Oprac. s. Irena Złotkowska WDC, s. Anna Czajkowska WDC
 
 
CZAS ROZSTANIA - ŻAŁOBA
 
 
 
Materiały formacyjne przeznaczone są do użytku wewnętrznego Młodzieżowego dzieła Pomocy dla Czyśćca, osób zainteresowanych włączeniem do tej grupy, a także jej sympatyków.
 
Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych
Kobyłka 2005
 
 
 
W TYM OPRACOWANIU:
 
 
WPROWADZENIE SŁOWO DO PRZYJACIÓŁ
CIERPIENIE
Cierpienie w świetle Słowa Bożego
Sens cierpienia
Owoce cierpienia
Śmierć cierpienie rozstania
 
MODLITWY ROZSTANIA
Modlitwa łez
Modlitwa buntu
Modlitwa wspólnoty Kościoła
Aby przetrwać
Miłość potężniejsza niż śmierć
 
ETAPY ŻAŁOBY
Szok
Zaprzeczenie
Wyrażanie uczuć i emocji
Przełamanie izolacji
Odkrywanie sensu doznanej straty
Przebaczenie
Dziedziczenie
Uroczyste zakończenie
 
ZEWNĘTRZNE ZNAKI ŻAŁOBY
Żałobny strój
Rezygnacja z udziału w zabawach i rozrywkach
Nawiedzanie cmentarza
 
MODLITWA ZA ZMARŁYCH
 
NA ZAKOŃCZENIE
Litania za zmarłych wersja I
Litania za zmarłych wersja II
 
 
 
 
 
WPROWADZENIE - SŁOWO DO PRZYJACIÓŁ
 
        Choć tak bardzo nie lubimy pożegnań i związanego z nim cierpienia, to i tak nie mamy wpływu na to, by ich w naszym życiu nie było. Doświadczał ich także Pan Jezus. Znał ból odejścia i znał ból, który rodzi się z poczucia wielkiej straty. Znał także cenę ludzkiej rozłąki. Dlatego miejmy pewność, że umocnieni Jego łaską możemy próbować zmierzyć się z tym, co w naszym życiu nieuchronne - z cierpieniem, ze śmiercią bliskich, z żałobą.
        To opracowanie jest tylko nieśmiałą podpowiedzią skierowaną do tych, których dotknęło piekące ostrze cierpienia. Nieśmiałą, bo przecież nie ma uniwersalnych przepisów na przeżywanie cierpienia, śmierci i żałoby. Mamy nadzieję, że rozważania w nim zawarte, choćby w niewielkim stopniu, złagodzą boleść serca i pomogą w świetle wiary spojrzeć na swoje życie, a może też na zmagania innych ludzi w podobnych doświadczeniach.
        Czasami nie wiemy jak pomóc komuś, kto właśnie opłakuje odejście ukochanej osoby. Nie wiemy jak się zachować, co powiedzieć. Można wtedy po prostu podarować tę małą książeczkę, do której ktoś  będzie miał możliwość sięgnąć wtedy, gdy rodzina powróci do swoich domów, a znajomi zajmą się codziennymi sprawami; wtedy, gdy coś trzeba będzie zrobić z dłużącym się wieczorem albo zmierzyć się  z doskwierającą pustką i samotnością.
 
 
 
CIERPIENIE
 
        "Cóż wie człowiek, który nigdy nie cierpiał?", pyta H. Suzo, a więc czy rzeczywiście potrzebne jest nam cierpienie, byśmy wiedzieli coś o życiu? Czy nie można inaczej zdobywać mądrości? Czy nie da się ominąć tej przykrej ścieżki ludzkiej codzienności?
        Cierpienie jest podstawowym doświadczeniem człowieka, a nawet można powiedzieć, że jest wiernym towarzyszem naszych dróg, bo prędzej czy później dotyka każdego człowieka i nie ma przed nim ucieczki... Jeżeli taka jest prawda o człowieczej doli, to chyba trzeba by się zastanowić nad tym, czy można jakoś oswoić tę bolesną rzeczywistość?...
        Wiemy, że cierpienie dotyka przeróżnych sfer naszego życia... I że cierpienie cierpieniu nie jest równe. Wszystko, co w przykry sposób jest odczuwane przez człowieka, samo w sobie jest złem i trudno się dziwić, że nie chcemy go w swoim życiu i bronimy się przed nim. Gdy jednak przyjdzie, jedyną szansą na oswojenie i przyjęcie go tak, by - jak głosi przysłowie - nie szkodziło nam jak wróg, lecz pomagało jak przyjaciel, jest wiara. To ona zanurza je w Krzyżu Chrystusa i przemienia z bezsensownej udręki w doświadczenie łaski... To wiara pozwala jakby przechytrzyć cierpienie i uczynić je darem złożonym z miłości do Boga i do ludzi...
        Wiara nie ujmie nam bólu, ale go przemieni w taki sposób, by rzeczywiście stało się naszą mądrością mądrą Krzyżem Chrystusa... Obdarzy nas dalekowzrocznością, zdolną dostrzec coś więcej niż tylko własną niedolę i skieruje do Źródła mocy - do Jezusa, który zachęca wierzących w Niego: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!"( Mt 14, 27 ). 
        Cierpienie jest naszą reakcją na zło fizyczne lub moralne, dlatego można wyróżnić cierpienie fizyczne i cierpienie moralne. W mistyce mówi się także o cierpieniu duchowym. Cierpienie jest czymś głębszym i szerszym niż choroba czy ból. Jest ono niejako wplecione w nasze życie i współistnieje z nami w świecie. Przejawia się pod wieloma postaciami, np. bieda, głód, choroba, zdrada, smutek, brak sensu życia, oschłość duchowa, trudności życiowe oraz inne przykre sytuacje.
        Tak więc żaden człowiek nie uniknie zetknięcia z cierpieniem. Nikt z nas nie może sobie tak po prostu powiedzieć: nie będę cierpiał, bo dążenie do wyeliminowania cierpienia jest sprzeczne z istotą ludzkiej egzystencji. Nie oznacza to, że mamy szukać cierpienia, ale uznać prawdę o naszej ludzkiej kondycji, w którą jest ono na stałe wkomponowane.
 
CIERPIENIE W ŚWIETLE SŁOWA BOŻEGO
 
        Skoro Bóg jest Stwórcą wszystkiego, to czy cierpienie także od Niego pochodzi? Wielu ludzi odpowiada na to pytanie twierdząco i z rozgoryczeniem, a niekiedy i ze zgorszeniem w sercu, odwraca się od "takiego" Boga. Może gdyby wcześniej sięgnęli do Biblii i w jej świetle spojrzeli na dramat cierpienia, mieliby szansę na bardziej obiektywną ocenę tej bolesnej rzeczywistości i jej związku z Panem Bogiem i z człowiekiem.
        W Starym Testamencie na pierwszy plan wysuwa się wydarzenie z Raju (Rdz 3, 16-19). Można z niego wywnioskować, że u początku ludzkiego cierpienia stoi szatan. Natomiast przyczyną, która wprowadziła je na świat jest grzech Adama. Jego konsekwencjami są: praca w pocie czoła, dolegliwości i choroby, ból i śmierć.
        Z drugiej jednak strony przy uważnej lekturze Pisma Świętego natkniemy się na takie fragmenty, które mówią, że bez wiedzy Boga nie pojawi się żadne cierpienie na ziemi (Am 3,6), że zło również pochodzi z ręki Boga i należy je przyjąć podobnie jak dobro (Hi 2,10).
        Stary Testament wielokrotnie przedstawia cierpienie jako karę za grzechy konkretnych osób albo całych narodów. Nie ma tu więc miejsca na cierpienie przypadkowe jest ono albo zawinione albo z dopustu Bożego. Człowiek Biblii nie godzi się na cierpienie, ale uznaje swoją niemoc wobec jego istnienia i prosi Boga od uwolnienie od niego. Historia narodu wybranego pokazuje, że Bóg wielokrotnie litował się nad ludźmi, przebaczał im ich przewinienia, pomagał w podźwignięciu się z niedoli (por. PS 22; 86; 106). W tym cierpieniu człowiek opowiada się za Bogiem albo przeciwko Niemu, dlatego wielu przyjaciół Boga doświadczyło cierpienia jako swoistej próby wierności (Abraham, Hiob, Tobiasz).
        W starotestamentalnym rozumieniu cierpienie pomagało także człowiekowi w uznaniu własnej grzeszności, słabości oraz winy. Ponadto służyło oczyszczeniu serca oraz uszlachetnieniu człowieka. Prowadziło do nawrócenia, wychowywało, napominało. Natomiast w Księdze Hioba pojawia się bardzo wyraźnie zagadnienie cierpienia niezawinionego. Oznacza to, że nie zawsze jest ono następstwem grzechu. Może niekiedy być środkiem prowadzącym do głębszego spotkania z Bogiem, gdy jest przyjęte z pokorą i poddaniem się Jego woli.
        Na kartach Starego Testamentu zapisana została także idea cierpienia zastępczego. Dotyczyło ono pojedynczych osób, które z racji piastowania szczególnych urzędów lub godności przyjmowały na siebie cierpienie w zastępstwie niewiernego ludu (Mojżesz, Eliasz, Sługa Jahwe).
        W Nowym Testamencie, który ześrodkowany jest wokół osoby Jezusa Chrystusa, dostrzegamy, że życie Zbawiciela było przepełnione cierpieniem od chwili narodzenia aż do ukrzyżowania. Jednak pojawia się tutaj zupełnie nowy wymiar tych udręk. Jezus przyjął na siebie cierpienie z miłości do Ojca i do ludzi. Odtąd cierpienie zostało związane z miłością! Jezus cierpiał świadomie, dobrowolnie i niewinnie, aby objawiła się chwała Boża, czyli aby dokonało się odkupienie człowieka, uwolnienie go od przekleństwa śmierci. Przez cierpienie właśnie dokonało się to wszystko. Cierpienie Jezusa ma charakter zastępczy, ale nade wszystko odkupieńczy. Jako "Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" (J 1,29) przez cierpienie dokonał Odkupienia świata. Wraz z męką Chrystusa również i samo cierpienie zostało odkupione. Dlatego św. Paweł raduje się w cierpieniach, ponieważ widzi ich głęboki sens (Kol 1, 24).
        Syn Boży odniósł zwycięstwo nad cierpieniem i głównym jego sprawcą - szatanem. Jednak nie zostało ono usunięte z ludzkiego życia. Cierpiała Matka Boża i Apostołowie. Więcej! Są do niego wezwani wszyscy chrześcijanie. Jezus mówi: "Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje" (Mk, 8,34). Natomiast św. Piotr pisze w swoim liście apostolskim: "To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a znosicie cierpienia. Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On grzechu nie popełnił, a w Jego ustach nie było podstępu. On, gdy mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale zdawał się na tego, który sądzi sprawiedliwie. On sam w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości - krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni" (1P 2, 20b-24).
 
SENS CIERPIENIA
 
        Miłość Boga Ojca do każdego człowieka, wyrażona w wydaniu na cierpienie i śmierć Syna, rzuca dużo światła na rzeczywistość naszego cierpienia. Ukazuje, że tylko w perspektywie zbawczej ma ono sens. Cierpienie odarte z wiary i miłości jest siłą destrukcyjną, bo cierpienie doświadczane poza Chrystusem może być jedynie przekleństwem.
        Można więc powiedzieć, że sposób przeżywania przez nas cierpienia informuje przede wszystkim nas samych kim my jesteśmy: uczniami Chrystusa i dziećmi Boga czy poganami? Bowiem - jak napisał Joseph Ratzinger, znany współczesny teolog, a obecny papież Benedykt XVI, w książce "Śmierć i życie wieczne" - "O człowieczeństwie człowieka decyduje jego postawa wobec cierpienia. Tu człowiek staje w bezpośredniej konfrontacji z faktem, że nie rozporządza sam swoim życiem, że jego własne życie nie jest jego własnością. Odpowiedź człowieka może być dwojaka: Może być nią opór, próba zdobycia mimo wszystko autonomicznej władzy - a więc przyjęcie postawy rozpaczliwego, gniewnego buntu. Ale odpowiedzią może też być powierzenie się tej innej Mocy, ufne poddanie się jej kierownictwu bez lękliwego oglądania się na siebie".
        Oczywiście nie chodzi o to, aby upraszczać i posługiwać się sposobem przeżywania cierpienia jako kryterium oceny czyjejś wiary. Jeżeli już, to jedynie swojej własnej. Przy tym należy pamiętać, że łzy, słowa goryczy, smutek, które pojawiają się w doświadczeniu cierpienia nie oznaczają, że ktoś nie po chrześcijańsku cierpi. Przecież sam Chrystus, wisząc na  krzyżu wołał "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mk 15,34b). Te zewnętrzne przejawy bólu z powodu jakiegoś trudnego doświadczenia są normalnymi, ludzkimi reakcjami człowieka. Ważne jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymali i uczynili jeszcze jeden krok - krok wiary - tzn. powierzyli Panu Bogu siebie samych oraz tę bolesną rzeczywistość (por. Łk 23, 46a). Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie nas niszczyć, ale uczyni nas bogatszymi wewnętrznie. W cierpieniu stajemy się bardziej podatni na działanie zbawczej mocy Boga, wypracowujemy w sobie wiele cnót - szczególnie wytrwałość w znoszeniu tego, co dolega i boli.
        Człowiek wiary przyjmuje, że każde cierpienie ma sens, jeżeli jest odczytywane w perspektywie zbawczej, ale nie szuka go dla niego samego i nie życzy go innym. Gdy jednak ono przychodzi usiłuje je odnieść do Chrystusowego Krzyża i zająć postawę godną Chrystusowego ucznia, który wie, że do królestwa Bożego idzie się przez wiele ucisków (por. Dz 14,22), ale na tej trudnej drodze nigdy nie jesteśmy pozbawieni Ojcowskiej pomocy - jak nas zapewniał w jednej ze swoich środowych "Katechez" Jan Paweł II: "[...] cierpienie, widziane oczyma wiary, chociaż jawi się jeszcze jako najbardziej mroczny aspekt losu człowieka na ziemi, to równocześnie odsłania tajemnicę Bożej Opatrzności, zakorzenioną w objawieniu Chrystusa, a zwłaszcza w Jego krzyżu i zmartwychwstaniu. Może się oczywiście zdarzyć, że na pytanie o zło i cierpienie w świecie stworzonym przez Boga człowiek nie znajduje odpowiedzi doraźnej, zwłaszcza, gdy nie ma żywej wiary w tajemnicę paschalną Jezusa Chrystusa. Stopniowo, z pomocą wiary podsycanej modlitwą odsłania się prawdziwy sens cierpienia, którego każdy człowiek doświadcza w tym życiu. Dzieje się tak za sprawą słowa Bożego Objawienia i "nauki krzyża" Chrystusa (por. 1Kor1,18), który jest "mocą Bożą i mądrością Bożą" (1Kor1,24). Sobór Watykański II mówi: ŤPrzez Chrystusa [...] i w Chrystusie rozjaśnia się zagadka (aenigma) cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangeliąť. Odnajdując przez wiarę tę moc i tę "mądrość", znajdujemy się na zbawczych drogach Bożej Opatrzności. Potwierdza się wówczas znaczenie słów Psalmisty: ŤPan jest moim pasterzem [...]. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mnąť (Ps23[22],1.4). Opatrzność Boża oznacza zatem to, że Bóg towarzyszy człowiekowi na jego drodze" (JP II, Katechezy. Bóg Ojciec, 59. 6).
 
OWOCE CIERPIENIA
 
        Wiara chrześcijanina jest zwrócona ku życiu. Jej celem jest życie i dlatego przyjmuje życie na wszystkich jego poziomach jako dar Boga. Przyjmuje życie nawet tam, gdzie zaciemnia je ból i cierpienie, bo i wtedy otwiera przed człowiekiem nowe możliwości bytowania. Jakie możliwości? Wymieńmy choćby kilka:
        - Swoiste "memento": Niejednokrotnie człowiek, który na co dzień poddany jest presji cywilizacyjnego pędu i troski o dobra doczesne, nie ma czasu na refleksję nad priorytetami ludzkiego życia. Dopiero jakieś nieszczęście niejako zmusza go do zatrzymania, do zwolnienia tempa, mobilizując zarazem do zadania podstawowych egzystencjalnych pytań o cel i sens takiego życia. Cierpienie ukazuje jak kruche jest to wszystko, w czym dotąd pokładaliśmy nadzieje: życie, zdrowie, miłość drugiego człowieka, dobra materialne, itp. Utrata tego, co przemijające może otworzyć człowieka na poszukiwanie głębszych motywacji życia, mocniejszych podstaw ludzkiego szczęścia i powodzenia, a w konsekwencji ukierunkować na samo Źródło mocy i życia - na Boga.
        - Pokuta za grzechy: Wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Dzięki Chrystusowi mamy możliwość pojednania z Ojcem przez łaskę sakramentu Pokuty. Jednak samo wyznanie grzechów i uzyskanie rozgrzeszenia nie wystarczą, abyśmy mogli w pełni odzyskać zdrowie duchowe. Rozgrzeszenie gładzi grzech, ale nie usuwa wszelkich nieporządków spowodowanych grzechem. Jego skutki sięgają niekiedy daleko w głąb naszych relacji z Bogiem i z ludźmi, kalecząc je boleśnie. Dlatego należy uczynić wszystko, co możliwe, aby je naprawić. Jedną z form zadośćczynienia jest dobrowolne przyjmowanie cierpień, a zwłaszcza cierpliwa akceptacja krzyża, który musimy dźwigać każdego dnia (por. Katechizm Kościoła Katolickiego rozdz. 2, art.4). Cierpienie ma ogromne znaczenie w oczyszczaniu ludzkiego serca oraz w całościowym rozwoju duchowym człowieka. Poprzez pokolenia i wieki stwierdzono, że w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska. Dlatego Kościół wciąż podkreśla jego zbawienną rolę w ustawicznym procesie nawracania i zmagania ze złem.
        - Dar dla innych: Tak, jak Chrystus cierpiał za nas, otwierając nam przez to bramy królestwa Bożego, tak i my, naśladując Jego miłość możemy swoje cierpienia uczynić darem dla ludzi, których kochamy. W łączności z Chrystusem możemy więc, swoim różnorakim doświadczeniem bólu, krzywdy, niesprawiedliwości, samotności czy niedostatku, zbawiać świat, wprowadzając w czyn wezwanie zapisane na kartach Nowego Testamentu: "Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe" (Ga 6,2). Cierpiąc, możemy wynagradzać za grzechy ludzi żyjących, możemy także zadośćczynić w ten sposób za skutki grzechów osób zmarłych cierpiących w czyśćcu.
 
ŚMIERĆ - CIERPIENIE ROZSTANIA
 
        Śmierć jest też dotkliwym cierpieniem i to takim, które nie omija żadnego człowieka. Jest to rzeczywistość, która dotyczy każdego, lub z którą zetknie się każdy z nas wcześniej czy później. Śmierć, odejście kogoś, kto tak niedawno jeszcze był obok nas, z którym mogliśmy dzielić nasze życie, jego radości i smutki, blaski i cienie. Odszedł... Została pustka i związany z nią nieuchronny smutek,  wewnętrzny ból, może ciemność, a nawet osamotnienie.
        Dlaczego? to pytanie najczęściej wyrywa się spontanicznie z naszego serca dotkniętego nieszczęściem. Dlaczego umarł tak wcześnie, dlaczego  w tym momencie, dlaczego mnie opuścił właśnie teraz, dlaczego w ten sposób, dlaczego?! Dlaczego śmierć, dlaczego ból, dlaczego przemijanie ma prawo egzystencji w życiu?
        Śmierć jest obecna w naturze, obecna jest w naszym życiu, i równie naturalnie, i nieuchronnie budzi w nas sprzeciw, opór i bunt. W Ewangelii - Dobrej Nowinie, którą przyniósł Jezus, możemy usłyszeć: "Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, a jeżeli obumrze, przynosi plon obfity" (J 12,24); "Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je" (Mt 16,24).
        Śmierć, chociaż tak powszechnie obecna w życiu, jest tajemnicą. Jest tajemnicą tajemnic, bo jakże trudno pojąć w jaki sposób robi miejsce życiu, w jaki sposób może stać się źródłem wzrastania i pełniejszego życia, gdy na przykład była to śmierć tragiczna.
        Śmierć bliskiej osoby stwarza zawsze sytuację nieodwracalną. Człowiek pogrążony w żałobie boleśnie odczuwa pozostawioną pustkę i jednocześnie obecność osób, miejsc i przedmiotów, które przypominają tę, która odeszła. Ten, kto odszedł, jest już w rękach Boga. Tego, który pozostał dotyka oścień żałoby i jest on tym bardziej dotkliwy im trudniejsza była sama śmierć. Fakt naturalnej śmierci jest trudny dla każdego człowieka, gdyż do nieśmiertelności Bóg nas stworzył. Jednakże śmierć nagła i niespodziewana jest wyjątkowo trudnym doświadczeniem, z którym niekiedy przychodzi zmierzyć się człowiekowi w jego własnym życiu lub w życiu bliźniego, z którym jest związany relacją miłości.
        Ludzka psychika wzdryga się przed tym, co niespodziewane i trudne. Wolimy nie myśleć o sytuacjach granicznych naszego życia. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego człowiek boi się zmierzyć z granicami, których doświadcza w sobie, w innych i otaczającym świecie?
        Adrianne von Speyer w książce pt. "Śmierć" mówi, że człowiek po grzechu zaczął doświadczać śmierci jako brutalnego i gwałtownego końca, gdyż stracił spontaniczną więź miłości z Bogiem i odniesienie swojego życia do Stwórcy. Ze świata, który jako dobry wyszedł z rąk Bożych zaczyna wykuwać sobie swój własny mały światek i do jego formatu zaczyna dopasowywać swoje własne myślenie i dążenia. Często zbędnym wydaje się dla niego stawianie pytań co potem? Za niewarte troski uważa wykraczanie poza to, co dostrzega swoim wzrokiem i zmysłami. Często niepotrzebnym wydaje się także liczenie z Bożym Słowem, planem Boga i przykazaniami. Bardzo trudno przychodzi mu w swoich myślach i planach sięgać poza granice śmierci. To, że Bóg ma dalsze zamiary wobec człowieka wydaje się być jakby ideą pozbawioną realnej treści. Z wielką zapobiegliwością za to usiłuje poszerzać granice swoich ziemskich dni, obszar swojej władzy i możliwości poznawczych. Wyolbrzymia wszystko, co ziemskie, by zaspokoić pragnienie wielkości, do jakiej przecież stworzył każdego z nas sam Pan Bóg.
        Czymś normalnym jest, że człowiek kocha swoje życie, a wzdryga się przed śmiercią. Dlatego, gdy niespodziewanie wedrze się w nasze życie choroba, nieszczęście, wypadek lub śmierć, bardzo często człowiek zaczyna walczyć z Bogiem, innymi lub samym sobą. W tej szarpaninie zdaje się nie dostrzegać i nie rozumieć Bożego głosu. Nie może pojąć, że oto kończy się świat, który próbował sam zbudować, i że Bóg daje mu szansę odnalezienia siebie i swojego życia w świecie większym, w Bożym świecie.
        To graniczne doświadczenie przeżyte w wierze jest miejscem żywej i bezpośredniej ingerencji Boga w ludzkie życie. Oto ręka Boga zaczęła wykuwać naszą duszę To nieoczekiwane dotknięcie Boga, powalające w gruzy budowę tylko rąk naszych, jest w swej istocie doświadczeniem Bożej Opatrzności. Sam Bóg daje sposobny czas, by ze śmierci naszych własnych planów, własnych sądów i wyobrażeń, dzięki oczyszczeniu wiary, dojrzeć Jego najbardziej ukryte plany względem nas i naszego życia. Uciekanie w tym momencie od spotkania z Bogiem jest zawsze tylko ucieczką przed własnymi granicami oraz kruchością i śmiertelnością naszej ludzkiej egzystencji. Zaś zamknięcie się w sobie jest marnowaniem szansy doświadczenia prawdziwego spotkania z Bogiem, samym sobą  i drugim człowiekiem.
        Dobre przeżycie sytuacji granicznych jest szansą doświadczenia spotkania z pełnią wcielonej miłości Boga z Jezusem Chrystusem, który wziął na siebie nasze słabości i w którego ranach jest nasze zdrowie. Wówczas każda strata i śmierć nie będzie tylko cieniem i popiołem, który kładzie się na każdej chwili naszego życia. Będziemy wówczas w stanie powierzyć siebie i zmarłych Bogu, który jest Bogiem żywym, bo jest Bogiem żyjących.
        Wtedy także kult zmarłych nie będzie tylko powierzchownym kultem w postaci pomnika, lampek i kwiatów oraz łez żalu. Cierpienie po stracie kochanej osoby staje się szansą na umocnienie w nas wiary, że dłonie Boga Ojca są zawsze dla nas otwarte w Jego Synu umierającym za nas na krzyżu. Jest szczególną sposobnością na umocnienie w nas nadziei, że tam, gdzie śmierć kończy czas ziemskiej wędrówki człowieka, nie wpadamy w pustkę, lecz w ręce Boga, który dał nam istnienie i przyjmuje nas znowu do siebie. Nadziei, że w każdej śmierci ludzka doczesność otwiera się na wieczność Boga.
        Dlatego, biorąc udział w pogrzebie, w ceremonii składania ciała do ziemi pamiętajmy, że to nie w grobach przebywają nasi bliscy zmarli. Nie ma ich tam i nas tam nie będzie. W grobach spoczywają tylko doczesne szczątki człowieka, które otaczamy należną im czcią. Jest to miejsce, gdzie możemy pójść z kwiatami czy ze zniczem, gdzie może łatwiej przychodzi nam modlitwa za zmarłych, ale nie tutaj znajduje się cel naszej ziemskiej pielgrzymki. Nieżyjący już ks. Józef Tischner, w jednej ze swoich książek nazwał cmentarz "ziemią odmowy", bo "to nie tu" - mówi cmentarz "nie tutaj jest twój kres". Dla wierzących w Chrystusa cmentarz jest także "ziemią przypomnienia" o danej przez Niego obietnicy: "W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem" (J 14, 1-3). Trzymajmy się tych słów, jak koła ratunkowego, żeby po stracie kogoś kochanego nie utonąć w bezmiarze bólu.
 
 
MODLITWY ROZSTANIA
 
        Wszyscy wiemy, że rozstania z najbliższymi są bolesne, ale przecież nikt z nas, nie chciałby zrezygnować z miłowania ludzi tylko dlatego, żeby potem nie cierpieć. Pożegnania są wpisane w człowiecze życie i jesteśmy niejako zmuszeni nauczyć się je przeżywać tak, żeby to jedno rozstanie nie rzuciło głębokiego cienia na wszystkie inne spotkania z ludźmi, których Pan Bóg stawia na naszej drodze.
        Gdy uważnie przyjrzymy się swojemu życiu zobaczymy, że nieustannie przewijają się w nim pożegnania - nie tylko z osobami, ale i z uczuciami, z miejscami, z rzeczami, z kolejnymi etapami życia, z marzeniami o przyszłości, z ulubionymi zwierzętami itp. Niektóre z nich przebiegają łagodnie inne zaś dotkliwie ranią nasze serca, w zależności od tego, jak bardzo utracona rzeczywistość była nam bliska, ile w nią włożyliśmy samych siebie, jak bardzo utożsamiliśmy z nią swoje istnienie.
        Najdotkliwiej jednak doświadczamy pożegnań z kochanymi ludźmi. Im bliższe były więzi tym więcej bolesnego cierpienia. Nasze serca okrywają się głęboką żałobą, bo - trzeba to wyraźnie zaznaczyć - wraz z ukochanym człowiekiem umiera jakaś cząstka nas samych. Św. Augustyn, któremu w młodości śmierć odebrała przyjaciela, napisał w Wyznaniach: "Nie mogłem się nadziwić, jak ja, nieodłączna część jego osobowości, byłem w stanie żyć, kiedy on już nie żył". Potem jeszcze musiał zmierzyć się z bólem po śmierci matki. Choć siła miłości Augustyna do tych dwóch najbliższych osób była równie wielka, i zapewne ból po ich stracie podobnie dotkliwy, to śmierć matki przeżywał już jako głęboko wierzący chrześcijanin. Wydawałoby się, że umocniony wiarą w zmartwychwstanie i życie wieczne powinien łagodnie przejść przez to doświadczenie. Niestety, choć bardzo się starał i zmagał ze sobą, w końcu, już po pogrzebie, gdy został sam, dał upust swojemu cierpieniu: "Myślałem o jej miłości i oddaniu dla Ciebie (Boże), o jej cierpliwej czułości dla mnie, której nagle zostałem pozbawiony. Doznałem pociechy, gdym przed Tobą zapłakał za nią i nad sobą, ofiarowując Ci te łzy w jej i mojej intencji. Już nie dusiłem w sobie płaczu, pozwoliłem łzom popłynąć strumieniem, podścieliłem ten strumień sercu memu i we łzach znalazłem spoczynek, bo tylko Ty mnie słyszałeś, a nie słyszał żaden człowiek, który mógłby pogardzać mną za to, że płaczę".
 
MODLITWA ŁEZ
 
        Czym były łzy Augustyna, jeżeli nie modlitwą? Inaczej nie przyniosłyby mu ukojenia. Dlatego nie wstydźmy się łez rozstania. Nie jest to przejaw naszej słabej wiary, ale prawdziwej miłości. Przecież i Jezus, chociaż był Synem Bożym, zapłakał przy grobie Łazarza. Mamy więc prawo do łez w obliczu straty. Dał nam je sam Chrystus. Nie wszyscy jednak potrafią płakać wtedy, gdy trzeba zająć się tak wieloma sprawami związanymi ze śmiercią i pogrzebem. Niekiedy na modlitwę łez trzeba trochę poczekać. Ważne jednak, by ona zaistniała, byśmy dali sobie taką możliwość i kiedyś zapłakali, jak Augustyn, nad osobą zmarłą i nad swoją żałobą.
        Jeżeli jednak pojawia się nadmiar łez, płacz przestaje być modlitwą. Nie daje już ukojenia, ale wprowadza w coraz większe przygnębienie zarówno nas samych, jak i tych ludzi, którzy nas otaczają. Dlatego, właśnie jako ludzie wiary, módlmy się do Boga, aby nie pozwolił nam przeoczyć tej tak mało widocznej granicy, po przekroczeniu której łzy stają się ciężarem. Ale jak tu nie płakać, gdy śmierć była tragedią dla całej rodziny, gdy ktoś popełnił samobójstwo, gdy kogoś bestialsko zabito, gdy ktoś odszedł tak nagle - bez słowa pożegnania?...
        W jednej z książek o. Jacka Salija, współczesnego teologa, zostało zamieszczone pytanie o to jak pocieszyć matkę po samobójstwie syna. W odpowiedzi autor przytacza ludową opowieść o pewnej matce, która pogrążona w rozpaczy po stracie dziecka, poszła kiedyś nocą do kościoła. Była tam świadkiem wielkiej procesji dusz czyśćcowych. Jej dziecko wlokło się na samym końcu tej procesji, gdyż musiało dźwigać dwa ciężkie wiadra matczynych łez. Opowieść ta, w sposób bardzo prosty, przybliża nam część prawdy o świętych obcowaniu. Śmierć nie rozłącza nas definitywnie z naszymi bliskimi. Dlatego dla ich losu nie jest obojętne, w jaki sposób zachowujemy się po ich odejściu.
        Ojciec Salij wyjaśnia dalej, że gdy w przeżywaniu żałoby zabraknie szukania woli Bożej i gdy śmierć bliskiej osoby powoduje niekończące się rozbicie duchowe, wówczas stajemy się niezdolni do udzielenia zmarłemu skutecznej pomocy, której on potrzebuje. Nie wolno nam pozwolić na to, by żałoba nas zniszczyła i to nie tylko ze względu na nasze życie, ale także z uwagi na zmarłą osobę, której potrzebne jest duchowe wsparcie. Tym bardziej, gdy mamy do czynienia ze śmiercią samobójczą czy z zabójstwem. Zamiast więc rozpaczać nad tym, że nie da się cofnąć czasu, ani unieważnić dokonanego zła i jego skutków, trzeba raczej z całą żarliwością zwrócić się ku Bożemu miłosierdziu.
 
MODLITWA BUNTU
 
        Uczy jej Pismo Święte, a zwłaszcza Psalmy. Gdybyśmy zadali sobie trud sięgnięcia do tej Księgi szybko zauważymy wersety, w których jest wiele bólu, goryczy i poczucia odrzucenia, a jednak zostały zapisane ręką natchnionego autora i dane nam jako wzór modlitwy, której Bóg chce słuchać:
        Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał?
        Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze?
        Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania,
        a w moim sercu codzienną zgryzotę?
        Spojrzyj, wysłuchaj, Panie, mój Boże!
        Oświeć moje oczy, bym nie zasnął w śmierci. Ps 13, 2-3a; 4
 
        Odrzuciłeś nas, o Boże, starłeś nas,
        rozgniewałeś się, lecz powróć do nas!
        Wstrząsnąłeś i rozdarłeś ziemię:
        ulecz jej rozdarcia, albowiem się chwieje.
 
        Kazałeś ludowi swemu zaznać twardego losu,
        napoiłeś nas winem oszałamiającym. Ps 60(59), 3-5
 
        Jęczę, gdy wspomnę na Boga,
        duch mój słabnie, gdy rozmyślam.
 
        Ty zatrzymujesz powieki mych oczu:
        jestem wzburzony i mówić nie mogę.
        Rozważam dni starodawne
        i lata poprzednie wspominam.
        Rozmyślam nocą w sercu,
        roztrząsam i duch mój docieka:
 
        Czy Bóg odrzuca na wieki,
        że już nie jest łaskawy?
        Czy Jego łaskawość ustała na zawsze,
        a słowo umilkło na pokolenia?
        Czy Bóg zapomniał o litości,
        czy w gniewie powstrzymał swoje miłosierdzie?
 
        I mówię: To dla mnie bolesne,
        że się odwróciła prawica Najwyższego. Ps 77(76), 4-11
 
        Zapewne wiele osób, przeżywających żałobę, podpisałoby się pod tymi, pełnymi bólu, wyrzutami czynionymi Panu Bogu. I dobrze, żeby tak było. Zauważmy, że narzekając, oskarżając o odrzucenie, posądzając o brak litości czy też o brak zainteresowania ludzkimi losami, Psalmista zwraca się cały czas do Boga, a więc się modli! Panu Bogu zależy na tym, żebyśmy stawali do modlitwy w całej prawdzie swojego serca. Jeżeli w danym momencie życia doświadczam rozrywającego bólu i poczucia opuszczenia, to czymś wręcz faryzejskim byłoby udawać, że tak nie jest. On i tak zna całą prawdę o nas, dlatego chce, żebyśmy na modlitwie byli autentyczni, i przed Nim, i wobec samych siebie.
        W żałobie, szczególnie w jej początkowym etapie, możemy nie być w stanie posługiwać się wyuczonymi dotąd formułami modlitewnymi, może nawet ciężko nam będzie sięgnąć po różaniec. Poczucie wewnętrznej pustki i bolesnego rozdarcia może sprawiać wrażenie, że nie jesteśmy zdolni do jakiejkolwiek modlitwy. Nie trzeba sobie z tego powodu czynić wyrzutów. Bóg nie oczekuje, że w takim momencie będziemy dla Niego "uprzejmi", bojąc się Go obrazić krzykiem naszego zbolałego serca. Pan Bóg chce usłyszeć nasz gniew, bunt i lament.
 
MODLITWA WSPÓLNOTY KOŚCIOŁA
 
        Wielką mądrością Kościoła są ceremonie pogrzebowe. Jest to jeden z najważniejszych sposobów rozważania rozstania ze zmarłym tak, aby  w sercu zostało zasiane oczekiwanie na to spotkanie, które dokona się już w pełni radości - w Domu Ojca. W niektórych regionach naszego kraju jest pielęgnowany zwyczaj zbierania się przy trumnie z ciałem zmarłego, aby modlić się we wspólnocie osób, które w różnej mierze zostały dotknięte bólem rozstania. Gdyby więc okazało się, że ktoś, kogo fakt śmierci jakby zamknął w cierpieniu i uniemożliwił bezpośrednie zwracanie się do Boga własnymi słowami, może po prostu być z modlącymi się i mieć uczestnictwo w modlitwach całej wspólnoty.
        Modlitwa towarzyszy także zmarłemu w drodze do kościoła i potem na cmentarz. Natomiast jej szczytowym momentem jest Eucharystia sprawowana w intencji zmarłego. Msza św. jest najcenniejszym darem dla kochanej osoby, którą żegnamy i dla tych, którzy pozostają w żałobie. W niej Chrystus wydaje siebie samego w ofierze, zwycięża śmierć i obdarza życiem wiecznym.
 
ABY PRZETRWAĆ
 
        Trzeba wytrwać w postanowieniu modlitwy, żeby źle przeżyta żałoba nie zniszczyła nas i naszych relacji z ludźmi. Wytrwać w, choćby tak prostej i krótkiej, modlitwie jak jedno westchnienie serca: "Boże, dodaj mi sił", "Panie, zmiłuj się nad nami", "Stań przy mnie, Panie, bo jestem w ucisku". Na początek to wystarczy. Potem należałoby pozwolić sobie na chwilę zadumy, rozmyślania, wsłuchiwania się w to, co teraz Pan Bóg ma mi do powiedzenia. Chwila czytania słowa Bożego połączonego z krótką refleksją, może nie od razu rozświetli mroki cierpienia, może niekoniecznie polepszy samopoczucie, ale po woli przygotuje nas na to, by zasłona żałoby spadła z naszych oczu, by pozwoliła wyjść naprzeciw temu, czego chce Pan. Mocą tej modlitwy odzyskamy w końcu spojrzenie wiary i w jej świetle otworzymy się na dalsze wyzwania życia.
 
 
MIŁOŚĆ POTĘŻNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ...
 
        Każdy z nas kiedyś będzie musiał zmierzyć się z bezwzględnością prawdy o przemijaniu. Poza Panem Bogiem nikt i nic - w tym i ludzkie, doczesne życie - nie trwa wiecznie. Niby o tym wiemy i akceptujemy, odbierając to jako naturalny porządek świata. Jedni się rodzą, drudzy umierają - tak musi być. Gdy jednak ta prawda przyjmie jakieś konkretne imię, gdy dotknie nas osobiście, gdy śmierć zagarnie kogoś bliskiego, nie tak łatwo powtórzyć za Hiobem: "Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!" (Hi 1,21 b).
        Z pewnością każdy w zetknięciu ze śmiercią kochanego człowieka doświadcza dotkliwego cierpienia, które wszystko to, co dotąd było źródłem radości, przemienia w okrutną gorycz. Jak z tym żyć? Jak się odnaleźć w świecie, w którym już nic nie jest pewne?
        Myślę, że łatwo byłoby wówczas przyjąć za swoje bolesne rozżalenie św. Augustyna, którego doświadczał po śmierci swego ukochanego przyjaciela. Opisał je w najbardziej osobistym ze swoich dzieł, w Wyznaniach: "Jakimże bólem zostało przyćmione serce me i na cokolwiek popatrzyłem, wszędzie była śmierć. Ojczyste miasto męką mi było, a dom rodzicielski dziwnym nieszczęściem; cokolwiek zaś łączyło mnie z przyjacielem, bez niego obracało się w nieznośną torturę. Szukały go wszędzie oczy me, a nie było go; znienawidziłem wszystko, co było bez niego, i nic nie mogło mi już powiedzieć: oto idzie, jak bywało, gdy się zjawiał nieobecny. Sam stałem się dla siebie wielką zagadką. [...] Zdaje mi się, że im więcej kochałem przyjaciela, tym bardziej znienawidziłem okrutną śmierć, jako nieprzyjaciółkę, która mi go zabrała, i obawiałem się, że nagle wszystkich ludzi pochłonie, skoro jego pochłonąć zdołała".
        Śmierć sprowadza na nas tę szczególną udrękę, bo z wielką ostrością ujawnia kruchość naszego ziemskiego istnienia i miłowania. Ukazuje też jak niewiele możemy zrobić dla innych, a przede wszystkim, jak bardzo życie drugiego człowieka, mimo najgorętszej miłości, nie zależy od nas. Ból się wzmaga tym bardziej, że gdzieś tam w głębi duszy coś nie pozwala się nam zgodzić na skończoność miłości i jakby zupełnie wbrew logice mocno wierzymy, że - jak to wyraził Gabriel Marcel "Kochać człowieka to znaczy mówić: Ty nie umrzesz". Trudno o piękniejsze świadectwo autentyczności uczuć, bo czy ktoś, kto u samych początków miłości zakładałby, że ona niebawem się skończy, czy ktoś taki kochałby naprawdę? Chyba nie... Miłość woła o obecność, o bliskość, o wieczność..., i słusznie, bo ona jest wieczna...
        Wobec tego, co zrobić ze śmiercią? Nic..., bo i tak nie mamy nad nią władzy, kiedyś i tak przyjdzie. Nic..., bo ona w odniesieniu do miłości nie oznacza żadnego kresu, żadnego końca, ale jak żadna inna rzeczywistość odsłania jej pełnię. Śmierć usuwa bowiem to wszystko, co wiąże się z zewnętrznością, to co było naznaczone ziemską niedoskonałością, wszystkie przeciwieństwa, które osłabiały miłość: jak choćby wady charakteru, ułomności...
        Ponadto śmierć ukazuje inną ważną dla miłości właściwość: niezastępowalność. Nikt, nigdy nie zastąpi nam miłości tego oto konkretnego człowieka, gdyż w tym, co nazywamy miłością między ludźmi nie chodzi o kogokolwiek, ale właśnie o nas - to znaczy - "o mnie i o ciebie". Dlatego, gdyby np. wdowa, po okresie żałoby, pokochała jakiegoś mężczyznę i ten byłby jej drugim mężem, to i tak nie na zasadzie zastępstwa. Możemy prawdziwie kochać wiele osób, ale w każdej z tych relacji będziemy dla siebie nawzajem jedyni...
        Miłość nie obumiera wraz z ciałem osoby, którą kochamy, przechodzi tylko na inną płaszczyznę wzajemności. Każdy z nas, jeżeli chce ocalić miłość, musi zadać sobie trud odnalezienia nowych sposobów jej wyrażania. Dla jednych to będzie modlitwa za zmarłego, dla innych także pielęgnowanie wspomnień czy podjęcie i kontynuacja jego życiowych planów albo dzieł.
        Miłość sama w sobie jest nieśmiertelna, jest potężniejsza niż śmierć cielesna, ale czy ocaleje w naszych sercach? - to już zależy od nas samych.
 
 
ETAPY ŻAŁOBY
 
 
        Można zapytać jak długo trwa ból i smutek pożegnania, jak długo trwa żałoba po odejściu do wieczności bliskiej nam osoby?
        Zależy to w dużej mierze od tego, jaką część samego siebie, ile miłości zaangażowaliśmy w tę osobę. Kim była ona dla nas ojcem, mężem, żoną, dzieckiem, przyjacielem?... Jaka była rozłąka długa choroba, wypadek, samobójstwo?... Jak przyjęte jest przeżywanie żałoby w najbliższej rodzinie, środowisku?... I od wielu jeszcze innych czynników, których nie sposób tu wymienić. Każdy bowiem żałobę, czyli cierpienie związane ze śmiercią kogoś mu bliskiego, przeżywa indywidualnie.
        Przyjmuje się powszechnie, że w przeżywaniu żałoby można wyróżnić osiem etapów, które często się na siebie nakładają, jednak mogą być pewnymi punktami odniesienia dla każdego człowieka.
        Po śmierci kogoś bliskiego nie można powiedzieć tak po prostu: "Nie płacz", "Dlaczego się zamartwiasz on jest już na pewno szczęśliwy", "Najlepiej zajmij się czymś, by już nie rozmyślać o tym". Czas żałoby jest jednak potrzebny, jest konieczny, aby nie zamrozić w sobie wewnętrznej rozpaczy po stracie, aby przyjęte i przeżyte cierpienie mogło stać się początkiem nowego życia. To prawda, że czas łagodzi ból rozstania, ale do wzrostu dopomaga tylko wtedy, gdy jest dobrze przeżyty.
 
SZOK
 
        Zwykle pierwszym doświadczeniem po śmierci kogoś bliskiego jest szok. Jest to tak wielkie cierpienie i obciążenie dla osoby, która go doświadcza, że sam organizm broniąc się przed załamaniem blokuje jakby odbieranie rzeczywistości. Ktoś porównał to doświadczenie do sytuacji przeciążenia sieci elektrycznej. Gdy zachodzi ryzyko, że przepalą się przewody, wyskakują wówczas bezpieczniki.
        Podobnie reaguje organizm w momentach wielkiej rozpaczy i tragedii. Życie emocjonalne jest wówczas jakby zamrożone, człowiek traci wrażliwość na wszelkie bodźce, a ciało staje się skurczone i sztywne. Osoba w szoku przejawia więc pozorną niewrażliwość na tragedię, odczucie jakby wewnętrznego paraliżu i zimna, towarzyszyć niekiedy może niekontrolowany wybuch śmiechu lub brzęczenie w uszach, jak gdyby się nie chciało usłyszeć złej nowiny. Stan ten pozwala przez pewien czas stawić czoła trudnej rzeczywistości, gdy jednak trwa zbyt długo może głęboko upośledzić życie osoby i sam w sobie stanie się dodatkową stratą.
 
ZAPRZECZENIE
 
        Do paraliżujących skutków szoku dokłada się zwykle kolejne doświadczenie, którym jest zaprzeczenie. Osoba mówi często: "to nie może być prawdą", "przeżywam jakiś koszmar", "nie śmiem ruszać nawet pozostawionych rzeczy". Zbyt długo trwające zaprzeczenie nie pozwala tak naprawdę rozpocząć czasu żałoby po zmarłym. By chronić siebie przed cierpieniem wchodzimy często w stan depresji. Nie pozwalając bólowi zagościć z całą ostrością w naszej świadomości, blokujemy w sobie niejako bieg życia. Niekiedy zaprzeczenie przybiera trudne do rozpoznania formy. Może to być całkowite oddanie się jakiemuś zajęciu, poszukiwanie winnego śmierci, podtrzymywanie obecności osoby, która od nas odeszła, przez zachowanie jej nietkniętych przedmiotów i miejsc, w których mieszkała, może to być nadużywanie lekarstw i alkoholu lub szybkie wejście w nowy związek, aby się pocieszyć.
 
WYRAŻANIE UCZUĆ I EMOCJI
 
        Aby wejść rzeczywiście w stan przeżywania żałoby po doświadczeniach szoku i negacji pojawić się powinno kolejne bardzo trudne i dramatyczne doświadczenie, jakim jest wyrażanie uczuć i emocji. Wiele osób, szczególnie pozostawionych samym sobie, nie odważa się wejść w ten etap, ani tym bardziej przebyć go w całej ostrości. Doświadcza się bowiem tutaj wielu przeciwstawnych sobie uczuć jak: miłość i gniew, poczucie winy i odczucie wyzwolenia, aż po intensywny ból pełnej świadomości, że wszystko się skończyło. Nasza niezdolność do wyrażenia uczuć sprawia, że psychicznie nie potrafimy uwolnić od siebie ukochanej osoby, która już odeszła. Potrzebny więc i konieczny jest nasz bunt i lament, skierowany nawet w stronę Boga "jak mógł na to pozwolić?". Potrzebne jest wejście w "ciemny tunel" tego doświadczenia, aby powoli można było dojść do światła nowego życia.
 
PRZEŁAMANIE IZOLACJI  OD  ŚWIATA I  ŻYCIA
 
        Przebycie tego etapu pozwala dopiero wejść w kolejne doświadczenie, jakim jest - przełamanie izolacji od świata i życia. Jest to czas na dokończenie razem z utraconą osobą tego, co po niej pozostało. A więc: wypełnienie jej obietnic, rozdanie pozostawionego ubrania, wybudowanie pomnika... Te na pozór prozaiczne sprawy są jednak bardzo ważne w przyśpieszeniu końca żałoby.
 
ODKRYWANIE  SENSU DOZNANEJ  STRATY
 
        Etap ten przeżyty dobrze jest także warunkiem nabrania dystansu do tego, co się wydarzyło i pozwala powoli doświadczyć odkrywania sensu doznanej straty. Sens straty bliskiej nam osoby jest - podobnie jak sens samej śmierci - wielką tajemnicą i tylko z dużym trudem możemy dojść do niego. Pomocne mogą być pytania: czego nauczył cię ten dramat?, co nowego pozwolił ci odkryć w sobie?, w jaki sposób zbliżył cię do Boga?, jak chcesz dalej wzrastać po przeżytym dramacie?...
        Nie od razu znajdziemy odpowiedź na wszystkie pytania, pojawiające się na tym etapie, jednak powoli nasze odpowiedzi ułożą się w coraz jaśniejszą całość i doprowadzą do odkrycia nowego sensu życia... Może właśnie tak, jak stało się to w życiu jednej z dziewcząt, której zmarła ukochana babcia. Marzena pisze w swoim świadectwie: "Chciałabym podzielić się doświadczeniem śmierci bliskiej mi osoby - mojej babci. Podzielić się tym, jaki sens miała dla mnie osobiście jej śmierć, co wtedy ważnego odkryłam.
        Moja babcia była dla mnie kiedyś najbliższą osobą z tego względu, że obdarzała mnie bezwarunkową miłością i akceptacją, może nawet kosztem innych osób z rodziny... Jedno wiem, że byłam dla niej jedną z ważniejszych osób.
        Zanim zmarła zachorowała i ostatnie lata swego życia spędziła w łóżku. Niestety ja ją rzadko odwiedzałam. Przy ostatnim spotkaniu, dwa lata przed jej śmiercią, na pożegnanie, powiedziała mi, żebym o niej nigdy nie zapomniała. Obiecałam. Zapomniałam... Zajęta wtedy tak bardzo swoimi problemami, nie odwiedzałam jej - wymówką było to, że babcia daleko mieszka. W rzeczywistości bałam się zobaczyć jej cierpienie. Z pełnej wigoru i życia staruszki stała się nagle bezradnym i bezsilnym człowiekiem. Teraz wiem, że ona nie oczekiwała ode mnie jakiejś konkretnej zewnętrznej pomocy. Wystarczyło tylko być, wysłuchać ją, powiedzieć dobre słowo... A ja ją opuściłam... Po jej śmierci zrozumiałam coś bardzo ważnego. W mojej głowie z wielkim hukiem dźwięczały słowa z wiersza ks. Jana Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"... Odkryłam wtedy jak bardzo zależy mi na mojej rodzinie - rodzicach, rodzeństwie. Te wszystkie niesnaski, sprzeczki, kłótnie... Przecież to takie mało ważne. Dotychczas byłam zbyt obojętna i niewrażliwa wobec mojej rodziny. Pewnie, że gdyby zdarzyła się jakaś drastyczna sytuacja, to raczej możemy na siebie liczyć, ale codzienność, zwykły trud dnia... To właśnie w nim trzeba docenić człowieka, okazywać mu, że jest dla mnie ważny. Nie jest to takie łatwe, ale warto się starać. Nie chciałabym kiedyś powiedzieć znowu: "zawiodłam". Po śmierci babci miałam ogromne wyrzuty sumienia. Z tego powodu i jeszcze z innych zaczęłam codziennie chodzić do kościoła na Mszę świętą. I tak już zostało...".
 
PRZEBACZENIE
 
        Tak więc etap odkrywania sensu doznanej straty doprowadza nas przede wszystkim do wewnętrznego pojednania, do doświadczenia przebaczenia, sobie samemu oraz zmarłej osobie. Jest to kolejny ważny krok na drodze przeżywania żałoby po osobie zmarłej. Ciężka strata powoduje, że ostrzej dostrzegamy potęgę miłości w stosunku do utraconej osoby i jednocześnie ubóstwo w sposobie naszego dotychczasowego wyrażania tej miłości. Chodzi tu o nie tylko o przebaczenie sobie, ale i prośbę o przebaczenie: że nie dość się mówiło kocham ciebie, że często nie stawało się na wysokości zadania, że nie dołożyło się dosyć wysiłku, aby zapobiec chorobie i śmierci, że..., każdy ma tu swoją własną listę próśb o wybaczenie. Dopiero bowiem otrzymanie przebaczenia i udzielenie sobie przebaczenie wprowadza w nasze wnętrze nowy ład, a to z kolei pozwala przebaczyć osobie, która od nas odeszła. Jest to bardzo ważne, aby pozbyć się resztek wewnętrznego gniewu z powodu trudności na jakie naraziła nas ukochana osoba swoim odejściem. Gdy udzielimy jej przebaczenia za nasz wstrząs uczuciowy, za pozostawioną po sobie samotność, za wszystkie kłopoty, których musieliśmy doświadczyć po jej śmierci, i tym podobne rzeczy, wówczas zniknie wewnętrzna gorycz i głęboko ukryty w sercu żal, który mamy do zmarłej osoby.
 
DZIEDZICZENIE
 
Wiele osób w tym momencie, gdy rana wydaje się być już jakoś zagojona, dostrzega koniec okresu żałoby. Jednak, aby rzeczywiście rozpocząć "nowe życie" musi być zrobiony jeszcze jeden krok. Mianowicie konieczne jest przyjęcie na nowo osoby, która od nas odeszła z całym jej dziedzictwem. Etap dziedziczenia jest doświadczaniem radości z nowej - nieco innej - obecności w naszym życiu osoby, którą darzyliśmy miłością. Ona wkroczywszy przez śmierć w życie wieczne, przez wiarę i miłość jest przy nas nieustannie obecna i tym bardziej pragnie naszego szczęścia. Mażna  więc, a nawet trzeba, pytać Boga na modlitwie, czego ona teraz od nas oczekuje, co by ją ucieszyło... Ale przede wszystkim należy ją polecać w tej modlitwie Bogu, aby mogła cieszyć się radością nieba.
 
UROCZYSTE ZAKOŃCZENIE
 
Ostatni etap w przeżywaniu żałoby to uroczyste jej zakończenie. To ważne, aby był jakiś zewnętrzny znak końca naszego pożegnania. Kiedyś była to zmiana koloru noszonych ubrań. Dziś, gdy mniej uwagi przykłada się do tego znaku, tym bardziej ważne jest uzewnętrznienie zakończenia czasu żałoby. Konieczne to jest dla naszego dalszego funkcjonowania wśród ludzi. Trudno tutaj sugerować jakieś konkretne sposoby zaakcentowania tego momentu, bo każdy powinien znaleźć swój sposób na rozstanie się z żałobą - taki, jaki podpowie mu własne serce.
Można zapytać ile czasu potrzeba, aby móc przeżyć czas pożegnania odchodzącej od nas bliskiej osoby. Powszechnie przyjmuje się, że trwa to przynajmniej dziewięć miesięcy, tyle ile wynosi czas od poczęcia do narodzenia. Głęboka żałoba po niespodziewanej stracie ukochanej osoby trwa zwykle około dwóch lat. Nie tyle jednak jest ważna długość czasu poświęconego na żałobę, ile sposób, w jaki zdołamy ten czas przeżyć. Doświadczenie cierpienia, które temu procesowi towarzyszy, chociaż samo w sobie bolesne, może zaowocować nową, duchową dojrzałością osoby. Jeżeli tylko nie będziemy się starać za wszelką cenę o nim zapomnieć, jeżeli nie zamrozimy naszych uczuć i nie zatwardzimy naszego serca, wówczas odkryjemy w sobie głębszą zdolność miłowania i pełniejszy wymiar ludzkiego życia. Doświadczymy jakiejś cząstki duchowego bogactwa związanego z tajemnicą zmartwychwstania...
 
 
ZEWNĘTRZNE ZNAKI ŻAŁOBY
 
 
        Przeżywanie wewnętrznego smutku po śmierci kogoś bliskiego i kochanego najczęściej wyraża się w pewnych znakach zewnętrznych, i trzeba podkreślić, że ważne jest, aby one zaistniały. Dlaczego? Choćby i z takiego powodu, że przeniesienie na język zewnętrzny bólu czy smutku pomaga człowiekowi w stawaniu się wolnym od wewnętrznych napięć. Trzeba pozwolić swojemu wnętrzu "wypowiedzieć się" na różnych płaszczyznach, aby potem ono mogło swobodnie otworzyć się na nowe sprawy codzienności.
        Do takich znaków należą np.: żałobny strój; rezygnacja z uczestniczenia w tańcach, zabawach i rozrywkach; nawiedzanie grobu. Są to jedne z najważniejszych przejawów żałoby zewnętrznej i dlatego zostaną one pokrótce omówione, gdyż współcześnie dla wielu osób ubiór nie ma żadnego znaczenia, podobnie zresztą, jak i inne formy żałoby. Może z tego powodu, o którym napisała pewna pani teolog, zauważając zadziwiającą łatwość przechodzenia do "normalności" po śmierci osób nawet bardzo bliskich. Autorka pisze: "W modzie jest widocznie racjonalny smutek. Nie może trwać zbyt długo, może parę dni - życie musi iść dalej. W moim odczuciu ludzie chcą jak najkrócej stykać się ze smutnymi stronami życia. Ból i smutek powinny zostać ukryte, możliwie jak najszybciej! W naszym życiu wszystko jest sprawą chwili i możemy z tym żyć. Czy rzeczywiście?"
        Czy rzeczywiście? - należy bardzo uczciwie zadać sobie to pytanie. Czy rzeczywiście żałoba - jak to mówią niektórzy - jest wyłącznie sprawą serca i nie potrzebuje żadnych zewnętrzności? Nie łudźmy się. Człowiek już tak został "skonstruowany", że wewnętrzny świat uczuć, przeżyć czy refleksji niejako sam domaga się odpowiedniej zewnętrznej ekspresji. Jeżeli mu na to nie pozwolimy, jeżeli stłumimy żal i smutek, odpychając przykre myśli i odczucia, w efekcie pozostaniemy niewolnikami tego niewypowiedzianego cierpienia i będziemy musieli ciągle w coś od niego uciekać. Bo żałoba to jakby praca nad smutkiem, do którego po prostu mamy prawo... O tym prawie, w sposób bardzo czytelny, informują właśnie zewnętrzne znaki żałoby.
 
ŻAŁOBNY STRÓJ
 
        W naszej tradycji kolorem żałoby jest czerń. Dlatego w dniu pogrzebu rodzina i osoby najbliżej związane ze zmarłym najczęściej wkładają strój właśnie w tym kolorze lub w zbliżonych do niego, np.: w granatowym. Natomiast mniej związani ze zmarłym uczestnicy pogrzebu starają się dostosować ubiór tak, aby nie raził swoją kolorystyką, a więc w swych barwach był raczej spokojny, stonowany, jednolity - odpowiedni do powagi sytuacji, czyli wyrażający szacunek dla cierpienia ludzi, których ta śmierć najbardziej dotknęła.
        Czemu służy dłuższe niż jedno czy dwudniowe noszenie ubrań w czarnym kolorze?, w czym pomaga? Żałobny strój jest najprostszą formą uświadomienia sobie prawa do wyrażania żalu z powodu rozstania z ukochaną osobą i że powinno to być także respektowane przez otaczające nas grono ludzi. Powinno, ale nie w sensie jakiegoś roszczenia. Chyba bardziej zaproszenia do delikatnego towarzyszenia danej osobie - choćby przez modlitwę, dobre słowo albo przyjazny gest.
        W tym miejscu nasuwa się pytanie o to, kiedy zrezygnować z czerni w stroju. Wydaje się, że każda osoba, która dobrze rozumie wymowę znaków zewnętrznych i są one zharmonizowane z jej przeżyciami wewnętrznymi, sama wyczuje ten czas. We właściwym dla siebie momencie zdecyduje się na stopniowe rozjaśnianie swojego ubioru.
        Nie należy też w sposób bardzo skrajny traktować tego znaku i na przykład, gdy nas na to nie stać, wydawać wielkich sum na czarne ubrania. Może wówczas wystarczy, że będą one mniej barwne niż zwykle. Trzeba więc pamiętać, aby znak nie przerósł tego, co ma oznaczać i zamiast służyć pomocą nie stał się dodatkowym ciężarem dla nas samych, jak i dla innych osób pogrążonych w żałobie.
 
REZYGNACJA Z UDZIAŁU W ZABAWACH I ROZRYWKACH
 
        W naszej współczesności - charakteryzującej się coraz większym pośpiechem, a w związku z tym i pewną powierzchownością, bo przecież głębia wymaga czasu - gdzieś zagubiło się prawidłowe rozumienie znaków żałoby po stracie osób bliskich. Wskutek tego roczną żałobę - jak pisze M. Nemetschek, autorka książki Błogosławieni, którzy się smucą - uważa się za luksus albo za przesadę. Coraz częściej ludzie zajmują obronną postawę wobec bólu i smutku spowodowanego czyjąś śmiercią. Niemal natychmiast, na różne sposoby, rzucają się w wir życia. Niestety smutku nie da się ot tak, po prostu i bez żadnych konsekwencji dla zdrowia psychicznego, zagłuszyć czy odepchnąć. On i tak upomni się o należny mu czas i uwagę. Kiedyś wróci, ale - jak to ktoś powiedział - tylnymi drzwiami, a wówczas będzie trochę za późno, żeby nad nim popracować. Wtedy trzeba już będzie ten smutek leczyć...
        Wspomniana wyżej autorka przytacza w swojej książce znamienne wydarzenie. "Swego czasu - pisze - głośną sprawą było zejście lawiny, która pociągnęła za sobą sześć ofiar śmiertelnych. Kiedy wreszcie odkopano ostatniego zaginionego, wstrząs był wielki. A przecież następnego dnia ci z pechowej grupy, którzy przeżyli, ponownie jeździli na nartach. Zapytani czy czują się na siłach, odpowiedzieli: ŤPogodziliśmy się ze śmiercią naszych przyjaciół!ť Widocznie wystarczyło im kilka godzin żałoby. Aby tylko nie myśleć, nie zastanawiać się, dalej do przyjemności. Ten sposób obchodzenia się ze śmiercią i smutkiem w efekcie końcowym czyni człowieka chorym".
        Może to dosyć mocne słowa, ale chyba dotykające samej istoty problemu. Odrzucony smutek, ból zepchnięty w jakiś najciemniejszy kąt podświadomości, wymyka się spod kontroli. Jego nieobecność jest tylko pozorna. Tak naprawdę, choć usunięty ze świadomości, tkwi w nas nadal, zakorzenia się i w końcu ujawnia, w najmniej pożądany sposób, bo - jak twierdzi H. Bauman - "wcześniej czy później żal po śmierci bliskiej osoby nawiedza każdego. Nikogo nie oszczędza".
        Tak więc, zapomniana już nieco, tradycja, która nakazywała po śmierci osób bliskich powstrzymanie się, przez rok albo kilka miesięcy, od udziału w tańcach, zabawach i rozrywkach, była wyrazem pewnej życiowej mądrości. Ten okres wstrzemięźliwości był czasem na wzmożoną modlitwę o niebo dla zmarłej osoby, czasem wyciszenia - danym sobie i innym - na pogodzenie się ze stratą, a może też czasem na dokonanie pewnych przewartościowań w dotychczasowym sposobie życia?...
        Jako potwierdzenie może posłużyć świadectwo pewnej owdowiałej kobiety: "Strata bliskich - pisze - może uczynić cię głęboko świadomym tego, co jest w życiu naprawdę najważniejsze. Moje cierpienie nauczyło mnie współczucia, wyrozumiałości i okazywania miłości. Nauczyło mnie, że nie należy brać za pewnik cudu i daru życia. [...] Życie jednak nie będzie już nigdy takie same, i ja także. W moim wnętrzu zawsze będzie jakieś puste miejsce - rana, która się nigdy nie zagoi. Lecz ja cenię ją sobie. To sposób, w jaki Bóg podtrzymuje mój związek z osobą, która była tak ważna w moim życiu".
        To bardzo piękny owoc dobrze przeżytej żałoby. I raczej trudno by się go było spodziewać, gdyby ta kobieta "nie ucałowała" swojego smutku, gdyby uciekła przed bólem w nurt światowego zgiełku...
        Wydaje się, że ludziom, którzy byli związani autentyczną relacją miłości ze swoimi zmarłymi, nie trzeba nawet zbytnio uzasadniać wartości żadnego z zewnętrznych znaków żałoby. Oni sami będą ich poszukiwać, aby jak najpełniej przeżyć czas pożegnania z ukochaną osobą.
 
NAWIEDZANIE CMENTARZA
 
        Cmentarz... Czym jest, że jedni ludzie, przechodząc obok niego zdejmują ze czcią nakrycia głowy, a inni omijają z daleka? Czym jest dla nas to swoiste miejsce? Czy tylko miejscem tragicznym, mówiącym o bólu, żalu i rozpaczy po stracie osób najbliższych?
        Wydaje się, że cmentarz, dobrze odczytany tzn. - w świetle chrześcijańskiej Dobrej Nowiny - jest przede wszystkim słowem o... życiu. Tak, właśnie o życiu, a nie o śmierci. Wielu teologów zaznacza w swoich eschatologicznych rozważaniach, że śmierć jest częścią życia, a więc miejsca cmentarne muszą być wymownym "memento" skierowanym do świata ludzi żyjących. Zmarłemu cmentarz już nic nie powie. Jego naukę trzeba usłyszeć wtedy, gdy jeszcze mamy możliwość odkrywania sensu otaczającego nas świata, gdy dokonujemy życiowych wyborów, gdy podejmujemy decyzje i szukamy uzasadnienia dla takich czy innych wartości moralno-duchowych.
        Zapewne jest wiele powodów, dla których kierujmy nasze kroki na miejsce spoczynku doczesnych szczątków naszych bliskich czy znajomych. Niektórzy idą na cmentarz, żeby odejść nieco od świata i zanurzyć się, choć na chwilę, w tym swoistym rodzaju pokoju, którym emanują nekropolie. Inni podążają tam dla zabytkowych grobów. Najczęściej jednak nawiedzamy cmentarze z pobudek religijnych, żeby po prostu pomodlić się za zmarłych w tym miejscu, gdzie zostali pogrzebani.
        Należy podkreślić, że ten ostatni motyw ma bardzo duże znaczenie zwłaszcza w czasie trwania żałoby. Człowiek, który doświadczył odejścia kochanej osoby, niekiedy przez długi czas nie potrafi pogodzić się z tym, że zmarły nie przebywa już w jakimś konkretnym domu czy mieszkaniu i wówczas grób staje się jakby pewną namiastką miejsca zamieszkania. Jest konkretnym punktem, w którym można zakotwiczyć psychiczną potrzebę spotkania ze zmarłym. Dlatego nie należy dziwić się, że owdowiała kobieta czy mężczyzna, który nagle stracił żonę, albo rodzice po śmierci dziecka potrafią nawet kilka razy dziennie być na cmentarzu.
        Oczywiście bywają i reakcje zupełnie odwrotne, gdy ktoś usiłując bronić się przed bólem, unika jakiegokolwiek kontaktu ze wszystkim, co przypomina o śmierci ukochanej osoby. Wiemy jednak, że żadna skrajność nie jest stanem pożądanym. Należy więc wystrzegać się ich - również w czasie żałoby.
        Nawiedzanie cmentarza jest bardzo istotnym zewnętrznym znakiem żałoby. Powracanie do miejsca, gdzie złożono ciało zmarłego ma silny charakter symboliczny. Człowiek pogrążony w żałobie pragnie wyrazić swój smutek przez konkretne czyny, które w jego mniemaniu są dowodami miłości wobec ukochanej osoby. Grób staje się więc miejscem wyrażenia uczuć bólu i smutku, a także wdzięczności, w sposób widzialny i namacalny przez ustrojenie grobu kwiatami, zapalenie świecy, odmówienie modlitwy za zmarłego.
        Jednak dla człowieka zakorzenionego w wierze grób osoby bliskiej powinien być miejscem ważnym, ale nie najważniejszym. Cmentarz nie może stać się ani naszą świątynią, ani domem. Każde z tych miejsc ma inną rolę do spełnienia w naszym życiu i trzeba się z tym zgodzić. Nie pomożemy zmarłemu (sobie też nie), przesiadując w nieskończoność przy grobie. Nie odnajdziemy tam naszych bliskich, bo oni przeszli już do wieczności i odtąd przestrzenią spotkania z nimi jest wiara w Boga i ufna modlitwa. To jedynie On sam jest naszym życiem i zmartwychwstaniem.
        Z pewnością do takiej postawy wewnętrznej dochodzi się stopniowo. Nie da się wskazać określonego czasu dojrzewania w wierze. Każdy człowiek jest inny i jego relacje z Bogiem i z ludźmi mają odmienny charakter. Dlatego każdy musi sam, we właściwym sobie czasie, odczytać doświadczenie śmierci w perspektywie wiary, wydobyć symbolikę grobu i cmentarza oraz usłyszeć "orędzie życia" w tej bolesnej pustce, którą w naszych sercach pozostawiają zmarli.
        Niech dopełnieniem naszych rozważań o nawiedzaniu cmentarza będzie świadectwo autorki książki o żałobie pt.: "Błogosławieni, którzy się smucą"... M. Nemetschek pisze: "Szczególnego rodzaju doświadczenie cmentarza stało się moim udziałem mniej więcej w tydzień po odejściu mamy. Była to Wielkanoc. Opuścili mnie wszyscy serdeczni znajomi i przyjaciele udając się do własnych rodzin. Ja pozostałam sama. Właśnie tej nocy, kiedy świętujemy zwycięstwo Jezusa nad śmiercią przez zmartwychwstanie, z nową siłą odżył we mnie ból po śmierci matki.
        Uroczystości Wielkiej Nocy zakończyły się wpół do jedenastej. Jakoś wszystko umknęło mojej uwadze, choć starałam się śledzić toczącą się akcję liturgiczną. ŤWypełniałať mnie wtedy pustka, nie pozostawiając żadnego miejsca na pełną wiary nadzieję. Kontrast pomiędzy moim samopoczuciem i dopiero co przeżytą uroczystością był emocjonalnie nie do przeskoczenia. Wsiadłam w samochód i jak gdyby nigdy nic pojechałam na cmentarz.
        Była to cudowna noc. Księżyc w pełni, niebo usiane gwiazdami, na horyzoncie górskie szczyty pokryte śniegiem (autorka mieszka w Austrii - przyp. aut.) kąpały się w jego blasku. Milczące piękno tej nocy zdawało się pogłębiać mój ból. Stanęłam nad świeżym grobem. Zapaliłam przyniesioną świecę. Jednakże moje wnętrze pozostało niewzruszone i nienaruszone przez zewnętrzne działanie. Czułam się bezgranicznie opuszczona i samotna. ŤMamo, gdzie jesteśť - krzyczało coś we mnie - Ťtak bardzo cię kochałam! Dlaczego nigdzie cię nie znajduję? Ani w grobie, ani w domu, ani koło mnie! Gdzie mam cię szukać?ť
        ŤDlaczego szukacie żyjącego pośród umarłych?ť - brzmiało pytanie, które anioł w poranek zmartwychwstania skierował do pogrążonych w smutku niewiast. Nagle w moim wnętrzu obudziło się to samo, choć nieco przemienione pytanie: ŤDlaczego szukasz żyjącej pośród umarłych?ť I od razu wiedziałam: ona żyje - w lepszym świecie, na innej płaszczyźnie bytu - żyje, a mnie dalej towarzyszy jej miłość. Oto jest i pozostanie przesłanie tej nocy: ŤWyrwano oścień śmierci, kamień odsunięty, a grób pusty - Allelujať".
 
 
MODLITWA ZA ZMARŁYCH
 
 
        Kiedy już minie najboleśniejszy czas żałoby, gdy wypłaczemy z siebie cały żal i smutek; gdy dzięki wierze w życie wieczne otrzeźwiejemy nieco z obezwładniającego poczucia nieodwracalnej straty, powinniśmy uważać, żeby nie zaniedbać troski o niebo  dla zmarłego. Nikt z nas nie jest idealny, każdy zaciąga jakieś długi wobec innych. A jak pisze M. Nemetschek: "Przypuszczalnie na początku zmarłemu wcale nie jest tak łatwo rozplątać wszystkie "nici", aby odnaleźć drogę do samego siebie i dojść do zgody z samym sobą. To porządkowanie, opróżnianie, uwalnianie się jest pewnie aspektem tego, co uważamy za czyściec [...]".
        Należy się spodziewać, że zwłaszcza wtedy, gdy śmierć zabiera ludzi z tego świata w sposób nagły i nieoczekiwany, pozostaje po nich dużo więcej tzw. niezałatwionych spraw, niż po tych, którzy odchodzili powoli. Nawet dzieci takie sprawy posiadają. Ta świadomość powinna nas mobilizować do niesienia im pomocy. I jeżeli rzeczywiście zależy nam na okazywaniu miłości bliskim zmarłym - miłości sięgającej poza granice życia doczesnego - powinniśmy wystrzegać się takiego wyidealizowania osoby zmarłej, że w zasadzie już nie widzimy potrzeby wspomagania jej modlitwą. Za usprawiedliwienie takiej postawy przyjmuje się wtedy znane powiedzenie, że o zmarłych nie należy źle mówić. Owszem, - nie należy, ale z całkiem innego powodu. Mianowicie z tego, by ciągłe wypominanie im popełnionego zła i brak przebaczenia, nie okazały się przeszkodą w dojściu do nieba. Nie chodzi także i o to, aby stawiać ukochaną osobę w jak najgorszym świetle w imię prawdy, bo nie każdemu, każda prawda, jest należna, tym bardziej, że zmarły nie może już stanąć w swojej obronie.
        Jednak w jakikolwiek sposób ktoś z naszej rodziny odszedłby do Pana, powinniśmy przede wszystkim powierzać jego doczesność miłującemu i przebaczającemu Bogu, nie wybielając jej, ani nie przyczerniając. Po prostu oddać ją w ręce Boga taką, jaką była, jaką znamy. On, który nieskończenie lepiej, niż my, zna historie ludzkiego życia z pewnością ogarnie swoim miłosierdziem również i te wszystkie "uwikłania" w rzeczy czy w relacje z innymi, które mogą zatrzymywać zmarłego w stanie czyśćca.
        W jednej z książek zamieszczono kilkadziesiąt świadectw osób, które straciły swoich bliskich - najczęściej dzieci w różnym wieku. Były to śmierci spowodowane chorobami, wypadkami i samobójstwami. Zastanawiające jest to, że wszyscy świadczący usytuowali swoich bliskich w niebie, a za najbardziej cierpiących i potrzebujących pomocy uznali siebie samych. O modlitwie za zmarłych w ogóle się tam nie wspomina, ale za to bardzo dużo o tym, jak zmarli pocieszali żyjących po swoim odejściu. Ktoś miał sen, ktoś czuł zapach kwiatów, ktoś inny widział światło, a ktoś jeszcze słyszał muzykę...
        Być może tak właśnie było. Z pewnością nie można posądzać tych osób, że chciały kogoś okłamać. Jednak widoczne jest tutaj bardzo subtelne odwrócenie ról: to nie zmarli, ale ci, którzy pozostali, najbardziej potrzebują pomocy - bo ze zmarłych od razu uczyniono świętych, ponieważ dawali znaki. Tymczasem, taki czy inny, znak nie jest żadną gwarancją, że nasi bliscy nie przechodzą przez oczyszczenie. Nie wiadomo w jakim stanie odeszli. Nie wiadomo ile "śmieci" nazbierało się w ich sercach, a przecież tylko czystym sercem można oglądać Boga. Tym bardziej nie wiadomo, gdy ktoś rozstał się z ziemskim życiem nagle albo popełniając samobójstwo.
        Dlatego nie odwracajmy ról, ale spieszmy im z pomocą i choćby naszym bliskim ta pomoc nie była już potrzebna, to Bóg w swoim miłosierdziu przyjmie ją, jako zadośćuczynienie za innych cierpiących w czyśćcu.
        Warto też pamiętać, że spośród wszystkich modlitw największą wartość ma Eucharystia, bo w niej nie powołujemy się na własne zasługi, ale na mękę i śmierć naszego Zbawiciela. W oczach Boga Ojca nie ma zaś nic cenniejszego niż Najświętsza Krew Jego Syna. Bardzo rozpowszechnioną formą wspomagania zmarłych przez dar Eucharystii jest ofiarowywanie w ich intencji "Gregorianki", czyli 30 Mszy św. kolejno ofiarowanych za zmarłego. Zwyczaj ten wprowadził w Kościele papież Grzegorz Wielki. W czasie, gdy jeszcze był opatem zakonu, jeden z jego współbraci poważnie wykroczył przeciwko Regule zakonnej. Wskutek tego grzechu został ukarany przez usunięcie poza wspólnotę i pozbawienie modlitewnej pomocy w chwili śmierci. W miesiąc po jego śmierci, powodowany litością wobec zmarłego zakonnika, polecił kapłanom odprawienie trzydziestu Mszy św. za niego. Ostatniego dnia po odprawieniu Mszy św. zmarły przyśnił się w nocy swemu rodzonemu bratu i na jego pytanie: "Co z tobą?" odpowiedział: "Aż dotąd było źle, ale teraz jest już dobrze, dziś bowiem zostałem dopuszczony do wspólnoty". Zgodność w czasie snu i ostatniej Mszy odprawionej za zakonnika wykazała wyraźnie, że zmarły brat dzięki 30 Mszom świętym uniknął dalszego cierpienia.
        Należy jednak podkreślić, że Kościół nigdy nie stwierdził oficjalnie, że każdy zmarły, za którego zostanie odprawiona "Gregorianka" przejdzie z czyśćca do nieba. Wprawdzie już sam fakt ofiarowania za niego kilkudziesięciu Mszy św. jest czymś bardzo wartościowym, ale na ile one pomogły komuś zbliżyć się do Boga zawsze pozostaje tajemnicą.
Ponadto Kościół zachęca nie tylko do samej modlitwy za zmarłych, ale i do ofiarowywania w ich intencji uczynków miłosierdzia (post, jałmużna) oraz odpustów.
 
 
NA ZAKOŃCZENIE
 
LITANIA ZA ZMARŁYCH
 
(Wersja l)
 
Ojcze z nieba. Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata. Boże, zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, módl się za nami.
Bramo niebieska,
Królowo Wniebowzięta,
Święty Michale,
Wszyscy Święci Aniołowie, módlcie się za nami.
Święty Janie Chrzcicielu,
Święty Józefie,
Wszyscy Święci Patriarchowie i Prorocy,
Święci Piotrze i Pawle,
Święty Andrzeju,
Wszyscy Święci Apostołowie,
Święty Łukaszu,
Święty Marku,
Wszyscy Święci Uczniowie Pańscy,
Święty Szczepanie,
Święty Wawrzyńcze,
Święty Wojciechu,
Święty Stanisławie,
Święta Agnieszko,
Wszyscy Święci Męczennicy,
Święty Grzegorzu,
Święty Ambroży,
Święty Augustynie,
Święty Marcinie,
Święty Antoni,
Święty Franciszku i Dominiku,
Święty Stanisławie Kostko,
Święta Tereso,
Święty Kazimierzu,
Święta Jadwigo,
Święta Elżbieto,
Wszyscy Święci i Święte Boże,
Bądź im miłościw, wybaw ich, Panie.
Od zła wszelkiego,
Od cierpień w czyśćcu,
Przez Twoje Wcielenie,
Przez Twoje narodzenie,
Przez Twój Chrzest i Post Święty, Przez Twój krzyż i mękę,
Przez Twoją śmierć i złożenie do grobu,
Przez Twoje zmartwychwstanie,
Przez Twoje cudowne wniebowstąpienie,
Przez zesłanie Ducha Świętego,
Przez Twoje przyjście w chwale,
Prosimy Cię, abyś nam odpuścił grzechy, wysłuchaj nas, Panie.
Prosimy Cię, abyś dał nam pragnienie nieba,
Prosimy Cię, abyś nas zachował od nagłej i niespodziewanej śmierci,
Prosimy Cię, abyś uchronił nas, naszych krewnych i dobrodziejów od wiekuistego potępienia,
Prosimy Cię, abyś naszym dobroczyńcom dał wieczną nagrodę,
Prosimy Cię, abyś wprowadził do wiekuistej światłości naszych nauczycieli i wychowawców,
Prosimy Cię, abyś okazał Miłosierdzie ofiarom wypadków, katastrof i wojen,
Prosimy Cię, abyś dał wszystkim wiernym zmarłym wieczny odpoczynek,
Prosimy Cię, abyś pozwolił im radować się w chwale zmartwychwstania.
 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami.
 
Módlmy się:
Boże, Ty sprawiłeś, że Twój Syn zwyciężył śmierć i wstąpił do nieba, daj Twoim zmarłym sługom udział w Jego zwycięstwie nad śmiercią, aby mogli na wieki oglądać Ciebie, swojego Stwórcę i Odkupiciela. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
 
 
 
LITANIA ZA ZMARŁYCH
 
(Wersja 2)
 
Ojcze z nieba. Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata. Boże, zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, módl się za zmarłymi cierpiącymi w czyśćcu.
Królowo Wniebowzięta,
Królowo Wszystkich Świętych,
Święty Michale, Przewodniku do nieba,
Wszyscy Święci Aniołowie, módlcie się za zmarłymi cierpiącymi w czyśćcu.
Wszyscy Święci Patriarchowie i Prorocy,
Wszyscy Święci Apostołowie,
Wszyscy Święci Uczniowie Pańscy,
Wszyscy Święci Męczennicy,
Wszyscy Święci i Święte Boże,
Bądź im miłościw, wybaw ich. Panie,
Od zła wszelkiego,
Od dręczących wyrzutów sumienia,
Od ognia czyśćcowego,
Przez Twoje Wcielenie,
Przez Twoje narodzenie,
Przez Twoje Najświętsze Imię,
Przez Twój Chrzest i Post Święty,
Przez Twoje ochotne posłuszeństwo,
Przez Twoją nieskończoną miłość,
Przez Twój krwawy pot w Ogrójcu,
Przez Twoje biczowanie i cierniem ukoronowanie,
Przez Twoje dźwiganie krzyża,
Przez Twoje Najświętsze Rany,
Przez Twoją śmierć i złożenie do grobu,
Przez Twoje chwalebne zmartwychwstanie,
Przez Twoje cudowne wniebowstąpienie,
Przez zesłanie Ducha Świętego.
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za zmarłymi kapłanami, wybaw ich od ognia czyśćcowego.
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za naszymi zmarłymi rodzicami i krewnymi,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za wszystkimi zmarłymi naszymi dobroczyńcami,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za wszystkimi zmarłymi naszymi przyjaciółmi,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za wszystkimi, którzy zmarli nagle, bez przygotowania,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za wszystkimi spoczywającymi na naszym parafialnym cmentarzu,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za wszystkimi, którzy oddali życie w obronie Ojczyzny,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za tymi, którzy za życia wspomagali budowy kościołów i innych miejsc kultu,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za tymi, którzy wspierali swoją modlitwą i ofiarą potrzebujących pomocy,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za tymi, którzy w sposób szczególny pamiętali o zmarłych,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za tymi, o których nie pamięta rodzina i przyjaciele,
Panie Jezu, Odkupicielu nasz, prosimy Cię za tymi wszystkimi, za których jesteśmy zobowiązani do modlitwy i za których Ty sam chcesz, abyśmy się modlili.
Prosimy Cię, abyś obdarzył wszystkich wiernych zmarłych szczęściem wiecznym, wysłuchaj nas, Panie.
Prosimy Cię, abyś pobudzał wszystkich żyjących do modlitwy za zmarłych,
Prosimy Cię, abyś nam samym udzielił łaski wytrwania w dobru do końca,
Prosimy Cię, abyś przyjął nasze ufne prośby.
 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
 
Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
Ojcze nasz...
 
Od ognia czyśćcowego, wybaw ich, Panie.
Panie, wysłuchaj modlitwy nasze.
A wołanie nasze niech do Ciebie przyjdzie.
 
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, Ty dla naszego odkupienia nie zawahałeś się przed męką i śmiercią krzyżową, byłeś złożony do grobu i własną mocą zmartwychwstałeś, a potem wstąpiłeś do nieba, by być naszym Pośrednikiem u Ojca oraz Sędzią żywych i umarłych. Prosimy Cię pokornie, obdarz wszystkich wiernych zmarłych radością życia wiecznego. Który żyjesz i królujesz z Ojcem i Duchem Świętym przez wszystkie wieki wieków. Amen.
 
 
 
*******************************************
 
 
 
Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych (bezhabitowe) zostało założone w 1889 r. przez bł. Honorata Koźmińskiego i Wandę Olędzką. Podstawowym zadaniem zgromadzenia jest niesienie pomocy zmarłym cierpiącym w czyśćcu przez ofiarę życia zakonnego, modlitwę oraz pracę apostolską. Chryzmat wspomagania zmarłych realizujemy także przy pomocy współpracowników świeckich zrzeszonych przy zgromadzeniu w Apostolskim i Młodzieżowym Dziele Pomocy dla Czyśćca.
Osoby zainteresowane naszym sposobem życia oraz apostolstwem ludzi świeckich na rzecz zmarłych poddanych oczyszczeniu zapraszamy na rekolekcje i dni skupienia.
 
Bliższe informacje pod adresami:
 
Duszpasterstwo Powołań
Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych
ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek
tel. (022) 783.13.64; e-mail: mdpcanna@wp.pl
 
Młodzieżowe Dzieło Pomocy dla Czyśćca
ul. Poprzeczna 1, 05-070 Sulejówek
tel. (022) 487 86 08 lub kom. 698230 430
e-mail: mdpcanna@wp.pl