swojš nieciekawš sytuacjš. Niby Pan pochwycił jego serce, ale teraz
gdzie się ukrył... Jak długo trzeba będzie czekać na Jego drugie słowo? A może
wszystko było tylko złudzeniem, może to jedynie bujna wyobrania, może
niepotrzebnie zawracał z drogi do Apulli?
Takie i inne wštpliwoci nasuwajš
się każdemu, kto po jakim dotknięciu łaski Bożej - choćby w czasie rekolekcji
czy pielgrzymki - wraca w swoje rodowisko. Pamięć nie pozwala wymazać tego, co
tak poruszyło nasze wnętrze, że postanowilimy odtšd słuchać głosu Pana. Ale
jednoczenie nie bardzo wiemy jak się do tego zabrać, w którš stronę się
zwrócić. Na pewno trzeba co zmienić, ale co i jak? W domu, w szkole ci sami
ludzie, tylko my jacy dziwni, jakby nieobecni..., czekamy na co, co nawet
trudno racjonalnie uzasadnić albo w miarę jasno nazwać, a to wcišż nie przychodzi...
Pan Bóg jednak ma swojš okrelonš
pedagogię - nieco innš niż ludzka i dlatego nie zawsze jš rozumiemy. On wie
najlepiej, kiedy zrobić kolejny krok... Wie, że najpierw trzeba człowieka
rozsmakować w ciszy, w milczeniu; trzeba skłonić do refleksji, do stawiania
pytań; wzbudzić tęsknotę za ponownym dowiadczeniem bliskoci Boga; rozniecić
pragnienie głębszego życia... A na to trzeba czasu...
Do tak spragnionej dotknięcia duszy
Pan Bóg ma już wtedy swobodny dostęp. Gdy serce jest gotowe na spotkanie, wtedy
nawet panujšcy wokół zgiełk nie może stanšć na przeszkodzie. Najważniejsza jest
cisza w sercu człowieka. To co dzieje się obok nie ma
znaczenia.
Widać to wyranie na przykładzie
Franciszka. Przecież jego przyjaciele zachowujš się bardzo głono, a on, jakby
wcale tego nie słyszšc, pogršża się w zadumie, i włanie wtedy - na ulicy -
nawiedza go Pan. Miłoć Boża bardzo "mocno" zawładnęła Franciszkowš
duszš, bo jak zapisali biografowie: "Słodycz tak cudowna napełniła jego
serce, że nie mógł ani mówić, ani poruszać się [...], jak
sam póniej wyznał, nawet gdyby cięto go na kawałki, nie byłby w stanie ruszyć
się z tego miejsca".
Kiedy towarzysze zabawy odwrócili
się i zobaczyli, że został daleko za nimi, wrócili do niego. Zauważyli,
że co się z nim stało, ale nie wiedzieli co. Nawet do
głowy im nie przyszło, że to Bóg stanšł na drodze młodego Bernardone. Zaczęli więc żartować z niego, pytajšc: "O czymże to
mylałe, że nie szedłe z nami? Być może mylałe o ożenieniu się?" W
odpowiedzi usłyszeli: "Powiedzielicie prawdę, ponieważ mylałem o wzięciu
oblubienicy szlachetniejszej, bogatszej i piękniejszej, aniżeli kiedykolwiek
widzielicie". Oni jednak zupełnie nie zrozumieli, o czym Franciszek
mówił. Nigdy nie spotkali się z kim takim, więc uznali, że ta oblubienica jest tylko
wytworem fantazji. Wykpili więc swego towarzysza.
Ten schemat wydarzeń funkcjonuje do
dzi. Młody człowiek, przed którym Pan Bóg ujawni odrobinę Swego piękna, czuje
się nim tak obezwładniony, tak przez nie zagarnięty,
że musi się zatrzymać. Musi? Tak, bo skoro piękno natury, choćby górskich
krajobrazów, może niekiedy tak zachwycić, że chciałoby się godzinami stać w
jednym miejscu i je "chłonšć", to cóż dopiero piękno samego
Stwórcy?... Jest to przymus wynikajšcy z fascynacji spotkanym Pięknem, z
umiłowania Go, a więc pozostawiajšcy wolnoć. Człowiek zawsze ma możliwoć
przejcia obok...
Co się dzieje, gdy rozpoznamy Boga i
zatrzymamy się przy Nim? Zaczynamy odstawać od grona koleżanek i kolegów, bo
to, co ich cieszy, wypada bardzo blado w porównaniu ze słodyczš, której
dowiadczylimy od Pana. Nie ma już siły przycišgania. Oni, podobnie jak
przyjaciele Franciszka, kiedy zauważš ten dystans i upomnš się o bliskoć. A
gdy nie będziemy zainteresowani, to po prostu wymiejš i odejdš... I tylko myl
o tej "najpiękniejszej oblubienicy" nie pozwoli nam za nimi pobiec.
NAJPIĘKNIEJSZA OBLUBIENICA
Uczta, w czasie
której, Franciszek dowiadczył tajemniczego i pełnego wewnętrznej
słodyczy nawiedzenia, była jego ostatniš towarzyskš imprezš. Od tej chwili jego
serce zwróciło się ku oblubienicy, którš było "prawdziwe życie religijne,
dzięki ubóstwu szlachetniejsze, bogatsze i piękniejsze niż wszystko inne".
Dziwna to oblubienica... A jednak zawładnęła całkowicie sercem Franciszka do
tego stopnia, że "gardził tym wszystkim, co niedawno kochał".
Ale czy dotšd nie był on człowiekiem
religijnym? Przecież wychował się w rodzinie praktykujšcych katolików, a o
matce biografowie piszš, że była bardzo pobożna... Franciszek był człowiekiem
wiary, ale wiary tradycyjnej, wyuczonej, przejętej od rodziców... Brakowało w
tej religijnoci osobistej relacji z Panem Bogiem - z Bogiem żywym i prawdziwie
obecnym w życiu człowieka.
Podobnie przecież dzieje się w życiu
wielu współczesnych katolików. Chodzš do kocioła, uczęszczajš na lekcje
religii, modlš się, ale brakuje temu wszystkiemu pewnej "iskry",
która rozpromieniłaby tę szaroć religijnego nawyku. Od kiedy Franciszka
nawiedził Pan, już nawet nie iskra, ale wielki płomień ogarnšł jego serce. W
jego blasku zaczšł zauważać swojš nędzę i marnoć wiatowych przyjemnoci. Dlatego
coraz częciej poszukiwał ciszy, stawał się hojniejszy w rozdawaniu jałmużny
ubogim i z coraz większym upodobaniem oddalał się na modlitwę do pewnej groty
za miastem. Bóg napełniał serce Franciszka takš słodyczš, że odczuwał jakby
wewnętrzny przymus szukania Jego uszczęliwiajšcej bliskoci, a czasami
zagarnięty niš niespodziewanie modlił się nawet na ulicy i w innych miejscach
publicznych.
Nic więc
dziwnego, że nie pasował już do dawnego wiata i nie chciał płynšć z jego
nurtem. Jak podaje jeden z życiorysów, Franciszek "oddalajšc się nieco od
wiatowego zgiełku, starał się zachować Jezusa Chrystusa, we wnętrzu swoim i
ukryć przed ironicznymi spojrzeniami ewangelicznš perłę, którš pragnšł nabyć
sprzedawszy wszystko"...
Tak to już jest, że żaden człowiek
zdobyty przez Bożš miłoć nie krzyczy o niej wokoło, nie rozgłasza, ale
najczęciej nawet nie rozmawia o swym szczęciu z najbliższymi przyjaciółmi. Bo
jak wytłumaczyć te nagłe zmiany w sposobie życia? Jak opowiedzieć o Bogu, który
nieskończenie przerasta każde, nawet najpiękniejsze słowa? Poza tym skšd można
mieć pewnoć, że kto nie zniszczy szyderstwem tego, co jest tak wielkš
intymnociš? Dlatego jedynym pragnieniem jest wtedy milczenie wobec wiata i
żarliwa modlitwa do Boga, aby wskazał co dalej robić
ze swoim, tak odmienionym, życiem.
Tak włanie modlił się Franciszek i
gdy pewnego dnia zanosił do Pana swoje błagania, usłyszał odpowied:
"Franciszku, to wszystko, co kochałe i pragnšłe posiadać według ciała,
trzeba aby uznał za godne wzgardy i nienawici, jeżeli chcesz znać Mojš wolę.
Gdy póniej zaczniesz to czynić to, co wydawało ci się ongi miłe i słodkie,
będzie dla ciebie nie do zniesienia i przykre, w tym za do
czego odczuwałe wstręt, znajdziesz wielkš
słodycz i rozkosz bez miary". Co miały znaczyć te słowa? Z
pewnociš Franciszek tego nie wiedział, ale nauczony dowiadczeniem z radociš
je przyjšł...
KRÓLEWSKA BRAMA
Kiedy zatrzymamy się nieco dłużej
nad Franciszkowš radociš, wywołanš kolejnym dotknięciem Bożej łaski, mogš nasunšć
się pewne wštpliwoci i pytania. Jak to się dzieje, że
człowiek zaczyna co słyszeć na modlitwie? A ponadto skšd czerpie pewnoć, że
to sam Bóg przemawia we wnętrzu jego serca,
że to nie sš tylko jakie tam jego własne wymysły? Co sprawia, że jest uległy tym tajemniczym
wskazaniom? Co czyni go tak otwartym na Boże natchnienia?
Najkrócej można by odpowiedzieć, że
tym, co pozwala człowiekowi tak jasno dostrzegać obecnoć Boga w swojej
codziennoci i być posłusznym Jego woli jest ubogie serce. Widać to wyranie w
historii Franciszkowego nawrócenia. Na ostatniej koleżeńskiej uczcie, w której
brał udział po powrocie ze Spoleto, Bóg ukazał mu ubóstwo jako swoisty klejnot.
Dzięki niemu prawdziwe życie religijne, którego pod wpływem łaski zapragnšł
młody Bernardone, miało być szlachetniejsze, bogatsze i piękniejsze...
Dzięki ubóstwu bogatsze? Dziwnie to
brzmi i jakby trochę nielogicznie, a jednak... Okazuje się
bowiem, że nie ma innej drogi do Pana Boga niż przez ubóstwo. Trzeba je
tylko dobrze zrozumieć i nie kojarzyć z nędzš, ale raczej z wolnociš,
dyspozycyjnociš i hojnociš ludzkiego serca wobec Boga oraz drugiego
człowieka.
Ku takiemu ubóstwu dšżył Franciszek
- choć w sposób jeszcze bardzo niedoskonały i mało wiadomy - gdy, jak piszš
jego biografowie, zaczšł stawiać na stole o wiele więcej chleba niż to było
potrzebne do posiłku, aby być przygotowanym na udzielenie go biednym. Ponadto
postanowił sobie, że z miłoci do Boga będzie wynajdywał ubogich i z wielkš
hojnociš ich obdarowywał. Pojechał też na pielgrzymkę do Rzymu, gdzie nawet
przebrał się w żebracze łachmany i przed bramš wištyni prosił przechodniów o
wsparcie. I choć dalekie były te młodzieńcze porywy Franciszkowego serca od
idei prawdziwego ubóstwa, to jednak żłobiły w jego wnętrzu miejsce dla Bożych
łask. Dlatego potrafił już je rozpoznawać, przyjmować i cieszyć się nimi.
Z pewnociš Panu Bogu nie
przeszkadza to, że młody człowiek wiele rzeczy czyni bardziej z czystej
spontanicznoci niż z dojrzałej decyzji służenia Bogu i bliniemu. Nie tylko
nie przeszkadza, ale - jak to widać na przykładzie Franciszka - miła jest Mu
taka postawa, bo choć jeszcze nie w pełni dojrzała, otwiera na wyższe dobra i
wartoci. Wiemy przecież, że Franciszek przed wyprawš do Apulii słynšł z
rozrzutnoci. Dzięki bogatemu ojcu dysponował dużymi pieniędzmi, wydajšc je na
same tylko przyjemnoci - np. stroje czy zabawy. Natomiast po powrocie stał się
hojny w rozdawaniu jałmużny ubogim. Tak więc widać
wyranš przemianę w jego sposobie mylenia i działania. Odwraca się od własnych
potrzeb, aby zaradzić czyjej biedzie.
Tak włanie działa łaska Boża, gdy
człowiek zechce jš wpucić do swojego serca. Stopniowo uwalnia od tego
wszystkiego, co może przeszkadzać w sięgnięciu po prawdziwe bogactwo - po
samego Boga. Stšd każdy, kto pragnie wkroczyć na drogę autentycznego nawrócenia
musi pozbyć się przywišzania do dóbr doczesnych, musi przejć przez bramę
ubóstwa. O tej koniecznoci poucza nas Jezus Chrystus, na kartach Ewangelii
więtej, w bardzo znamiennych słowach: "Jakże trudno wejć do królestwa
Bożego tym, którzy w dostatkach pokładajš ufnoć. Łatwiej jest wielbłšdowi
przejć przez ucho igielne, niż bogatemu wejć do królestwa Bożego" (Mk
10, 24-26).
ledzšc dalsze losy Franciszkowego
odkrywania woli Bożej, odkrywania drogi powołania, zobaczymy, jak bardzo
głęboko ten Asyski Młodzieniec rozmiłuje się w ubóstwie. Aż tak bardzo, że
przylgnie do niego, niczym drugie imię, włoskie okrelenie: Poverello -
Biedaczyna. Zobaczymy też, że odkšd Franciszek zapragnšł polubić prawdziwe
życie religijne, uszlachetnione, ubogacone i upiększone klejnotem ubóstwa,
każdy następny dotyk Bożej miłoci, będzie wprowadzał go na drogę coraz
doskonalszego ogołocenia. Nie na drogę nędzy jednak, ale coraz pełniejszego
otwarcia na duchowe bogactwa wiary oraz na drogę ufnego powierzania swojego
życia dłoniom dobrego Boga.
Tak więc,
po spotkaniu z Chrystusem w Spoleto, kiedy to w tajemniczym głosie Franciszkowe
serce rozpoznało prawdziwego Pana, przyszedł czas na kolejny etap. Też
niełatwy, bo zaprawiony goryczš niemiłego spotkania...
SPOTKANIE Z TRĘDOWATYM
Wielu ludzi spotykał Franciszek w
swoim życiu. Miał przyjaciół, znajomych, stykał się z klientami w sklepie
ojca... Jednak po ostatnich dotknięciach Bożej łaski coraz bardziej lubił
przebywać sam, gdzie poza miastem, poza zgiełkiem dnia. Musiał mieć czas i
przestrzeń ciszy, aby głębiej zastanowić się nad zapowiedziš przemiany, która
miała się w nim dokonać. Urzšdzajšc konne przejażdżki zapewne przychodziły mu
na myl usłyszane na modlitwie słowa, że to, co dotšd było dla niego miłe
stanie się wstrętne, a to, do czego czuł odrazę przemieni się w słodycz. Co to
miało znaczyć? - Franciszek tego nie wiedział...
Pewnego dnia jechał konno drogš pod
Asyżem, gdy nagle wyrwał go z zadumy dwięk kołatki trędowatego. W czasach
Franciszka ta choroba była czym w rodzaju współczesnego AIDS. Budziła lęk, bo
nie znano na niš lekarstwa, bo łatwo było się niš zarazić - np. przez dotyk.
Budziła trwogę, bo trędowaci byli usuwani na margines życia społecznego i skazani
na powolne umieranie w ogromnych cierpieniach. Nie wolno im było nigdzie
pracować, więc żyli w ogromnej nędzy, liczšc jedynie na jałmużnę ludzi
zdrowych.
Franciszek był ze swej natury
człowiekiem wrażliwym na ludzkie cierpienie. Często wspierał trędowatych, ale
nigdy nie czynił tego osobicie. Zawsze szukał jakiego porednika. Widok tych
"cuchnšcych, żywych trupów" był mu tak przykry, że omijał trędowatych
z daleka. Niekiedy jednak był zmuszony przejeżdżać koło ich mieszkań. Wówczas
odwracał twarz w drugš stronę, żeby na nich nie patrzeć i dłońmi zatykał sobie
nos, żeby nie czuć odoru gnijšcego ciała.
Tym razem był zbyt zamylony, żeby w
porę dostrzec niemiłego przechodnia, ale miał jeszcze szansę odwrotu.
Wystarczyło spišć konia ostrogami i powstrzymujšc na chwilę oddech, szybko
odjechać, oddalić się na bezpiecznš odległoć, i jeszcze szybciej wyrzucić z
pamięci to przykre spotkanie i zajšć się czym przyjemniejszym. Jednak uczynił inaczej...
Biografowie piszš, że Franciszek,
"zadajšc sobie gwałt, zsiadł z konia i dał trędowatemu wsparcie, całujšc
go w rękę. Otrzymawszy za od niego pocałunek pokoju wsiadł na konia i
kontynuował swojš przejażdżkę. Gdy się oddalił, poznał prawdziwoć Bożej
obietnicy; co było dla niego tak gorzkie niegdy, a mianowicie widok i kontakt
z trędowatymi, zostało zamienione w słodycz."
Dlaczego Franciszek nie uciekł?
Dlaczego nie odwrócił twarzy? Więcej! - skšd mu
przyszło do głowy, żeby całować trędowatego? Mógł mu przecież dać pienišdze i
odjechać... Niełatwo znaleć odpowiedzi na te pytania, bo zachowanie Franciszka
było zupełnie nieracjonalne, wręcz nierozsšdne. Mógł przecież zarazić się
tršdem i stać się jednym z tych, którymi dotšd tak się brzydził...
Musimy więc
nieco dłużej zatrzymać się przy tym wydarzeniu. Pamiętamy, że przemiana goryczy
w słodycz była warunkiem poznania woli Bożej. Było tam wyrane zastrzeżenie: "Jeżeli chcesz znać mojš wolę..."
Franciszek chciał, a więc Pan Bóg dał mu możliwoć przejcia przez to
dowiadczenie. Stworzył mu warunki do tego, aby uwiadomił sobie swoje własne
uczucia wobec trędowatych i przełamał wstręt, aby została usunięta bariera,
która dotšd przeszkadzała Franciszkowi w pełnym otwarciu się na Boga. Ale co ma
wspólnego trędowaty z Bogiem? Otóż wiemy, że Bóg mieszka w sercu każdego
człowieka. Jeżeli wstrętny jest nam choćby jeden z ludzi, Bóg nie będzie mógł
być przez nas w pełni przyjęty. Pozostanie odrzucony, pominięty, znienawidzony
w tej włanie jednej osobie, w tej jednej ludzkiej twarzy. Mówišc
"nie" na spotkanie z człowiekiem, mówimy "nie" spotkaniu z
Bogiem...
Skoro tak, to może warto by w tym
miejscu Franciszkowej historii spróbować odnaleć swoje własne życie? Często
przecież uskarżamy się, że nie rozumiemy tego, czego Bóg od nas chce.
Zastanawiamy się dlaczego spotykajš nas różne
cierpienia? Dlaczego innym się dobrze wiedzie, choć nie chodzš do kocioła?
Dlaczego włanie nam zawsze jako pod górkę? A może gdzie na drodze naszego
codziennego życia stoi jaki trędowaty? Może jest jaka niemiła rzeczywistoć,
którš od dawna obchodzimy z daleka, której nie chcemy zobaczyć, z którš nie
chcemy się spotkać? Może nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że odwracamy ze
wstrętem głowę od kogo, kogo trzeba zauważyć i... ucałować
TRĽDY NASZEGO ŻYCIA
Wcale nie tak łatwo je odnaleć, bo
nawet nie mylimy, że jest to takie ważne. Przecież każdy z nas ma jakie
sympatie i antypatie, a poza tym wiadomo, że nie jestemy w stanie wszystkich i
wszystkiego lubić. Uważamy to za normę i dlatego zbytnio nie angażujemy się w
analizowanie naszych odniesień do Pana Boga, do siebie samych, do innych ludzi
czy też do otaczajšcego nas wiata. Jako tam sobie żyjemy. Jednak na dłuższš
metę samo jako tam nie wystarczy
W końcu przyjdzie taki moment, gdy jak
Franciszek zapragniemy głębszego niż dotšd życia i wówczas trzeba będzie
spotkać się z tym wszystkim, co dotychczas omijalimy z obrzydzeniem.
Jak rozpoznać trędowatego lub tršd?
Może w naszym życiu ich nie ma? Może ten problem akurat mnie nie dotyczy? W
poszukiwaniu odpowiedzi najlepiej zaczšć od zadawania sobie kolejnych pytań: co napełnia mnie goryczš, zniechęceniem?, czy jest kto taki, kogo nienawidzę; z kim nie chcę się
spotykać, rozmawiać, kogo nie akceptuję, a nawet nie toleruję ani jego
poglšdów, ani obecnoci, ani tym bardziej bliskoci?, czy
jestem zadowolony z tego co robię, z tego jak wyglšdam, z tego kim jestem i
jaki jestem, jakich mam rodziców?, czy podobam się
sobie samemu?, czy z przyjemnociš każdego ranka
spoglšdam w lustro?
Gdy, w kontekcie tych i innych
podobnych pytań, przyjrzymy się dokładniej naszym relacjom z ludmi szybko
dostrzeżemy tych, którzy sš naszymi trędowatymi. Najłatwiej rozpoznamy ich w
innych ludziach, do których czujemy niechęć i wstręt, którzy stanowiš dla nas
jakie zagrożenie, jak np.: w rodzicu uzależnionym od alkoholu, w złoliwym
nauczycielu, w agresywnych kolegach, w pozbawionych skrupułów koleżankach.
O wiele trudniej zobaczyć
trędowatego w sobie. Wolimy nie mówić, ani też myleć o tym, co nas odrzuca od
nas samych, bo to męczy, bo jest nam z tym le... Spychamy
więc wszystko w jaki ciemny kšt i mamy nadzieję, że kiedy sprawa sama
się rozwišże, że kiedy ten problem zniknie. Uciekamy jak najdalej od tego, co
boli - w cokolwiek: w zabawę, naukę, używki, imprezy - aby choć trochę poczuć
się wolnym od ciężaru własnego istnienia. Niestety zazwyczaj bywa odwrotnie -
problemy urastajš do takich rozmiarów, że już nie wiadomo, gdzie je pomiecić,
wszędzie ich pełno
Trzeba z nimi co zrobić, ale ani nie wiadomo
co, ani w jaki sposób, jak więc dalej żyć?
Jeszcze innym tršdem, który domaga
się dotknięcia może być grzech nasz własny lub kogo innego. Tutaj często mamy
największe problemy. No może jeszcze grzechy innych łatwiej jest zobaczyć, bo
to włanie one czyniš ludzi tymi obcymi, niemiłymi, a niekiedy ohydnymi w
naszych oczach. Gorzej z wykryciem własnych przewinień, z utożsamieniem się z
mianem grzesznika czyli z kim nieczystym - z
trędowatym. Łatwiej jest kogo obarczyć winš za swoje nieszczęcia niż przyznać
się do swoich własnych błędów.
Tymczasem, sięgajšc do Franciszkowej
historii życia, należy zauważyć bardzo istotny szczegół. Zanim młody Bernardone
złożył pocałunek na dłoni trędowatego musiał zadać sobie gwałt i zsišć z
konia. Gwałt to słowo, które nie niesie ze sobš żadnych miłych skojarzeń. Jest z nim zwišzane
cierpienie, a więc nie było Franciszkowi łatwo przełamać obrzydzenia, postšpić
zupełnie wbrew swojej naturze, ale jednak to uczynił. Potem zsiadł z konia,
stajšc na tej samej płaszczynie, co trędowaty i ucałował go. Już nie patrzył
na niego z góry, jako kto zdrowy, szlachetny, czysty. Stanšł naprzeciw, jak
równy z równym. On też był trędowaty, tyle że nie na
ciele - jak sam póniej wyznał w Testamencie: Gdy byłem w grzechach,
widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie
między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to co wydawało mi się gorzkie, zamieniło mi się w słodycz
duszy i ciała.
Franciszek bardzo potrzebował tego
spotkania, żeby zrozumieć jak bardzo jego serce zarażone było groniejszym
tršdem niż choroba ciała - pragnieniem wielkoci, które chciało rozminšć się z
prawdš o autentycznym wielkim życiu, w którym nie można odepchnšć żadnego
człowieka, nawet najbardziej odrażajšcego. Dlatego przez zetknięcie z człowiekiem,
który dotšd był mu wstrętny, został wprowadzony w samo centrum swojego
wewnętrznego nieładu. Gdy stanšł twarzš w twarz z trędowatym, gdy dotknšł jego
gnijšcego ciała i udzielił jałmużny, zauważył, że tym obdarowanym jest on
sam...
PRAWDZIWIE UZDROWIONY
Kto uzdrowiony? Ten chory na tršd,
którego Franciszek po raz pierwszy potraktował jak równego sobie, a nawet kogo
zacniejszego, bo w tamtych czasach w rękę całowało się kogo godniejszego od
siebie? Nie. ródła biograficzne nic nie mówiš na ten temat. Trędowaty pozostał
trędowatym, ale zmienił się młody Bernardone. Bóg uzdrowił wszystkie jego
zmysły: wzrok, słuch, powonienie, dotyk. Już nie odwracał głowy na widok takich
ludzi, nie omijał ich by przypadkiem nie poczuć przykrego zapachu, nie wzdrygał
się na dwięk kołatki trędowatego, ale udał się tam, gdzie było ich wielu i
opatrywał im rany: wzmocniony łaskš Bożš do tego stopnia spoufalił się z trędowatymi i
stał się ich przyjacielem, że - jak wiadczy w swoim Testamencie -
pozostał wród nich i pokornie im służył. Opatrywał im rany i każdego całował
w rękę!
To wydarzenie jasno przedstawia nam
prawdę o przyjęciu tršdów naszego życia. Naszym zadaniem jest zrobić ten jeden
mały czyn - przemóc siebie i stanšć naprzeciw tego, co jest mi wstrętne, niemiłe,
obrzydliwe i dotknšć!. Dotknšć spraw, które dotšd omijalimy z daleka. Dotknšć
- to znaczy przyjšć fakt, że sš i ponadto stanowiš częć tego wiata, w którym
dane mi jest żyć. Ta przykra rzeczywistoć nie zmieni się przez moje
dotknięcie, bo np. ojciec pozostanie alkoholikiem do końca życia, bo nikt nie
cofnie czasu i nie zmieni mojej historii życia, bo zło które
być może zostało przeze mnie zasiane rozrosło się już w potężne drzewo, bo
Dotyk uzdrawia tych, którzy
dotykajš, a więc nas samych. Dlatego Pan Bóg chce bymy dotykali swoich
trędowatych. Każdego z nas - jak Franciszka - to On sam wprowadza między nich,
umacniajšc przy tym swojš łaskš. Bez niej - nie łudmy się - nie bylibymy w
stanie służyć tym, którzy zagrażajš naszemu życiu w tak realny sposób jak ta
choroba, którš Franciszek mógł się zarazić i podzielić los swoich nowych,
odrzuconych na margines społeczny przyjaciół.
Ucałowanie tršdów sprawia zmianę
sposobu ich widzenia. Odzyskujemy Boży wzrok: przecież zarówno i my sami, jak i
ci, którzy w jaki sposób nas skrzywdzili, sš dziećmi tego samego Boga! On
patrzšc na nas wszystkich mówi: jak dobrze, że jeste! Nikogo nie pomija, nikim
się nie brzydzi, od nikogo nie odwraca swojego Boskiego Oblicza, ale dla
zbawienia wszystkich powięcił życie swojego umiłowanego Syna.
Bóg najpierw uczynił dla nas to,
czego my boimy się najbardziej - umarł. Wczeniej jednak wzišł na siebie
wszystkie nieczystoci wiata, wszystkie grzechy, wszystkie tršdy, całe zło
wszelkiego ludzkiego grzechu. Cała obrzydliwoć wiata spadła na nieskalanie
czystego i niewinnego Jezusa Chrystusa i dlatego czytamy o Nim w Księdze
Izajasza: Nie miał On wdzięku, ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani
wyglšdu, aby się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mšż boleci,
oswojony z cierpieniem, jak kto, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak,
że mielimy Go za nic (53,2-3).
Jakże nam ten opis pasuje do
trędowatego, od którego młody Bernardone odwracał swojš twarz! Bo rzeczywicie to On jest Trędowatym,
On jest tym Nieczystym
Dlatego dalej Prorok pisze jak
to możliwe, żeby Bóg był trędowaty: Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dwigał nasze boleci, a mymy Go za skazańca uznali. Lecz On był przebity
za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla
nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscymy pobłšdzili jak owce, każdy
z nas obrócił się ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich
(Iz 53, 2-6).
Wszyscymy pobłšdzili - podkrela
Izajasz. Wszyscy - bez wyjštku i dlatego nikt z nas nie ma prawa uważać się za
lepszego od innych. Wszyscy jestemy grzeszni i włanie
dlatego Franciszek zsiadł z konia. Może zrozumiał - choćby wtedy jeszcze
nie tak jasno - że tak wyglšda Chrystus w tym włanie człowieku. Tak wyglšdam
ja w oczach Chrystusa, gdy jestem w grzechach i On nie boi się mnie dotknšć (Mt
8, 1-4).
Każdy, kto zbliżył się do Boga,
pozwalajšc Mu zadziałać w swoim życiu, będzie wprowadzony między trędowatych,
aby w zetknięciu z nimi zobaczył kim sam jest i
poznał, że każdy człowiek jest tylko tym, czym jest w oczach Boga, niczym
więcej.
Dopiero tak przemienieni łaskš Bożš
jestemy w stanie spotkać się z chorš osobš albo z jakš chorš
rzeczywistociš naszego życia i nie uciec
Ale czy Pan Bóg chce, abymy
ucałowali grzech, który przecież odłšcza nas od Jego łaski, krzywdzi nas samych
i innych ludzi? Czy żšda tego, abymy rzucili się w ramiona rodzica, który np.:
- jak opowiadała jedna z dziewczšt - po pijanemu złamał jej rękę, mszczšc się w
ten sposób za zawiadomienie przez niš policji, gdy bił jš i jej matkę? Jak tu
powiedzieć do takiego człowieka: dobrze, że jeste?! Komu przeszło
by to przez gardło? Na pewno nie tej dziewczynie! Więc czego żšda Bóg
stawiajšc nas w obliczu tršdu?
Zacznijmy od tego, że wszystko, co
On stworzył jest dobre, a więc także ja i ten oto trędowaty dla mnie człowiek.
Więcej! Istnienie każdego z nas jest realizacjš odwiecznego zamysłu Boga i
stanowi częć niepojętego dla nas dzieła stwórczego. Bóg kochajšc człowieka,
który nosi na sobie zmazę grzechu pierworodnego, przestrzega go, uwiadamiajšc
mu jego słaboć: jeżeli za nie będziesz dobrze
postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie (Rdz 4,7). Nawet
jeżeli kolejny raz Go nie posłucha i podobnie jak w Raju ulegnie złu,
choć wstrętna Mu jest ludzka nieprawoć, nie może przestać kochać tych, których
z miłoci powołał do istnienia. Będzie o nich walczył, aby się nawrócili i
mieli życie wieczne.
Tak więc,
Pan Bóg, patrzšc na trędowatych - czyli na każdego z nas - mówi: dobrze, że
jeste, ale niedobrze, że włanie taki jeste!, że tak
daleko odszedłe od obrazu, na wzór którego cię stworzyłem!
A gdy nas samych
wprowadza między trędowatych nie chce, abymy umiłowali tršd, bo nawet jako
choroba ciała jest on wstrętny i wymaga leczenia. Pan Bóg pragnie tylko tego,
abymy tak, jak On, przyjęli za dobre istnienie każdego człowieka, nie ze
względu na jego czyny (bo na miłoć nimi nie
zasłużył), ale dlatego, że tak jak i my jest on dzieckiem Bożym. Nie muszę więc rzucać się na szyję komu, kto mnie zgwałcił, ale
nie mogę nim gardzić, nie mogę wyrzšdzać mu zła. więty Franciszek będzie
pouczał póniej w swoich Pismach: jeżeli już
nie możesz kogo kochać, to przynajmniej nie czyń mu zła...
Trzeba jednak jeszcze raz
podkrelić, że do takiej postawy potrzebne jest wczeniejsze otwarcie na
działanie Bożej łaski w naszych sercach. Pamiętajmy, że gdy Franciszek spotyka
trędowatego, ma już wczeniej przemienione serce i całym tym sercem zwrócony
jest ku Panu, modli się, wspiera ubogich, pragnie poznać wolę Bożš, co do
swojego życia. Dlatego i my również musimy najpierw przyjšć Boga, aby móc
przyjšć człowieka
Tylko Jego mocš w swoim przeladowcy możemy ujrzeć
potrzebujšcego pomocy człowieka. Tylko czerpišc ze ródła Jego miłoci jestemy
w stanie zatroszczyć się o życie wieczne tego, kto być może zamienił nasz życie
w koszmar. Przypomina mi się tutaj wyznanie pewnego młodzieńca, który
występował w jednym z programów telewizyjnych. Gdy zapytano go, co czuje do
swojego ojca, który całe życie go maltretował, płaczšc powiedział: Nienawidzę
go i wolałbym, żeby nie żył!.
Dlaczego musimy pojednać się z
takimi ludmi? Czy nie można inaczej? Czy nie da się być szczęliwym pomijajšc
to, co jest tršdem? Czy nie wystarczy nam sam Jezus i Jego miłoć? Niestety
nie, bo - jak napisał w 1Licie w. Jan Apostoł: Jeliby kto mówił:
Miłuję Boga, a
brata swego nienawidził, jest kłamcš, albowiem kto nie miłuje brata swego,
którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie za mamy od Niego
przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego (4, 20-21).
Powołał mnie Pan.
wiadectwa
Sióstr Wspomożycielek
PROSIŁAM MARYJĘ...
Nie pamiętam dokładnie
kiedy zrodził się we mnie "pomysł", aby zostać siostrš
zakonnš, ale na pewno byłam wtedy uczennicš szkoły podstawowej. Potem jako
nastolatka bardzo chciałam pomagać ludziom, a szczególnie młodzieży samotnej,
pogubionej, z rodzin dotkniętych jakš patologiš. Wydawało mi się, że swoje
marzenia najlepiej zrealizuję w życiu zakonnym. Miałam tylko jeden problem -
nie chciałam nosić habitu, żeby nie wyróżniać się sporód innych ludzi. Mimo
usilnych poszukiwań nie znalazłam zgromadzenia bezhabitowego. W rodowisku, w
którym dorastałam (mała wioska w województwie lubelskim), było czym
niespotykanym, żeby siostry nosiły strój wiecki. Kiedy już wydawało mi się, że
inaczej ułożę sobie życie, coraz bardziej pragnęłam zbliżyć się do Boga,
chciałam poznawać Go i kochać. Wtedy też, jakby z nowš
siłš, odrodziło się we mnie pragnienie bycia siostrš dla wszystkich ludzi, a
jednoczenie wyłšcznš własnociš Boga.
W wakacje, po ukończeniu szkoły
podstawowej, pojechałam razem z rodzinš do Częstochowy - na Jasnš Górę. W tym
szczególnym miejscu, przy obrazie Matki Bożej, na nocnym czuwaniu z dziecinnš
naiwnociš i prostotš prosiłam Maryję, żeby wskazała mi zgromadzenie
przeznaczone dla mnie. Gdy rano wróciłam do naszego samochodu, moja mama dała
mi folder Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyćcowych. Byłam bardzo zaskoczona,
a jednoczenie szczęliwa, gdy okazało się, że jest to zgromadzenie
bezhabitowe. Ten zbieg okolicznoci odczytałam jako odpowied Matki Bożej na
mojš probę.
Wkrótce napisałam swój pierwszy list
z probš o informacje jakie warunki trzeba spełnić, żeby
zostać siostrš wspomożycielkš. Wraz z odpowiedziš otrzymałam zaproszenie do
Sulejówka. Póniej przez trzy lata jedziłam na rekolekcje powołaniowe,
przyglšdałam się życiu sióstr i coraz bardziej byłam przekonana, że włanie
tutaj jest mój dom.
Po ukończeniu szkoły chciałam
wstšpić do zgromadzenia i byłam przekonana, że nic mi nie jest w stanie w tym
przeszkodzić. Tymczasem trzy miesišce przed końcem roku szkolnego uległam
wypadkowi. Jednak pragnienie zwyciężyło nad rozsšdkiem i przyjechałam do postulatu.
Niestety już po dwóch miesišcach musiałam wrócić do domu, aby kontynuować
leczenie i rehabilitację. Minęło pół roku zanim ponownie rozpoczęłam postulat.
Powtórna decyzja była bardzo trudna. Przekonały mnie słowa siostry mistrzyni: "Jeżeli Bóg dał Ci łaskę powołania, możesz
jš odrzucić, ale jeste za niš odpowiedzialna".
Skończyłam szczęliwie pierwszy etap
formacji i zostałam przyjęta do nowicjatu. Wtedy pojawiła się kolejna próba -
moja mama bardzo ciężko zachorowała. Dowiadczyłam ogromnego trudu trwania przy
Chrystusie. Przez cały okres choroby mamy dręczyły mnie myli, że bardziej
jestem potrzebna w domu niż w zgromadzeniu. Dopiero po pewnym czasie
zrozumiałam, że mojej rodzinie najbardziej była potrzebna modlitwa, a nie moja
fizyczna obecnoć...
Obecnie mam 27 lat. W lipcu 2002 r.
w Sulejówku złożyłam luby wieczyste i jestem ogromnie wdzięczna Panu Bogu za
dar powołania.
s. Urszula
**************
PRAGNĘŁAM MODLIĆ SIĘ ZA RODZICÓW...
Doskonała
miłoć bliniego dšży do służenia innym.
bł. Honorat
Komiński
Wszystkie
lata, które spędziłem w zakonie, były w wielkim weselu ducha spędzone; każdy
dzień był dla mnie jakby nowš jakš uroczystociš. [...] gdybym
tysišc razy żył na wiecie, tysišc razy bym obrał to życie, a nie inne.
bł. Honorat
Komiński
Urodziłam się w małej wiosce
położonej koło Nowego Miasta nad Pilicš, ale bardzo krótko cieszyłam się
beztroskim dzieciństwem. Gdy miałam siedem lat, w cišgu jednego miesišca
straciłam oboje rodziców. Zmarli na tyfus, bo w tamtych czasach była to choroba
miertelna. Rozstanie przeżyłam bardzo bolenie. Mimo okazywanej mi przez
najstarszš siostrę troski i miłoci tęskniłam za nimi. Dlatego często chodziłam
na cmentarz i tam, płaczšc prosiłam, aby zabrali mnie do siebie...
O zakonie zaczęłam myleć
w piętnastym roku życia. To były lata pięćdziesište. Niewiele wówczas
informacji o siostrach docierało do ludzi i dlatego mało o nich wiedziałam -
jedynie to, że nie wychodzš za mšż i dużo się modlš. Odpowiadało mi to, gdyż ja
także nie chciałam mieć męża, lecz pragnęłam modlić się za zmarłych rodziców.
Znałam dwa zgromadzenia bezhabitowe. Wybrałam Wspomożycielki ponieważ wczeniej
wstšpiła do nich moja cioteczna siostra. Opowiedziałam jej o swoim pragnieniu i
moja ciocia zawiozła mnie do Nowego Miasta na rozmowę z Matkš Generalnš.
Wszystko przebiegło pomylnie: termin został uzgodniony - miałam przyjechać już
na stałe we wrzeniu. Z listš rzeczy, które powinnam z sobš wzišć pojechałam do
domu. Niestety opiekujšca się mnš, starsza siostra, która już założyła własnš
rodzinę, żyła bardzo skromnie. Nie było jej stać na taki wydatek. Tak więc mimo
szczerego pragnienia nie mogłam podjšć tej drogi powołania ze względów
materialnych. Musiałam zrezygnować ze swoich planów. Wcale nie było mi łatwo
się z tym pogodzić, więc znowu chodziłam na cmentarz do swoich rodziców i prosiłam ich o pomoc.
Po upływie dwóch lat, gdy już prawie
zapomniałam o zakonie, niespodziewanie dostałam list od jednej z sióstr
Wspomożycielek, w którym nie było już wcale mowy o posagu. Ten list był tak
piękny, że czytałam go chyba z dziesięć razy. Mojemu szczęciu nie było miary,
wreszcie mogłam znaleć się w upragnionym miejscu.
Kilka lat póniej, dopiero gdy już złożyłam pierwsze luby zakonne,
dowiedziałam się komu zawdzięczam dar powołania. Cioteczna siostra Aniela,
która była już Wspomożycielkš, gdy umierali moi rodzice, opowiedziała mi o
przedmiertnej probie mamy. Wiedzšc, że wkrótce umrze prosiła czuwajšcš przy
niej Anielę, żeby modliła się, abym ja poszła do tego zakonu, w którym ona jest. Byłam
bardzo wzruszona tym opowiadaniem. Z pewnociš po mierci matczyna troska o
mnie też nie ustała. Będšc po tamtej stronie życia, a zarazem bliżej Pana Boga,
mogła swojš modlitwš wspierać mnie jeszcze bardziej. Jestem pewna, że to
włanie mamie powinnam dziękować najbardziej za wyproszenie łaski powołania
zakonnego.
W zgromadzeniu jestem już ponad
pięćdziesišt lat i cieszę się każdym dniem, który przeżyłam jako
Wspomożycielka.
s. Angela
**************
SŁUŻYĆ PANU JEZUSOWI?...
Tylko
miłoć boża może tak zawładnšć człowiekiem, by go przywieć do zupełnego
zapomnienia o sobie, do pragnienia wielkich ofiar i wielkich powięceń. bł. Honorat Komiński
Dziewictwo
konsekrowane jest zdolne, jak żadna inna miłoć, otworzyć się na usługiwanie, na
powięcenie się braciom nieznanym i potrzebujšcym posługi miłoci, podobnej do
tej, jakš żywił
do ludzi sam Chrystus.
Papież
Paweł VI
Urodziłam się w Krasławiu - na
Łotwie. Gdy miałam dwa lata zabrano mojego ojca do wojska - był to czas wojny -
i już go nigdy więcej nie widziałam. Mama została z dwójkš małych dzieci bez
rodków do życia. Dlatego też oddała nas pod opiekę babci, a sama wyjechała w
poszukiwaniu pracy. Zatrudniła się w miecie bardzo oddalonym od Krasławia w
fabryce cegieł i do domu mogła przyjeżdżać tylko raz w roku Przywoziła wtedy
dla nas ubrania i tornistry do szkoły.
Babcia troszczyła się o nas jak
potrafiła, ale niejednokrotnie bieda dawała o sobie znać. Chodziłymy
więc z babciš wczesnym rankiem do lasu na jagody i potem je sprzedawałymy.
Podobnie robiłymy, gdy w lesie pojawiły się grzyby. W ten sposób udawało się
nam jako przeżyć.
Babcia była osobš bardzo pobożnš, zadbała więc i o to, abymy były wychowane w duchu wiary
katolickiej. Gdy miałam osiem lat (moja siostra siedem) przyjęłymy I Komunię
więtš, a potem przystšpiłymy do Sakramentu Bierzmowania.
Pragnienie podjęcia życia zakonnego
zrodziło się w moim sercu dzięki cioci. Mieszkała ona wiele lat w Przytułku,
znajdujšcym się przy naszym kociele parafialnym. Znała Siostry Wspomożycielki,
gdyż pracowały przy kociele oraz opiekowały się chorymi. Odwiedzały również
mojš ciocię i wiadczyły jej różne usługi. Często, wracajšc ze szkoły
zachodziłam tam, żeby odwiedzić ciocię. I tak pewnego dnia, gdy wstšpiłam do
niej, zapytała mnie: "Helenko, czy ty chcesz służyć Panu Jezusowi?".
Byłam wtedy bardzo młoda - miałam zaledwie trzynacie lat. Słyszšc to,
rozpłakałam się i pomylałam sobie: jaka ta ciocia
dziwna, pyta czy ja chcę służyć Panu Jezusowi, przecież każdy chciałby u Pana
Jezusa służyć zamiast ić do ludzi. To były takie czasy, że ludzie biedni
służyli u bogatych, zrozumiałam więc, że chodzi o takš
służbę. Siostry Wspomożycielki były bezhabitowe i dlatego nie wiedziałam, że sš
zakonnicami. Nie wiedziałam też na czym polega ich
życie. Widzšc moje łzy, ciocia domyliła się, że nie zrozumiałam dobrze pytania
i zaraz wszystko mi wytłumaczyła. W niedługi czas po tej rozmowie babcia
zaprowadziła mnie do Sióstr Wspomożycielek. Było to 2 padziernika w więto Matki Bożej Różańcowej.
Zamieszkałam u Sióstr i nadal chodziłam do szkoły. Do postulatu przyjęto mnie
za rok. Po uzyskaniu końcowego wiadectwa szkolnego wyjechałam do Polski i w
Warszawie rozpoczęłam nowicjat.
Jestem Wspomożycielkš już
siedemdziesišt lat i wcišż bardzo podoba mi się służba u Pana Jezusa, i jestem
bardzo wdzięczna swojemu Panu, że włanie tš drogš powołania mnie prowadzi.
s. Helena Donata
**************
PAN BÓG CIĘ ZAPRASZA...
Jestem jedynym dzieckiem moich
rodziców. Miałam brata, ale zmarł po czterech dniach od urodzenia. Pochodzę z
rodziny wierzšcej, ale praktykujšcej tylko w niedzielę i to nie zawsze. Jeli
chodzi o moje życie religijne, to bardzo dużo zawdzięczam mojej babci. To
włanie ona nauczyła mnie modlitwy. Z niš najwięcej rozmawiałam o sobie i o
różnych ważnych dla mnie sprawach.
Gdy skończyłam szkołę redniš,
przyszedł czas wyboru dalszej drogi życiowej. Nie wiedziałam
co mam dalej robić. Złożyłam więc dokumenty na
studia i przystšpiłam do egzaminów, ale moje starania poszły na marne. Nie dostałam
się. Było mi z tym bardzo ciężko. Kiedy, siedzšc w domu, włšczyłam radio.
Akurat była Msza więta. Od tego czasu częciej włšczałam katolickie radio, a
którego dnia pomylałam, że zamiast słuchać Mszy w radiu mogłabym po prostu
pójć na niš do kocioła i poszłam. Poczułam się tam bardzo dobrze, polecałam
Panu Bogu moje życie, pytałam co mam czynić. Gdy żadna
odpowied nie przychodziła, zaczęłam jeszcze gorliwiej się modlić. Przychodziły
mi do głowy różne myli, również i o powołaniu do życia zakonnego...
Po pewnym czasie okazało się, że
jednak jestem wpisana na listę studentów i od pierwszego padziernika mam
rozpoczšć rok akademicki na pierwszym roku studiów. O dziwo ta wiadomoć wcale
mnie nie ucieszyła, bo jaki wewnętrzny głos wzywał mnie do czego innego.
Coraz wyraniej słyszałam w swoim sercu wołanie Chrystusa "Pójd za
Mnš". Wtedy też babcia zaproponowała, żebym poszła z niš do kocioła na
nabożeństwo Odnowy w Duchu więtym z całonocnym czuwaniem. Z radociš przyjęłam
tę propozycję. Podczas tego nabożeństwa wiele osób składało wiadectwa wiary,
uzdrawiajšcego Bożego działania w ich życiu. Ja nie podeszłam do ambonki, bo
nie dowiadczyłam aż tak namacalnie działania Boga.
Pod koniec czuwania, do ambonki
podszedł także ojciec, który przewodniczył temu nabożeństwu. Powiedział, że
jest między nami osoba, która szuka swojej drogi życiowej i prawdopodobnie w
tej intencji ofiarowała udział w tym nabożeństwie. Mówił dalej, że "Pan
Bóg chce jš zaprosić do siebie, chce by Mu służyła". Wiedziałam, że to
chodzi o mnie, ale się nie przyznałam. Długo jeszcze po powrocie do domu z
nikim o tym nie rozmawiałam. Jednak po pewnym czasie postanowiłam powiedzieć to
mojej babci, do której miałam bardzo duże zaufanie.
Wieczorem babcia zadzwoniła do mnie,
ale nie zdšżyła mi nic konkretnego przekazać, bo komórka się rozładowała, a my
nie mamy stacjonarnego telefonu. Nie mogłam w nocy zasnšć, bo babcia nigdy do
mnie nie dzwoniła. Wiedziałam, że musiała to być jaka bardzo ważna sprawa.
Doczekałam do rana i poszłam do niej. Okazało się, że spotkała znajomš siostrę
zakonnš, Wspomożycielkę Dusz Czyćcowych, która włanie teraz prowadzi w
parafii rekolekcje powołaniowe dla dziewczšt i zapisała mnie na nie. Wróciłam więc do domu po najpotrzebniejsze rzeczy i z popiechem
poszłam do siostry.
W sercu miałam ogromnš radoć, choć
też pewnš obawę, bo nigdy dotšd nie uczestniczyłam w takich rekolekcjach, nie
wiedziałam czy podołam ich wymaganiom. Jednak słowa z nabożeństwa: "Pan
Bóg chce cię zaprosić do siebie, chce aby Mu służyła" dodawały mi siły i
odwagi. Następnego dnia rekolekcyjnego modliłymy się z siostrš za znajomych,
za tych, którzy dzisiaj spotkajš się z Bogiem w wiecznoci. Modlitwa ta bardzo
mnie poruszyła ponieważ zawsze modliłam się za
zmarłych, a nie za konajšcych. To było dla mnie co zupełnie nowego.
Po zakończeniu rekolekcji poszłam do
babci, żeby podzielić się swoimi przeżyciami. Będšc u niej dostałam wiadomoć
od mamy, że wczoraj zmarła moja druga babcia. Zaraz przypomniałam sobie
modlitwę za tych, którzy dzisiaj odejdš do Pana. Wtedy zrozumiałam, że Bóg
powołuje mnie do Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek, abym ofiarš mojego życia
niosła pomoc zmarłym. mierć babci była dla mnie dodatkowym znakiem od Boga i
odpowiedziš na pytanie: gdzie jest moje miejsce.
Obecnie jestem na drugim roku
Nowicjatu. Jestem Panu Bogu wdzięczna za to wszystko czego
we mnie dokonał i co uczyni w przyszłoci. Proszę Go, abym potrafiła wypełnić
Jego wolę i wytrwać w Jego
miłoci do końca.
Nowicjuszka Izabela
**************
WIĘTYMI BĽDCIE...
Zostawcie
wiatu jego pociechy, a Bogu dziękować będziecie sercem całym za drogę, na
której was postawił.
bł. Honorat
Komiński
W moim domu rodzinnym było
prenumerowane czasopismo religijne: "Posłaniec Serca Jezusowego". Nie
mylšc jeszcze o powołaniu bardzo lubiłam czytać informacje o zgromadzeniach
zakonnych. Gdy widziałam siostry zakonne, budziły we mnie zainteresowanie swojš
innociš i tajemniczociš. Czasami nawet szłam za nimi, aby lepiej się
przyjrzeć.
Myl o pójciu do zakonu obudziła
się we mnie w czasie Misji więtych, które w mojej parafii prowadzili księża
Jezuici. Pewne fragmenty z nauk zapadły mi głęboko w serce, jak np. cytat z
Pisma więtego: Bšdcie więci, jak Ojciec wasz jest więty. Jednak z upływem
lat zapomniałam o swoich pragnieniach. Żyłam teraniejszociš, dorastałam.
Marzyłam o udanym życiu w małżeństwie.
Po kilku latach, gdy w parafii były
renowacje Misji, we mnie na nowo odżyło pragnienie wstšpienia do zakonu. Nie
znałam żadnego zgromadzenia, więc z wielkimi obawami i lękiem opowiedziałam o
swoich zamiarach księdzu Proboszczowi. On odesłał mnie do innego księdza, który
dał mi adres do sióstr bezhabitowych w Warszawie. Ja raczej mylałam o
siostrach habitowych, bo innych nie widziałam, ale pojechałam w umówionym
terminie na spotkanie z Przełożonš Generalnš. Ustaliłymy, że za dwa tygodnie
mam przyjechać do domu nowicjackiego.
Gdy wróciłam do domu, moje starsze
siostry były bardzo zaskoczone tš decyzjš, jak mogły tak odradzały wyjazd do
zakonu. Ja jednak kompletowałam rzeczy, które powinnam z sobš zabrać. Przed
samym wyjazdem zachorowałam, miałam wysokš temperaturę, a więc musiałam zostać
w domu. Termin mojego wyjazdu minšł. Nie wiedziałam co
robić. Mylałam, że może Pan Bóg nie chce, żebym szła do zakonu. Chorobę uznałam w końcu za
wyraz woli Bożej - widocznie zakon to nie było moje miejsce. Postanowiłam o tym
zapomnieć, cieszyć się wiatem i korzystać z życia. Trwało to rok czasu, ale
nie czułam się szczęliwa. Myl o życiu zakonnym wcišż wracała.
Pewnej niedzieli, będšc w kociele,
mojš uwagę przycišgnęła postać jednej pani, która na pewno nie była z naszej
parafii. Nie znałam jej. Zainteresowała mnie, bo była bardzo skupiona, miała w
swoim wyglšdzie co takiego, co mnie zadziwiało i pocišgało zarazem.
Po Mszy w.
niespodziewanie zawołała mnie gospodyni ks. Proboszcza i zapytała czy chcę
wstšpić do zakonu, bo na plebanii sš siostry. (Nie wiem skšd wiedziała o moich
pragnieniach. Może słyszała mojš pierwszš rozmowę z księdzem Proboszczem). Gdy
powiedziałam jej, że tak, zaprowadziła mnie do tej samej pani, którš widziałam
w kociele. Okazało się, że to była Matka Generalna bezhabitowego Zgromadzenia
Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyćcowych. Matka ucisnęła mnie serdecznie i
powiedziała, że już wyjeżdża, ale na urlopie zostaje jej współsiostra, z którš
za tydzień mam przyjechać do Nowego Miasta n. Pilicš. Póniej dowiedziałam się,
że Wspomożycielki i to zgromadzenie z Warszawy, do którego miałam wstšpić majš
tego samego założyciela. Widocznie Pan Bóg chciał, żebym jednak była
Wspomożycielkš...
Teraz dziękuję Jezusowi za wszystkie
lata trwania w powołaniu,
które nie jest łatwe, ale dla mnie coraz piękniejsze.
s. Stanisława
**************
ZGROMADZENIE SIÓSTR WSPOMOŻYCIELEK DUSZ CZYĆCOWYCH
/bezhabitowe/
Wspomożycielki należš do wielkiej
rodziny franciszkańskiej, żyjšcej według Reguły w.
Franciszka z Asyżu. Zostały powołane do życia w 1889 roku przez bł. Honorata Komińskiego - kapucyna i Wandę Olędzkš.
Podstawowym
zadaniem zgromadzenia jest niesienie pomocy zmarłym cierpišcym w czyćcu przez ofiarę życia zakonnego, modlitwę
oraz pracę apostolskš. Wspomożycielka ma być dla wiernych przypomnieniem, że najważniejszš rzeczš dla człowieka
ma być troska o życie wieczne.
Formacja zakonna w zgromadzeniu
rozpoczyna się postulatem. Jest to czas pogłębiania wiary oraz weryfikacji
swego powołania.
Dwuletni nowicjat - to okres
przyswajania sobie duchowoci i charyzmatu Wspomożycielek, wdrażanie się w
życie modlitwy oraz życie we wspólnocie. Nowicjat kończy się złożeniem lubów
czasowych: czystoci, ubóstwa i posłuszeństwa.
Pięć lat junioratu, to dalsze
wgłębianie się w rzeczywistoć życia zakonnego przez modlitwę, dokształcanie,
zaangażowanie w prace apostolskie w różnych wspólnotach Zgromadzenia.
Uwieńczeniem tego czasu sš luby
wieczyste, które siostra składa na ręce Przełożonej Generalnej w czasie
uroczystej Eucharystii.
Jeżeli Bóg wlał w Twoje serce pragnienie podjęcia naszego
sposobu życia i niesienia pomocy zmarłym cierpišcym w czyćcu, by mogli
osišgnšć pełnię szczęcia, to napisz albo przyjed.
Warunki przyjęcia do
Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek:
*szczere pragnienie służenia
Bogu w życiu zakonnym (powołanie)
*zdrowie psychiczne i
fizyczne
*wiek 16 - 35 lat.
Bliższe informacje pod
adresem:
DUSZPASTERSTWO POWOŁAŃ
Sióstr
Wspomożycielek Dusz Czyćcowych
UL. POPRZECZNA 1, 05-070 SULEJÓWEK,
tel.
0/22/783 13 64; e-mail: powolaniowka@o2.pl
**************
MŁODZIEŻOWE DZIEŁO POMOCY DLA CZYĆCA
* MDPC *
To działajšca przy Zgromadzeniu Sióstr
Wspomożycielek Dusz Czyćcowych katolicka grupa modlitewna przeznaczona dla
młodzieży żeńskiej i męskiej, pragnšcej nieć pomoc duszom czyćcowym oraz
poznawać coraz bardziej naukę Kocioła Katolickiego na temat życia wiecznego i
rzeczy ostatecznych człowieka, a więc mierci, sšdu, życia po mierci: nieba,
czyćca, piekła. MDPC jest częciš tzw. Apostolskiego
Dzieła Pomocy dla Czyćca, skupiajšcego osoby wiekowo starsze niż młodzież.
Kim jest Członek
Młodzieżowego Dzieła?
- Przyjacielem Boga, troszczšc się o życie
zgodne z Jego wolš.
- Przyjacielem Kocioła, włšczajšc się
wiadomie w jego misję przez poznawanie i rozszerzanie katolickiej nauki o
życiu wiecznym. Stara się być w swoim rodowisku wiadkiem nadziei życia
wiecznego.
- Przyjacielem zmarłych cierpišcych w
czyćcu, niosšc im pomoc przez codziennš dowolnš modlitwę w ich
intencji, uczestnictwo w życiu sakramentalnym i patrzenie z wiarš na wszystkie
wydarzenia zwišzane z
życiem, przemijaniem, mierciš. Troszczy się również o pozyskiwanie nowych
członków Dzieła.
-Przyjacielem Zgromadzenia, włšczajšc
się w jego charyzmat, poznajšc jego duchowoć i modlšc się o nowe powołania do
Sióstr Wspomożycielek. Każdy poniedziałek jest dniem duchowej i modlitewnej
łšcznoci Sióstr i Członków Dzieła.
Patronem
Młodzieżowego Dzieła jest: w. Franciszek z Asyżu.
Odpowiedzialnš za Dzieło z ramienia Zgromadzenia jest
jedna z Sióstr.
Jak włšczyć się do MDPC?
Należy zgłosić swoje pragnienie
niesienia pomocy zmarłym; wypełnić otrzymanš od siostry moderatorki Kartę
Członka Dzieła i odesłać na adres :
MŁODZIEŻOWE DZIEŁO POMOCY
DLA CZYĆCA
przy Zgromadzeniu Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyćcowych
